sobota, 18 lutego 2012
************** - Sala jest do waszej dyspozycji.- Założył na głowę swoją czarną „Fedorę” i zaprezentował wnętrze zgrabnym ruchem dłoni.- Bawcie się dobrze…- Dodał, a ja spojrzałam na niego dziwnym wzrokiem. - Myślałam, że zostaniesz.- Odparłam z nieukrywanym zawiedzeniem. Odwrócił się do mnie i uśmiechnął, jakby był tylko do tego stworzony. Tak… uśmiech Michaela jest jego wielkim atutem. - Nie chciałem wam przeszkadzać w nagraniu.- Stwierdził nieśmiało. - Potrzebujemy widowni.- Mocny głos nastrajanego basu rozniósł się po Sali. Mike uśmiechnął się do Shina. - Widzę Shin, że koncert to twój prawdziwy żywioł. - No jasne! Dlatego musisz zostać i choć trochę pokrzyczeć nazwę zespołu.- Odwzajemnił uśmiech i znów uderzył kostką do gry w napięte struny gitary. Spojrzałam na zagadkową minę Jacksona, który najwyraźniej rozważał wszystkie za i przeciw. Po minucie ciszy, w której odbijały się uderzenia bębnów Yasu i nuty gitary, w końcu nasz gość specjalny przemówił. Wzruszył bezradnie ramionami. - Skora tak się sprawa przedstawia… z przyjemnością zostanę waszą osobistą widownią. - No to bajka!- Odparłam poprawiając rękawiczki na nadgarstkach. Chwyciłam mikrofon i odwróciłam się w stronę Japhrimiela, który nadal usilnie kontemplował obecność swojej nowiuśkiej gitary elektrycznej. Posadę w zespole przyjął bez zastanowienia, a wręcz cieszył się jak małe dziecko. Obiecał, że zrobi wszystko by grać tak dobrze jak Nobu, a nawet i lepiej. Uwierzyliśmy… nikt z taką determinacją w oczach nie może kłamać.- Braciszku gotowy?- Mruknęłam widząc jak zawiązuje niesforne dredy do tyłu. - Od urodzenia maleńka.- Uśmiechnął się zawzięcie i stanął obok mnie zajmując miejsce gitarzysty. Poczułam się pewniej gdy ta pustka po Nobu, choć w tak małym stopniu została zapełniona. Westchnęłam, odganiając nadchodzącą migrenę, po czym spojrzałam się najpierw na Shina, a potem do tyłu na Yasu. - Gotowi? - Zacznijmy zabawę…- Mruknął Shin, a w powietrzu uniósł się rytm, wystukiwany przez Yasu. To był spontan… pierwsza piosenka po tych wszystkich wydarzeniach… pierwsza piosenka bez Nobu. … - To było naprawdę świetne!- Usłyszeliśmy szczery głos Michaela, który z przejęciem klaskał nam brawo. Spojrzałam na Yasu i przesłałam mu uśmiech błogiej satysfakcji. Z chwilą grozy czekałam na jego reakcję… ku mojej uciesze i wewnętrznemu spokojowi, odwzajemnił uśmiech… tak szczerze. - Japh, jestem pod wrażeniem. Ty naprawdę umiesz grać.- Zażartował Shin, klepiąc mojego, osobistego brata w plecy. Ten zmrużył złowieszczo oczy i zawiesił ramię na nim, przyciągając jego chude ciało do siebie. - Przepraszam, ale czy to nie było oczywiste?!- Mruknął, uśmiechając się pod nosem jak największy cwaniak pod słońcem. - Wszyscy jesteśmy w szoku.- Dodał Yasu, zapalając papierosa. Zachichotałam, słysząc tą lekko i jakże normalną rozmowę.- Oficjalnie należysz do BLAST. - Ale mnie zaszczyt kopnął!- Wzniósł do góry dłonie, a ja posłałam mu kuksańca w bok. - Żebyś wiedział.- Warknęłam. - Zamierzacie nagrać nową płytę?- Spytał się Mike, podchodząc do nas posuwistym krokiem. Jego czarne włosy przyjemnie falowały, a biel koszuli lekko kontrastowała z karmelowym zabarwieniem skóry. Czarne spodnie z różnymi paskami i licznymi klamrami, niczym wyjęte z teledysku do „Bad”, oraz ciężkie buty motocyklisty, sprawiały wrażenie niegrzecznego chłopca. - Czas otrząsnąć się i wziąć do pracy. Dostaliśmy wiele listów z pytaniami, co dalej. Nasi fani dali nam do zrozumienia, że mimo wszystko czekają… jednogłośnie postanowiliśmy, że ich nie zawiedziemy.- Odparł Yasu, zgrabnie wywijając w dłoniach pałeczkami. Grał od małego. A tak w ogóle, zaczął przez przypadek… Jego opiekunowie od dawna rozmyślali nad tym, co mu kupić na zbliżające się urodziny. Wielokrotnie pytany Yasu, odpowiadał że nie potrzebuje niczego. Że jest dobrze, tak jak jest, jednak oni byli nieustępliwi. Pewnego dnia, gdy kolejny raz padło owe pytanie, Yasu przeglądał akurat magazyn muzyczny… odpowiedział bez namysłu i bez zastanowienia. Po prawdzie jedynie dla zaspokojenia pragnienia swoich opiekunów. Powiedział, że chciałby mieć perkusję… no i ją dostał. Yasu nie byłby sobą, gdyby pozwolił żeby tak kosztowny sprzęt, stał bezczynnie i zarastał brudem. Tak też zaczął uczyć się tej pięknej profesji, aż jego umiejętności zaczęły przewyższać niejednego, zawodowego perkusistę. - Fani… to oni nas napędzają. Bez nich byśmy nie istnieli.- Stwierdził Michael.- Nowa płyta będzie dla nich najlepszym prezentem i podziękowaniem za wsparcie. - Też tak pomyśleliśmy. Mamy nawet parę kawałków, które świetnie się nadadzą.- Yasu przyznał mu rację, a ja uśmiechnęłam się cwaniacko pod nosem. - Nobu jak dostawał weny, to pisał tak długo aż nie mógł już patrzeć na pięciolinię. Dzięki temu mamy całkiem niezłą kolekcję… piosenek bez słów.- Mruknęłam nie tracąc animuszu. Skończyło się użalanie nad sobą i wieczne biadolenie, jaka ta Ashley jest biedna i nieszczęśliwa. Otóż od jakiegoś czasu, nasza mała Ash nie ma zamiaru płakać i roztrząsać tego co było. Nobu na wieki pozostanie we mnie i nic tego nie zmieni.- Na długi czas będzie miał wkład w naszą twórczość. - No dobra to, co zwijamy się?- Zawył Shin, szturchając mnie zalotnie jak małe dziecko. Zmrużyłam złowieszczo oczy. - Ale się napracowałeś!- Stwierdziłam widząc jak zdążył już schować bas do futerału. Najwyraźniej gdzieś mu się strasznie śpieszyło… - Śpieszę się.- Podszedł do mnie i przekręcił zabawnie głowę. Prychnęłam nieznacznie i uniosłam wzrok do góry. - Co ty nie powiesz? No w ogóle po Tobie nie widać. - Ironizujesz, prawda?- Sapnął nazbyt mądrze, jak na jego naście lat. - Mów.- Nakazałam, dając mu jednocześnie do zrozumienia, że jeśli nie zacznie gadać to stąd na pewno nie wyjdzie. - Z nią nie wygrasz, młody.- Wtrącił się Yasu, a ja wskazałam w jego stronę palcem i pokiwałam twierdząco głową. Niebieskogłowy westchnął teatralnie i mlasnął ustami, jakby właśnie w tym momencie pogodził się z faktem dokonanym. - Idę na randkę.- Wymamrotał szybko i dość nie wyraźnie… wcale nie chciał, żeby ktokolwiek go zrozumiał. Cała sala wytężyła słuch, nawet delikatna rozmowa pomiędzy Yasu i Michaelem, ucichła. Wysunęłam głowę do przodu. - Nie dosłyszałam… - Aleś ty uparta! Idę na randkę. Muszę Cię zmartwić maleńka, ale nie jesteś jedyną kobietą w moim życiu.- Stwierdził wielce rozbawionym głosem. - I dzięki Bogu.- Odetchnęłam z ulgą. Naprawdę poważnie zaczynałam się o niego martwić. Jest przystojny, młody, gra w zespole rockowym… powinien przyciągać panienki jak magnes, jednak w tym osobliwym przypadku było inaczej. Shin nie miewał dziewczyn i nie odczuwał głębszej potrzeby, znalezienia takowej. Nobu od czasu do czasu, drażnił się z nim i sugerował, że nasze maleństwo woli wysokich brunetów. Z wiadomych przyczyn, przestał tak żartować. Śliwa pod okiem jest mało wyjściowa…- Może zaprosisz ją do nas na jakąś kolację lub coś?- Zasugerowałam delikatnie, a chłopcy zachichotali w oddali jak małe stadko hien. - Eeee…- Westchnął, co mogło oznaczać raczej tylko jedną odpowiedź. Ach te dzieci.- Mała, odczuwam dziwne wrażenie, że zaczął Ci się włączać instynkt macierzyński. - Dobra! Pasuje! Ostatni raz, próbowałam być miła.- Uniosłam do góry ręce w teatralnym geście, a niebieskogłowy jedwabistym krokiem, podszedł bliżej i złożył na moim policzku jakże soczysty pocałunek. Na jego twarzy wykwitł uśmiech… tak dawno go nie widziałam.- Tylko nie szalej… - Będę grzeczny mamusiu.- Mruknął. - Spadaj.- Warknęłam, jednocześnie uśmiechając się pod nosem. Odwzajemnił uśmiech i już po sekundzie zniknął, zostawiając nas z całą masą pytań. - Shin się zakochał.- Stwierdził Yasu, podrzucając do góry pałeczki. Spojrzałam na Michaela, który rozmawiał po cichu z Japhrimielem jak starzy kumple. Pamiętam ich pierwsze spotkanie… stanowczo nie należało do udanych. - Najwyraźniej… Jeszcze go takiego nie widziałam. Leci do niej jak na skrzydłach… mam tylko nadzieję, że ta dziewczyna nie wyrwie mu ich jak małej, bezbronnej muszce. - Cóż za kwieciste porównanie.- Poprawił okulary, sprawiając wrażenie lekko rozbawionego. Ach… jeśli mam być szczera, to rzeczywiście… cała ta sytuacja z boku wyglądał trochę zabawnie. Młody chłopak najnormalniej w świecie, biegł na spotkanie ze swoją dziewczyną, a ja jak stara i gderliwa mamuśka, zrzędziłam mu nad uchem. Gdybym była na jego miejscu, zapewne też bym się zirytowała.- Musimy poczekać jak to się dalej rozwinie. Wiesz, że jest mu bardzo trudno nawiązywać nowe kontakty. To dość specyficzny chłopak… - Mnie to mówisz? Dobrze pamiętam, jak musieliśmy dać popalić tym gościom z jego dawnej szkoły. Czepiali się jego stylu i niebieskich włosów… Jak Boga kocham, zero tolerancji. - Nie możliwe, ktoś gnębił Shina? On wcale nie wygląda na chłopaka, który by się przejmował takimi rzeczami.- Zdziwienie Michaela było całkiem uzasadnione. - Ach… powiem Ci, że to dość skomplikowana sprawa. Shin na samym początku nie wyglądał tak jak teraz. Był małym, biednym chłopcem, który szukał swojego miejsca na ziemi. Nie wiedział czego chce, a jego oryginalny gust często nie odpowiadał jego rówieśnikom.- Potarłam kark i spojrzałam porozumiewawczo na Yasu, Japhrimiela i Michaela. Ten ostatni zmarszczył brwi i pokręcił z niesmakiem głową. - Shin jest świetnym chłopakiem. Nienawidzę, gdy ludzie oceniają drugich ludzi, jedynie po wyglądzie lub odrzucają ich za to, że lubią coś innego niż wszyscy. Dobrze, że trafił na Was… - Po prostu postanowił robić to, co kocha. A kocha grać na basie… to jego pasja i miłość aż po grobową deskę.- Yasu schował pałeczki do torby i wyłączył wzmacniacze od gitar, które mruczały jak koty. - Tak.- Przyznał rację, a jego kręcone włosy podskoczyły zabawnie do góry, a czekoladowo czekoladowe oczy zaświeciły w półmroku jak dwie gwiazdy.- Przyglądałem mu się dzisiaj na próbie. Gdy zaczyna grać, przenosi się do całkiem innego świata. Przestaje się przejmować błahymi sprawami, ignoruje żal, ból, problemy, po prostu zaczyna uderzać w struny, a wszystko to co złe znika jak za dotknięciem magicznej różdżki. Najprzyjemniej jest przyglądać się jego twarzy… tak spokojnej, szczęśliwej, na której profesjonalizm i pasja są wyryte jak w kamieniu. Na zawsze… i zawsze. - Ładnie to powiedziałeś…- Mruknęłam, bezwiednie opierając się o ścianę, pokrytą szarą boazerią.- Żeby dostrzec piękno jakie w sobie kryję trzeba go poznać, jednak większość ludzi zaczyna go oceniać na pierwszy rzut oka, nie fatygując się by zamienić z nim choć słowo.- Moje słowa były gorzkie, lecz prawdziwe. Tak było z nami wszystkim… Wszyscy jakby boją się do nas podejść i spróbować zrozumieć to co czujemy. Najgorsze jest to, że takich ludzi jest miliony. Myślę, że każdy nie pokazuje swojej prawdziwej twarzy, bojąc się że zostanie odrzucony przez swoje środowisko. Trzeba się nieźle napracować, by znaleźć kogoś przy kim można być naprawdę sobą. - Ludzie są powierzchowni.- Stwierdził Japhrimiel, pocierając brodę. Jego oczy dobrze wiedziały o czym mowa.- Często nawet nie próbują poznać, bo uważają to za wygodne i jakże odpowiednie. Nie potrafią zrozumieć i spróbować. - No, ale chyba Shin znalazł w końcu kogoś po za wami, komu może zaufać. Widzieliście z jaką moną do niej leciał?- Mike wzruszył ramionami i posłał do nas przyjazny uśmiech, który tłumaczył wszystko. Tak. Mogliśmy być pewni, że nasz mały chłopczyk doroślał, a sam Król Popu dostrzegł to dając nam nadzieję, że ten niepokorny chłopak znajdzie to czego tak wytrwale szukał od samego początku… miłości. - To była mina zakochanego…- Odparłam, szczerze ciesząc się tą oczywistością w duchu. Słyszysz Nobu? Shin się zakochał… … Wiatr przyjemnie muskał nasze ciała, a ciepłe promienia słońca łaskotały policzki dając znak, że nadchodzi wiosna. Szliśmy alejką w parku, ciesząc się spokojem i tym, że nikogo nie było. Pustka aż dziwiła… Wydawało by się park… piękna pogoda, wszystko tak idealne, że niemalże magiczne, a jednak nie było żadnych świadków tego tajemniczego przedstawienia. Tylko ja i Michael. - Dziękuje, że mnie odprowadzasz.- Mruknęłam, nieśmiało spoglądając na niego z boku. Czarna marynarka, subtelnie okalała klatkę piersiową skąpaną w bieli zwykłego T-shirtu. Nagle czekoladowe oczy, obdarzyły mnie swoim spojrzeniem i nagle poczułam, że jest lepiej. - Cała przyjemność po mojej stronie. Nie dziwie się, że wolałaś wracać na piechotę niż tłuc się w dusznym samochodzie. Mamy piękną pogodę… - Tak… Już dawno nie zwracałam uwagi na takie rzeczy. Za dużo się działo… stanowczo za dużo.- Odparłam, skacząc figlarnie po kostce brukowej. Taka zabawa… nie można ustać na złączeniu. Małe dziecko wyrywało się ze mnie niemiłosiernie, chcąc zniwelować obciążenie dorosłego świata. - Na pewno chcesz nagrać płytę teraz? Może lepiej żebyś odpoczęła i porozmyślała… - Nie. Mam dość myślenia o tym wszystkim. Każdego wieczoru leżę w łóżku, gapiąc się bezsensu w sufit. I wiesz co robię? Michael ja myślę. Non stop rozważam wszystkie możliwości. Durne pytanie, które na okrągło lata w mojej głowie „ Co by było gdyby?!”.- Pokręciłam delikatnie głową i westchnęłam z nieukrywaną ulgą.- Praca mnie wyleczy. Muzyka i chłopcy również… BLAST mnie wyleczy. - Są dla ciebie ważni.- Stwierdził, coś tak oczywistego, co jednak wywołało u mnie błogie zdziwienie. Uśmiechnęłam się tępo sama do siebie, a przed oczami przeleciały mi twarze moich wiernych przyjaciół. Na samym końcu tej parady pojawiła się twarz Nobu. Jak zawsze piękna i roześmiana. Jednak był jeszcze ktoś… Podniosłam wzrok do góry i napotkałam ciepłe, czekoladowo czekoladowe oczy, które zawisły nade mną jak dwie gwiazdy. Do grona przyjaciół z całą pewnością mogłam również zaliczyć Michaela, który mimo wszystko co się zdarzyło, nie postanowił uciec z krzykiem, a wręcz przeciwnie. Został i postarał się by nikt nie odczuł jakiegokolwiek dyskomfortu z jego strony. - Jesteście…- Poprawiłam go pośpiesznie.- Jesteście dla mnie ważni. Razem i każdy z osobna.- Tym razem to na jego twarzy, rozkwitło zdziwienie. Patrzył się na mnie pytającym wzrokiem i co jakiś czas, potrząsał powabnie głową jakby nie dowierzając. - Jesteśmy? - Tak Michael. A co? Myślałeś, że nie zaliczasz się do tego grona? Muszę Cię rozczarować.- Zachichotałam, chcąc trochę rozluźnić całą sytuację. - Dziękuje Ci.- Sapnął dziwnym głosem, a ja nie wiedziałam za co to. Ostatnio za dużo osób, mówiło te słowa w moją stronę. Najgorsze w tym wszystkim było to, że ja ani trochę nie czuję bym na to zasługiwała. Co jak takiego niby zrobiłam żeby mi za cokolwiek dziękować. Potrząsnęłam przecząco głową. Czas przerwać ten zaklęty krąg. - Nie, to ja Ci dziękuje. Dziękuje Ci za to, że tu nadal jesteś. Że pomogłeś nam i że nadal mogę rozmawiać z tobą jak z przyjacielem. To dla mnie bardzo ważne…- Poczułam jak jego ciepła dłoń splata smukłe palce z moimi palcami. Uśmiechnął się tak szczerze i niewinnie, a ja zrozumiałam że będzie wszystko dobrze. Dotarło to do mnie i uderzyło z taką siłą, że aż zaniemówiłam. - Uznajmy, że jesteśmy kwita.- Przechylił głowę na bok, a kosmyk czarnych włosów, który zdołał się oswobodzić z pozornie mocnego upięcia, powiewał na wietrze w rytmie nieznanej muzyki. Odwzajemniłam uśmiech. To była ta chwila… Nie potrzebowaliśmy niczego więcej. Odwróciliśmy się od siebie i z nadal splecionymi dłońmi poszliśmy dalej w nieznane. Zostawiając przeszłość za sobą. Czas zacząć nowy rozdział. Czas coś zmienić i sprawić by żal i ból po stracie, nie zawładnął naszymi umysłami do końca. Zaczynamy od początku… Show musi trwać…
Witam wszystkich serdecznie!!! Co tam u Was, jak się miewacie? U mnie no cóż… Dużo roboty. Mhhh… na szczęście mogę się od czasu do czasu, zrelaksować się przed laptopem i napisać coś co wewnętrznie mnie ucieszy. O tak… pisanie sprawia mi nieziemską przyjemność i dzięki temu mogę wyrazić to co czuję. Gdy mam beznadziejny dzień i myślę sobie, że zaraz zwariuję, włączam muzykę i siadam przed laptopem. Otwieram nowy dokument, zamykam oczy i przez chwilę głęboko oddycham. Czekam… i przychodzi. Znienacka i bez zapowiedzi, zmusza moje palce do pozornie chaotycznego uderzania w klawiaturę. I nagle dostrzegam, że coś napisałam. Najważniejszy jest pomysł, co nie? Dobra nie ględzę już więcej. Mam nadzieję, że nowa część się podobała. Zapraszam serdecznie na kolejne i zachęcam do pozostawiania komentarzy. Bardzo dziękuję czytelnikom, którzy regularnie mnie odwiedzają i podnoszą na duchu. Honto arigatou! :P
sobota, 11 lutego 2012
Czas mija więc siłą rzeczy wstawiam nową notkę. Najwyższy czas zważywszy na to, że minął już tydzień. Myślę, że warto od czasu do czasu zatrzymać się na trochę i pomyśleć nad tym co nas nurtuje, zachwyca lub przeraża. Ostatnio mam mało czasu na przemyślenia, głównie z powodu zbliżającej się matury. Wiecie jak to jest nauka, nauka i jeszcze raz nauka. Ach jednak czuję, że to nie jest dla mnie najważniejsze… że wcale nie pragnę dostać Nobla( No chyba, że literackiego; ) i nie marzę by odkryć coś nowego. Wolałabym siedzieć w małym domku nad morzem i pisać, rysować i cieszyć się wszystkimi małymi przyjemnościami razem z ukochaną osobą. Czy jest mi do życia potrzebne coś więcej??? Dobra koniec moich smętów na tematy bardzo przyziemne… proponuję znów zagłębić się w kolejnej części opowiadania o Michaelu i Ashley. Serdecznie zapraszam i polecam w zestawieniu z dobrą muzyką :P. Dla lepszego zrozumienia notki odsyłam do obejrzenia filmu „Sid & Nancy- Love Kills”, bez obejrzenia też się obejdzie lecz z filmem niektóre fakty będą jaśniejsze. Ostrzegam film dość specyficzny i nie na każde nerwy. Lecz z pięknym zakończeniem, które całkowicie zmieniło moje spojrzenie na cały film. ZAPRASZAM!!!
************** - Wejdź… przepraszam trochę tu bałagan… - Spojrzałam na niego przepraszająco jednocześnie zgarniając porozrzucane ubrania, które przyznacie ale wyglądały dość mało efektownie. W ciągłym biegu i motłochu tych wszystkich zdarzeń nie miałam nawet czasu i okazji by posprzątać. Jeśli mam być do końca szczera nie miałam na to siły, ani jakichkolwiek chęci… Człowiek tracąc coś cennego zupełnie zapomina o wszystkim innym, a w zamian zatraca się w czarnej rozpaczy i jeśli nie otrzyma znikąd pomocy, może to być tragiczne w skutkach. Potrzebna jest iskierka nadziei… a ja na szczęście miałam tych iskierek całkiem sporo. - Nic nie szkodzi.- Uśmiechnął się przyjaźnie wręcz rozbawiony moimi staraniami, by przywrócić ten pokój do stanu używalności. Może i jestem kobietą ale wcale, a wcale nie umiem powstrzymać mocy, która sprawia że bałagan rozprzestrzenia się w zastraszającym tempie. Odwzajemniłam uśmiech przygryzając nieśmiało wargę. Zgrabnym ruchem zrzuciłam na podłogę stertę „czegoś” by było gdzie usiąść. Wskazałam mu miejsce i zrobiłam wielce niewinną minę.- Oryginalnie.- Przekręcił zabawnie głowę i zachichotał sprawiając, że sytuacja wydała się jakby bardziej naturalna i taka prawdziwa. Usiadł, a ja wybrałam sobie miejsce naprzeciwko niego, na skrawku łóżka. - O czym chciałeś porozmawiać? Co to za tajemnice pomiędzy Tobą, a Yasu? - Słuchaj Ash…- Przypomniał sobie po co tu przyszedł i najwyraźniej wcale mu się to nie spodobało. - Tak?- Dopytałam się chcąc wiedzieć o co w tym wszystkim może chodzić. Przygryzł z zakłopotania wargę i wyciągnął tajemniczy pakuneczek z kieszeni czarnej marynarki. - Yasu prosił mnie żebym ja to zrobił. Dla niego jest to również trudne… - Co zrobił? - Żebym Ci to oddał.- Wyciągnął dłoń na, której leżało pudełeczko. Grzecznie i bez żadnych sprzeciwów. Wskazał je podbródkiem zachęcając bym je od niego wzięła. Moja na początku pewna dłoń na moment zadrżała chwytając w swoje objęcia ten tajemniczy przedmiot. Uśmiechnęłam się niepewnie kompletnie nieświadoma tego co może znajdować się w środku. Otworzyłam je, a moje oczy powiększyły się w szczerym geście niedowierzania. Wyciągnęłam niepewnie ze środka kłódkę na łańcuchu i przyjrzałam jej się uważnie, nie wierząc że to może być to co widzę. Nie wierzę… po prostu nie wierzę. To… -To jest wisior Nobu.- Wydukałam skrupulatnie oglądając go w ręku. Metaliczna kłódka tak ukochana przez niego… nie zdejmował jej nigdy. Żeby jej się pozbyć trzeba było mieć kluczyk… kluczyk powierzył mi. - Yasu dostał to od policjantów… powiedział, że jest to ważna rzecz dla Ciebie i żebym Ci to oddał.- Oparł się o swoje kolana i zakrył dłoniami usta. Przyglądał mi się uważnie i w ciszy czekając, aż sama zdecyduję czy mu powiedzieć, czy nie. Poczułam jak niedorzeczne łzy kolejny raz napływają do moich oczu. Wszystkie wspomnienia wróciły… - Myślałam, że…- Przełknęłam ogromną gulę w gardle.- … że albo zaginął w wypadku, albo nadal wisi na jego szyi. – Dokończyłam głosem, który o mały włos się nie załamał. Wydobyłam z siebie blady uśmiech. - O co w tym wszystkim chodzi… Dlaczego akurat kłódka?- Jego głos był ostrożny i czuły. Nie chciał wyciągać ze mnie informacji nachalnie i brutalnie, by nie otworzyć niepotrzebnych ran. Westchnęłam ciężko i uśmiechnęłam się przypominając sobie tą historię. - To jest kłódka Sida.- Mruknęłam. - Sida?- Wyprostował się zaskoczony, a ja kiwnęłam twierdząco głową. - Tak. Sida Viciousa. - Skądś kojarzę to nazwisko…- Prychnęłam uśmiechając się pod nosem słysząc jego zadumane słowa. Wątpiłam, że od razu domyśli się o kogo chodzi. - Nie przejmuj się… nie każdy go zna. To trochę nie twoje klimaty.- Zaczęłam się bawić kłódką, czując jej zimno.- Sid Vicious był basistą punk rockowego zespołu Sex Pistols. - Sex Pistols? Fakt trochę nie moja bajka.- Przyznał mi rację.- Ale jaki ma to związek z tą kłódką? - Bardzo prosty. Oglądałeś może film „ Sid & Nancy- Love kills”? – Pokiwał przecząco głową. Wcale się nie zdziwiłam… Jest to film dość specyficzny, ale pod skorupą nieładu i szalonego życia jakie prowadzili tytułowi bohaterowie, można dostrzec wspaniałą historię dwojga ludzi… zakochanych w sobie bez pamięci.- Jest to film biograficzny o życiu Sida i jego narzeczonej Nancy. Dość szalonym i niegrzecznym życiu… Sid nigdy nie wpisywał się w żadne schematy i można by rzec że był prawdziwą gwiazdą punk rocka mimo tego, że nie za bardzo umiał grać na basie. Wiesz… wyglądał stylowo… czarne włosy postawione na żel, prawie zawsze skórzane spodnie z różnymi ćwiekami, paskami, łańcuchami, lub zwykłe wycieraki z milionem dziur. Do tego charakterystyczna skórzana kurtka, przeważnie zakładana na gołe ciało i ulubione ciężkie, motocyklowe buty. Nobu w pewnym sensie go podziwiał, choć bardziej interesował go cały zespół. Był wielkim fanem Sex Pistols i ich szalonego stylu. - Widziałem kiedyś ich nagranie… zaraz jak się nazywała ta piosenka…- Podrapał się z zamyśleniem po głowie.- A wiem… „ God save the Queen”. Byli szaleni… - Taki styl i taka kultura punków. Nie przejmowali się tym co jest teraz, wyrażali to co myślą prosto z mostu choć przyznam, że za brutalnie i dziko jak dla mnie. W każdym razie Sid był drugim basistą w historii Sex Pistols. W tym okresie poznał Nancy… mimo miłości jaka między nimi była to uważam, że lepiej dla niego by było gdyby jej nie poznał. - Dlaczego? - Ponieważ to ona doprowadziła do jego kompletnej destrukcji. Zanim ją poznał również dużo pił, palił, rozrabiał… jednak nie brał narkotyków. Pod tym względem był czysty. To przez Nancy wziął pierwszy raz i to ona pociągnęła go na dno. A on ją po prostu kochał i nie potrafił powiedzieć nie. Skończyło to się tak, że Nancy znaleziono w ich mieszkaniu martwą. Wykrwawiła się na śmierć przez ranę zadaną nożem. Sid był w ciężkim szoku… Zamknęli go do więzienia, podejrzewając że to on ją zabił. Postawiono mu zarzuty… groziło mu od 15 lat do dożywocia. - Groziło? Uniewinnili go?- Mike spojrzał na mnie pytającym wzrokiem, a ja smętnie pokiwałam głową. - Nie… po pewnym czasie wyszedł za kaucją. Najwidoczniej nie umiał poradzić sobie z tym wszystkim co się stało. W przed dzień procesu zmarł z przedawkowania heroiny. Znaleziono przy nim list, w którym krótko tłumaczy swoje życie… do dziś nie wiadomo czy przedawkował specjalnie, czy przypadkiem. Wielu twierdzi, że po prostu nie potrafił żyć dalej bez Nancy… - Rzeczywiście w tym przypadku naprawdę „miłość zabija”.- Słuchał mnie z uwagą i zaciekawieniem. Widziałam satysfakcję na jego przystojnej twarzy, zapewne wywołana faktem, że postanowiłam mu szczerze opowiedzieć jak to było… - Tak. Smutne ale w pewnym sensie romantyczne…- Przygryzłam wargę i na chwilę zamilkłam.- Nancy dała Sidowi wisior z kłódką w prezencie. Kluczyk miała ona, a Sid już nigdy nie zdjął owego prezentu. Był kluczowym elementem jego wyglądu… wręcz Sid bez kłódki wyglądał obco.- Zaśmiałam się niewinnie przypominając sobie ten jeden dzień. Dzień w którym postanowiłam być Nancy, a Nobu Sidem. Mieliśmy jednak nadzieję, że nasza historia znacznie będzie się różnić od ich… tak tragicznej a zarazem niezwykłej. - Rozumiem… dlatego powiedziałaś, że to kłódka Sida.- Odwzajemnił uśmiech patrząc na mnie z zafascynowaniem. Pragnął poznać tą historię do końca… tak jak to było naprawdę.- Opowiedz mi jak to było… - Po tym jak postanowiłam być z Nobu, pewnego wieczoru zrobiliśmy sobie seans filmowy. Nobu jako fan Sex Pistols wyszperał go i bardzo chciał obejrzeć. Postanowiłam się zgodzić…
„ Za oknem pogoda była paskudna. Deszcz lał, a nieznośny wiatr wiał jak oszalały. Siedziałam wtulona w ramiona Nobu i otarłam jedną łzę, która spłynęła po moim policzku. - Świetnie zakończyli ten film.- Stwierdziłam i zgrabnym ruchem wyjęłam kasetę z video. - Martwa Nancy przyjechała po Sida w taksówce i odjechali razem w nieznane… - Jak myślisz, to on ją zabił?- Spytałam zagadkowym głosem widząc jak zalotnie czochra swoje nieposkromnione włosy. Zmrużył oczy i przez chwilę myślał nad odpowiedzią. - Myślę, że to nie było tak jak sądzą wszyscy dookoła. O ich związku można było mówić wiele… prochy, wieczny haj i niekończąca się impreza, lecz jednego jestem pewny. - Czego? - Kochali się jak wariaci. Gdyby tak nie było, to przy charakterze Sida i jego stylu życia miałby już dziesięć innych dziewczyn, a Nancy zostawił by przy pierwszej lepszej okazji.- Spojrzał się na mnie swoimi błękitnymi oczami, a ja uśmiechnęłam się zalotnie. Miał racje… - Jeśli film mówi prawdę to Nancy sama go prosiła, żeby ją zabił. Niby Sid później tego nie chciał… lecz nie wiemy jak było naprawdę. Być może pod wpływem alkoholu i prochów zdobył się na to, lub było tak jak w filmie i stało się to przypadkiem gdy się kłócili. Prawdę Sid i Nancy zabrali do grobu… - Ach… miłość miłością, jednak prawdą jest to że Sid stoczył się przez nią.- Przekręciłam zabawnie głowę na bok. - Miłość zabija…- Mruknął przyciągając mnie do siebie. - Hej wodzu, co to za czarne myśli? U nas nie przewiduję takiego zakończenia.- Zgłosiłam swój sprzeciw po czym klapnęłam go z wielką gracją w kolano.- I żadnych dragów. - Maleńka, moimi dragami jest miłość… żadnych więcej nie potrzebuje.- Splótł swoje smukłe palce z moimi i przez chwilę milczeliśmy jakby sama nasza obecność dawała nam pełnię szczęścia. - Już rozumiem dlaczego tak szalejesz na punkcie Sex Pistols. Piosenka „ This is not love song” jest fenomenalna, naprawdę wersję z koncertu mogę słuchać godzinami. - I nawet już Ci nie przeszkadza wkurzający głos wokalisty?- Podniósł jedną brew do góry, a ja prześmiewczo pokręciłam głową. - Powiem Ci, że to kwestia przyzwyczajenia się… co gorsza jego przekleństwa z brytyjskim akcentem, nawet zaczęły mnie trochę fascynować. Ach no i sam fenomen Sida. Człowiek, który nie umiał grać na basie został basistą w zespole, którego był wielkim fanem oraz stał się legendą i prekursorem Punk Rocka. No boki zrywać.- Mruknęłam. - Widzisz! Facet wiedział jak zarobić i się przy tym nie narobić. On i jego legendarna kłódka, do której kluczyk pozostał na wieki w rękach Nancy. - Romantycznie…- Westchnęłam bawiąc się zwisającym z szyi wisiorkiem. - Myślałem, że raczej patetyczne…- Stwierdził. - Sam jesteś patetyczny.- Fuknęłam złowieszczo. Zamknął mnie w swoich ramionach i przycisnął usta do mojej skroni. Poczułam ciepło i przyjemność rozchodzącą się po moim ciele. Tak to było szczęście… - Kłódka… ciekawa alternatywa.- Mruknął i zatopił się w pocałunkach. Z wiadomych przyczyn nasza rozmowa nie miała prawa bytu. Z tym uczuciem rozmowa nie miała szans wygrać… … dwa dni później… - No chodź!- Ciągnęłam go usilnie by poszedł ze mną do pokoju. Miałam dla niego prezent i nie mogłam się do czekać jego miny gdy go dostanie. Idealny plan… zaszokować własnego, osobistego chłopaka. Posadziłam go posłusznie na moim łóżku i podeszłam do komody by znaleźć szare pudełko z prezentem. Przyglądał mi się badawczym wzrokiem. - O co chodzi maleńka?- Spytał. - Aleś ty niecierpliwy…- Mruknęłam stając przed nim i trzymając w dłoni prezent. Wyszczerzyłam zęby by podkreślić powagę sytuacji. Trochę mi nie wyszło bo spowodowałam u niego dziki chichot… typowe. Faceci w dziewięćdziesięciu dziewięciu koma dziewięciu procentach absolutnie nie umieją się wczuć w moment i sytuację. Nie pomagają żadne znaki dawane przez kobietę, ani subtelne aluzje w postaci gniewnego wzroku i nerwowego chrząkania. W tą jedną setną procenta wpisują się geje i nieliczne wyjątki, które jakimś cudem ( nie pytajcie mnie jakim) wiedzą jak się zachować. - Ja?- Ponownie się zaśmiał skubiąc moją rękę, zapewne bym w końcu dała mu ów podarek. Zmarszczyłam brwi w akcie lekkiej irytacji jednak napędzana chęcią zobaczenia jego reakcji postanowiłam nie ciągnąć dłużej teatrzyku pt. „ Jak wkurzyć swojego partnera- wersja tysięczna”. Wyciągnęłam dłoń prosto przed jego rozbawioną twarz, co spowodowało zmianę jego mimiki. Otóż zaskoczyłam go! Przyznałam sobie w myślach punkt za elokwencję i za wspaniały efekt zaskoczenia. Po otrząśnięciu się z szoku spojrzał podejrzanie na pudełko jakby spodziewał się, że jest w nim co najmniej bomba. - Podpowiem Ci: Masz to otworzyć.- Syknęłam zniecierpliwiona. - Co ty nie powiesz słonko.- Mruknął uwodzicielskim głosem, po czym zabrał się za rozbrojenie prezentu. Przyglądałam się temu z uciechą, licząc w myślach do dziesięciu. Jeśli nie uda mu się go otworzyć po tym czasie, wtedy wkroczę do akcji! Mimo wszelkich nadziei, że zostanę jego wybawczynią i super bohaterką pudełko otworzył sam. Dostrzegłam jak jego oczy zabawnie się powiększają, a na twarzy wykwita cudowny wyraz niedowierzania.- Nie.- Pokręcił przecząco głową, a ja dla odmiany pokiwałam swoją twierdząco. - Tak.- Zabawa naprawdę przednia! Mina Nobu bezcenna. Wyciągnął z pudełka gładkim ruchem łańcuch na którym wisiała srebrna kłódka. - Kłódka Sida…- Mruknął dokładnie ją oglądając. Pokiwałam z dumą głową i spojrzałam na jego rozradowany wyraz twarzy.- A gdzie kluczyk?- Jego oczy wyrażały rozbawienie i zaczepkę. Podniosłam do góry dłoń w której trzymałam kluczyk. Uśmiechnęłam się niewinnie, a on przyciągnął mnie do siebie i pocałował zmuszając jednocześnie bym usiadła na jego kolanach. - No i Co z tym fantem zrobimy drogi panie gitarzysto?- Mruknęłam unosząc brwi do góry czekając na jego odpowiedź. Założenie kłódki było równoznaczne z tym, że nie będzie jej mógł zdjąć… nigdy. A dlaczego? Ta prosta odpowiedź zapewne już każdemu zdążyła się sama nasunąć… Nie zdejmie jej ponieważ to ja będę miała kluczyk :D Po chwili intensywnego zastanawiania uśmiechnął się szeroko po czym odchylił głowę na bok. - Dajesz.- Odparł, a mi te słowo wystarczyło za wszystkie obietnice i deklaracje jakie mógł by mi złożyć. Wzięłam od niego kłódkę i otworzyłam ją kluczykiem. Zgrabnym ruchem założyłam łańcuch na jego szyję po czym patrząc mu głęboko w oczy zapięłam kłódkę. Stało się… - Teraz już nie ma odwrotu.- Mruknęłam bawiąc się nią i zachwycając tym jak bardzo pasuje ona do jego smukłej szyi. - Nie mam zamiaru z ciebie rezygnować i z niczego się wycofywać. Jesteś moja… - O nie kochany.- Pokręciłam przecząco głową, a jego czoło zmarszczyło się w geście zdziwienia. Pociągnęłam za kłódkę tak, że siłą rzeczy musiał zbliżyć swoją twarz do mojej. Uśmiechnęłam się delikatnie i odparłam całkiem poważnie i na serio:- To ty jesteś mój.- Nie czekał długo. Jego odpowiedzią był soczysty i namiętny pocałunek. Liczyło się tylko to co jest teraz… tyko to, że razem potrafiliśmy pokonać wszystko.”
- I tak to było.- Spojrzałam w rozmarzone oczy Michaela, który z wielką uwagą słuchał mojej opowieści. Ścisnęłam kłódkę w dłoni mając nadzieję, że poczuję coś więcej oprócz bólu i żalu. Nic. Żadnej ulgi… - Historia jak z filmu. - Bo po prawdzie taka była. Jak Sid i Nancy, tak Nobu i ja… Obie miałyśmy ich pod kluczem…- Zaśmiałam się z własnego żartu i o dziwo przyniosło mi to niepojęty spokój i być może… ulgę. Głupi żart, a podziałał jak odtrutka. Mike również zachichotał, po czym przygryzł dolną wargę i przez chwilę jedyne co robił to przyglądał mi się. Wnikliwie… dokładnie i nieustępliwie… czule. - Cieszę się, że go poznałaś. Że ktoś taki jak Nobu sprawił, że poczułaś się szczęśliwa… i kochana. Będę mu za to wdzięczny do końca życia.- Odparł poważnym lecz jakże ciepłym i czułym głosem. Jego przenikliwe słowa oplotły moje serce i podniosły duszę. Duszę, która bez pomocy nie potrafiłaby sama wstać i dalej żyć… duszę która nigdy nie potrafiła być sama. Potrafiła się jedynie dobrze maskować…
sobota, 04 lutego 2012
*************
Słowa nie mogą oddać tego co człowiek czuje w takich chwilach. Stoisz nad świeżo zasypanym grobem, w jednej ręce trzymasz bukiet białych lilii, a w drugiej pęczek kostek do gry na gitarze. Jego ulubionych… Gdzieś w oddali jakiś ptak zawodzi smętną melodię pozbawioną jakiegokolwiek sensu, zapełniając tą głuchą ciszę jaka pozostała. I mogło by się wydawać, że ból i złość uśpiły swoją czujność dając odetchnąć skołatanym myślom i pękniętemu sercu… nie to tylko złudzenie. Ból nadal kół a złość jęczała żałośnie w głowie nie chcąc odejść. W takiej chwili wszelkie siły opuszczają człowieka na dobre… Poczułam jak moje bezwładne ciało osuwa się i zaczynam klęczeć jak ta głupia na ziemi. Ostatkiem woli zmusiłam się by położyć bukiet i kostki na grobie. Spojrzałam na napis wyryty w zwykłym kamieniu. Nobu Robinson żył lat 27 A dźwięk gitary nadal rozbrzmiewa w powietrzu…
Ukryłam twarz w dłoniach nie mogąc pogodzić się z tą tak bolesną stratą. Co można czuć stojąc nad grobem ukochanej osoby? Ja czułam pustkę, tak ogromną że omal przez chwile myślałam że nie dam rady dalej żyć. Zaczęłam żałować, że przeżyłam… Potrząsnęłam głową otrząsając się z tych niedorzecznych myśli. Objęłam się skostniałymi dłońmi i zamknęłam oczy. Przypomniałam sobie tamte wydarzenie i ten jeden moment zanim straciłam przytomność… te błogie ciepło, które otuliło mnie przed samym końcem. To był Nobu… Yasu wszystko mi opowiedział. Jego słowa utkwiły mi w głowie i nie pozwalały ani na moment zapomnieć. „ Gdy was znaleźli Nobu leżał na tobie, a jego ręce sztywno cię obejmowały. On chciał Cię osłonić… osłonił cię sobą.” Nie mogę myśleć o śmierci… Nobu zrobił wszystko żebym przeżyła i nie miałam zamiaru sprawić, że jego poświęcenie pójdzie na marne. Do ostatniego momentu chronił mnie… Otarłam łzy, które znów wypłynęły bez pozwolenia pokazując światu moją słabość. Być może to co się stało było jakimś bożym planem, miało jakiś głębszy sens lub miało doprowadzić do stania się czegoś lepszego, jednak na ten moment żadna z tych wymówek mnie nie obchodziła. Obchodziło mnie to, że odebrano mi część mnie. Obchodziło mnie to, że przez jakiegoś idiotę, który nie przestrzegał przepisów zginął tak dobry człowiek jak Nobu. I chyba to najbardziej bolało… Z odmętu rozmyślań i ogólnego rozczulania się nad własną osobą, wybudziła mnie ciepła dłoń, która dotknęła mojego ramienia. Być może przez moment miałam złudną nadzieję, że gdy uniosę wzrok do góry to ujrzę przyjazną twarz blondyna w poszarpanej koszulce. Ha… jak nadzieja potrafi być ślepa i głupia… i naiwna. Spojrzałam w górę i ujrzałam poważną twarz Michaela. Jego smutne oczy wyrażały współczucie, żal i nie moc. W tym momencie wielki Król Popu stał się malutki i nie wiedział jak ma mi pomóc. Wstałam by nie wyglądać żałośnie klęcząc przed grobem Nobu i wzięłam Mike’ a pod rękę, by czuć się bezpieczniej i stabilniej. Nie wierzyłam swoim nogom… w każdej chwili znów moje moce mogły być skradzione, a kolejne osunięcie się w dół nie było by wskazane. - Ashley tak mi przykro.- Jego słowa były szczere. Na pogrzebie nie rozmawialiśmy, po wypadku również nie było okazji. Zresztą aż do teraz nie dało się ze mną rozmawiać… Najpierw w szpitalu potem w swoim pokoju, leżałam i płakałam. Od czasu do czasu przerywałam by popatrzeć się ślepo w ścianę lub odpowiedzieć coś tępo na pytania Yasu, Shina i Finix. Zacisnęłam dłoń i przełknęłam gorzkie łzy. Koniec z płaczem, nie mogę całe życie płakać… - Los jest cholernie zabawny. Wyczuł moment, kiedy już wszystko zaczęło się układać. Na prawdę czułam, że to może się udać, że razem z Nobu czeka nas wspaniała wspólna przyszłość. Jednak ten pieprzony los musiał mi go odebrać… - Warknęłam z wyrzutem patrząc na szare litery wyryte w kamieniu. - To prawda. On zawsze wie kiedy się wtrącić…- Przyznał mi rację jednocześnie łapiąc mnie za dłoń. Obie splecione, dawały poczucie bezpieczeństwa i wsparcia, którego potrzebowałam aktualnie w ilościach hurtowych.- Pamiętasz gdy byliśmy razem. Kiedy wszystko było jak w bajce Brooke uknuła swoją małą intrygę, która zniszczyła prawie wszystko. - Ja naprawdę czułam, że będę… ha! Że jestem z nim szczęśliwa. Wierzyłam, że może się nam udać…- Mruknęłam przypominając sobie wszystkie chwile jakie z nim spędziłam. Od dawien dawna gościł w moim życiu i nie raz pokazał, że zawsze mogę na niego liczyć. Gdy zakładaliśmy zespół nie liczył się fakt by zdobyć sławę lub by bić na tym kasę, liczyło się to, że będziemy grać razem. Zespół był swoistym klubem, lub kółkiem wzajemnego adorowania. Przychodziliśmy na próby by pogadać, by się wyżalić, by wyrzucić wszystkie swoje uczucia w muzykę. - Byliście szczęśliwi. Może te szczęście nie trwało długo, a wręcz stanowczo za krótko lecz pamiętaj. Miałaś okazje być z takim kimś jak on. Mogłaś z nim dzielić swój świat i patrzeć jak jego pozytywne nastawienie i upór byś była szczęśliwa sprawiał, że każdy kolejny dzień stawał się jeszcze piękniejszy. Nigdy o tym nie zapomnij… nie pozwól by smutek i żal przysłonił to wszystko, co Nobu dla ciebie zdziałał.- Jego słowa tak lekkie, jakby otworzyły mi oczy. Te dni, które spędziłam z Nobu były błogosławieństwem… Wiem, że tęsknota nigdy nie przeminie, a jego radosna twarz już na wieki będzie ukazywać mi się przed oczami gdy będę je zamykać, jednak to dobrze. Chcę pamiętać. - Mike ja nie chcę zapomnieć… Chcę pamiętać każdy dzień, który z nim spędziłam, chce pamiętać każdy jego ruch i minę, każde słowo, każdy czyn. Chcę pamiętać to co się stało tamtego wieczoru i…- Głos mi się załamał, a serce zabiło szybciej. Zacisnęłam dłoń na jego dłoni.- … chcę pamiętać jak mnie chronił własnym ciałem. Chcę to wszystko pamiętać. Jeśli o tym zapomnę to wtedy on naprawdę umrze…- Michael był świetnym towarzyszem takich rozmów. Byłam mu niezmiernie wdzięczna, że wtedy był przy mnie i wspierał mnie jak mógł. - Chodź, odwiozę Cię do domu.- Objął mnie w pół, ja jednak nie czułam się jeszcze gotowa by odejść. Dziwne poczucie, że zostawiam tu Nobu samego nie chciało zniknąć, siejąc niepotrzebny niepokój w sercu. - Nie przypuszczałam, że strata kogoś bliskiego tak boli. - Zawsze boli tak samo. Okrutnie i przeraźliwie… ale zawsze tak samo.- Odparł i po tych słowach postanowiłam zrobić co mi każe. Stanie nad jego grobem nic nie zmieni… Nic nie zmieni tego, że Nobu już nie wróci. Nic. … - Wejdź…- Otworzyłam drzwi do mieszkania i wskazałam mu palcem drogę. Dobrze wiedziałam, że w mieszkaniu jest i Finix i Yasu, Shin, a nawet Carlos lecz w tle nie było słychać ich obecności. Żadnych śmiechów, żartów, głośnych rozmów i codziennej kłótni pomiędzy Nobu a Shinem o mało istotną rzecz. Głucha cisza, która sprawiała ból brzęcząc bez sensu w głowie domowników. W człapałam się razem z Michaelem do salonu i ujrzałam ich wszystkich porozrzucanych w różnych kątach ze spuszczonymi głowami. Moja obecność natychmiast przykuła ich przenikliwe spojrzenia, które szybko powędrowały w moją stronę szukając kontaktu. - Cześć Mike…- Mruknęła smętnie Finix opierając bezsilną głowę o ramię Carlosa. Oboje są ze sobą i jest im dobrze. Ta nieprzewidywalna dziewczyna posłuchała się mojej rady i przejęła inicjatywę. Teraz mogą się sobą nawzajem cieszyć… - Cześć wszystkim.- Podniósł do góry zgrabną dłoń i usiadł na wolnym miejscu koło Yasu. Ja nadal stałam jedynie co jakiś czas odbijając się od okna do szafki by zająć czymś splątane myśli. Wzrok Shina spotkał się z moim… Nie mógł długo wytrzymać wstał pośpiesznie i przytulił się do mnie jak najprawdziwszy mężczyzna. Wydoroślał… - Co tam u niego?- Sapnął wtulając twarz w moją szyję. Zacisnęła mimowolnie dłonie na jego plecach i westchnęłam zbierając się by jakkolwiek odpowiedzieć. - Ucieszył się z kostek. Będzie miał czym grać na gitarze…- Szepnęłam zdobywając się na nutkę żartu w swoim głosie. Poczułam jak jego uścisk się powiększa. Zachichotał nieznacznie, po czym spojrzał na mnie wzrokiem pełnym wdzięczności. On mi dziękował… za co Shin? Za co… Ciepłe dłonie ujęły moje policzki, a wspaniały uśmiech niebieskogłowego pokrzepił moje skołatane serce. - Będzie dobrze mała. - No jasne, że będzie.- Wtrącił się Yasu, który wypalał już czwartego papierosa, od momentu gdy weszliśmy. Spojrzałam na niego z lekkim uśmiechem na ustach, czując wsparcie z jego strony.- Mike…- Michael zrobił zaskoczoną minę. Nie spodziewał się, że akurat w takim momencie Yasu zwróci się do niego. - Tak?- spojrzał na niego pytającym wzrokiem nie wiedząc czego się spodziewać. Zresztą ja też nie wiedziałam o co mu może chodzić. Usiadłam niepewnie na kanapie ciągnąc za sobą potulnego Shina. - Chcę Ci podziękować. Bardzo nam pomogłeś w ciągu tych paru dni. - Przestań, nawet nie ma o czym mówić.- Mike machnął od niechcenia dłonią, ale Yasu nie chciał tego słuchać. Jego słowa były naprawdę szczere, a on sam buchał opanowaniem i powagą jakiej dotąd jeszcze u niego nie widziałam. Dużo przeszedł… Wszyscy zawsze mogliśmy na niego liczyć, lecieć do niego z kłopotem i smutkiem, a on rozwiązywał to wszystko w pięć minut. Starał się by zespół prosperował na odpowiednim poziomie i żeby nasza paczka nadal była nierozłączna. Jako filar BLAST robił co mógł byśmy doszli do tego co teraz mamy… Przyjaźnił się z Nobu od dziecka. Razem się wychowywali i razem chodzili do tej samej szkoły. Nawet mimo tego, że Yasu postanowił studiować prawo, a Nobu kulturoznawstwo nie powstrzymało ich przed tym by nadal żyć ze sobą w niesamowitych zażyłościach. Nobu dla Yasu stał się niemal jak brat, którego ten nigdy nie miał. Sam Yasu nie miał łatwego dzieciństwa. Został adoptowany przez pewne miłe małżeństwo, które same nie mogło mieć dzieci. Mimo tego pokochał ich ze wzajemnością… stał się ich ukochanym synem i zawsze starał się być wielkim w oczach swoich opiekunów. Patrząc na to z boku wręcz niemożliwością było to, że w poukładanym życiu idealnego dziecka pojawił się taki ktoś jak Nobu. Zwariowany, niepokorny, robiący na złość swoim bogatym rodzicom chłopak, o specyficznym spojrzeniu na świat. Różnili się między sobą jak ogień i woda jednak to co ich połączyło nie zważało na jakiekolwiek przeciwności, czy też błahe argumenty na nie. - Jest Michael, jest.- Pokręcił głową, po czym kolejny raz zaciągnął się dymem z papierosa.- Wszystko zorganizowałeś szybko i bez jakichkolwiek problemów. Trudno było mi się skontaktować z rodzicami Nobu, koniec końców i tak pojawiła się wyłącznie jego siostra.- Spuścił smętnie głowę, a ja wybałuszyłam na niego oczy. Na pogrzebie jedynie płakałam siedząc w kącie, nad jego trumną. Nie rozglądałam się, nie zastanawiałam się kto przyszedł i kim są ci wszyscy ludzie. Jednak wydało mi się czymś naturalnym, że rodzice powinni być na pogrzebie własnego syna… a jednak. - Nie było ich?- Sapnęłam czując jak moje oczy znów gotują się do płaczu. - Nie. Angelika powiedziała, że nawet nie chcieli o tym słyszeć. Matka płakała, a ojciec bez słowa zajął się codziennym życiem. – Spojrzał na mnie, a ja nie mogłam uwierzyć w to co słyszałam. Po chwili jednak przypomniałam sobie swoich rodziców i to jakby oni się zachowali. Ze smutkiem doszłam do wniosku, że zapewne tak samo… Pojawił by się jedynie Japhrimiel… - Nobu…- Szepnęłam sama do siebie.- Dlaczego nic mi nie powiedziałeś?- Spuściłam głowę. Przerażał mnie fakt, że Nobu musiał sobie z tym wszystkim radzić sam. Zawsze… i z tym samym pięknym i czystym uśmiechem. Poczułam ciepłe ręce Shina, które nadal twardo mnie przytulały, by choć na chwilę zdjąć z nas obojga ciężar jaki odczuwaliśmy. - Mimo wszystko, jego rodzina była przy nim.- Stwierdzenie Michaela wywołało u nas wszystkich lekkie zdziwienie. Nasz pytający wzrok wystarczył by skłonić go do dalszego kontynowania tej niecodziennej myśli.- Chodzi mi o to, że Wy staliście za nim jak mur… jego najbliższa i najlepsza rodzina. Myślę, że właśnie tym dla niego byliście. Przecież nie siedział smutny, nie miał depresji, nie wydawał się osowiały ani dziwny. Zawsze śmiał się, wygłupiał i po prostu był sobą. Nie odczuwał jakiekolwiek pustki ponieważ wszystko co kochał miał na wyciągnięcie ręki. Przyjaciół, zespół, muzykę…- Jego wzrok powędrował na mnie, a ja słuchałam jego słów jak zahipnotyzowana. - … i Ciebie Ashley.- Dokończył przyciszając głos sprawiając, że wszystkim serce zabiło mocniej. On miał rację… Przygryzłam wargę i poczochrałam i tak już mocno poczochrane włosy. Zawsze to robiłam… Nobu też. - Masz rację.- Mruknęłam spoglądając na każdego by choć na chwilę pokazać, że jest już lepiej. Że znów potrafię wziąć się w garść i prężnie pójść do przodu. By pokazać całemu światu, że mimo tego co się stało, że mimo tak wielkiej straty Ashley Fox nadal istnieje… że BLAST nadal istnieje.- Musimy wziąć się w garść. - A co z zespołem?- Niebieska głowa podniosła się gwałtownie i spojrzała na mnie swoimi wielkimi oczami, które mimo lat jakie minęły nadal były takie same jak w tym momencie gdy mały Shin przyszedł do nas jedynie z basem w ręku. Uśmiechnęłam się smutno i przełknęłam ślinę, by zmusić swoje gardło do doniosłego i mocnego głosu. Głosu BLAST. - Show most go on , Black Stones nadal trwa.- Zacisnęłam pięść, naprężając się jak struna. - Nie mamy gitarzysty.- Dość trafnie zauważył ja jednak miałam już w głowie gotowy plan. Nie mogłam zaprzestać tego co tak ukochał Nobu. Zespół był dla niego wszystkim… - Ale będziemy mieć. Nawet wiem już kogo… - Kogo?- Chórek mężczyzn zawył przepięknym głosem patrząc na mnie ze zdziwieniem. Pokręciłam ironicznie głową widząc, że nawet Yasu wciągnął się w to wszystko. Dobra nasza. - Tak się właśnie składa, że mój osobisty brat również umie grać na elektryku.- Wzruszyłam powabnie ramionami dla lepszego efektu. - Mówisz o Japhrimielu?- Carlos tak cichy i nieobecny, uniósł z niedowierzaniem brwi nadal wtulając się w Finix, a ja potaknęłam twierdząco głową. - Chodził na lekcje gry, a swojego czasu nawet Nobu pokazał mu parę chwytów. Myślę, że jeszcze coś powinien pamiętać…- Podrapałam się z zamyśleniem po głowie. Z ulg zauważyłam, że na twarzy Yasu zagościło zrozumienie. Nadzieja rozrastała się do niewyobrażalnych rozmiarów. - To może się udać…- Wymruczał Yasu pocierając dłonią podbródek, zapewne w geście rozmyślań.- Zadzwonię do niego… - Chwycił telefon i już miał wyjść gdy nagle przystanął na chwilę obok Michaela i spojrzał na niego przyjaźnie.- Liczę na Ciebie w tej sprawie. Oddaj jej to…- W dłoni miał jakiś pakunek i nawet nie zdążyłam mu się przyjrzeć jak jedwabistym ruchem podał go Michaelowi, który wziął go z pokorą i pokiwał głową ze zrozumieniem. Po chwili Yasu wyszedł. - O co chodzi?- Spytałam nieświadoma tego, co czaiło się za chmurą tajemnicy i ciszy jaka nastała. Mike podszedł do mnie i chwycił mnie za dłoń. - Chodź do twojego pokoju. Chciałbym pogadać z tobą na osobności.- Odparł delikatnym głosem, ale jakże poważnym i emanującym spokojem. Spojrzałam na równie zdziwione miny Finix, Carlosa i Shina, po czym wzruszyłam ramionami i nie świadoma niczego pokiwałam twierdząco głową. - Jasne…- Rzuciłam i skierowałam się do swojego pokoju. Mike bezszelestnie podążył za mną jednak nie wydawał się być zadowolony, szczęśliwy czy też rozluźniony… Był przestraszony. Bał się czegoś co ma zrobić… lecz dobrze wiedział, że tylko on temu podoła. Postanowiłam poddać się i po prostu… zaufać.
Witam Was wszystkich. Wiem, że ostatnio moje opowiadanka zrobiły się trochę smutne ale no cóż… Powiem szczerze, że chce nimi wywoływać różne emocje. Od śmiechu po łzy, od irytacji, aż po zachwyt. Najgorsza jest chyba obojętność… Co po opowiadaniu, które nie wywołuje u czytelnika żadnych sensownych uczuć oprócz znudzenia? Mam nadzieję, że jednak nuda Wam nie grozi i że mimo dość smutnego klimatu, który zapanował na te parę części nadal czytacie moje opowiadanie z zaciekawieniem. Wyrażajcie co czujecie w swoich komentarzach ;P Każdy jest mile widziany i każde pytanie dostanie szczerą odpowiedź. ZAPRASZAM!!!
sobota, 28 stycznia 2012
Czas mija nieubłaganie i w moim opowiadaniu i w prawdziwym życiu, co niestety nie dziwi. Koniec końców nadeszła pora kolejnej części, więc z dozą niepewności ale również podekscytowania wstawiam ją i czekam na wasze zdanie na jej temat. Zapraszam serdecznie do czytania i komentowania!!! :D
Polecam czytając tą część słuchać w tle piosenkę zespołu ONE OK ROCK „ Wherever you are”. Myślę, że idealnie wpisuję się w klimat tej części… Dla lepszego zrozumienia piosenki: Aishiteru yo po japońsku znaczy kocham cię. Kończę z głupotkami i wstawiam notkę ;P

***********
- No myślę, że to naprawdę wygląda dobrze.- Finix jak zawsze próbowała przekonać mnie do mojego „ galowego” stroju, który postanowiłam założyć na Grammy. Wyszłam z założenia, że muszę utrzymać swój styl niegrzecznej dziewczynki, tak też uczyniłam. Czarna sukienka z dopasowanym gorsetem gładko tworzyła na dole piękną warstwę tiulu i koronek. Postawione włosy w gotowości i koniecznie ostry ale jakże przyzwoity makijaż, który dopełniał całości.
- Maleńka jest wspaniale.- Dodał Yasu już od jakiejś godziny siedzący w swoim odświętnym garniturze. Spojrzałam błagalnie na Shina, który o dziwo miał na sobie czarne spodnie, białą koszulę i marynarkę prawdziwego punkowca. Wzruszył powabnie swoimi zgrabnymi ramionami.
- Skoro łysy prawnik i dredowa księżniczka tak mówią, to musisz w to uwierzyć.
- Nie jestem łysy… ja się golę.- Warknął Yasu.
- Dredowa Księżniczka?- Finix łypnęła na niego dziwnym wzrokiem i przez jeden krótki moment wszyscy mieliśmy wrażenie, że zapewne mu przywali. Ale pomyłka…- Cool! Muszę to zapamiętać.- Stwierdziła zabawnie kręcąc głową, sprawiając że tytułowe dredy podskakiwały w rytmie Jamesa Browna wypływającego z głośników już dość starego radia.
- Pasuje! To będzie ostateczna wersja. Już się nie przebieram.- Zastrajkowałam i z pełnym wdziękiem i gracją usiadłam na kanapie, wcale nie zważając czy wcześniej wspomniana sukienka ulegnie jakiemukolwiek pognieceniu. Zresztą chyba już bardziej pognieciona nie może być, no cóż pewnie to kwestia sporna. Do pokoju wtoczył się Nobu w całej swojej okazałości.- No i widzisz… jak chcesz to potrafisz.- Przekręciłam zabawnie głowę na bok i podziwiałam jego strój. No… wyglądał bardziej porządnie niż zazwyczaj. Brak dziur w spodniach naprawdę działa cuda!
- No nareszcie jakaś pozytywna wypowiedź. Nie na widzę się przebierać… co ja jakaś lalka Barbie??
- Nie marudź! Od razu było się w to ubrać… Myślałeś, że puścilibyśmy Cię przed kamery w twoich dziurawych spodniach i w tym poszarpanym T-shirt’ cie???- Finix zaczęła coś jęczeć jednak on jej wcale nie słuchał. Wolał zająć się czymś bardziej przyjemnym, a tak konkretnie to mną. Wziął mnie w objęcia i przejechał wzrokiem po mojej osobie uważnie mnie oglądając. Yasu pokręcił z dezaprobatą głową, zapewne chcąc nam przypomnieć, że już powinniśmy się zbierać.
-Wiecie, że to nie ładnie się spóźniać?- Wstał i zarzucił na siebie płaszcz, po czym dla utrzymania zwyczaju zapalił papierosa o moim ulubionym, wiśniowym aromacie. Nobu odkleił się ode mnie na pełną grozy minutę i podszedł do swojego drogiego przyjaciela.
- Jedź razem z Shinem, a ja pojadę z Ash.- Poklepał go po ramieniu i zmusił wzrokiem niebieskogłowego do ruszenia szanownych czterech liter. Delikatny brzdęk łańcuszka przewieszonego od wargi do ucha dał znać, że Shin go posłuchał.
- Ach mała, weź coś z nim zrób.- Mruknął puszczając do mnie zalotne oczko, po czym złapał swoją kurtkę i zamaszystym ruchem pociągnął za sobą Yasu wychodząc.
- Tylko się nie spóźnijcie!- Yasu zdążył jeszcze nas pouczyć jednak po chwili jednoznacznego spojrzenia już go nie było. Ziewnęłam i sama też postanowiłam idąc za przykładem Shina, zaciągnąć swojego lubego do samochodu. Chciał być samcem i zawieźć mnie całkiem sam na imprezę?! OK, to niech się teraz wywiąże z tej jakże heroicznej obietnicy.
- Idziesz?- Spojrzałam się na niego zalotnym wzrokiem. Uśmiechnął się promiennie i już po sekundzie stał obok mnie pomagając założyć mi płaszcz.
- Z Tobą choćby i na koniec świata…- Mruknął mi do ucha, omiatając mnie swoim ciepłem i jakże uwodzicielskim zapachem. A ja… po prostu mu uwierzyłam.
…
Przyjemny pęd powietrza wpadający przez otwarte okno w samochodzie, buchał w moją twarz. Na moich włosach nie robiło to dużego wrażenia, ponieważ stały one na baczność usztywnione super mocnym żelem. Jak to pięknie określają fryzjerzy… kontrolowany nieład. Nobu prowadził pewnie ale i ostrożnie. Spoglądałam na niego co jakiś czas z pewną dozą przyjemności i dzikiej satysfakcji. Dzisiejszy dzień zapowiadał się naprawdę wspaniale… Gala Grammy, światła reflektorów i ja razem ze swoją wspaniałą paczką przyjaciół, wspólnie świętując sukces jaki udało nam się osiągnąć.
- Trochę się denerwuję…- Mruknęłam bawiąc się swoimi palcami na których spoczywały przeróżne pierścionki. Oczywiście jak mogłam się spodziewać mój ukochany zadrwił ze mnie podstępnie rechocząc.- Tsa… mogłam spodziewać się takiej reakcji z twojej strony.
- Tylko się nie obrażaj…- Dyskretnie dotknął dłonią mojego kolana.- Po prostu nie mogę uwierzyć, że taka kobieta jak ty się czegoś boi.
- Nie powiedziałam, że się boje…- Fuknęłam marszcząc czoło w akcie protestu.
- Fakt. Ty słońce jedynie się denerwujesz.
- Właśnie… widzisz jak chcesz to potrafisz.- Oparłam się wygodnie o oparcie i pozwoliłam sobie na ty by odetchnąć i przekalkulować w głowie wszystko to co dotąd miałam okazję przeżyć.
- Ashley… wiem, że to może nie jest odpowiedni moment na zadawanie takich pytań, ale nie mogę już się dłużej powstrzymywać.- Jego głos nadzwyczajnie drżał, jakby obawiał się, że może dostać odpowiedź która nie będzie zgadzała się z jego oczekiwaniami. Uniosłam do góry głowę i spojrzałam na niego zdziwionym wzrokiem. Nie wiedziałam o co mu chodzi i czy to o co chce mnie zapytać jest dobre. Jego twarz była skupiona i zamyślona. Być może to kwestia sytuacji, ale przez moment pomyślałam że zaraz limit moich i tak już napiętych nerwów się skończy. Czekałam cierpliwie…
- Tak?- Ponagliłam go.
- Zamieszkamy razem?- W końcu wyrzucił to z siebie, a ja odetchnęłam z ulgą zdając sobie sprawę, że nie chodzi o zerwanie lub coś bardziej kwiecistego. Zamieszkać razem… Pamiętam Mike kiedy byliśmy razem poprosił mnie o to samo jednak wtedy wynikło z tego powodu wiele zawirowań. Na początku zgodziłam się jednak szybko zdałam sobie sprawę z tego, że nie jestem gotowa na tak wielki krok. W gruncie rzeczy moje obawy i strach przed straceniem niezależności były śmieszne i banalne. Mimo wszystko nie zamieszkaliśmy razem… Często myślałam o tym, że gdybym wtedy jednak to zrobiła, to może mój związek z Michaelem wyglądałby inaczej. Zacisnęłam dłoń i uśmiechnęłam się pod nosem… Nie miałam zamiaru popełnić drugi raz tego samego błędu.
- Tak.- Odparłam krótko, a on najwyraźniej mi nie uwierzył, ponieważ pokręcił nerwowo głową nadal patrząc z uwagą na drogę.
- Nie ja się chyba przesłyszałem…- Zbliżaliśmy się do skrzyżowania na Mensa Street, samochodów było mnóstwo, jednak szczęście trwało ponieważ trafiliśmy na tzw. Zieloną falę. Nie musieliśmy stać w gigantycznych korkach…
- Kochanie, chcę z tobą zamieszkać. To nie żart….- Tym razem to ja dyskretnie dotknęłam jego dłoni, która spoczywała powabnie na skrzyni biegów.- Miałeś nadzieje, że odmówię?
- Nie… raczej bałem się tego, że odmówisz. Jednak kolejny raz pozytywnie mnie zaskoczyłaś…
- Zaskoczenie to moja specjalność.- Mruknęłam zawadiackim głosem.
- Ale Michaleowi koniec końców odmówiłaś…- Poruszył ten dawny temat, który i tak wcześniej czy później pewnie by wypłynął.
- I to może był błąd… Teraz jestem mądrzejsza. Nie chcę zmarnować szansy jaką daje nam los… skoro chcesz tego to i ja też chcę. Proste prawda?- Na jego twarzy pojawił się piękny uśmiech wyrażający zadowolenie i nieokreśloną radość. Wjechaliśmy na skrzyżowanie. Zielone światło dopiero co pojawiło się na czarnej sygnalizacji… jego piękna twarz na moment odwróciła się w moją stronę. Spojrzał na mnie swoimi błękitnym i oczami, a z twarzy nie schodził tak subtelny i wspaniały uśmiech.
- Jestem taki szczęśliwy… Kocham Cię.- Odparł, a ja patrzyłam na niego jak zahipnotyzowana. Odwzajemniłam uśmiech i powstrzymałam się by po moich policzkach nie pociekły łzy szczęścia.
- Ja też Ciebie…- Nie zdążyłam dokończyć gdy mój wzrok przykuło światło zbliżające się do nas w zastraszającym tępię. Moje serce zabiło szybciej, a przerażenie mieszało się ze strachem. Dotarło do mnie co się dzieje…- Nobu uważaj!!!!- Wrzasnęłam. Boże jak on się starał… jego głowa szybko odwróciła się by spojrzeć na nadjeżdżający samochód z prawej strony, który wcale nie zważał na to, że ma czerwone światło. Gnał prosto na nas… Nobu starał się coś zrobić… nacisnął nerwowo na gaz… zaczął skręcać… Światła migotały, cały świat jakby się zatrząsnął. Tamte auto uderzyło w nas… Ciemność ogarnęła mnie, a jakieś ciepło otuliło zbolałe ciało. Nie mogłam się ruszyć… świadomość odpływała… Boże jak to się mogło stać… mnie już nie było. To koniec.
…
Nie, uważaj! NIE! Kręciłam głową w nerwowym geście. Zimny pot oblewał moje ciało, a przed oczami migotały niepokorne światła. Znów to samo… On w nas uderzy! NIE!!!...
Otworzyłam oczy z prędkością światła i rozejrzałam się dookoła po szpitalnym pokoju w którym leżałam całkiem sama. Czułam się strasznie poobijana, a strach po koszmarze jeszcze nie odszedł na dobre nadal czając się w każdym kącie mojej świadomości. Mój wzrok niemal bolał gdy szurałam nim po całym pomieszczeniu szukając jakiejś znajomej twarzy… kogokolwiek. Nagle światło z jarzeniówki zamigotało wściekle oślepiając mnie … zimny pot zalał moje ciało, a do mojej świadomości doszło to co się stało. Zakryłam z przerażeniem usta dłonią i pokręciłam przecząco głową.
- Nie możliwe… naprawdę mieliśmy wypadek.- Sapnęłam sama do siebie czując jak narastający strach wyciska ze mnie ostatek powietrza jaki został w moich płucach. Wiedziałam jedno… nie mogłam zostać sama…- Ktokolwiek…- Zachrypiałam cicho jednak szybko zrozumiałam, że w taki sposób nikt mnie nie usłyszy.- KTOKOLWIEL!- Wrzasnęłam, czując jak do oczu napływają mi łzy. Musiałam dowiedzieć się co z Nobu… Do mojej głowy zaczęły napływać przerażające wspomnienia, które jak szpilki kuły mnie dotkliwie zadając ból … Drzwi zaskrzypiały, niespokojny wiatr zawiał, a do pokoju wbiegł Yasu, a zaraz za nim Shin nadal w odświętnych ubraniach. Musieli tu przyjechać prosto z Gali. Spojrzeli na mnie dziwnym wzrokiem, po czym Shin rzucił się na mnie przytulając się tako mocno jak nigdy dotąd. Pogładziłam jego głowę i przygryzłam wargę.- Już dobrze… nic mi nie jest.
- Ash… tak się bałem….- Wychlipał przez łzy, a je nie mogłam zrozumieć dlaczego jest w aż takiej rozpaczy. Przecież żyje prawda?! Nobu też żyje… musi żyć. Przecież jak ja przeżyłam to i on, nawet nie ma innej możliwości…
- Co z Nobu?- Gdy nabrałam odpowiednią ilość powietrza zdołałam wyrzucić z siebie owe pytanie. Poczułam jak Shin jeszcze mocniej wtula się we mnie, choć sądziłam że to już nie jest możliwe. A Yasu… Boże Yasu zdjął okulary… nie proszę nie zdejmuj tych cholernych okularów! Spojrzałam w jego oczy i ujrzałam napływające łzy…
- Ashley…- Zaczął jednak musiał na chwilę odetchnąć. Przełknął nerwowo ślinę po czym usiadł obok mnie i wtulającego się we mnie Shina.- Wjechaliście na skrzyżowanie prawidłowo na zielonym, jednak jakiś samochód z prawej który miał czerwone… zignorował je… Uderzył w Was z ogromną siłą.
- Yasu…- Pokręciłam głową nie chcąc dopuścić do swojej świadomości tego co próbował mi powiedzieć.- Proszę powiedz mi co z Nobu…- Dotknął mojej ręki nadal nie spuszczając ze mnie wzroku. Znów usłyszałam łkanie Shina…
- Nobu nie żyje.- Słowa te uderzyły mnie jak prawy sierpowy… brutalny, mentalny policzek wymierzony w moją osobę. Świat stanął na tą jedną przerażającą minutę. Nic… zupełna pustka… strach, ból… płacz Shina odbijający się od pustych ścian szpitalnego pokoju i Yasu, który natychmiast przytulił mnie do siebie. Mój wzrok wciąż tępo patrzący przed siebie…
- Nie…- Wychrypiałam przez łzy. Moje oczy nieznośnie drgały, a zmęczony umysł nie chciał zakodować tej niedorzecznej informacji.- Nie kłamiesz! Proszę powiedz, że kłamiesz!- Nie mówiłam ja wrzeszczałam… Boże jak ja chciałam, żeby to wszystko okazało się jakimś głupim żartem. Odepchnęłam się od niego. Patrzyłam na Yasu i Shina mokrym wzrokiem, zakrywając z przerażenia usta. Straciłam go… teraz gdy wszystko zaczęło się układać, gdy wybrałam właśnie jego…
- Nawet nie wiesz jak bardzo chciałbym powiedzieć, że to tylko żart.- Smutek jaki pałał z jego oczu sprawiał, że ostatnia nadzieja opuściła mnie niczym pękając bańka mydlana. Szybko i boleśnie… Dłonie trzęsły mi się jak osika, a łzy niepohamowanie spływały ciurkiem po bladych policzkach.
- Dlaczego teraz… On poprosił mnie o to bym z nim zamieszkała…- Potok żalu nie chciał przestać płynąć zalewając mnie bólem i nie pohamowanym wyrzutem do świata. Do świata, który zabrał mi mojego Nobu…- Zgodziłam się… On się tak cieszył…- Kolejny raz zakryłam usta powstrzymując się by nie ryknąć z bólu. Ciepłe dłonie Yasu objęły mnie i zmusiły bym położyła głowę na jego klatce piersiowej. Zacisnęłam rozedrgane dłonie na jego marynarce, czując jak paznokcie wbijały mi się w skórę. Ten ból przy bólu jaki czułam w sercu był realną odskocznią, która choć na moment wyrwała mnie z agonii w jaką wpadłam.- Dlaczego on… Dlaczego mi go zabrali… teraz gdy byliśmy naprawdę szczęśliwi…
- Uspokój się proszę… Ashley…- Yasu nadal gładził moją głowę starając się sam sprawiać pozory spokoju. Czułam drżące ciało Shina, który nadal trzymał się blisko nas. On również potrzebował wsparcia i ciepła. Nobu dla nas wszystkich był kimś ważnym i jego odejście dla każdego z nas razem i z osobna było okropnym przeżyciem. On i Shin stracili najlepszego przyjaciela… ja straciłam również osobę którą szczerze kochałam. Przypomniałam sobie z żalem jak poprzedniego wieczoru rozmawiałam z Finix. Powiedziałam jej wtedy, że czuję że ten dzień będzie niezapomniany. Boże… nigdy nie zapomnę tego dnia… nie zapomnę dnia w którym straciłam swoją miłość, swojego przyjaciela i cześć swojego serca. Ten dzień stał się przeklęty i pragnęłam z całych sił by go zapomnieć i wyrzucić z pamięci jak najszybciej jest to możliwe… jednak tak się nie da. Moja pamięć o tym dniu zagnieździ się w głowie i sercu i co jakiś czas przypominając o sobie. Boleśnie i brutalnie… brutalnie i bez ostrzeżenia… bez ostrzeżenia wbije nóż w plecy. Pozostanie ze mną do końca przypominając mi twarz Nobu gdy mówił mi swoje ostatnie słowa… „ Jestem taki szczęśliwy… Kocham Cię.”
A po jego głosie pozostała pustka… a po ciepłym dotyku przerażający chłód.
sobota, 21 stycznia 2012
WAŻNE LUDZIE WAŻNE!!!!!!
Nie dla ACTA !
Nie dla cenzury internetu !
Polski rząd podpisze ACTA 26 stycznia 2012! Czym dokładnie jest ACTA ?
ACTA (Anti-Counterfeiting Trade Agreement) - Międzynarodowe porozumienie, które już niebawem może zmienić także Twoje życie. ACTA w założeniach ma walczyć z podrabianiem towarów i piractwem. W rzeczywistości sprowadza się do tego, że każdy Twój ruch w internecie będzie śledzony przez dostawcę Twojego internetu oraz rząd, a ewentualne naruszenie (nawet nieświadome) praw autorskich będzie wiązało się z odcięciem dostępu do internetu, oraz karą.
Ponadto Twój dostawca internetu będzie miał możliwość, a nawet obowiązek blokować wszelkie strony na których znajdują się materiały naruszające prawa autorskie. Do takich stron można zaliczyć np. YouTube. To nie przypadek, że do tej pory nie słyszałeś o ACTA. Jej tworzenie jak i podpisanie odbywa się za plecami społeczeństwa.
Już w czwartek - 26 stycznia rząd Polski podpisze porozumienie ACTA.
SPRZECIWMY SIĘ TEMU ZAREAGUJMY!!!!!!!!!! Tu są przydatne linki, tam dowiecie się jak walczyć ! Wstawiajcie notki na swoje blogi!!!!
http://www.anty-acta.org.pl,
http://niedlaacta.pl,
http://www.facebook.com/nieACTA
*************
- Nie mam Ci tego za złe… jednak muszę Cię o coś prosić.- Jego głos był lekki i nie wyrażał złości czy też zdenerwowania, czego się spodziewałam w takiej sytuacji. Z jego czekoladowych oczu buchało opanowanie, którego tak mu zazdrościłam, gdyż ja sama w środku byłam jednym wielkim emocjonalnym wrakiem.
- O co?- Spytałam niepewnym głosem. Uśmiechnął się do mnie słodko i chwycił moją dłoń, tak delikatnie i subtelnie że niemal tego nie zauważyłam.
- Bądźmy nadal przyjaciółmi. Nie zrywajmy naszej znajomości…
- Nawet mi to nie przeszło przez myśl.- Mruknęłam uśmiechając się niepewnie. Naprawdę nie potrafiłam odciąć się od tego człowieka. Michael już na zawsze stał się ważną częścią mojego życia i choćby nie wiem co nie chciałam wyrzucać go z serca przez parę głupich nieporozumień. Odetchnął spokojnie i wyciągnął się w fotelu samochodu.
- Dziękuje… Teraz jestem spokojny.- Jego subtelne słowa musnęły moją skórę i naprawdę poczułam spokój.
- Jesteś naprawdę nieznośny.- Szturchnęłam go w bok rechocząc pod nosem. Zaryzykowałam, by odbudować cienką nić przyjaźni pomiędzy nami… i się opłaciło. Jego mina znów była taka jak na samym początku. Znów się śmiał i oddał mi kuksańca z zawrotną szybkością.
- Być może to nam było pisane.- Roześmiał się szczerze i zaczął się bawić moją dłonią. Wcale mi to nie przeszkadzało… Nie przeszkadzała mi jego bliskość, jego zapach i ciepło. Być może to głupie ale dawał mi siłę i nadzieję. Nadzieję, że mimo wszystko cuda się zdarzają, a to co wydaję się skazane na porażkę może odżyć na nowo. Jak fenix z popiołów narodziła się nowa Ashley Fox i nowa przyjaźń. Przyjaźń pomiędzy dwojgiem ludzi, którzy teoretycznie nigdy już nie powinni mieć ze sobą nic wspólnego.
- Było lub nie, to nie jest teraz ważne. Ważne jest to, że po tym wszystkim co się stało potrafimy jeszcze ze sobą normalnie rozmawiać. Bez kłótni, przekleństw lub wypominania sobie co było w nas złe.
- Masz rację.- Kiwnął głową, a jego czarne loki podskoczyły zabawnie do góry. Uśmiechnęłam się szczerze.- To dziwne, ale cieszę się, że skończyło się to tak a nie inaczej. Myślę, że Nobu naprawdę cię kocha szczerze… tak jak ja. Jestem spokojny z tego powodu.
- Na pewno mnie kocha… udowodnił mi to wielokrotnie. Mike…- Zaczęłam jednak musiałam dać sobie chwilę by ukoić oddech i splątane myśli, które bezwiednie krążyły po mojej głowie.- Muszę spróbować. Chcę zobaczyć czy te uczucie między mną a nim jest prawdziwe… czy poczuje się spełniona.
- Nie musisz nic mówić… rozumiem.- Westchnął uśmiechając się słodko. Naprawdę mówił szczerze i zgłębi serca. Poczułam, że mam w nim oparcie…- To spotykamy się na Grammy.
- Tak na Grammy. To już jutro.- Westchnęłam chwytając za swoją torbę.- Znów będę musiała się wbić w jakąś niewygodną kieckę. Achhhh… Szaleństwo.
- A ja w smoking lub coś.- Szturchnął mnie w bok, a ja się roześmiałam. Rozmawialiśmy jak kiedyś… Boże, czy już teraz będzie lepiej?- Zobaczysz założę coś odlotowego!
- Nie wątpię, potem pół LA będzie chodzić ubrane tak jak ty!- Szepnęłam nachylając się nad jego uchem. Zachichotał przyjaźnie, a ja za te ciepło którym mnie obdarzył pocałowałam go w policzek.- Dziękuje.- Dodałam i wysiadłam z samochodu nie oglądając się za siebie. Stare życie pozostało w tyle, nowe się dopiero zaczęło. Nowa miłość, nowy przyjaciel lecz nadal ci sami ludzie na których mimo wszystko co się stało, zawsze mogę liczyć.
…
Wpadłam do mieszkania i z radością odetchnęłam. Wszystko w końcu zaczęło się układać, nareszcie. Zdjęłam skórzaną kurtkę i rzuciłam torbę na szafce w przedpokoju. Pierwsze czego zapragnęłam, to rzucenie się beztrosko na moją ukochaną kanapę, która przeszła już chyba wszystko. Jak pomyślałam tak też zrobiłam. Moje ciało rozpostarło się na niej. Przymknęłam oczy i po prostu… nie myślałam. Napajałam się jedynie spokojem, jaki zapanował na ten krótki czas. Nagle z tego błogiego stano wybił mnie czyjeś usta. Tak usta… Otworzyłam jedno oko, by się upewnić że to Nobu skorzystał z okazji. Ujrzałam jego uśmiechniętą twarz i migoczący wzrok. Pociągnęłam go delikatnie do siebie i już po sekundzie poległ obok, trzymając mnie mocno w objęciach.
- A jednak ja…- Mruknął z niemałą satysfakcją, a ja prychnęłam lekceważąco.
- Wyczułeś od razu sprawę, co?
- Ha… po prostu po raz pierwszy od pewnego czasu widzę cię kompletnie spokojną i wyluzowaną. Nie masz już tego zmartwionego wyrazu twarzy… To mogło znaczyć tylko jedno. Musiałaś wybrać.
- A skąd taka pewność, że to akurat Ty zostałeś szczęśliwym zwycięzcą?- Uniosłam prowokująco brwi i ułożyłam usta w klasyczny dziubek.
- Bo gdy Cię pocałowałem nie dostałem po mordzie.- Odparł wzruszając ramionami, a ja nie mogłam się powstrzymać by parsknąć śmiechem. Jego ciepłe dłonie dotykały mnie delikatnie, co wprawiało mój umysł w bardzo przyjazny nastrój. Chyba naprawdę byłam spokojna. Położyłam głowę na jego ramieniu, napajając się tą chwilą.
- Ryzykowny z Ciebie facet…- Mruknęłam czując jak wtula twarz w moje włosy.- Będziesz musiał wbić się w jakieś odświętne wdzianko…
- Ach… Nasze kochane Grammy.- Pokręcił głową dla lepszego efektu.- Może na nie i zasłużyliśmy, ale te cyrki z tym całym strojeniem to przeginka.
- Nie wymigasz się kochany. Skoro ja muszę założyć sukienkę, to ty przynajmniej marynarkę i białą koszulę.- Zagroziłam, a jego smukłe kąciki ust wygięły się do góry w geście zadowolenia.
- Ashley Fox w sukience… miam.- Oblizał wargi i pocałował mnie tak namiętnie, że cała aż się rozpływałam pod napływem uczuć które atakowały mnie z każdej strony. Naprawdę cieszyłam się każdą chwilą spędzoną z tym niezwykłym człowiekiem. Nie wiedziałam czy to co nas łączy przetrwa i czy kiedyś nie pożałuje że jednak wtedy nie wybrałam Michaela, jednak wiecie co? W tym momencie nawet nie myślałam o tym… a wręcz przeciwnie z każdym dotykiem i pocałunkiem Nobu przekonywałam się że mój wybór jest prawidłowy.
- Mam nadzieję, że Shin też ma jakieś odświętne ubranie… O Yasu akurat się nie martwię.
- Fakt, on to codziennie mógłby odbierać Grammy.- Stwierdził znów ukradkiem muskając moje skronie ustami. Usilne majstrowanie przy drzwiach wejściowych mogło oznaczać tylko jedno. Finix łaskawie wróciła do mieszkania. Wtoczyła się do salonu i padła bez życia na fotelu, marszcząc nos na widok nas gruchających na kanapie.
- Jesteście popaprani… a Carlos to już w ogóle.- Rzuciła groźnie jakby jeszcze nadal była w ciężkim szoku, po czymś bliżej niezidentyfikowanym.
- Co Ci zrobił i dlaczego wrzucasz nas do jednego worka?- Mruknęłam spoglądając na nią badawczo. Od wieczoru gdy zostawiła mnie i Nobu samych, nie było jej w domu. Być może trochę się martwiłam jednakże w jej skomplikowanym przypadku to norma. Często gdzieś znika, potem tajemniczo pojawia i tak w kółko. Naprawdę można dostać oczopląsu.
- Właśnie gdzie się podziewa ten stary krętacz Carlos?- Wtrącił się mężczyzna, który stanowczo za dużo używał dłoni w szczególnie nie odpowiednich momentach. Szturchnęłam go lekko łokciem dając mu do zrumienia, że nie czas na czułości. Zrobił wielce niepocieszoną minę, jednak odwzajemniłam się miną mówiącą głośno i wyraźnie „Oj jakoś to przeżyjesz!”.
- On jest po prostu niereformowalny!- Wrzasnęła Finix gwałtownie podnosząc i upuszczając ręce. Wyglądała jak marionetka, którą władał bardzo złośliwy lalkarz.
- Finix, gadaj albo stracę cierpliwość…
- Powiedział, że mnie kocha! Czaisz?!- Przybliżyła swoją twarz do mojej, a ja zdębiałam. Tak naprawdę nie wierzyłam w to, że Carlos w końcu odważy się jej powiedzieć co czuje do niej, a tu taka niespodzianka. Jednak najwidoczniej nie wszystko poszło tak jak miało pójść w założeniach. Zero happy endu, ani ochów i achów. Najwyraźniej Finix… trochę się przestraszyła.
- To chyba dobrze.- Stwierdziłam wzruszając bezradnie ramionami. Naprawdę oni byli jak dwójka małych, rozwydrzonych dzieci. Jak paluszkiem nie wskażesz to w życiu się nie domyślą co mają robić.
- Dobrze! Kurde nie. Fatalnie i mega źle. On jest moim przyjacielem, po co to do jasnej ciasnej psuje.- Warknęła łapiąc się za głowę. Najwyraźniej nie bardzo wiedziała co ma zrobić, a ja odczuwałam nie możną potrzebę żeby szybko jej wskazać odpowiedni kierunek.
- Ale przecież ja i Nobu też byliśmy, jesteśmy… no wiesz. I jakoś żyjemy.- Odparłam potrząsając ironicznie głową.
- I to jeszcze jak!- Dodał Nobu, a ja spojrzałam na niego wymownie. Ach zapomniałam mu kiedyś wcześniej wspomnieć o tym że jak kobiety rozmawiają, to facet nie może się wtrącać. Jest to wybitnie nie wskazane. Jakoś Mike mógł to pojąć gdy raz mu się dostało podczas moich pogaduch z Liz. Komedia.
- Przecież wszystko było dobrze… po co to psuć zawieraniem głębszych znajomości. Myślę, że to jest wielce i wybitnie beznadziejna sprawa.- Kolejny raz rzuciła ten niezbyt trafiający do mnie argument.
- Ty się po prostu boisz.- Rzuciłam krótko wywołując tym u niej falę oburzenia. Zmarszczyła groźnie brwi i spojrzała na mnie jakby zaraz miała mi przywalić i to bez żadnych oporów.- Nie patrz się tak na mnie. Przerażasz mnie…- Sapnęłam wtulając się w Nobu. Co jak co ale chciałam jeszcze trochę pożyć.
- Widzisz to nie ja się tu boje tylko ty.
- Oj weź się przymknij. Carlos już długo się w sobie nosił żeby coś Ci powiedzieć, ale ty skutecznie odwodziłaś go od tego pomysłu. No koleś ma stalowe nerwy! Ciągle na niego wrzeszczałaś, naskakiwałaś, a on po godzinach żalił mi się że nie może z tobą dojść do porozumienia. Pomyśl co robisz?! Ten koleś mówi Ci że mimo twoich wszystkich wad i twojego wrednego charakteru, kocha Cię! A Ty co?! Dywersja?!- Nie wytrzymałam i wygarnęłam jej całą prawdę w żywe oczy. Musiałam sprawić by ten jej mózg w końcu zaczął pracować tak jak trzeba bo inaczej nie ma dla niej ratunku.
Spojrzała na mnie dziwnym wzrokiem i przez jeden straszny moment miałam wrażenie, że chce mi zdrowo przywalić. Wykrzywiłam usta i odchyliłam się do tyłu by w razie czego móc uniknąć ciosu wymierzonego jakąś twardą rzeczą. Na przekład lampką nocną. Słyszeliście, że nią można zabić? Wzdrygnęłam się na samą myśl o tym. Być moje ostre lecz prawdziwe słowa do niej dotarły, ponieważ spuściła smutno głowę i westchnęła ciężko.- A ty co do niego czujesz?- Dodałam, czując że jeśli teraz z niej nie wyciągnę wszystkiego, to już nigdy nie zdobędzie się na taką szczerość wobec mnie. Nobu domyślił się, że nie powinien nam przeszkadzać. Wstał i pocałował mnie w policzek.
- Będę w twoim pokoju. Może znajdę cos ciekawego…- Mruknął z cwaniackim uśmieszkiem i wyszedł po drodze czochrając głowę Finix, która lekko się oburzyła jednak gdy tylko przypomniała sobie moje pytanie znów wróciła do poprzedniego stanu niemiłego zawieszenia.
- No i???
- Też chyba go kocham.- W końcu wyrzuciła to z siebie, jakby sama myśl o tym była dla niej niewyobrażalnym ciężarem. Od kiedy pamiętam Finix zawsze była niezależna. Carlos był jedynie facetem, który nie uciekł od niej. Jednak nie potrafiła obchodzić się z nim jak z resztą debili, którzy próbowali się do niej zbliżyć. Ku zdziwieniu wszystkich stali się nie rozłączni i to właśnie stało się początkiem tej niesamowitej znajomości, której naprawdę im zazdroszczę.
- Więc co jest nie tak? Co Cię tak wkurza?
- Może ja nie potrafię… lub naprawdę się boje. Jego tak długo niebyło, zniknął a ja zamartwiałam się jak jeszcze nigdy dotąd. Myślałam, że jak się tylko pojawi to pierwszym uczuciem jakie poczuje będzie wściekłość jednak… poczułam ulgę. Zamiast mu przywalić rozpłakałam się jak jakaś lalunia i przytuliłam go. Czy to nie chore?- Spojrzała na mnie takim wzrokiem, że aż poczułam dziwne ukucie w sercu. Naprawdę pierwszy raz widziałam ją w takim stanie.
-Ani trochę. Po prostu ach… jakby Ci to powiedzieć… jesteś dość specyficznym stworzeniem. Nie jest z tobą łatwo.
- Ej myślałam, że zadaniem przyjaciółki jest pocieszanie, a nie dobijanie.- Szturchnęła mnie w bok, a ja zarechotałam widząc jej oburzoną minę.
- Mam dla ciebie idealną radę.
- Aż się boję spytać…- Pokręciła z politowaniem głową jakby wcale nie wierzyła w moje dobre intencje.
- Pójdziesz teraz grzecznie do Carlosa.
- No…- Ponagliła mnie kręcąc dłonią w powietrzu jakby odganiała natrętną muchę.
- Zapukasz… on ci otworzy.
- Dość prosty plan.- Stwierdziła.
- Możesz nie przerywać?- Syknęłam na nią.- Gdy otworzy drzwi masz go pocałować, a potem to już możecie wcielać różne scenariusze. Najbardziej polecam dziki seks przez całą noc. To naprawdę zacieśnia więzi.- Wzruszyłam ramionami i spojrzałam na nią wymownie. Wspominałam… jej trzeba prosto z mostu, bez żadnego owijania w bawełnę. Chyba mi się udało ;D
- I twoim zdaniem to lek na wszystko?- Uniosła jedną brew jak oprych sprawiając wrażenie jakby ta ciekawa alternatywa nie bardzo do niej trafiała.
- Prościej się nie da. Kochasz go?- Przybliżyłam się do niej łapiąc jej spojrzenie swoim wzrokiem. Kontakt oko oko to podstawa idealnie przygotowanej perswazji. Zacisnęła z zacięcia usta i przez chwilę przetwarzała wszystkie informacje jakie do niej trafiały. W końcu jej ramiona opadły bezwładnie, a twarz złagodniała.
- Tak…- Mruknęła, a moje usta mimowolnie ułożyły się w przyjazny uśmiech ulgi.
- Gwarantuje Ci, że on też ciebie kocha. Nie zmarnuj takiej szansy na szczęście…
- Myślisz, że to może się udać?- Szturchnęła mnie w bok, a ja pokiwałam przyjaźnie głową. To że może im się udać… wierzyłam w to jak cholera. Zresztą jak mogłoby być inaczej, skoro sama zawierzyłam swoje serce przyjacielowi?
- Cieszę się, że mogłam z tobą o tym porozmawiać. Idę się z nim spotkać… i powiedzieć o wszystkim.- Mruknęła wstając i całując mnie soczyście w policzek. Usłyszałam w jej głosie ulgę i przekonanie w to co mówi. Mam nadzieję, że tej dwójce naprawdę się uda.- Idę, a ty się strój. Jutro wielki dzień dla BLAST!
- Hah! Grammy!- Pisnęłam puszczając do niej zalotne oczko.- Mam dziwne wrażenie, że to będzie wyjątkowy dzień, którego nie zapomnę do końca życia…- Zachichotałam czując jak ekscytacja i podniecenie wypełnia moje ciało. Sny się spełniają… Grammy, miłość, przyjaźń, szczęście i nareszcie święty spokój. Czego można chcieć więcej?
- Będzie Ash, będzie!- Pomachała do mnie dłonią na której było pełno przeróżnych pierścionków, po czym zniknęła zostawiając mnie samą w pokoju. Oparłam głowę o oparcie i mimowolnie, sama do siebie posłałam uśmiech.
- Czuję to w kościach… na pewno będzie.- mruknęłam z wielkim rozbawieniem. Będzie.

Mam nadzieję, że mimo tego że na razie Michael zszedł na boczny tor nie przestaliście czyta mojego opowiadania. Zapewniam, że Mike jeszcze wróci do gry ale na razie nie zdradzam szczegółów ;D Muszę się również podzielić z Wami tym, że ZDAŁAM PRAWO JAZDY!!! 3 X TAK!!!!! Nawet nie wiecie jaki mi kamień z serca spadł :p Zapraszam do czytania i komentowania. Polecajcie mój blog znajomym będę za to bardzo wdzięczna :) Pozdrawiam serdecznie buziaczki :*:*:*
sobota, 14 stycznia 2012
Czas wstawić kolejną część opowiadania. Dzisiaj moja studniówka, więc wstawiam to między fryzjerem a kosmetyczką :D Mam nadzieję, że jeszcze znajdujecie czas na wchodzenie na mojego bloga. No dobra nie rozwodzę się nad tym i powiem tylko jedno ZAPRASZAM!!!! ( proszę też o komentarzyk;)

*******************
Założyłam szlafrok i pognałam cała w skowronkach do kuchni. Oj nie mylicie się Ashley Fox ma zamiar coś ugotować, a konkretnie jajecznicę. Nobu jeszcze nie zdążył zwlec się z łóżka, a przyjemny chłód poranka owiewał moją szyję. Otwarte okno było błogosławieństwem, dla duszy i ciała. Nalałam czarnego płynu zwanego kawą do dwóch kubków i sprawnym ruchem zamieszałam jajka na patelni. Idealne danie gotowe w zaledwie pięć minut. Czego chcieć więcej???
- Nobu!- Zawyłam nakładając danie i podśpiewując pod nosem. Czułam się wyjątkowo dobrze i najwyraźniej do mojej głowy nie zaczęły jeszcze wpadać realia tego świata. Kłopoty i zmartwienia siedziały na razie gdzieś głęboko zamknięte, a ja cieszyłam się błogim spokojem. Już miałam iść do Nobu i własnoręcznie zwlec go z łóżka, jednak powstrzymał mnie dzwonek do drzwi. Zrobiłam zdziwioną minę i zaczęłam przetwarzać w głowie, kto mógł o tej godzinie tłuc się tu by zobaczyć moją uroczą mordkę. Przesadziłam z tą uroczą mordką… Zresztą nie ważne. Ważne jest to, że w końcu zawlekłam swoje leniwe ciało by otworzyć. Nie pytałam kto to, nie sprawdzałam w Judaszu, kompletne zaufanie. Głupiutka Ashley, a jeśli tam stoi Kuba Rozpruwacz to co zrobisz? Powiesz mu „och skoro już otworzyłam, to proszę wejdź i wypatrosz mnie jak rybę! Czuj się jak u siebie w domu!”. Jakiś głupi głos rozbrzmiał w mojej głowie, a ja fuknęłam na niego złowieszczo.- Kuba Rozpruwacz…- Mruknęłam potrząsając głową ze śmiechu i jednocześnie otwierając drzwi. Ku uciesze mojej wybujałej wyobraźni w drzwiach nie ujrzałam Kuby. Co za szkoda… Głos znów się odezwał lecz szybko go odpędziłam, zajmując się wpatrywaniem w czekoladowo- czekoladowe oczy mojego niespodziewanego gościa.
- Dzień dobry Ash.- odparł uwodzicielskim głosem i oparł si o futrynę. Jego biały T-shirt wystawał zalotnie spod czarnej marynarki, a idealna twarz śmiała się do mnie uroczo. Odruchowo odwzajemniłam uśmiech jednocześnie, zakrywając się szczelniej szlafrokiem. O Boże to Michael… Stwierdziłam z rozpaczą przypominając sobie o nagim Nobu pałętającym się po mieszkaniu i tym co się z tym wiązało.
- Och…- Wydałam z siebie te mało eleganckie westchnięcie i potargałam dłonią swoje włosy.- Co cię sprowadza?- Sapnęłam jednocześnie obmyślając jak wyjść z tej sytuacji z twarzą. Myśl… Myśl… MYŚL!!!
- Nie pamiętasz?- Spytał rozbawionym głosem, a ja otworzyłam szeroko oczy, po czym klepnęłam się z wdziękiem w czoło.
- Mieliśmy iść dzisiaj do Liz…- Odparłam odkrywczo, a on zaśmiał się uroczo. Był taki piękny i przystojny, a jego idealne włosy wspaniale układały mu się na głowie. To wcale nie pomagało w skupieniu, ani trochę!!!
- Widzę, że dopiero wstałaś. Przepraszam, że jestem tak wcześnie…- Zaczął niewinnie szurać stopą jak mały chłopiec. Był taki swobodny, jakby wszystkie zmartwienia trapiące jego odeszły wraz z otwarciem drzwi do mojego mieszkania. Odetchnęłam głęboko i w końcu zebrałam się w sobie, żeby zaprosić go do środka. Trudno i tak kiedyś się dowie, może i lepiej żeby to było teraz.
- Wejdziesz? Przebiorę się w coś bardziej wizytowego i będziemy mogli do niej jechać.- Odsunęłam się na bok robiąc mu miejsce. Wskazałam wejście do kuchni i modliłam się w duchu, by Nobu chociaż trochę wyglądał na ubranego. Ku mojej uciesze siedział nad jajecznicą i miał na sobie swój ulubiony
T-shirt z Sex Pistole oraz bokserki. Zawsze lepsze to niż nic i to dosłownie nic.
- Nie spodziewałem się maleńka, że umiesz robić tak wyborną jajecznicę! Mi jakimś cudem nigdy nie wychodzi…- Zaczął coś do mnie mówić, gdy nagle spostrzegł Michaela. Mam być szczera… Dobra. Wcale nie wyglądał na szczęśliwego, zresztą na twarzy Michaela również pojawił się lekki grymas.- O kogo to moje piękne oczy widzą…- Mruknął upijając łyk swojej kawy.
- Też się cieszę, że Cię widzę…- Mike odpowiedział mu dość sarkastycznym głosem, a ja rozmyślałam jak iść się przygotować do wyjścia, tak by nie zostawić ich samych. Mike i Nobu sam na sam. Dwóch facetów, zakochanych w jednej dziewczynie… Sam na sam. Nie, to się nie może udać.
- Wiecie co…- Zaczęłam jednak pustka w głowie wcale nie ustępowała. Tik tak czas leciał, a sytuacja stawała się coraz bardziej… dziwna. Nagle Nobu spojrzał na zegarek i zrobił przerażoną minę.
- O rany!- Sapnął i w mgnieniu oka dojadł jajecznicę i dopił kawę. Szybkim ruchem poleciał szybko do pokoju po rzeczy by się ubrać. Dobrze wiedziałam, że Mike zaczął poważnie analizować dlaczego Nobu nie mieszkając tutaj, chodził po domu w samych bokserkach. Czyżby tutaj spał?
- Ashley…- Zaczął, a ja pokręciłam przecząco głową.
- Proszę Mike później odpowiem na wszystkie twoje zapewne kłopotliwe pytania.- Odparłam uważnie się przyglądając pewnemu blondynowi, który wpadł znów do pokoju i z pełną gracją podszedł do mnie, stając ze mną twarzą w twarz. Jego błękitne oczy wpatrywały się w moje, a kąciki jego smukłych ust uniosły się do góry w uśmiechu. Być może to był uśmiech tryumfu… pięknie. Czułam, że zaraz urządzi tu niezłe przedstawienie… wcale się nie myliłam. Mike przyglądał się nam uważnie i jak na razie wcale nie interweniował. Gdybym nie wiedziała co do mnie czuje, mogłam bym się pokusić o stwierdzenie, że ma z nas niezły ubaw. A może miał? Nobu ujął mój policzek i przechylił niewinnie głowę w bok.
- Muszę lecieć słońce. Spóźnię się do pracy, a to nie wróży niczego dobrego…- Mruknął i nachylił się do przodu, a ja nadal jak wryta stałam w osłupieniu. Nobu błagam… Za późno. Jego ciepłe wargi zatopiły się w moich w krótkim, ale bardzo namiętnym pocałunku. Oderwał się w końcu i wyszeptał mi do ucha na pożegnanie: Kocham Cię.- Po chwili już go nie było, a ja nadal stałam. Stałam i błagałam wszystkich świętych by mnie stamtąd zabrali. Bym nie musiała mierzyć się wzrokiem z Michaelem i nie musieć mu tego wszystkiego tłumaczyć. Co do jasnej, ja mam mu powiedzieć? Przespałam się z Nobu, ale nadal nie wiem kogo wybrać? Uzna mnie za idiotkę. Prościej, ja jestem idiotką. Podniosłam głowę do góry i z wielkim wysiłkiem spojrzałam na Michaela. Moja dłoń pogładziła nader spięty kark. Westchnęłam ciężko.
- To może się czegoś napijesz?
…
Głuche milczenie nie dawało mi spokoju, jedynie mruk luksusowego samochodu Michaela zakłócał tą pustkę. Mike nie mówił nic, nie komentował, nie roztrząsał… Tak jakby tłumił w sobie wszystkie zebrane jak dotąd emocje. Próba rozmowy w mieszkaniu spełzła na niczym… Milczenie mnie przytłaczało, milczenie ściskało moje gardło, milczenie sprawiało że nie potrafiłam zebrać myśli. Kątem oka spojrzałam na jego zamyśloną twarz. Nie wyrażała ona złości, ani żadnych podobnych uczuć. On po prostu myślał.
- Nie potrafię tak.- W końcu wypaliłam z siebie zaciskając z przejęcia powieki i pięści.- Zrób cokolwiek! Nawrzeszcz na mnie, wyrzuć z samochodu, powiedz że mnie nienawidzisz, ale na miłość boską NIE MILCZ!- Wrzasnęłam uciszając swoje pogmatwane myśli. Poczułam jak zjeżdża na pobocze, a przed oczami od razu stanęła mi opcja „ wyrzuć z samochodu”. Otworzyłam powoli oczy i przygotowałam się na to psychicznie. Zasłużyłam sobie na to… Nadal milczał, a cisza wierciła mi w głowie ogromną dziurę. Przełknęłam ślinę i chwyciłam swoją torbę, która leżała na tylnym siedzeniu, po czym otworzyłam drzwi by wyjść. Już moja noga ustała na zielonej trawie pobocza, gdy nagle jego ciepła dłoń zacisnęła się na moim łokciu.
- Nie idź.- Odparł krótko, a ja potrząsnęłam przecząco głową.
- Po co mam zostać? Chyba już dość zrobiłam…- Szepnęłam cierpko. Stałam się bezsilna. Faktem było to, że przespałam się z Nobu, więc jak niby miał to odebrać Mike? Mam wrażenie, że nie potrafię zrezygnować z żadnego z nich. Każdy stoi na równi… To była chwila… nawet nie zdążyłam zamknąć oczu. Szybkim ruchem odwrócił mnie do siebie i naj zwyklej w świecie pocałował mnie. Moje oczy nieznośnie drgały, a żadne konstruktywne zdanie nie chciało przejść przez zaciśnięte gardło. Słodycz jego warg rozeszła się po moim ciele, a zmysłowy dotyk gładził moje ramiona.- Ale… dlaczego?
- Bo Cię kocham? Bo nie potrafię być na ciebie zły? A może dlatego, że gdy nie ma Cię przy mnie to wariuję.
- Jak to jest możliwe…- Warknęłam przepełniona odrazą do samej siebie. Jeśli miałam odzyskać szacunek do samej siebie, musiałam w końcu zdecydować.- Postawmy sprawę jasno.- Zaczęłam starając się opanować drżenie dłoni i zachować choć pozory stanowczości.- Spałam z Nobu.
- Domyśliłem się gdy nazwał Cię kochaniem, oraz zademonstrował swoje umiejętności w całowaniu na moich oczach.- Odparł ironicznie, a ja zmarszczyłam brwi z zakłopotania. Niech to wszystko jasny szlak trafi! Jak byłam sama to przynajmniej nie miałam takich kłopotów jak teraz. Muszę się użerać z dwoma facetami…
- Jakiś ty spostrzegawczy.- Oburzyłam się na poważnie widząc z jaką lekkością on do tego podchodzi. Ja tu robię z tego aferę roku, a on rozmawia o tym jak o anegdotce usłyszanej na przyjęciu.- Naprawdę Cię to nie rusza?- Jego wzrok posmutniał, a dłoń lekko zacisnęła się w pięść. Mógł mówić co chciał jednak ja wiedziałam już wszystko.
- Jakoś musisz wybrać.
- Jakoś… wiesz co? Jedźmy już do Liz, na pewno już się o nas martwi.- Zamknęłam szybko drzwi ze złością i spuszczając wzrok w dół, zaplotłam ręce na klatce piersiowej.
- Ashley…- Zaczął ja jednak pokręciłam przecząco głową. Jego pozorna i udawana obojętność na to wszystko co się dzieje sprawiała mi ból. Pozwalał na to wszystko, myśląc że mi ułatwia sprawę.
- Nie Michael. Jeśli myślisz, że będąc tak pobłażliwym i obojętnym dla mnie i moich poczynań sprawisz, że ułatwisz mi wybór to się mylisz. Przez to wszystko mam tylko wrażenie że wcale nie jestem dla ciebie ważna… Spałam z Nobu, a ty powiedziałeś, że jakoś muszę wybrać i przyjąłeś to z takim spokojem.- Przełknęłam nerwowo ślinę i zacisnęłam dłoń na ramieniu.- A Nobu przynajmniej się postarał… Zrobił coś bym nie zapomniała o tym że mnie kocha. Jedźmy już.- Mruknęłam, a on nadal wpatrywał się we mnie swoimi czekoladowo- czekoladowymi oczami. Chciał coś powiedzieć jednak spojrzałam na niego smutnie i westchnęłam ciężko.- Proszę jedźmy…- Michael przygryzł nerwowo dolną wargę i po minucie zamyślenia przekręcił kluczyk i ruszyliśmy. Ruszyliśmy w milczeniu i dziwnej zadumie. Skoro przestałam być dla niego ważna to jaki jest sens dalej to ciągnąć?
…
Dom Elizabeth jak zawsze zapierał dech w piersiach. Piękna posiadłość rozciągająca się po LA zawsze była obiektem westchnień wszystkich przyjezdnych, oraz gwiazd. To Liz udało się zagospodarować tą przestrzeń w taki sposób, że nawet najmniejszy kąt został wygospodarowany do ostatniego centymetra. Piękny ogród dopełniał całości i podkreślał niezwykłość i dostojność domu. Stanęliśmy na progu w milczeniu. Mike bezgłośnie zadzwonił do drzwi, a ja znów posmutniałam. Nie chciałam żeby nasze spotkania, wspólne wyjazdy czy rozmowa tak właśnie wyglądała. Wiedziałam jedno, że nie mogę być z Michaelem dopóki postępuje w taki sposób. Od pozornej obojętności wolę, że by się na mnie złościł, żeby wykrzyczał mi że się nie zgadza, że to z nim mam być. A on co? Biernie przygląda się z boku, uzasadniając tak kolej rzeczy tym że muszę wybrać. Nie, Mike tak to nie działa i z pewnością nie zadziała.
Drzwi otworzyły się po paru minutach i ukazała nam się rozradowana mina Elizabeth. Ubrana w kwiecistą sukienkę wyglądała nadzwyczajnie, pogodnie i tak… normalnie. Gdy tylko jej przyjazne oczy spoczęły na mnie od razu włączył mi się dobry humor. Odwzajemniłam uroczy uśmiech i przytuliłam ją szepcząc do ucha.
- Przepraszam Liz…- Mruknęłam, a ona poklepała mnie po plecach.
- Wiem kochanie, wiem. Nie musisz nic mówić.- Odparła biorąc moją twarz w dłonie. Zaśmiałam się ciepło nie wiedząc jakie znaleźć słowa by określić to co właśnie w tym momencie czułam. Jej migoczący wzrok, przez dłuższą chwilę dodawał mi otuchy, po czym przeniosła go na Michaela. Ten nieśmiało uśmiechnął się do niej i z wdziękiem pocałował w policzek. Zachichotała uroczo i przytuliła go do siebie.- Mój mały Michael…- Mruknęła, a mnie zalała nagła fala ciepła i całkowitego spokoju.- Wejdźcie do środka, herbatka już czeka.- Złapała nas pod ręce i za wlokła niemalże siłą, oczywiście nie przyjmując żadnych sprzeciwów. Przecież Elizabeth Taylor się nie odmawia! Rozejrzałam się po pięknym wnętrzu, zachwycając się nim za każdym razem gdy je widzę. Usiadłam na wiklinowym fotelu, obok Liz, a naprzeciwko Mike. Nalała nam płynnym ruchem herbaty, do niesamowitych filiżanek. Ich drobne zdobienia sprawiały wrażenie niemal że żywych. Przyłożyłam filiżankę do ust i pociągnęłam łyk aromatycznej herbaty. Westchnęłam trochę się rozluźniając.
- Brakowało mi takiego spokoju…- Wymamrotałam, podpierając głowę dłonią. Liz uśmiechnęła się przyjaźnie i pogłaskała wolną rękę, sprawiając że od razu poczułam się jeszcze lepiej.
- Jak rozumiem, po sprawie z Brooke wszystko się już unormowało…- Odparła spoglądając raz na mnie raz na Mike, który natomiast ciągle próbował złapać kontakt wzrokowy ze mną. Westchnęłam ciężko.
- Brooke była tylko wierzchołkiem góry lodowej. Teraz już nic i nikt nie jest takie samo jak było.
- Jak mam to rozumieć? Zaraz na Was na krzyczę, ponieważ już o niczym mi nie mówicie.- Skarciła nas pośpiesznie, a ja uśmiechnęłam się ponuro.
- O jeden raz za dużo zachowałem się jak idiota, co zaważyło na tym co będzie.- Odezwał się Michael głosem spokojnym, ale przepełnionym żalem. Spojrzał się na mnie przepraszająco lecz spuściłam wzrok. Chyba już zdecydowałam z kim będę…
- Być może za bardzo chciałeś być w porządku w stosunku do wszystkich, zapominając o tym co jest najważniejsze.- Sapnęłam nadal nie patrząc mu w oczy. Nie potrafiłam mierzyć się z nim, teraz gdy moje nerwy były na granicy możliwości. Nie chciałam urządzać scen, ani nic z tych rzeczy.
- Myślałem, że robię dobrze… że dając wybór i swobodę, uszczęśliwiam tą drugą osobę.
- Nie Mike. Ty nie dawałeś wyboru i swobody. Ty stałeś się nie czuły na wszystko co się działo, a wręcz ignorowałeś przeróżne sytuacje, które powinny wzbudzić w tobie złość i zazdrość. Bierność nie jest oznaką uczucia…- Mruknęłam cicho, bawiąc się jak dzieciak dłońmi, kręcąc młynki i co jakiś czas zginając palce.
- Czułem się winny całej tej sytuacji. Myślałem, że nie mogę robić uwag, zważywszy na to co zrobiłem sam.- Usprawiedliwił się, a ja zrozumiałam o co mu chodziło. Myślał, że skoro wycierpiałam tyle przez niego, to nie ma prawa mi zwracać uwagi w sprawie Nobu. Nigdy nie zrobił żadnej sceny zazdrości…
Liz milczała starając się przeanalizować całą sytuację. Jej oczy przenikliwie wpatrywały się w nas, szukając odpowiedzi na wszystkie nurtujące pytania. Ale ona wiedziała… Nie znała szczegółów, powodów, wyjaśnień… ona po prostu wiedziała…
sobota, 07 stycznia 2012
************
- Mhhhh…- Mruknęłam zjadając ostatni kęs kolacji. Uśmiechnął się do mnie wyraźnie zadowolony i napił się łyk czerwonego wina. Jego niebieskie oczy ani na moment nie spuszczały ze mnie wzroku jednak wcale mi to nie przeszkadzało. Wyjątkowo dobrze się czułam w takiej sytuacji. Moje życie uczuciowe jest pogmatwane jednak od czasu do czasu chciałabym poczuć w nim nutkę romantyczności i tego czegoś.- Kolacja była naprawdę przepyszna.
- Cieszę się, ale wieczór trwa dalej. Nie wypuszczę Cię tak łatwo…- Odparł tajemniczo wyginając kąciki ust do góry w bardzo uwodzicielskim i zarazem niezwykle pięknym uśmiechu. Przekręciłam głowę na bok i zmarszczyłam brwi zastanawiając się co on jeszcze mógł wymyśleć. Zachichotałam pod nosem i napiłam się wina, którego przyjemny smak rozszedł się po moich kubkach smakowych w zastraszającym tępię.- Widzę, że ani trochę we mnie nie wierzysz, maleńka.- Mruknął dostrzegając moje lekkie rozbawienie. Potrząsnęłam przecząco głową, a kosmyki moich włosów zabawnie podrygiwały w tą i z powrotem.
- Nie no wierze Nobu, wierze.- Powtórzyłam pod nosem. Moje wywody przerwała mi delikatna muzyka, która nagle rozproszyła się po pokoju otaczając mnie z każdej strony. Spojrzałam na niego pytająco, a on nadal z wielkim uśmiechem na ustach wstał i podszedł do mnie. Wyciągnął swoją smukłą rękę, a ja przyglądałam mu się jak zahipnotyzowana. Światło świec migotało, nadając chwili przyjemną atmosferę.
- Mogę prosić do tańca?- Spytał powabnym głosem, a ja aż na moment przestałam oddychać. Czy to ten sam Nobu? Nic nie mówiąc położyłam swoją dłoń na jego ciepłej dłoni i dałam się porwać do tańca. Jego delikatny dotyk spoczął na moich biodrach, ja natomiast położyłam dłonie na jego klatce piersiowej. Jego migoczące oczy wpatrywały się w moje nie pozwalając mi bym straciła z nimi kontakt.
- Nie poznaję Cię Nobu.- Odparłam po cichu by nie spłoszyć tej wspaniałej chwili. Z moich ust nie znikał uśmiech, a serce miarowo biło do taktu piosenki.
- Jestem romantykiem… po prostu nie miałem jeszcze okazji by Ci się pokazać od tej strony.- Przycisnął mnie do siebie, a moje ciało zadrżało. Zalała mnie fala ciepła, a mina wyrażała błogi stan w którym nie wiem co mam robić. Właśnie co mam robić? Dać się porwać chwili, czy może przerwać to? Jakże mam przerywać marzenie? Sen, który śni mi się na jawie? Nie mam odwagi zniszczyć czegoś takiego… Moje myśli błądziły, jednak moja dusza już całkowicie przestała walczyć. Unosiłam się lekko tańcząc w jego ramionach.
- Śnię…- Stwierdziłam przymykając delikatnie powiek i mrucząc pod nosem melodię piosenki unoszącej się w powietrzu. Poczułam ciepły oddech na moich policzkach i otworzyłam oczy. Ujrzałam jego twarz tak promienną i czułą. Dotknęłam dłonią jego policzka i uśmiechnęłam się nieśmiało. Ujął moją dłoń swoją i odwzajemnił uśmiech.
- Muszę Cię przekonać, że to jednak nie sen.- Mruknął i nachylił się nade mną. Moje ciało przeszedł przyjemny dreszcz, a wargi posmakowały słodyczy jego pocałunku. Nasze pocałunki nie miały końca, a muzyka rozbrzmiewała nadając sytuacji swój własny niepowtarzalny klimat. Mogło by to trwać godzinę lub dwie, lecz mi wydawało się że nasz pocałunek trwał krótko. Z niechęcią odkleiłam się od jego ust i zrobiłam niepocieszoną minę.
- Już? Jakoś to do mnie nie trafiło.- Pokręciłam zabawnie głową i zmarszczyłam brwi. Lubiłam się z nim droczyć. Nobu zaśmiał się i ujął moją twarz w dłonie. Jego błękitne oczy nieustannie wpatrywały się we mnie sprawiając, że moje ciało zalewało się przyjemnym dreszczem.
- Nawet nie wiesz jak mocno Cię kocham. Po raz pierwszy zrozumiałem to gdy zadzwoniłaś do nas w sprawie reaktywacji BLAST. Ucieszyłem się niezmiernie, a serce zabiło mocniej. Naprawdę jechałem tu z przekonaniem, że wyznam Ci to co czuję.- Znów zachichotał, ja jednak słuchałam tej opowieści w skupieniu. Nigdy mi wcześniej o tym nie mówił, nawet raz… Tłumił w sobie to wszystko po to bym była szczęśliwa…- Jednak gdy przyjechałem… Ujrzałem Ciebie i Michaela, to jak twoje oczy cieszyły się za każdym razem gdy go widziały i to jak byłaś z nim szczęśliwa. Nie potrafiłem zburzyć świata, który udało Ci się tak niedawno zbudować.
- Nobu…- Zaczęłam, jednak słowa jak zawsze nie chciały przybrać takiej formy jaką chciałam.
- Milczałem… Wmawiałem sobie, że kiedyś mi przejdzie, że to tylko chwilowe. Nawet mi to dobrze wychodziło, jednak…
- To nie twoja wina.- Odparłam pośpiesznie widząc jego smutniejący wzrok. Absolutnie nie obwiniałam go za to co czuje.- Nigdy nie miałam Ci za złe, że powiedziałeś mi o tym. Powiem więcej, miałam tylko jedną pretensję do ciebie…
- Ash…- Mruknął, a ja uśmiechnęłam się łagodnie.
- Byłam zła, że nie wyznałeś mi tego przed moim wyjazdem do LA.- Spojrzał się na mnie ze zdziwieniem, a ja dotknęłam dłonią jego twarzy.- Być może wtedy potoczyło by się to całkiem inaczej…
- Przepraszam, że nie miałem odwagi. Bałem się, że zniszczę to co udało nam się stworzyć. Nie chciałem stawiać na szali naszej przyjaźni.- Wtulił twarz w moją dłoń i przez chwile wyglądał tak bezbronnie jak małe dziecko.
- Mały Nobu, który zawsze stawia szczęście przyjaciół ponad swoje.- Szepnęłam, kołysząc się w takt piosenki.- Dlatego jesteś wyjątkowy…- Dodałam coraz bardziej zapadając się w całą tą sytuację. Przestawałam myśleć, spekulować, oskarżać, żałować i wycofywać się. Liczyło się to co jest teraz, to że jest mi tak cholernie przyjemnie. Wzruszył zabawnie ramionami, po czym przybliżył swoją twarz do mojej.
- Wyjątkowy…- Mruknął słodkim głosem. Długo nie trwało to jak delikatnym ruchem zatopił się w moich ustach. Nasz pocałunek był wyjątkowy i taki jakiego jeszcze nie doświadczyłam. Może to nie odpowiednie w tym momencie porównywać Michaela do Nobu, lecz z Mikem było inaczej. Oczywiście inaczej nie znaczy gorzej… jednak to był inny rodzaj całowania. Pocałunki z Michaelem były dyskretne, zarezerwowane tylko dla nas, całkowicie przesiąknięte namiętnością. Nigdy nie był natarczywy, do niczego mnie nie zmuszał, wręcz zachęcał do rozsmakowywania się. Nobu jest zaczepny i zalotny. Każdy jego pocałunek prowokuje mnie i zachęca do następnego. To on przejmuje inicjatywę, ja mogę tylko posłusznie zatracić się w tym bezmiarze przyjemności. Poczułam jak jego dłonie gładzą moje biodra. Były takie ciepłe i delikatne. Wplotłam palce w jego krótkie włosy i przymknęłam oczy by pozwolić ponieść się chwili. Jego dłoń szybkim ruchem przyciągnęła moje biodra do swojego ciała. Czułam jego bliskość i idealnie napięte ciało. Nagle jego usta przestały całować, co spotkało się z moim niezadowoleniem. Jednak to co się stało później, w znacznym stopniu mi to zrekompensowało. Słodkie pocałunki zasypywały moją szyję. Moje ciało coraz bardziej płonęło, a świadomość z każdym jego dotykiem uciszała się. Z mojego wahania i niepewności nie pozostało nic… A niby jak mam wybrać? Najpierw muszę wypróbować towar, za nim go kupię… Mój mózg podsunął mi te marną wymówkę, jednak zmysły górowały nad rozsądkiem i poczuciem moralności. Po raz kolejny zatopił się w moich ustach, jednocześnie podnosząc mnie do góry. Oplotłam się wokół jego tali nogami. Bezszelestnie zaczęliśmy się przesuwać w stronę mojej sypialni. Położył mnie delikatnie na łóżku, a jego ciało przyległo do mojego. Przejechał dłonią po moich nogach i spojrzał z nieukrywaną przyjemnością na czerwone szpilki. Zamruczał z satysfakcją i zdjął je.- Nie będą nam potrzebne.- Dodał nadał gładząc moje ciało. Dłoń szybko prześlizgnęła się do sukienki. Gdzie on się tak szybko nauczył rozpinać damskie zamki!?- Ona raczej też.- Zdjął ją ze mnie i pozostałam w samej koronkowej bieliźnie. Pożerał mnie wzrokiem nie mogąc się do czekać, gdy znów zatopi się w moich ustach. Odwzajemniłam spojrzenie i uwodzicielskim uśmiechem dałam mu do zrozumienie, że czekam. Przycisnął mnie do siebie namiętnie całując. Każdy kawałek mojego ciała drżał pragnąc jego niesamowitej czułości. Moje ręce błądziły po jego napiętych mięśniach torsu i nagle zapragnęłam pozbyć się jego koszuli. Drobne guziczki odpadły w zastraszającym tępię i moim oczom ukazała się idealna klatka piersiowa. Rzuciłam koszule w kąt i powiem szczerzę, że raczej nie będzie się już do niczego nadawać. Cóż…
- Przepraszam za koszulę…- Mruknęłam mu do ucha chichocząc. Na jego twarzy pojawił się nieprzyzwoity uśmiech, a ja aż przygryzłam wargę powstrzymując rozchodzącą się przyjemność.
- Jesteś moja… a tej koszuli i tak nie lubiłem.- Odparł, a ja otworzyłam szeroko oczy. Jesteś moja… Te słowa odbijały się w mojej głowie, jednak nie miałam zamiaru akurat w tej chwili roztrząsać ich znaczenia. Gładziłam dłońmi jego plecy przyciągając go do siebie. Nie chciałam już czekać i z czegokolwiek się wycofywać. Jego usta, tak ciepłe i soczyste niemal przesuwały się po moim ciele. Każdy kawałek mógł odczuć uczucie, gdy delikatnie składał na nich pocałunki. Najpierw szyja, dekolt, ramiona, rowek między piersiami, brzucho… Palce u stóp zwijały mi się z przyjemności, a ciało chciało znacznie więcej. Znacznie więcej … Moje dłonie powędrowały w dół i próbowały z taką samą sprawnością jak jego ręce, rozbroić suwak od spodni. Już po chwili leżeliśmy w swoich objęciach w samej bieliźnie, całując się namiętnie i pieszcząc dotykiem. Jego dłonie tak delikatne, dotykały mnie tam gdzie jeszcze nie miały okazji a ja zadrżałam przymykając oczy z rozkoszy. Spojrzał na mnie błękitnym wzrokiem i na chwilę jego mina stała się poważna i stanowcza.- Jesteś pewna? Nie chcę cię do niczego zmuszać…- Odparł, a ja zatopiłam się w jego szczerym spojrzeniu. Ujęłam dłonią jego gładki policzek i zmrużyłam przyjaźnie oczy.
- Czy tak twoim zdaniem wygląda kobieta, która jest do czegoś zmuszana?- Spytałam uśmiechając się zalotnie i jednym sprawnym ruchem odpięłam zamek od stanika. Zakryłam gołe piersi i moje policzki zalał niespodziewany rumieniec. Jego oczy zaiskrzyły się połykając mnie żywcem. Teraz to on trzymał moją twarz w ramionach, a usta układały się w dwa znaczące słowa.
- Kocham Cię.- Wyszeptał i zanim zdążyłam cokolwiek odpowiedzieć przyłożył swoje miękkie usta do moich. Poczułam rozlewające się ciepło w mojej duszy. To nie pierwszy raz gdy słyszałam z jego ust te stwierdzenie, jednak dopiero dzisiaj sprawiły, że moje serce zaczęło szaleć. Wiedziałam, że za długo byłam sama, wiedziałam że nie potrafię być sama. Wiedziałam również co czuje do Michaela i chyba to mnie najbardziej przerażało. Mimo tego co działo się teraz w tym momencie, nadal nie potrafiłam go wymazać z mojego serca. Nie teraz… nie teraz… Uciszyłam w sobie chęć nagłych rozmyślań. Może zabrzmię samolubnie ale wcale nie chciałam przerywać tej chwili z Nobu. Czułam się jak w niebie i pragnęłam by ta mała chwila zapomnienia trwała przez wieczność. Wbiłam lekko paznokcie w jego skórę, a on zamruczał uwodzicielsko. Przyjęłam do wiadomości, że lubi takie rzeczy więc przyciągnęłam go bliżej siebie. Całowałam go łapczywie i samolubnie, nie chcąc by przestawał. Jego dłonie namiętnie jeździły po moim rozgrzanym ciele szukając dostępu do jego najskrytszych miejsc. I znalazł… wiłam się z przyjemności, a jego słodkie usta pieściły moją szyję. Nie wahałam się i nie bałam… Chciałam z nim to zrobić… Zaplotłam nogi na jego tali a on dotknął dłonią mojego policzka, po czym zaczął mnie całować i konsumować kawałek po kawałku. Jego biodra zaczęły poruszać się miarowo, a ja jakby w odpowiedzi robiłam to samo. Chłonęłam go całego nie zważając na to co przyniesie jutro. Nie zważając na to czy będą mnie nękać wyrzuty sumienia i czy będę potrafiła wybrać jednoznacznie tego jedynego… Nie liczyło się nic tylko ja i Nobu unoszący się w chmurzę namiętności i pożądania i …
…. miłości.
…
Leżałam w objęciach Nobu wtulając się w jego ciepłą klatkę piersiową. Czułam jego miarowy oddech i delikatne bicie serca. Nasze dłonie razem splecione palcami dawały poczucie spokoju i bezpieczeństwa. Uniosłam głowę do góry by spojrzeć na jego przystojną twarz. Blond włosy nieziemsko i całkiem uroczo sterczały w różne strony, tak jakby przed chwilą sam je tak ułożył specjalnie. Oczy lekko uchylone twardo przyglądały się mojej osobie, a usta ułożone w błogi uśmiech satysfakcji i spełnienia, spływał na mnie jak objawienie. Studiowałam jego rysy z zacięciem, a on pogłaskał moje włosy z czułością.
- Jesteś tak piękna…- Wydał z siebie przyciszony lecz pełen pewności i uczucia głos. Uśmiechnęłam się anielsko. Nigdy nie lubiłam słuchać komplementów na swój temat jednak w tej chwili postanowiłam całkowicie nie zważać na takie głupotki.
- Ten wieczór…- Zaczęłam jednak naprawdę nie wiedziałam co mam powiedzieć. Głupio było powiedzieć oczywistą oczywistość, jednak nic innego nie przychodziło mi do głowy.- Był wspaniały.
- Starałem się. Naprawdę nie wiesz jak dobrze jest czuć twoją obecność. Marzyłem o tym od tak dawna… teraz zastanawiam się, czy to aby nie sen…- Mruknął, a ja zrobiłam pełną oburzenia minę. Podniosłam się odrobine by zatopić usta w jego wargach i przekonać go, że jednak nie śni. Odlepiłam się po paru sekundach, a on oblizał wargi i westchnął całkiem rozanielony.
- Nadal uważasz, że to sen?
- Nie stanowczo nie. Jesteś naprawdę tutaj ze mną i naprawdę mam cię w swoich ramionach. Teraz mam tylko cichą nadzieje, że pozostanie tak na zawsze…- Odparł, a ja nagle posmutniałam. Na zawsze… czy właśnie robiąc to z nim wybrałam po między nim a Michaelem? Czy potrafię powiedzieć z całym przekonaniem w głosie i sercu, że Nobu jest tym z którym chcę spędzić resztę swojego życia? Oparłam policzek o jego klatkę piersiową i na moment zamknęłam oczy rozmyślając.
- Nigdy nie spodziewałabym się, że to wszystko się tak potoczy.
- Szczerze ja też. Gdy byłem młodszy myślałem, że zawsze będziemy mieszkać w naszym miasteczku. Że nigdy nie przestaniemy trzymać się razem, a nasza przyjaźń będzie umacniana dzięki zespołowi.
- Może nie wszystko się zgadza, jednak jest tak jak mówisz. Nadal ty, Yasu, Shin i ja jesteśmy paczką przyjaciół, a nasza przyjaźń jest tym mocniejsza im dłużej ze sobą gramy.- Pogłaskałam jego rozluźniony bark, a on pocałował czubek mojej głowy.
- Masz rację.- Przyznał, a ja zachichotałam pod nosem.
- Od kiedy jesteś taki potulny?- Mruknęłam zaczepnie.
- Od kiedy w moich ramionach leży kobieta moich marzeń. Przy tobie czuję, że potrafię zrobić wszystko. Po co mam grać twardziela i niegrzecznego chłopca…- Zniżył się do mnie, tak że jego twarz zrównała się z moją. Jego czoło oparło się o moje, a błękitne oczy wpatrywały się nie dając mi szans na ucieczkę. Wcale jednak nie chciałam uciekać…- Ty znasz mnie takiego jakim jestem.
- Naprawdę chcesz być z taką kobietą jak ja? Mimo tego, że nawet teraz leżąc tu z tobą moje serce jest podzielone?- Posmutniałam nie chcąc go okłamywać. Wiedziałam jak stoi sprawa. Idąc z Nobu do łóżka wcale nie zadecydowałam, że to z nim chce być. To była chwila uniesienia, coś pięknego jednak… gdyby to był Michael nie wydaję mi się, że bym się powstrzymała. Jestem wręcz pewna, że skończyłoby się to tak samo. Poczułam ciepłą dłoń Nobu na piersi w miejscu serca. Spojrzałam się na niego zdziwionym wzrokiem i nie wiedziałam co mam powiedzieć. Błękit jego oczu spoczął na mnie, a mi aż zabrakło tchu.
- Wystarczy mi, że choć kawałek twojego pięknego serca mnie kocha.- Wyszeptał, a moje oczy zaszkliły się od łez. Naprawdę mu wystarczy? Pragnęłam usłyszeć takie słowa nie raz… nie dwa… a on mi je dał. Zapewnił mnie, że mnie kocha. Czy powinnam chcieć czegoś więcej?
Co tam u Was? Jak się miewacie??? Mam dużo roboty ostatnio, jednak wieczorkiem usiadłam i napisałam tą część. Może nie ma tu dużo akcji… no cóż tak wyszło. Słowa same się pisały, a pomysł wypłynął z głowy więc nic nie mogłam zrobić. Mam nadzieję, że mimo wszystko przeczytaliście to z miłą chęcią :D Zapraszam serdecznie na nowe notki :DDD POZDRAWIAM!!!!

sobota, 31 grudnia 2011
Po tygodniu znowu wstawiam kolejną notkę i mam nadzieję, że się Wam spodoba. Trochę nad nią siedziałam lecz myślę, że nie żałuję ani jednego słowa w niej napisanego. Co tu dużo pisać, zapraszam do czytania i komentowania! :D
***************
Po chwili otępienia moje ciało nareszcie zaczęło mnie słuchać. Podbiegłam szybko do Michaela, który nadal leżał na podłodze opierając się o kanapę. Wyciągnęłam z kieszeni chusteczkę i przyłożyłam do jego krwawiącego nosa, po czym spojrzałam ze złością w stronę Japhrimiela, który miotał się w uścisku Yasu.
- Co Ty robisz?!- Wrzasnęłam, a on przestał się szarpać i pokazał Yasu, że już jest spokojny po czym wskazał oskarżycielsko palcem na Michaela.
- Ten gnojek Cię zranił.- Odparł krótko, a ja poczułam nadciągającą migrenę.
- O czym ty mówisz?
- Yasu mi opowiedział o tej aferze z niejaką Brooke.- Teraz mój wzrok spoczął na Yasu, a ten zrobił przepraszającą minę i od razu przeszedł do wystosowania odpowiedniej mowy obronnej.
- Nie zdążyłem dojść do najważniejszego Japh… Brooke wrobiła Michaela i oszukała nas wszystkich. On jest niewinny…
- Ale…- Zaczął i spojrzał w moją stronę. Kiwnęłam twierdząco, a jego twarz wyrażała zdziwienie pomieszane z błogim stanem niewiedzy.
- Zanim doszedłem do końca wszedł Mike i się na niego rzuciłeś. Na przyszłość kiedy krzyczę „ Japh przestań, nie skończyłem!” to to znaczy dokładnie to co powiedziałem, czyli żebyś PRZESTAŁ!- Rzucił Yasu zapalając papierosa by uspokoić siebie. Westchnęłam, po czym pomogłam wstać Michaelowi.
- Kochany braciszku następnym razem daj sobie wszystko do końca wyjaśnić, bo jeszcze kogoś kiedyś niechcąco zabijesz.
- Jak usłyszałem o tym wszystkim, to włączyła mi się automatycznie funkcja „starszy brat”. Co ja poradzę, że od razu pięść mi się zacisnęła… no i jakoś tak wyszło…- Spojrzał żałośnie na Mike’a który powoli dochodził do siebie. Pokręciłam z dezaprobatą głową.
- Jakoś tak wyszło!- Prychnęłam i podałam Michaelowi drugą chusteczkę. Ten uśmiechnął się przyjaźnie i westchnął rozmasowując zbolały kark.
- Dobrze go rozumiem. Bardzo cię kocha więc postanowił bronić cię przed wszelakim złem. Trochę gorzej że tym złem akurat w jego mniemaniu okazałem się ja, no ale cóż. Przynajmniej Nobu się upiekło.
- Michael…- Japh zaczął niepewnie lecz gdy tylko dostrzegł przyjazny uśmiech na jego karmelowej twarzy odetchnął z ulgą i podał mu rękę w ramach przeprosin.- Przepraszam za to, że Cię uderzyłem. Następnym razem najpierw pomyślę, a potem coś zrobię…
- I tego się trzymaj braciszku!- Poklepałam go po ramieniu, chichotając z ulgą pod nosem. Przestraszyłam się nie na żarty widząc go w tak rozjuszonym stanie i naprawdę po głowie chodziły mi różne makabryczne sceny. Jednak w głębi duszy ucieszyłam się z tego, że mimo wszystko martwi się o mnie.
Obróciłam się zawadiacko na pięcie i płynnym ruchem zgarnęłam leżącą na blacie w kuchni kopertę. Obejrzałam jej tył i ujrzałam ręcznie napisane imię i nazwisko.- Elizabeth Taylor…- Przeczytałam na glos i zmarszczyłam ze zdziwienia brwi. Kawał czasu się z nią nie widziałam przez to wszystko co się stało. W duchu sobie powtarzałam, że kiedyś zbiorę w sobie na tyle dużo odwagi by zadzwonić do niej jednak nigdy mi się o nie udało. Chodziły po mojej głowie różne myśli, a ich ostateczna wersja brzmiała, że Liz się na mnie obraziła. Wcale bym się tym nie zdziwiła…
- Liz?- Spytał Mike nieznacznie się do mnie zbliżając. Potwierdziłam kiwnięciem głowy i otworzyłam kopertę.
- Przyszło to dzisiaj, lecz myślałem że to jakiś żart… Nie wiedziałem, że moja siostra zna Elizabeth Taylor.- Odparł Japh spoglądając mi przez ramię na różową papeterię i piękne pismo na niej.
- Jeszcze dużo o mnie nie wiesz…- Mruknęłam i zatopiłam swój wzrok w tym co napisała do mnie Liz.- Droga Ashley…- Zaczęłam czytać na głos.- Pewnie spodziewasz się, że jestem na Ciebie zła lub coś w tym stylu kochaneczka, nic bardziej mylnego! Wiem ile ostatnio przeszłaś i powiem szczerzę, że ja to bym tych dziennikarzy wszystkich co do jednego powybijała… Nie mówiąc już co bym zrobiła z Brook… ale może nie psujmy tego listu tak makabrycznymi obrazami.
- Specyficzna kobieta z tej Elizabeth…- Przerwał mi na chwilę Yasu zapalając kolejnego papierosa jednocześnie uśmiechając się pod nosem. Zachichotałam głupio i pokręciłam głową. Cała Liz ona nigdy nie owija w bawełnę. Chce kogoś zabić? Wcale nie będzie się zbytnio z tym kryła.
- Długo myślałam nad tym by w jakiś zgrabny sposób przyciągnąć Cię do mnie i w końcu stwierdziłam, że list będzie wystarczający.
- I do tego jaka pomysłowa! List! No nigdy bym nie wpadł na to!- Skomentował Japhrimiel najwidoczniej bawiąc się w najlepsze razem z chichoczącym Yasu. Mike spojrzał na nich z ukosa przyjaznym wzrokiem i też wcale się zbytnio nie powstrzymywał przed śmiechem.
- Koniecznie i bez żadnych wymówek, zjawiasz się u mnie jutro na długą rozmowę. Achhh… Oczywiście weź ze sobą Michaela skoro już tak stoi i patrzy się na ciebie tymi swoimi maślanymi oczkami. Jeszcze pomyśli, że go zaniedbuje. Michael nie rób takiej zdziwionej miny! - Gdy przeczytałam te słowa poważnie zaczęłam rozważać to, że jesteśmy w ukrytej kamerze. Rozejrzałam się ostrożnie po pomieszczeniu i dostrzegłam pytający wzrok Mike’a. Wzruszyłam ramionami dając mu do zrozumienia, że również nie mam pojęcia o co w tym wszystkim biega.
- Ty Yasu ona naprawdę jest niezła!- Japh klepnął Yasu w plecy, a ten aż się zakrztusił.
- Jest jasnowidzem, czy co?- Wydukał uderzając się lekko pięścią w klatkę piersiową.
- Kończę i nie przyjmuje żadnych sprzeciwów. Ps. Nie byłabym Elizabeth Taylor gdym nie potrafiła takich rzeczy! Całuski kochana!- Skończyłam czytać i schowałam w pełnym osłupieniu różową kartkę do koperty. Ona nigdy nie przestanie mnie zadziwiać.
- Widzę, że kwestię jutra mamy już omówioną.- Stwierdził Mike śmiejąc się do mnie zalotnie, a ja pokiwałam twierdząco głową. Wcale, a wcale taki rozwój wypadków mi nie przeszkadzał, a wręcz powiem że spadł mi kamień z serca. Myśl o tym, że Liz jest na mnie zła przyprawiała mnie o ciarki.- Wpadnę po ciebie około południa i razem pojedziemy do niej. Jestem bardzo ciekawy co tym razem wymyśliła!- Podszedł i objął mnie w tali swoją smukłą i przyjazną ręką. Zadrżałam przez chwilę przypominając sobie jego dotyk i czując słodki zapach w nozdrzach, tak charakterystyczny dla jego osoby. Jak naiwna owieczka, bez żadnych oporów poszłam za nim do holu pod pretekstem zwykłego odprowadzenia do drzwi. Oparłam się o ścianę obok nich i zmierzyłam go wzrokiem od góry do dołu. Jak zawsze coraz dłuższe, czarne loki opadały mu zabawnie na twarz, a idealna marynarka okalała jego zgrabne ciało. Na koniuszkach palców miał przylepione białe plastry, które od czasu płyty Bad tak notorycznie zaczął nosić. Sam kreował swój styl i wyznaczał nowe nurty w modzie. Nieraz idąc ulicą widziałam grupki młodzieży w czarnych Fedorach lub w rękawiczkach bez palców.
- Dziękuje, że przyszedłeś i jeszcze raz cię przepraszam za Japha. On już taki jest…
- Nie przepraszaj, naprawdę nie ma za co. Nos jest cały więc uznajmy, że sprawy nie było.- Zabawnie dotknął nosa i zmarszczył brwi, tak jakby go zabolało. Poklepałam go po ramieniu i zachichotałam radośnie.
- Myślę, że jakoś to przeżyjesz.- Odparłam i nawet nie zdążyłam zauważyć jak zbliżył się do mnie tak blisko, że nasze oddechy mieszały się, a spojrzenia wpadały na siebie bezwładnie.- Mike…- Zaczęłam, a on przyłożył palec wskazujący do moich ust i uśmiechnął się uroczo. Nic nie mówiąc przybliżył swoja twarz do mojej i… po prostu mnie pocałował. Tak zwykle, a zarazem nieziemsko, tak pospolicie, a jednak gwiazda. Jego dłoń delikatnie trzymała mnie za podbródek, gdy skończył, a ja oblizałam niepewnie wargi i westchnęłam z ulgą. Dlaczego z ulgą? Dlaczego akurat to uczucie?!
- Pamiętaj bądź jutro gotowa.- Szepnął i najzwyczajniej w świecie wyszedł pozostawiając mnie w zupełnym osłupieniu. Stałam tak przez jakiś czas, a kolana ugięły mi się jak wata.
- No takiego Jacksona jeszcze nie znałam…- Szepnęłam pod nosem z dziwnym uśmieszkiem na twarzy. Czy nie powinnam być choć troszkę oburzona?
…
Otworzyłam lodówkę i ujrzałam jedną, wielką pustkę. Białe światło makabrycznie podkreślało ten tragiczny obraz.
- Finix!!!- Wrzasnęłam na cały głos. Jej przyjazna głowa wysunęła się zza futryny i spojrzała na mnie zbolałym wzrokiem.- Fi…
- Co!?- Uderzyła mnie tym pytaniem, a ja bezradnie wskazałam na naszą WSPÓLNĄ lodówkę. Nie na darmo podkreślam słowo wspólną.
- Znów nie zrobiłaś zakupów. Nie wiem jak ty ale ja nie zamierzam przez następne trzy dni żywić się powietrzem!- Wystosowałam to oskarżenie, a ona wzruszyła lekceważąco ramionami i zaczęła się zbierać do wyjścia. Zmierzyłam ją wkurzonym wzrokiem i zatrzymałam łapiąc za skórzaną kurtkę.
- Kochanie ty dzisiaj nie będziesz potrzebowała żadnych zakupów.
- Jaśniej!- Ponagliłam ją niecierpliwie stukając nogą o podłogę. Finix przewróciła oczami i spojrzała zniecierpliwiona na zegarek.
- Jaśniej to jak przyjdzie ten kto ma przyjść i Ci to już tak naprawdę jaśniutko przedstawi.- Odparła a ja aż zapiałam ze złości.
- I to twoim zdaniem było jaśniej?- Mruknęłam pocierając czoło z irytacji. Ta mało zwracając na to uwagę uśmiechnęła się do mnie przyjaźnie i miała już coś powiedzieć lecz przerwało jej otwieranie drzwi wejściowych. Domyślałam się, że to któryś z BLAST się tak szamocze ponieważ oni już dawno zapomnieli co to jest dzwonek do drzwi. Dla nich moje mieszkanie było domem otwartym… wcale, a wcale się nie krępowali i dosłownie wpadali o każdej porze dnia i nocy.
- No nareszcie!- Usłyszałam dzikie westchnięcie Finix.- To ja Was już zostawiam…- Mruknęła myśląc pewnie, że jej nie słyszę i wyszła. Wychyliłam głowę z kuchni by zobaczyć który z wielkiej trójcy uraczył mnie swoją obecnością. Moje oczy dostrzegły Nobu ubranego w biała poszarpaną koszulę, czarna marynarkę z podgiętymi rękawami i dżinsami z dziarami. Na biodrach zwisał mu pasek dwa razy okręcony dookoła. Oczywiście poza tym jak zawsze towarzyszyła mu punkowa biżuteria i blond włosy postawione na żel. Wyglądał wspaniale, a moje oczy pożerały go kawałek po kawałku. Uśmiechnął się do mnie zalotnie i wepchnął do salonu jakiś wózek. Zmarszczyłam brwi i nie zastanawiając się długo szybko poszłam zobaczyć o co w tym wszystkim chodzi.
- Maleńka dziś znów moja kolei.- Odparł słodko i szybkim ruchem zdjął białą chustę zakrywającą to coś co stało na wózku. Wytężyłam wzrok i moim oczom ukazała się pełna kolacja dla dwojga. Wykwintne danie które pachniało niesamowicie, sałatka, czerwone wino, świece, czerwona róża…
- Kurczę…- Mruknęłam i podrapałam się po głowie. Powoli domyślałam się intencji mojego drogiego przyjaciela…
- Lepiej bym tego nie ujął. Masz maleńka piętnaście minut. Ja tu wszystko przygotuje, a ty idź się przebierz w coś bardziej uroczystego.- Spojrzałam na swój ulubiony sweter i pociągnęłam czarne leginsy.- Wyglądasz prześlicznie jednak doceń to, że wbiłem się w marynarkę i białą koszule.
- A powiesz mi o co chodzi?
- Dzisiejszy wieczór spędzisz w moim, nie będę ukrywał, wspaniałym towarzystwie. Zapraszam cię na romantyczną kolacje przy świecach i na niezapomniane wrażenia.- Puścił do mnie oczko, a ja wysunęłam głowę do przodu i zachichotałam pod nosem.
- Nobu i romantyczna kolacja. Ciekawe zestawienie…
- Nie marudź tylko idź się przebrać! Czekam!- Wepchnął mnie do mojej sypialni i zanim zaczęłam protestować zamknął mi drzwi przed oczami. Fuknęłam ze złością i odwróciłam się do szafy.
- Bardziej uroczystego?- Mruknęłam otwierając szafę.- Będzie trudno…
…
Zanim wyszłam ostatni raz spojrzałam w lustro dokładnie się sobie przyglądając. Mała czarna szczelnie przylegająca do mojego ciała, dyskretnie marszczona na bokach z szerokimi ramiączkami, a na nogach wysokie, czerwone szpilki dla przełamania czerni. Westchnęłam ciężko i w końcu zebrałam w sobie na tyle chęci i odwagi by wyjść. Otworzyłam drzwi i ujrzałam Nobu, który stał przy oknie i patrzył się na padający deszcz. Jego twarz była poważna, a błękitne oczy tak słodko rozmarzone.
- Przepraszam, że tak długo mi to zajęło…- Odparłam zmieszanym głosem, a on szybko odwrócił się w moją stronę. Po chwili lustrował mnie wzrokiem od góry do dołu, sprawdzając każdy centymetr mojego ciała. Na jego twarzy pojawił się szczery uśmiech. Podszedł do mnie i wyciągnął dłoń, nie zastanawiając się długo postanowiłam ponieść się chwili. Chciałam poczuć się wyjątkowo i chyba tak było… Blask świec zapewniał nastrój i dyskrecję, a jego ciepła dłoń poprowadziła mnie do stołu.
- Wyglądasz wspaniale.- Nareszcie się odezwał nie odrywając ode mnie swoich błękitnych oczu. Podziękowałam szerokim i najbardziej dostojnym uśmiechem jaki potrafiłam z siebie wykrzesać. Nobu otworzył wino tak jakby robił to codziennie i nalał mi go do kieliszka. Patrzyłam na jego dłonie i ruchy, które były całkowicie przemyślane. Bardzo starał się i to było widać na pierwszy rzut oka.
- Nobu…- Zaczęłam jednak głos nieznośnie uwiązł mi w gardle.
- Chcę by dzisiejszy wieczór był idealny. Długo myślałem jak mogę ci pokazać, że nie jestem tylko wiecznie dziecinnym chłopakiem, brzdąkającym na gitarze. Chcę byś zobaczyła, że jestem ciebie wart, że potrafię stanąć w twojej obranie, ale też że potrafię być romantyczny i czuły.
- Nigdy nie postrzegałam cię jako jak ty to ująłeś „wiecznie dziecinnego chłopaka, brzdąkającego na gitarze”. Wiele razu już mi pokazałeś, że zawsze mogę na ciebie liczyć.- Słysząc to jego oczy rozszerzyły się w zdziwieniu jednak po minucie znów na jego twarzy pojawił się błogi uśmiech.
- Jak widzisz staram się.- Wyszczerzył swoje białe ząbki, a ja zachichotałam pod nosem delikatnie zakrywając usta dłonią.
- No właśnie widzę…- Wskazałam podbródkiem na pięknie nakryty stół, a on machnął ręką w powietrzu i pokręcił przecząco głową.
- Kochanie to jeszcze nic. Muszę się przyznać, że kolację zamówiłem iż jak wiesz czasami gotowanie mi nie wychodzi…
- Nobu ono ci nigdy nie wychodzi.- Wtrąciłam się robiąc bardzo poważną minę. Nadymał śmiesznie policzki, po czym westchnął z ulgą i przygryzł dolną wargę.
- Fakt. Potrafię nawet wodę przypalić…
- Liczą się intencję. Wszystko wygląda na bardzo smaczne i wcale mi nie przeszkadza to, że to nie ty gotowałeś.- Uśmiechnęłam się nachylając nad daniem i wdychając jego nieziemski zapach. Naprawdę wyglądało smakowicie…
- Ashley…- Zaczął podnosząc kieliszek z winem do góry. Spojrzałam mu się głęboko w oczy, które skrzyły się nieznaną mi jak dotąd magią. Jego miękkie rysy, wspaniale wystające kości policzkowe i zmysłowe usta… Wpatrywałam się w jego idealną twarz dobre parę sekund zanim załapałam, że również powinnam podnieść swój kieliszek. Zrobiłam to pośpiesznie, a on zachichotał widząc moją zabłąkaną minę. Nie często miałam okazję brać udział w jakichkolwiek wykwintnych kolacjach, tym bardziej takich przy świecach. Zgromiłam go groźnym wzrokiem.
- No co?!- Spytałam niewinnie prostując się jak struna i teatralnie przeciągając swoje ruchy. Nasze kieliszki zetknęły się ze sobą cicho pobrzękując. Jego oczy świdrowały moje i nie potrafiłam już uciec od pułapki jaką na mnie zastawił. Błękit jego oczu zalewał mnie przyjaźnie, dając ukojenie i tak odległy w moim życiu spokój.
- Żebyś zawsze pozostała sobą…- Mruknął zalotnie, a ja wpatrywałam się w niego jak w obrazek. Chwila stała się magią, nasze uczucie nicią łączącą serca.
- Żebyśmy MY zawsze pozostali sobą…- Poprawiłam go delikatnie, a kąciki jego ust poszybowały powabnie do góry.
- Dziękuje…- Odparł, a ja nie wiedziałam za co on mi dziękuje. Wpatrywałam się na tego niezwykłego chłopaka ze wzrokiem pełnym zdziwienia, szukając w myślach choć jednej rzeczy za którą mógłby mi podziękować. Za co? Nobu powiedz mi za co mi dziękujesz? Za to że moje niezdecydowanie i niemoc rozrywa twoje dobre serce na drobne kawałeczki? Czy może za te wszystkie cyrki i wykorzystywanie cię, kiedy jest mi to na rękę? Moje usta lekko się rozchyliły, a zdziwienie nie schodziło z mojej twarzy. Serce krwawiło mi na samą myśl ile przeze mnie przecierpiał…. A on mi dziękuje.
Tak po prostu. Dziękuje.
sobota, 24 grudnia 2011
************
Przeciągnęłam się, rozciągając swoje kości i starając doprowadzić się do stanu używalności. Dopiero co zwlekłam się z łóżka zbudzona jak zawsze przeraźliwie głośnym dzwonkiem do drzwi. Poczłapałam by otworzyć i ujrzałam Michaela stojącego na klatce schodowej. Uśmiechnął się niewinnie, a jego czekoladowo- czekoladowe oczy bacznie mnie obserwowały. Nagle zatrzymały się na moich kapciach w kształcie króliczków. Spojrzał się na mnie pytająco, a ja wzruszyłam bezradnie ramionami.
- Nie mogłam się powstrzymać by je kupić.- Prychnęłam i odsunęłam się by mógł wejść do środka. Poprowadziłam nas do kuchni i poległam na stoliku usilnie podpierając głowę i co jakiś czas ziewając.
- Jak coś to jak uważam, że to bardzo ale to bardzo ładne kapcie.- Wypalił w końcu wywołując u mnie dziki rechot.
- I tak trzymaj. Innej odpowiedzi nie uznaje. Jeśli chcesz kawy to za tobą stoi ekspres.- Wskazałam palcem uśmiechając się chytrze. Leniwe ze mnie stworzenie. Mike odwzajemnił uśmiech i nalał do dwóch kubków brunatnego napoju, który zawsze umiał postawić mnie na nogi.
- Widzę, że Ashley Fox powinno się budzić dopiero grubo po dwunastej.- Zaśmiał się podając mi kubek. Nasze dłonie przez przypadek się musnęły, a ja aż zadrżałam. Przyłożyłam szybkim ruchem kubek do ust i powoli sączyłam ciepłą kawę.
- Wczoraj trochę za długo świętowaliśmy z chłopakami…- Mruknęłam mrużąc oczy z przyjemności ciepła jakie rozchodziło się po moim ciele.
- Świętowaliście…- Powtórzył i na chwile spuścił głowę. Nagle znów na mnie spojrzał rozpromienionym wzrokiem, a kąciki jego smukłych ust poszybowały do góry. Pociesznie…- Gratulacje nominacji.
- Wiedziałeś? Ty mały oszuście.- Pogroziłam mu zabawnie palcem przed nosem, a on puścił w moją stronę zalotnie oczko. Zachichotałam i postukałam jak zawsze paznokciami w blat wystukując jakiś rytm.
- Cieszę się z twojego sukcesu. Naprawdę na to zasłużyłaś.
- My wszyscy zasłużyliśmy. Nawet nie wiesz jak ciężko pracowali chłopacy nad naszą płytą. Codzienne próby, nagrania i potem wspaniałe koncerty. Cały BLAST postarał się o to by o nas usłyszeli.- Odparłam spoglądając na niego wzrokiem, który był szczery i taki… spokojny. Naprawdę teraz czułam spokój i szczęście, które wypełniało koniuszki moich palców sprawiając przyjemne mrowienie.
- Masz rację… To Wasza ciężka praca. Będziemy mogli już nie długo wszyscy razem spotkać się na gali.
- No właśnie. Ty też dostałeś mnóstwo nominacji. Gwiazda Króla Popu nadal świeci.
- Mam wrażenie, że już nie tak jasno jak kiedyś. Bad to jednak nie Thriller.- Mruknął trochę smutniejąc. Dobrze go znałam i wiedziałam o co mu chodzi. Michael był perfekcjonistą w każdym calu. Wszystko starał się wykonać jak najlepiej by być jeszcze lepszym niż wcześniej. Marzył o tym by płyta Bad przebiła ogromny sukces Thriller’ a, jednak wiedział że postawił sobie bardzo dużą poprzeczkę.
- Ja tam wole Bad… Jest bardziej w moim stylu.- Szturchnęłam go zalotnie wyciągając rękę przez cały blat.- A do tego w tym teledysku wyglądasz…- Zagwizdałam zabawnie i uniosłam lekko brwi do góry.- … no obłędnie.
- Hah… Lubisz niegrzecznych chłopców?- Mruknął nachylając się do przodu, a ja prychnęłam lekko się podśmiewując.
- Skóra i ćwieki zawsze mnie kręciły…- Szepnęłam i w tym właśnie momencie do kuchni wszedł Japhrimiel w samym dole od piżamy. Potarł zaspane oczy i o dziwo wcale nie zauważył Michaela siedzącego na stołku i badawczo mu się przyglądającego. Podrapał się po głowie i już bez żadnej zapowiedzi przylepił się do mnie od tyłu i przyłożył swój policzek do mojego, nadal przymykając oczy z zaspania.
- Ash…- Mruknął i pocałował mnie w policzek, a ja nerwowo postukałam palcami po blacie. Spojrzałam ukradkiem na minę Mike’ a która krótko mówiąc była… Hmmm… Złość, zazdrość i zdziwienie mieszały się na jego twarzy.- Słońce… wybacz mi to co wtedy gadałem. Mówię czasem to co mi ślina na język przyniesie nie licząc się z Twoim delikatnym serduszkiem.- Gdy to usłyszałam zakrztusiłam się kawą. Oj braciszku chyba jeszcze do końca nie wytrzeźwiałeś… Michael spojrzał na mnie pytająco, a ja westchnęłam zagryzając dolną wargę.
- Japhrimiel…- Zaczęłam jednak ten jeszcze bardziej się przytulił, jednocześnie znów przylepiając swój policzek do mojego.
- Wiem, wiem kochanie… Nie byłem miły, ale Ci to wynagrodzę. Może mały wypad do restauracji?
- Ehem…- Dał o sobie znać Michael najwyraźniej mocno zmieszany całą tą sytuacją. Trzeba przyznać była dość dwuznaczna. Jakiś facet, dodajmy pół nagi, całował mnie w policzek, przytulał się, mówił kochanie i wspominał o jakieś randce.
- O.- Odparł odkrywczo Japh na moment odklejając się od mojej osoby.- Hejka!- Uniósł przyjaźnie do góry rękę i pomachał radośnie do siedzącego naprzeciwko Mike’a. Ten uśmiechnął się mało szczerze i niepewnie odmachał. Boże co za durna sytuacja!!!!!- Hej… ja Cię chyba skądś znam…- Nagle Japh odparł odkrywczo badawczo gładząc swoją nie ogoloną brodę. Klepnęłam się lekko w czoło w akcie kompletnego załamania i ubolewania nad głupotą mojego brata. Dobra sama też kiedyś nie wiedziałam kim jest Michael Jackson… wspaniałomyślnie odpuszczę mu i przy najbliższej możliwości nie wytknę mu tego.
- Dobra koniec tego cyrku.- Zawyłam wstając z przejęcia i stając pomiędzy nimi obok blatu.- Japhrimiel to jest Michael Jackson. Mówi Ci to coś?- Podsunęłam mu podpowiedź, a on zrobił minę w stylu „nagłe oświecenie”.
- Aaaaa…- Zawył jednak jego entuzjazm znów opadł, a na twarzy pojawił się tak częsty wyraz niezrozumienia.- Ej, dlaczego Król Popu siedzi w twojej kuchni i popija kawkę?- Spytał całkiem na poważnie. Jejku czy on nie ogląda telewizji?- Słonko?- Dodał, a ja zawarczałam jak pies, którego się drażni łapiąc za ogon.
- Kiedyś to ci w szczegółach opowiem, a na razie powiedzmy że jest bardzo dobrym przyjacielem.- Teraz przerzuciłam wzrok na Michaela, który cierpliwie czekał na swoją kolej w wyjaśnieniach.- Mike, to jest Japhrimiel mój starszy brat.
- Brat?- Powtórzył tępo, jednak na jego twarzy szybko pojawił się obraz zrozumienia. Co oni dzisiaj tak wolno kapują? A to podobno mężczyźni są mądrzejsi! Taaaa jasne.- Aaaa brat!
- Jak z dziećmi.- Mruknęłam i napiłam się ciepłej kawy. Japhrimiel spojrzał się na niego badawczo i zabawnie przekręcił głowę na bok, tak że jego brązowe dredy bezwładnie zwisały w dół.
- Michael, a ty przepraszam myślałeś, że kim ja niby jestem?- Spytał marszcząc brwi, a ja już drugi raz dzisiejszego dnia zakrztusiłam się kawą. Jakim cudem on się dostał na studia!!!??? Kapuje wolniej niż Nobu jak się napije.
- Wiesz, jak Ci to powiedzieć…- Mike podrapał się w głowę i wzruszył powabnie ramionami. Kąciki jego smukłych ust podniosły się do góry w niepewnym uśmiechu, a ja westchnęłam bezsilnie.- Zdajesz sobie sprawę jak wygląda facet z gołą klatą, klejący się do dziewczyny i mówiący do niej per słonko i kochanie.- Odparł, a ja mimowolnie zachichotałam pod nosem widząc jak mina Japha zmienia się jak w kalejdoskopie. Gdy usłyszał słowa Michaela, obdarzył mnie dziwnym spojrzeniem po czym z wielkim wdziękiem wzdrygnął się wykrzywiając swoją twarz w grymasie obrzydzenia. Odpowiedziałam wzrokiem pełnym oburzenia.
- No wiesz co! Dzięki bardzo…- Warknęłam.
- Nie bierz tego do siebie siostra, ale wiesz jak to jest…
- Nie martw się. Ja też gdy próbuje to sobie zmaterializować w myślach, zalewają mnie dreszcze. Ja i ty parą… - Przyznałam z całkiem poważną miną. Wiecie jak to jest z rodzeństwem :D – Błe. – Dodałam marszcząc nos. Szturchnęłam Japha w bok, a on rzucił się na mnie w akcie zemsty, łaskotając bez jakichkolwiek pohamowań. Śmiałam się jak obłąkana, a Mike patrzył na nas z nieukrywanym uśmiechem. Przypomniało mi się jak kiedyś byłam u niego w rodzinnym domu. Siedzieliśmy w salonie gdy nagle znikąd pojawiła się Janet. Już po paru minutach przekomarzała się z Michaelem tocząc bitwy na kuksańce i łaskotki. Wtedy im bardzo zazdrościłam tych relacji. Miłości i beztroskości jak wypływała z ich pozornie normalnego zachowania. Wiele razy rozmyślałam wtedy gdzie może być Japhrimiel i czy w ogóle o mnie pamięta.- Dobra ja pasuję!- Zaśmiałam się unosząc w geście kapitulacji obie dłonie do góry. Japh łaskawie zaprzestał jakichkolwiek działań i spojrzał się na mnie z nieukrywanym tryumfem w oczach.
- Victoria!- Zawył i przeciągnął się naprężając mięśnie.
- Raz dam Ci tą satysfakcję.- Prychnęłam i ku zdziwieniu Michaela złapałam go za rękaw satynowej koszuli i delikatnie, ale zarazem stanowczo pociągnęłam go za sobą w stronę mojego pokoju. Chciałam z nim porozmawiać. Wcale tego nie ukrywałam :)- Chcę z nim porozmawiać.- Odparłam więc stanowczo zostawiając Japhrimiel zajadającego ostatniego rogalika z dżemem. Ten obdarzył nas jedynie lekceważącym spojrzeniem i machnął w powietrzu ręką.
Weszliśmy do mojego pokoju i z prędkością światła zatrzasnęłam za sobą drzwi by nikt nam nie przeszkadzał. Spojrzałam na Michaela, który przysunął się do mnie zalotnie i szturchnął mnie delikatnie palcem wskazującym w biodro.
- Ashley…- Odparł, a ja mimowolnie się zarumieniłam. Moje ciało drżało, a jego bliskość i nieodparty urok osobisty, działał na mnie jak czerwona płachta na byka.
- Mike…- Odpowiedziałam durnie, dopiero po sekundzie zdając sobie sprawę z tego jak głupio ta rozmowa wygląda z boku.- Przyszedłeś po coś konkretnego…- Wymamrotałam wreszcie otrząsając się z amoku jego czaru. Czułam w nozdrzach jego słodki zapach, dzięki czemu mogłam choć na chwilę się rozluźnić.
- Tak. Janet mnie przysłała.- Odparł przechadzając się lekkim krokiem po sypialni. Zmrużyłam oczy i zmarszczyłam brwi. Janet? O co mogło chodzić tej zwariowanej, w pozytywnym tego słowa znaczeniu, dziewczynie? Nie widziałam się z nią już od bardzo dawna. Boże z Elizabeth też. Jak mogłam aż tak zaniedbać osoby, które od zawsze stoją za mną murem!? Jestem okropna…
- Co u niej słychać?- Spytałam z dozą wyrzutów sumienia. Mike uśmiechnął się podnosząc z ziemi starego pluszaka. Nazwijcie mnie dziecinną.. no cóż byłam dzieckiem, zamkniętym w ciele dorosłej kobiety.
- Nagrywa swoją płytę. Już nie może się doczekać, by jej klip ukazał się w MTV.
- To świetnie!- Rozweseliłam się słysząc tak dobre wieści. Janet naprawdę ma talent i całkowicie popieram ją w tym by zaczęła swoją karierę muzyczną pełną parą.
- Jest coś jeszcze…- Zaczął a mnie aż przeszedł zimny dreszcz. Co jak co ale Michael umiał budować napięcie.- Wychodzi za mąż.
- CO?- Stęknęłam stojąc w całkowitym usposobieniu.- Chyba nie mówimy o tej samej małej Janet!?
- Janet Jackson wychodzi za mąż.- Powtórzył unosząc kąciki swoich smukłych ust do góry. Przekręciłam głowę na bok, a moja grzywka zwisała bezwładnie w dół. Bezlitosna grawitacja działała na nią nieustannie.- Zaprasza Cię na ślub. Oczywiście nie możesz odmówić…
- No jasne, że przyjdę!- Wrzasnęłam przytykając dłonie do ust. Nasza mała Janet… Nawet nie zdążyłam zobaczyć jak dorosła. Gdy spotkałam ją pierwszy raz, była rozwrzeszczaną nastolatką o przemiłym i dość nadpobudliwym usposobieniu. Często wtedy z nią rozmawiałam, o mnóstwie rzeczy i dostrzegałam jej niezwykłą osobowość. To niesamowite jak jest podobna do Michaela. Ich rysy, ruchy, reakcje, śmiech, czy momentami nawet głos. Wszystko to łączy się w jedną całość. Są związani nierozerwalną więzią, której im zawsze zazdrościłam.- Powiedz mi tylko jedno…
- Tak?- Odparł Michael szczerzę się do mnie uśmiechając. Spuściłam na moment wzrok i westchnęłam ciężko.
- Czy ona jest szczęśliwa?- Wypaliłam mając nadzieję, że moje banalne pytanie nie wywoła u niego dzikiego śmiechu z mojej dziecinności. Co mnie obchodziło jak wygląda i kim jest jej ukochany. Mógł być wysoki ale też i niski, mógł mieć czarne, blond ale i rude włosy, nawet jeśli byłby łysy też nie zgłaszałabym żadnych sprzeciwów. Musiał być spełniony tylko jeden warunek… Janet ma być szczęśliwa. Mike przygryzł wargę i przez chwilę zastanawiał się na odpowiednią odpowiedzią. Nareszcie spojrzał się na mnie, a jego usta lekko się rozchyliły, ukazując rząd białych ząbków.
- Nigdy nie była szczęśliwsza. Z jej ust nawet na moment nie znika promienny uśmiech, a gdy jest ze swoim ukochanym… Wyglądają na naprawdę szczęśliwych. Uwierz mi.
- Jestem spokojna. Możesz przekazać Janet, że na pewno pojawię się na jej ślubie. Nie mogę przepuścić takiej okazji. Janet w sukni ślubnej!- uniosłam do góry ręce i zaśmiałam się szczerze, czując ciepło rozchodzące się po moim ciele. Nagle dobiegł z kuchni dźwięk jakby coś się zbiło. Chwilowy huk, ucichł jednak niepokój pozostał.- Co się tam dzieje…- Mruknęłam i szybkim ruchem popędziłam zobaczyć co się stało. Wbiegłam do kuchni gdzie Yasu stał przy blacie z rozłożonymi dłońmi jakby uspokajał zszarganego nerwami Japhrimiela. Japh stał cały roztrzęsiony i oddychał głęboko i miarowo. Dłonie zaciśnięte w pięść drgały niespokojnie, a pusta skorupa kubka leżała na podłodze.- Co się stało!?
- Ash…- Powiedział z lekkim przerażeniem Yasu przenosząc wzrok z Japha na mnie. Za moimi plecami pojawił się Mike. Gdy tylko Japhrimiel go zauważył, warknął niebezpiecznie odwracając się w jego stronę.
- Ty…- Zaczął, a jego pięści ciągle drgały.
- Japh daj mi to wszystko do końca wytłumaczyć…- Zaczął Yasu jednak tamten zdawał się wcale go nie słuchać. Wściekle łypał wzrokiem na zdezorientowanego Michaela, marszcząc przy tym groźnie nos.
- Najpierw Ty a potem Nobu!-Wrzasnął, a ja stałam jak ta idiotka w całkowitym osłupieniu. Wszystko działo się jak w zwolnionym tępię. On biegnący w stronę Mike’a, smukła dłoń Yasu która nie zdążyła go zatrzymać. Pięść Japha musnęła twarz Michaela na tyle mocno by ten padł do tyłu. Mój wzrok wszystko spowalniał, a słowa jakby na złość wydłużały się w nieskończone potoki liter.
- Japh!- Wołałam na próżno. I tak uderzył Michaela i jedynie upór i szybka interwencja Yasu powstrzymała go przed kolejnymi ciosami. Nie mogłam uwierzyć w to co właśnie tutaj się stało. Jak do tego doszło? Co miało znaczyć” Najpierw Ty a potem Nobu”?! Myśli kotłowały się w mojej głowie oznajmując przybycie potwornego bólu w czaszce. Co mogłam zrobić? Mogłam dużo. Co zrobiłam? Absolutnie nic. Stałam bezradna jak małe dziecko, przyglądając się wielkimi oczami na to wszystko. Widziałam szarpiącego się Japha z wściekłością wypisaną na twarzy, widziałam Yasu usilnie trzymającego go za ramiona i widziałam Mike’a opierającego się o kanapę i przytykającego dłoń do nosa. Czerwona krew pociekła po jego złocistej skórze kapiąc na koszulę. A ja stałam. Nic innego nie potrafiłam z siebie wykrzesać… Czy jestem aż tak beznadziejna?
Moi drodzy mam nadzieję, że kolejna część przypadła Wam do gustu. Ostatnio mam coraz mniej czasu na pisanie, jednak staram się z tego nie rezygnować. Po prostu nie potrafię odstawić laptopa na półkę! :D Napiszcie w komentarzach co u Was. Jak tam Wasze sprawy, co aktualnie porabiacie, czytacie, oglądacie, słuchacie. Może macie do polecenia coś ciekawego? Podzielcie się ze mną i z innymi swoimi skarbami :D ZAPRASZAM! :D:D:D
NO i oczywiście są Święta, a co za tym idzie chcę Wam złożyć serdeczne życzenia:
Życzę Wam spełnienia wszystkich marzeń, przychylności wszechświata, siły w ramionach i czystego ognia w sercu, co zapali wszystko wokół Was szczęściem i radością. Niech wszystko czego się dotkniecie, stanie się pomocne w spełnieniu marzeń, a każda najdrobniejsza nawet czynność przybliża Was do bycia najszczęśliwszymi i najbardziej uśmiechniętymi osobami spośród wszystkich ludzi. Z okazji Świąt Bożego Narodzenia oraz Nowego Roku życzę wszystkiego tego, co od Boga pochodzi. Oby skrzydła wiary przykryły kamienie zwątpienia i uniosły serca ponad przemijanie - życzenia.
sobota, 17 grudnia 2011
„ Siedziałam przykuta do biurka, nawałem zadań i testów do przerobienia. Tylko ja i stara lamka, która brzęczała nieznośnie od kiedy pamiętam. Nagle z odmętu bezsilności wyrwało mnie pukanie.
- Mogę wejść?- w szparze w drzwiach ukazała się roześmiana głowa z dredami i zielonymi oczami. Odwzajemniłam uśmiech i pokiwałam przyjaźnie głową, zamykając prędko tak znienawidzone podręczniki.
- Jasne Japh! Jak zawsze ratujesz mnie przed za uczeniem się na śmierć.- Wymamrotałam przeciągając się i ziewając. Ku mojemu zdumieniu mój brat przyciągnął za rękę do mojego pokoju pewną dziewczynę. Drobna blondyneczka o długich włosach, grzywce na prosto i błękitnych oczach spoglądała na mnie co chwila uśmiechając się przyjaźnie. Jej kwiecista sukienka zdawała się być już stara lecz dziewczyna wyglądała w niej nadzwyczaj olśniewająco.
- Szarona nie możesz całego życia spędzić nad książkami, słonko!- Odparł zaczepnie, a ja zrobiłam w jego stronę wzrok zabójcy i trafiłam mu w głowę moim ulubionym Panem Misiem.- Ała!- Stęknął z wyrzutem gładząc się po wyimaginowanym guzie.
- Nie rób mi wstydu przy gościu! Nie nazywaj mnie Szarona!- Wrzasnęłam jednocześnie puszczając oczko do nieznajomej. Ona zachichotała słodko i podniosła Pana Misia z podłogi.- Może bądź tak miły i przedstaw nas sobie.- Zasugerowałam Japhrimielowi, który buchał z radości, a duma aż go rozpierała.
- Obowiązkowo! Przedstawiam ci drugą, zaraz po tobie kochana siostrzyczko…
- Nie podlizuj się.- Warknęłam unosząc kąciki ust ku górze.
- Też Ciebie kocham. Drugą zaraz po tobie najważniejszą kobietę w moim życiu.- Wyprostowałam się z przejęcia i związałam włosy gumką.- Ashley to jest Lucy, moja dziewczyna. Lucy to jest Ashley, moja niezastąpiona młodsza siostra.
- Miło mi cię poznać.- Zamruczała delikatnym głosikiem i podała mi pewną i silną dłoń. Dłoń, która należała do dziewczyny znającej realia i nie bojącej się ciężkiej pracy. Uśmiechnęłam się i ujęłam jej dłoń swoją dłonią.
- Lucy możesz do niej mówić Szarona.- Wtrącił się Japh, a ja zmierzyłam go kolejną serią morderczych spojrzeń.
- Zamknij się Japh!- Syknęłam i zwróciłam się do Lucy.- Jak możesz z nim wytrzymywać? Mi się udaje tylko dlatego, że jesteśmy rodziną, a i czasem więzy krwi nawet nie pomagają.- Odparłam szczerząc białe ząbki i wskazując kciukiem na niego. Ona zachichotała zakrywając powabnie usta ręką i poprawiła kwiecistą sukienkę.
- Jesteście wspaniałym rodzeństwem… Jestem szczęśliwa, że Japhrimiel ma w Tobie takie wsparcie.- Jej głos zaszumiał mi w głowie, a usta same układały się w uśmiech. Spojrzałam to na Japha to na Lucy i wiecie co? Naprawdę zobaczyłam tą czerwoną nić przeznaczenia pomiędzy tymi dwojga.
- Ona go kocha…- Szepnęłam przypatrując się im z boku jak gruchali pod oknem czule szepcąc sobie coś do ucha i przytulając się.- Mój brat się zakochał…- Zachichotałam. Jeszcze nigdy nie widziałam go tak szczęśliwego…”
Spojrzałam na jego smutną minę i mimowolnie podeszłam do niego by go przytulić. Objęłam go delikatnie, a na jego twarzy pojawiło się zaskoczenie, które po chwili ustąpiło pierwszeństwa błogiemu uśmiechowi. Poczułam ulgę widząc, że mimo wszystko nadal mogę zobaczyć u niego szczery uśmiech.
- Japh…- Zaczęłam jednak ucichłam. Poczułam, że ta cisza wyraża wszystko to co czuję. Nie musiałam obsypywać go bezsensownymi słowami pociechy, które i tak nic w zaistniałej sytuacji by nie zmieniły. Ta cisza mogła by trwać wieczność, wyczuwałam tylko jego płochliwy oddech i delikatne bicie serca. Nagle do mieszkania wpadli jak burza chłopacy, momentalnie rozbiegając się wszędzie oczywiście jakby byli u siebie. Oderwałam się od Japha i otarłam szybko jedną zabłąkaną łzę, która jak zawsze nie mogła się powstrzymać by ukazać się światu. Yasu wszedł pełen spokoju do kuchni i zapalił papierosa jak to miał w swoim zwyczaju. Spojrzał na mnie uśmiechając się przyjaźnie gdy dostrzegł w końcu Japhrimiela dopijającego swoje piwo.
- O proszę, a kogo moje stare oczy widzą…- Odparł podchodząc do niego i poklepując go po ramieniu. Japh uśmiechnął się przyjaźnie i podał mu rękę jednocześnie gładząc jego błyszczącą łysą głowę.
- Yasu nic się nie zmieniłeś.
- No właśnie widzę, że ty też. Mógłbyś łaskawie przestać?- Mruknął strącając jednocześnie jego dłoń.- Co Cię tu sprowadza Japh?
- Przyjechałem odwiedzić moją ukochaną siostrzyczkę!- Wskazał w moją stronę podbródkiem, a ja pokręciłam ironicznie głową.- Nie wiedziałem, że jak tu przyjadę to zobaczę ją w takim stanie.
- Czyli?- Yasu poprawił czarne okulary i zaciągnął się dymem z papierosa.
- Zostawiłem ją jako grzeczną i poukładaną dziewczynkę, a zastałem jako gwiazdę punk- rocka. Przyznasz, że to dość duża zmiana.- Yasu spojrzał na mnie badawczo, jakby dopiero odkrył moją zewnętrzną przeminę. Przywróciłam go szybko do pionu, sprawnym kuksańcem w bok i zarechotałam pod nosem.
- Nie jestem obiektem muzealnym, żebyście mogli mnie tak dokładnie oglądać.- Syknęłam zaplatając ręce na piersi. W tej samej chwili do kuchni weszli Nobu i Shin przepychając się od progu.
- Shin jak Boga kocham daj mi święty, anielski… o Japhrimiel!- Wrzasnął Nobu stając jak wryty na środku kuchni. Jego twarz wykrzywiła się zapewne w uśmiechu pomieszanym z nutką zdziwienia i błogim stanie ogólnej niewiedzy. Zresztą niebieskogłowy zareagował podobnie, więc miałam w tamtym momencie dwa niesamowite okazy, zdziwionych posągów. Przyłożyłam dłoń do czoła i przymknęłam oczy w geście zażenowania.
- Już możecie przestać…- Sapnęłam i usiadłam na krześle kuchennym.
- Japhrimiel we własnej osobie! No nie wierzę… co Cię tu przywiało?- Spytał Nobu otrząsając się z letargu zdziwienia.
- Przypadek kochany, przypadek.
- Tak mianowicie to wpadł na mnie na ulicy.- Odparłam mrużąc zawzięcie oczy. Właśnie sobie coś uświadomiłam.- Ej a ty w ogóle miałeś zamiar odwiedzić siostrę, czy ta wizyta wynika tylko i wyłącznie z owego przypadku?
- Ba.. Mhhh… No wiesz.
- Nie żadne „Ba..Mhhh” tylko gadaj.
- Kiedyś na pewno miałem to w swoich planach.- W końcu z jego ust wypłynęła odpowiedź, która choćbym nie wiem jak się starała, ale mnie nie usatysfakcjonowała.
- Miło słyszeć.- Warknęłam gwałtownie wstając i kierując się do drzwi.- No to kwestie rodzinne mamy rozstrzygnięte.- Dodałam i wyszłam by udać się do swojego pokoju, w akcie ogólnego strajku. Mój własny brat nie miał zamiaru mnie odwiedzać, gdy by nie fakt wpadnięcia na mnie przypadkiem. Uroczo.
- Słońce ty się tak łatwo nie obrażaj!- Zawył za mną Japh jednak nie zawróciłam. Kości i całe ciało wołało o odpoczynek, a taktyczny odwrót w tym wypadku był najlepszym pomysłem.
- Bujaj się…- Mruknęłam jakby sama do siebie i weszłam do mojej sypialni. Tam szybkim ruchem zgarnęłam z łóżka jakieś ciuchy porozrzucane w nieładzie. Jutro będę się o nie martwić. Dzisiaj sen… Sen mi pomoże prawda? Przypomniała mi się dziwna rozmowa z Mike’ m. Kwestia wyboru i domniemane bycie „nagrodą” w boju o moje serce. Chora sytuacja… Położyłam się na łóżku, a moja pozycja była pozbawiona jakiekolwiek gracji czy nawet ciupki stylu. Ledwo przymknęłam oczy, a do pokoju ktoś wszedł. Myśląc, że to Japh rzuciła w stronę drzwi moim ulubionym Jaśkiem. Trzeba było coś poświęcić… sorry Janie padło na ciebie. Spojrzałam ukradkiem na mężczyznę w czarnym garniturze.
- Ładnie mnie witasz.- Odparł Yasu odrzucając całkiem zgrabnie poduszkę. Mlasnęłam głośno ustami i znów przyłożyłam głowę do poduszki.
- Mogłam przekręcić ten cholerny kluczyk.- Syknęłam zdeformowanym głosem, bowiem miałam przyłożoną twarz do poduszki.
- Aż tak Cię wkurzył?
- Może w innych okolicznościach, nie podziałało by to tak na mnie, ale nie dzisiaj. Dzisiaj jestem całkowicie wyprana z siły, oczy kleją mi się niemiłosiernie i jestem po ciężkiej rozmowie z Michaelem. Czy mnie wkurzył? Tak. Ma nieludzkie wyczucie czasu, kiedy dolać oliwy do ognia.- By wygłosić ten monolog uniosłam lekko głowę, po czym znów buchnęłam nią na dół. Poczułam rozchodzący się w powietrzu wiśniowy aromat i zamruczałam z ulgą. Jak zawsze ten zapach mnie rozluźniał, znów mogłam poczuć się jak w domu.
- Hmmm masz w tym trochę racji.- Stwierdził zaciągając się słodkim dymem. Kolejny raz zastanawiałam się co mogą skrywać te jego czarne okulary. Dobrze znałam każdy milimetr jego twarzy, lecz nie to jak patrzył w danej sytuacji.
- Po coś zapewne przyszedłeś.- Przypomniałam grzecznie i usiadłam po turecku, ściskając z całych sił poduszkę. Kąciki jego smukłych ust uniosły się ku górze w miłym uśmiechu satysfakcji.
- Rozmawiałem z Motown.- Zaczął tajemniczo sprawiając, że na mojej skórze zagościła gęsia skórka. Wiele myśli przeszło mi w tej chwili przez głowę, jednak jakimś cudem żadna nie miała pozytywnego charakteru.
- I?- Ponagliłam go nachylając się subtelnie w jego stronę. Jego pokerowa twarz była przyozdobiona tylko kolejnym uśmieszkiem, a mnie dopadała kolejna porcja irytacji. Tak dla równowagi…
- Zostaliśmy nominowani.
- Nominowani… Do czego?- Irytacja powoli wzrastała. Nominowali nas do wylania?
- Do nagród Grammy Ashley! –Odparł radośnie, a ja przez jeden piekielnie długi moment przetwarzałam wszystkie informacje jakie dostałam w tym krótkim zdaniu. Powoli na mojej twarzy zagościł uśmiech w rozmiarze XXL, a w oczy rozjarzyły się szczęściem. Podskoczyłam z przejęcia, podrzucając do góry jaśka.
- Nie, to jest spełnienie marzeń!- Wrzasnęłam tańcząc jakiś głupi taniec radości.
- Nawet dwa spełnienia. Mamy dwie nominacje: Najlepszy debiutancki album i najlepszy rockowy zespół roku!- Poprawił mnie łaskawie, a ja myślałam że śnię. Czort niech trafi wygraną, nawet jeśli nie zdobędziemy żadnej statuetki to same nominacje stawiają nas w szeregu najlepszych! W przypływie emocji rzuciłam się na Yasu i razem polegliśmy na łóżku, śmiejąc się i kotłując.
- jesteśmy najlepsi!- Wyszeptałam przez zęby zaciśnięte ze śmiechu. Jego czarne okulary zleciały mu z nosa i mogłam spojrzeć prosto w jego przenikliwe oczy. Zaśmiał się pocieszne i objął mnie rękami. Nagle do pokoju wszedł Japhrimiel oczywiście bez pukania i oczywiście w najmniej odpowiednim momencie. Ustał w drzwiach wielce zdziwiony i wytężył swój orli wzrok, bacznie analizując zastałą sytuację.
- Eeee… Hmmmm…Tsa.- Wyjąkał i podrapał się po głowie, najwidoczniej coś przetwarzając. Odwrócił się lekko do tyłu.- To w końcu kto z kim jest bo trochę nie kumam.
- Tłumaczyłam Ci to bardzo jasno. Czego nie zrozumia…- W drzwiach pojawiła się Finix, która zapewne zdążyła już wrócić z zajęć.- … łeś.- Dokończyła i przekręciła zabawnie głowę na bok.- Shin!- Wrzasnęła i po chwili obok niej stanął niebieskogłowy.
- Czego chcesz kobieto.
- Wytłumacz mi to proszę…- Wskazała na mnie i na Yasu. Zastygliśmy w bezruchu patrząc z wielką przyjemnością na ten kabaret. Shin zamaszyście odwrócił głowę spodziewając się, że zobaczy coś bardziej normalnego. Jakby to powiedzieć… trochę się zdziwił.
- Echhh… No więc…- Zaczął całkiem dobrze, tylko z końcówką mu się trochę nie udało.- Wiesz… Nobu!- Przybył i ostatni z czwórki cyrkowców. Wkraczając przeciągał się ospale i oparł zmęczoną głowę o ramie Shina. Ten szturchnął go łokciem i wskazał na nas brodą. Mina Nobu była bezcenna.- Wytłumacz.- Sapnął Shin spoglądając na niego z ukosa.
- Czy tam na łóżku leży Yasu, a na Yasu Ashley, czy mam jakieś zwidy ze zmęczenia?- Znowu ziewnął, a ja razem z Yasu buchnęliśmy śmiechem. Gdy w końcu się uspokoiliśmy, Yasu zgrabnym ruchem posadził mnie na swoich kolanach i już w miarę w pozycji siedzącej znów spojrzeliśmy badawczym wzrokiem na ten cały tłum sterczący w drzwiach mojej sypialni.
- O widzisz… No teraz to już na przykład nie leżą.- Stwierdziła Finix potrząsając z uznaniem głową. Przewróciłam oczami i w błagalnym geście podniosłam i upuściłam z klapnięciem rękę.
- Jesteście dziwni wiecie?- Mruknęłam ciągle chichocząc pod nosem. Stadko trochę wzburzyło swoje miny, zapewne chcąc okazać oburzenie.
- No tak. To my jesteśmy dziwni.- Mlasnął Nobu, a ja wstałam i podeszłam do niego nadal śmiejąc się jak głupi do sera. Ustałam przed nim i spojrzałam prosto w jego niebieskie oczy. Stał jak wryty, a ja miałam dziką radochę z tego faktu. Przejechałam palcem wskazującym po jego barku i westchnęłam.
- Powiem tylko jedno.- Nachyliłam się mu do ucha, a jego wzrok wyrażał zdziwienie. Poczułam jego przyśpieszony oddech…- BLAST został nominowany do Grammy.
- Co?- Sapnął nadal jeszcze nie dowierzając temu co usłyszał. Shin podskoczył do góry, po czym przybił piątkę z Finix.
- Grammy skarbie… docenili nas.- Mruknęłam przyglądając się jak jego kąciki ust powoli szybują do góry.
- Grammy!!! JEST!!! Tak, tak, tak!- Zawył podskakując i łapiąc mnie w objęcia. Po paru minutach śmialiśmy się wszyscy i tańczyliśmy świętując tryumf BLAST. To było coś… promyk szczęścia w tym pogmatwanym życiu… Kurde TO naprawdę było coś!
Trochę się rozpisałam, ale nie chciałam urywać końcówki, a potem dokańczać jedno czy dwa zdania w następnej części. Więc jest tak jak jest i tak być musi. Albowiem jak to powiedziała Ash „TO naprawdę było coś!” :D Pozdr. i zapraszam do czytania!!!!!!!!!!!!!!
*************
Zdawał się być nieobecny, jedynie jego zielony wzrok co jakiś czas szukał mojego spojrzenia by być pewnym, że nadal przy nim jestem. Przechylił niepewnie szklankę i wypił ostatni łyk piwa. Podsunęłam mu pod nos talerz spaghetti i przyjaźnie pociągnęłam za jeden z jego cienkich dredów. Uniósł zalotnie brew i szturchnął mnie delikatnie w biodro.
- Jedzeniem się nie bawi…- Odparłam widząc jak niemal wywierca widelcem dziurę w talerzu.
- Mówisz jak mama.- Stwierdził uśmiechając się cwaniacko pod nosem. Pokręciłam przecząco głową nalewając sobie piwa i szybko go wypijając.
- Nie jestem jak ona.- Syknęłam dobrze wiedząc, że nie przejdzie mi przez usta słowo „mama”. Już dawno moi rodzice pokazali, że mają w życiu znacznie inne priorytety niż inni zwykli rodzice.
- Masz rację. Jesteś całkiem inna.- Powiedział przepraszająco nadal bawiąc się widelcem.- Cieszę się, że nie udało im się zepsuć Ci do końca życia… tak jak mojego.
- Japh…- Mruknęłam i położyłam delikatnie dłoń na jego ramieniu i uśmiechnęłam się szczerze.- Twoje życie nadal się toczy. Pamiętasz? Obiecałeś, że jak wrócisz to wszystko mi wyjaśnisz…
- Obiecałem…- Prychnął pod nosem.- Pamiętasz, gdy chodziłaś jeszcze na studia spotykałem się z pewną dziewczyną.
- Zaraz...- Podrapałam się z zamyśleniem po głowie i zmrużyłam oczy. Szukałam w pamięci tego jednego imienia.- Lucy!- Odparłam tryumfalnie, jednak mój zapał ucichł gdy ujrzałam smutniejącą minę Japhrimiela gdy tylko usłyszał jej imię.
- Tak, Lucy.- Potwierdził nalewając sobie piwa.- Spotkałem ją w restauracji. Pracowała dorywczo by zarobić na utrzymanie siebie oraz swojej młodszej siostry. Nie przelewało się u niej lecz zawsze pięknie się uśmiechała… Spodobała mi się od pierwszego wrażenia więc postanowiłem do niej zagadać. Na początku myślałem, że mnie spławi lecz ona…- Westchnął, a kąciki jego ust poszybowały w górę.- … ona się uśmiechnęła. Potem wszystko potoczyło się szybko. Zakochałem się w niej bez pamięci… Naprawdę byliśmy szczęśliwi. W końcu oświadczyłem się jej…
- Co?- Mruknęłam z niedowierzaniem.- Nic o tym nie wiedziałam.
- Bo rodzice postarali się o to by nikt się o tym nie dowiedział.- Syknął ściskając dłoń w pięść i uderzając lekko nią w stół.
- Co oni zrobili?
- Przyprowadziłem do nich Lucy by mogli ją poznać. To był największy błąd w moim życiu. Nie spodobało się im, że Lucy nie studiuje, że nie ma odpowiedniego pochodzenia… że nie ma rodziny. Wszystko im się nie podobało… Stwierdzili, że nie jest odpowiednią partią dla mnie i zabronili mi się z nią spotykać. Oczywiście nie posłuchałem ich…- Spuścił smętnie wzrok, a ja złapałam go szybko za rękę.- Pewnego dnia jak co dzień poszedłem do Lucy by ją odprowadzić do pracy. Zapukałem, a w drzwiach stanęła jakaś kobieta. Gdy spytałem ją o Lucy… Powiedziała, że wyjechała. Wymówiła najem mieszkania z samego rana i słuch o niej zaginął.
- Nie możliwe… Czy ty myślisz, że…- Pokręciłam z niedowierzaniem głową i omal nie strąciłam szklanki ręką.
- To oni mieli coś wspólnego ze zniknięciem Lucy. Jestem tego pewien, dlatego też wyjechałem by ją znaleźć. To dlatego tyle czasu mnie nie było…- Odparł smętnie i podparł dłonią głowę. Moje źrenice się powiększyły, a usta uchyliły jak u małego dziecka. Czy rodzice byliby do czegoś takiego zdolni?
- Udało ci się?- Spytałam lecz wiedziałam, że to najgłupsze pytanie jakie mogłam zadać. Na pierwszy rzut oka widać było, że Japhrimiel wcale nie wygląda na kogoś kto znalazł swoją ukochaną. Jego smutne oczy mówiły wszystko.
- Przepadła… żadnych śladów, nikt nic nie wie lub nie chce wiedzieć. Straciłem ją na zawsze i to tylko przez to, że według nich nie była odpowiednią partią dla mnie.- Wysyczał uderzając ze złością pięścią w stół. Patrzyłam się na mojego brata i czułam się tak beznadziejnie bezradna. Nie mogłam nic zrobić by mu pomóc, ulżyć, by znów na jego twarzy zagościł taki sam uśmiech kiedy przedstawił mi Lucy. Dobrze to pamiętam…
sobota, 10 grudnia 2011
Hejka! Jak tam u Was się wiedzie? U mnie po staremu jednak z dnia na dzień mam coraz więcej do roboty… Mam nadzieję, że jednak będę znajdywać czas na pisanie bo inaczej bez tego sfiksuje! :D Pozdrawiam i zapraszam do czytania i komentowania! :D

***********
Jego oczy były tak szczere, pozbawione jakiejkolwiek nienawiści czy pogardy. Stał tak przede mną w całej swojej okazałości i obdarzał mnie czułym uśmiechem zarezerwowanym wyłącznie dla mnie. Fala ciepła rozeszła się po moim ciele, dając mi znak że ten mężczyzna nadal jest dla mnie bardzo ważny. Serce kołatało niespokojnie na samą myśl co będzie dalej. No właśnie co będzie dalej? Czy przetrwamy? To tylko Bóg jeden wie…
- Tak się cieszę, że przyszłaś.- Odparł jedwabistym głosem i zrobił jeden krok w moją stronę. Odwzajemniłam niepewnie uśmiech czując, że w tym momencie najchętniej to bym się rozpłakała, jednak to nie wchodziło w grę.
- Musimy w końcu sobie wszystko wyjaśnić. Od początku…- Wyrzuciłam z siebie szybko, by nabrać odwagi. Michael spojrzał na mnie czułym wzrokiem i wskazał dłonią na pięknie zdobione krzesło w rogu pokoju. Stało ono przy nieskazitelnie nakrytym stole. Na siedząco będzie łatwiej tego wysłuchać… Pomyślałam i usiadłam ostrożnie by nie wywinąć przypadkiem jakiejś gafy. Znów nasze spojrzenia zetknęły się ze sobą, a ja poczułam jak serce wali mi o wewnętrzną stronę klatki piersiowej.- Więc jak to było z Brooke?- Zapytałam pierwsza by przerwać tą niezręczną cisze, która mogła by skończyć się tylko rzuceniem na siebie. W pozytywnym tego słowa znaczeniu...
- Do momentu upicia się, wszystko się zgadza. Naprawdę się wtedy spotkaliśmy i naprawdę za dużo wypiliśmy… a przynajmniej ja. Potem spałem jak zabity, a ona wykorzystując sytuację rozebrała mnie i położyła się obok. Rano powiedziała, że spaliśmy ze sobą, a parę dni później oznajmiła mi że jest w ciąży. Oczywiście wszystko to było kłamstwem. Wszystko się wydało, gdy lekarz nie chciał się zgodzić na to by kłamać. Brook musiała się do wszystkiego przyznać.- Opowiedział mi to wszystko po kolei, a ja przełknęłam nerwowo ślinę i pokręciłam z niedowierzaniem głową. Naprawdę nie mogłam uwierzyć jak można być tak podłym…- Jednak ona nie zamierzała tak łatwo odpuścić i wymyśliła tą rzewną historyjkę dla prasy na temat Ciebie. Ashley jest mi naprawdę głupio, że prze ze mnie musiałaś tyle przejść…
- Mike…- Z moich ust jego imię wypadło szybko, jednak dalsze słowa stawały się coraz cięższe i trudniejsze do powiedzenia.- Nie miałeś na to wpływu.- W końcu uporałam się z mętlikiem w głowie starając się mówić poważnie i z dużym przekonaniem.
- Mogłem zrobić cokolwiek. Mogłem powiedzieć o wszystkim na samym początku.- Odparł z poczuciem winy przymykając lekko powieki. Jego długie rzęsy niemal spoczęły na policzkach, długie i smukłe. Ściskałam nerwowo dłonią dłoń. Spojrzałam na niego i szybko uciekłam wzrokiem, jakbym bała się jego przenikliwych oczu.
- Co teraz z nią będzie?
- Wyjechała…- Rzucił oschle, dając mi do zrozumienia że nie chce mieć z nią nic wspólnego.- Naprawdę myślałem, że jesteśmy przyjaciółmi. Znałem ją bardzo długo i to co nas łączyło było wyjątkowe, jednak ona zatraciła się w swoich kłamstwach i dążeniach. Próbowała zdobyć moją miłość za wszelką cenę jednak na koniec straciła mnie całego. Nie potrafię jej już zaufać…
-Wiem, że to zabrzmi dziwnie ale potrafię ją zrozumieć.- Wymamrotałam, nieśmiało szukając kontaktu wzrokowego. Jego oczy zrobiły się większe, niemalże pytały mnie „dlaczego?”.- Proszę Cię nie patrz tak na mnie. Kiedy zobaczyłam na dużym ekranie ciebie i Brooke całujących się to mojemu sercu została zadana ogromna rana. Bolało mnie niesamowicie… Rozdzierało od środka, mówiło straciłaś go. Cały świat usunął mi się spod nóg, a najgorsze było to że nic nie mogłam z tym zrobić. Bezczynnie przyglądałam się jak mój ukochany jest z inną i będzie miał z nią dziecko. Pomyśl… skoro ona od samego początku była w tobie zakochana, to jak musiała się czuć za każdym razem gdy widziała cię ze mną?- Odarłam przybliżając twarz w jego stronę. Nie powinnam jej bronić, lecz nie potrafiłam kompletnie zwalić na jej barki całej winy. Na jego twarzy wymalował się cień zakłopotania i poczucia winy. Zrozumiał, że mam rację. Potarł dłonią czoło i przygryzł delikatnie dolną wargę.
- Dlaczego nasze życie aż tak się skomplikowało?- Mruknął w końcu podnosząc na mnie wzrok. Wzruszyłam bezradnie ramionami i potarłam koniuszkiem palca skrawek pięknego białego obrusu.
- Może dlatego, że było zbyt pięknie? Byliśmy samolubni myśląc, że zawsze wszystko będzie dobrze. Nie jesteśmy wybrańcami Bogów…
- Ashley, a co z nami?- Spytał jednocześnie wstając i przybliżając się do mnie. Właśnie, a co z nami?? Czy potrafię po tym wszystkim znów żyć normalnie u boku Michaela? Spojrzałam mu głęboko w oczy i zacisnęłam pięści by zebrać w sobie odwagę.
- Muszę Ci coś powiedzieć. O mnie i o Nobu…- Odparłam, a na jego twarzy pojawiło się zrozumienie mimo lekkiego smutku. Jego delikatna dłoń musnęła mój policzek.
- On Cię kocha.- Stwierdził jakby to była oczywista oczywistość, która wcale go nie szokuje. Moje oczy zadrgały, a serce znów przyśpieszyło. Jego smukłe nogi nosiły go po pokoju, a czarne loki lekko rozwiewały się na wietrze dochodzącym z otwartego okna.
- Dzisiaj…- Zaczęłam, lecz nie wiedziałam jak mam to ubrać w słowa.- … całowaliśmy się. Omal nie wylądowaliśmy w łóżku, jednak przerwałam to. Michael ja nie wiem co mam robić… Moje serce kocha i ciebie i Jego, ja nie potrafię…- Słowa plątały mi się w ustach, a z oczu popłynęły łzy. Mike podszedł do mnie i ujął moją twarz w dłonie. Kciukami starł niesforne krople spływające po moich rozgrzanych policzkach.
- Wiem Ash, wiem o tym. To on stał przy Tobie gdy ja nie mogłem i gdy tak strasznie cierpiałaś.
- On chciał…- wychlipałam jak małe dziecko starając się ułożyć z porozrzucanych słów jakieś sensowne zdanie.- Chciał przekonać mnie do siebie… Powiedział, że ustaliliście coś pomiędzy sobą…
- To prawda. Postanowiliśmy, że pozostawimy wybór tobie. Każdy z nas będzie się starał, aż twoje serce zdecyduje kogo kochasz bardziej…- Zbliżył swoją twarz do mojej, a ja drgnęłam niesfornie nie wiedząc co mam zrobić. Ustalili? Starać się? Kogo kocham bardziej? To tak jakby zapytać się małej dziewczynki: Kogo kochasz bardziej, tatusia czy mamusie? Ciepło jego oczu rozlewało się po moim ciele, a zapach który zapamiętałam znów podrażnił moje nozdrza. Znów był blisko i znów zaczęłam na to reagować.
- Mike…- Mruknęłam jednak nic więcej nie zdążyłam powiedzieć. Jego słodkie usta zatopiły się w moich sprawiając, że ciało się rozluźniło a umysł przestał racjonalnie myśleć. Znów to samo… tak samo jak z Nobu. W co oni ze mną pogrywają? Starałam się zebrać w sobie na tyle siły by oderwać się od niego jednak to nie było takie łatwe. Już tak dawno nie czułam delikatności jego skóry oraz jedwabistych włosów dotykających moje ciało. Pragnęłam bliskości… To co nas łączyło nie można było tego określić jednym słowem. Magnetyzm, przyciąganie lub magiczna moc… to nie dość oddaje sens naszej znajomości. Być może byłam żenująca i naiwna myśląc, że miłość jest lekiem na wszystko jednak w tej chwili wcale tak na to nie patrzyłam. Z każdym dotknięciem i pocałunkiem zabierał ze mnie skrępowanie, ból i ciężar. Po moim policzku popłynęła łza odkrywająca moją bezradność i głupotę. Zastanawiałam się gdzie podziała się ta silna dziewczyna z koncertów, która wyje złowieszczo do mikrofonu, prowokuje wyglądem i zachowaniem.- Jestem okropną kobietą…- Szepnęłam, a on otarł łzę. Dostrzegłam jak kąciki jego ust podniosły się do góry w uśmiechu, który szczerzę mnie zdziwił.
- Po prostu się zagubiłaś…
- Bawię się waszymi uczuciami. Rano Nobu teraz ty… jestem zwykłą…- Uciszył mnie przykładając palec do moich ust, a z jego twarzy zniknął uśmiech. Zastąpiło go poczucie winy i nieskończenie wielka zaduma.
- Jeśli ktoś tu się bawi czyimiś uczuciami to ja i Nobu twoimi… Próbujemy Cię uwieść, przekonać do siebie, sprawić byś wybrała któregoś z nas.- Spojrzałam na niego dziwnym wzrokiem i nie mogłam uwierzyć, że doczekam się takich słów z jego ust. Nawet nie wiem kiedy wylądowaliśmy na łóżku zasłanym satynową narzutą. Podniosłam się szybko do pozycji siedzącej czując coś dziwnego w środku. Natychmiast przeszła mi ochota na jakiekolwiek bratanie się w ten czy inny sposób. Wolałam pozostać na dystans…
- Uwieść?- Sapnęłam przekrzywiając pozornie zabawnie głowę w bok dla lepszego efektu.- Co się dzieje? Nie poznaje ani ciebie, ani Nobu… Mówicie o moim szczęściu, a tu znów chodzi o was. O to kto wygra. Czy to wy się zmieniliście, czy to ja się cofnęłam?- Dodałam zachrypniętym głosem pełnym niedowierzania i cienkiej nutki ironii. Uśmiechnął się tajemniczo, wstał i usiadł obok mnie. Jego prawa dłoń ubrana w biała rękawiczkę na nadgarstek, bawiła się moim kolanem.
- Wygraną jesteś ty. Najważniejsza osoba zarówno dla mnie jak i dla niego. Nie umiemy pogodzić się z faktem gdy cierpisz lub płaczesz, staramy się skleić wszystko na siłę dla twojego i po części naszego dobra. Walka się rozpoczęła.- Odparł dotykając delikatnie mojego policzka. Jego ogromne oczy wpatrywały się bez wytchnienia w moją niezbadaną twarz. Tysiące myśli uderzyło mnie znienacka nie chcąc bym zapomniała o którejkolwiek. Wstałam gwałtownie i podeszłam do drzwi zatrzymując się w połowie. Musiałam to sobie przemyśleć. Przemyśleć te wszystkie słowa, które padły z jego ust… Pokręciłam przecząco głową i odwróciłam ją na chwilę w jego stronę. Nadal siedział na łóżku tak idealny i opanowany. Westchnęłam i spuściłam smutnie wzrok.
- Nie wiem czy chcę być nagrodą w jakiejkolwiek walce… Kto ustala zasady? I czy w ogóle będę miała coś do powiedzenia? Zresztą nie ważne…- Mruknęłam i wyszłam rzucając na pożegnanie z zaszklonymi oczami:
- Nie chcę kochać na siłę…- Wyszłam szybko kierując się do wyjścia. Nie mogłam dłużej zostać pod czarem Michaela. Będąc pod jego wpływem nie spojrzę na sprawę obiektywnie, co zaowocuje ogólnym nieszczęściem nas wszystkich. To samo tyczy się Nobu i jego prób jak to Mike nazwał „uwodzenia” mnie. To ma być MÓJ wybór… szkoda, że tylko nie wiem co mam robić, a serce w akcie strajku i ogólnej desperacji, podzieliło się na dwie równiutkie części…
…
Szłam jakąś ulicą, której nazwy nie znałam bo i po co. Po to by zaprzątać moją i waszą głowę? No właśnie… bezsensu. Ruch był tam nie duży, a ludzie przemykali po niej jak cienie nie chcąc nawet spojrzeć sobie w twarz. Odpowiadał mi taki obrót spraw… Zero krzywych spojrzeń i bezsensownego mierzenia się w nadnaturalnym starciu. Każdy pozostawał ze swoimi i tak już dość skomplikowanymi myślami. Wiatr lekko rozwiewał moją grzywkę, chłodząc rozgrzaną skórę i uspakajając. Nagle w zamyśleniu i być może nieuwadze wpadłam na jakiegoś mężczyznę. Jego długie dredy spięte w kucyk spływały mu po ramionach. Przyjrzałam się uważnie i ujrzałam chłopaka ubranego al’ a Bob Marley ogólnie na luzie. Nasze przepraszające spojrzenia zbiegły się ze sobą i gdy dostrzegłam jego smukłą twarz i zielone oczy, moje serce zabiło, a chwilowe otępienie spłynęło nieubłaganie na napięte ciało.
- Japhrimiel?- Spytałam tępo przecierając delikatnie oko, na tyle by nie rozmazać makijażu ale by polepszyć jakość widzenia. Jego spojrzenie przeleciało szybko po mojej twarzy. Źrenice rozszerzyły się, a twarz przybliżyła w moją stronę. Przyglądał mi się…
- Nie możliwe…- Wydyszał z siebie nadal analizując mój wygląd.- Ashley? Gdzie ty masz włosy? A ten makijaż?- Zalał mnie potokiem pytań, a moje oczy zaszkliły się mimowolnie. Zabiję sukinsyna… Bez odpowiedzi na żadne zadane pytanie z jego strony, rzuciłam się w jego objęcia. Przytulił mnie z ulgą przymykając lekko oczy.
- Dlaczego się nie odzywałeś!- Wrzasnęłam odklejając się i ocierając jedną jedyną łzę. Wzruszył bezradnie ramionami i westchnął wymigując się od odpowiedzi.
- Musiałem się zmyć inaczej nie dali by mi spokoju. To był jedyny sensowny sposób…
- Ale ja się martwiłam…- Warknęłam z wyrzutem.- Mógłbyś od czasu do czasu dać znać swojej młodszej siostrze, że żyjesz.
- Wiem, ale to nie było takie proste. Dużo by opowiadać. Zresztą widzę, że ty też się nieźle zmieniłaś.- Wskazał na poszarpane dżinsy i skórzaną kurtkę po czym przyjaźnie poczochrał mnie po włosach.- Ty! Punkówą jesteś.- Stwierdził po sekundzie tentegowania w głowie. Tupnęłam dla lepszego efektu ciężkim, czarnym buciorem.
- Bardziej teraz pasuję do mojego zespołu…
- Ten sam stary, dobry BLAST?
- Czy ty nie oglądasz telewizji? Jesteśmy gwiazdami.- Odparłam z oburzeniem, ale również z nieukrywaną dumą.
- Ostatnio nie mam czasu na takie głupotki. A Yasu się na to zgodził? Na ten cały cyrk z podbijaniem list i pokazywaniem się w TV?
- O dziwo tak.- Powiedziałam z zamyśleniem na twarzy. To dlaczego Yasu zawiesił karierę prawniczą na rzecz zespołu, nadal było dla mnie niewiadomą.- Jestem im wdzięczna, że na jeden mój telefon rzucili wszystko i przyjechali.
- Rzucili? Nie mów, że Nobu i Shin też się w to zaangażowali!- Prychnął obejmując mnie gdy szliśmy ulicą, oświetloną jedynie słabymi latarniami. Jednak przy moim bracie czułam się bezpiecznie…- Widzę, że dużo się pozmieniało.- Stwierdził, a ja spojrzałam na niego podejrzliwie.
- Co się dzieje?- Rzuciłam krótko, jednak nie spodziewałam się szybkiej odpowiedzi. Japhrimiela trudno było przekonać do szczerej rozmowy. Musiałam się nieźle kiedyś napocić, żeby zaufał mi i zrozumiał, że zawsze stoję za nim murem. Wzruszył płynnie ramionami i puścił do mnie przyjaźnie oczko.- Jeśli myślisz, że się wywiniesz od odpowiedzi to się grubo mylisz. Właśnie w tym momencie zdecydowałam za ciebie, że idziesz do mnie. Dodam, że nie przyjmuje żadnych sprzeciwów i jęków.
- A jednak, aż tak się nie zmieniłaś.- Skwitował moje zachowanie podśmiechując pod nosem.
- Pogadamy na spokojnie przy herbatce lub czymś mocniejszym.
- Jeśli chcesz ze mnie wyciągnąć cokolwiek, to stanowczo przy czymś mocniejszym.
- Widzisz, ty też się nie zmieniłeś.- Odparłam ciągnąc go za sobą w stronę mojego małego, ale własnego mieszkanka.- Aż tak…- Dodałam odwzajemniając uśmiech. Widząc go całego i zdrowego, poczułam ogromną ulgę. Zniknął zaraz po tym jak oświadczyłam rodzicom, że nie chcę mieć z nimi nic wspólnego. Długo myślałam, że to przeze mnie wyjechał, jednak uspokoił mnie jednym krótkim listem bez adresu zwrotnego:
„ Szarona( tak mnie nazywał, strasznie nie znosiłam tego przezwiska),
Znając twoją skomplikowana psychikę myślisz, że to przez ciebie wyjechałem. Rozczaruję Cię ale nie. Ta decyzja dużo mnie kosztowała, a złożyło się na nią wiele czynników. Kiedyś Ci o tym opowiem. A co do rodziców… wiesz, że zawsze jestem za tobą. Teraz też. Uważaj na siebie. Jak wrócę masz być jeszcze żywa. Najlepiej w jednym kawałku, nie mam zamiaru potem wszędzie szukać twoich części. Taki żart… Wiem, niezbyt wyszukany. Czekaj na mnie, wszystko Ci wytłumaczę…
Japhrimiel
PS. No wiesz…( w ten oto nie skomplikowany sposób, mój ukochany brat powiedział, a raczej napisał, że mnie kocha).”
Tylko tyle… Jeden list i zero wieści przez długi czas, który zdawał się być wiecznością. Obiecałam sobie wtedy w duchu, że jak wróci to skopię mu tyłek. Głównie z tego powodu zaprosiłam go do mieszkania… Na ulicy przecież tego nie zrobię. Uśmiechnął się po raz kolejny, pokazując szereg białych ząbków, a ja układałam w głowie plan co zrobić by ode chciało mu się znikać bez słowa, na następne kilkaset lat. Japh jak dobrze, że jesteś… nareszcie.
sobota, 03 grudnia 2011
**************
- Mogłem przewidzieć, że prędzej czy później Cię tu przywieję…- Mruknął sarkastycznie odwracając się i stając oko w oko z Michaelem. Ich idealnie naprężone postawy dawały znać o nici rywalizacji przewieszonej pomiędzy nimi. Zrobiłam krok do przodu, lecz dłoń Nobu zatrzymała mnie lekko. Dobrze wiedziałam o co chodzi. Chcą to załatwić między sobą, ale przecież też jestem w to wmieszana! Nie mogą decydować za mnie… już nikt nigdy nie będzie za mnie decydować…
- Jak zamierzasz teraz rozwiązać tą sytuację? Narobiłeś jeszcze większego bałaganu niż był…- Michael podsumował jego zachowanie dość oschle, co jakiś czas spoglądając w moją stronę. Jego czekoladowo-czekoladowe oczy pieszczotliwie śmiały się do mnie.
- A co miałem stać i patrzeć jak ją obrażają? Sam słyszałeś jakie głupoty gadali… Ta twoja Brook nieźle obrobiła Ashley tyłek, przypinając jej łatkę zazdrośnicy, która za wszelką cenę chcę odbić swojego byłego chłopaka.
- Z Brooke już dawno nic mnie nie łączy…- Odparł spuszczając lekko głowę, a jego idealny kosmyk włosów opadł niewinnie na twarz. Moje oczy zrobiły się ogromne. Przyglądałam się temu co się działo, a serce krajało na samą myśl jak to może się skończyć.- Już udzieliłem wywiadu w którym wyjaśniam całą sytuację, oczyszczając Ashley z zarzutów.
- Tak łatwo się tego nie załatwi. Mówiłem Ci już wcześniej, że nie pozwolę znów jej skrzywdzić…- Wskazał na mnie palcem. Moje nogi stały się miękkie, nieznośnie drążyły i uginały się pode mną.
- Zachowujesz się tak jakby to tylko tobie na niej zależało!- Uniósł głos Mike rozkładając gwałtownie ręce i ostrożnie się zbliżając w moją stronę.- Nie jesteś sam w tym by ją chronić… Jest Yasu, Shin, Finix i przede wszystkim ja!
- No ty to akurat już pokazałeś, jak ją potrafisz chronić.- Syknął sarkastycznie przygryzając dolną wargę z przejęcia. Potrząsnęłam z niedowierzaniem głową… Miałam jeden wielki mętlik w głowie, a jedyne uczucie jakie z minuty na minutę potęgowało się w mojej głowie była wściekłość. Wściekłość na tych dwóch idiotów, którzy w odmęcie kłótni zapomnieli dawno o mnie. Miałam wrażenie, że tu najważniejsze było udowodnienie swojej racji, a nie jak to na pierwszy rzut oka wyglądało, by mnie na siłę uszczęśliwić. Nie mogłam tak…
- A ty znów to samo!- Mike uniósł do góry dłonie i teatralnie je opuścił.- Nie masz prawa się w to wtrącać… Nie wiesz jak jest…
- Dobrze wiem. Może i jej nie zdradziłeś, ale dopuściłeś do tego durnego programu i do tego by Brooke kłamała w żywe oczy! Ze strachu nawet jej nie wspomniałeś o zaistniałej sytuacji, mimo tego że dzwoniłeś do niej przed programem!
- Nie wiedziałem, że to wyciągną w programie na żywo. Chciałem jej powiedzieć po wszystkim…- Bronił zawzięcie swojego zdania, a mnie już normalnie zalewała krew. Dłonie mimowolnie zacisnęły się z przejęcia, a grzywka opadła bezwiednie na moją twarz.
- To przecież media człowieku! Oni wszystko wyciągną!
- DOSYĆ!- Wrzasnęłam na cały głos, zmuszając ich by się zamknęli i na moment posłuchali dla odmiany, co ja mam do powiedzenia. Ich oczy spoczęły na mnie. Wzięłam parę głębszych oddechów dla odwagi i lepszego efektu.- Mam tego serdecznie dość. Wam wcale nie chodzi o moje dobro, szczęście czy co tam paplaliście przez ten cały czas. Dla Was najważniejsza jest idiotyczna wygrana… Rzucacie w siebie oskarżeniami usilnie chcąc udowodnić winę tego drugiego, a tu nie o to tak naprawdę chodzi! Nie obchodzi mnie czyja to wina… Przez kogo płakałam…- Tu spojrzałam na Michaela.- … i przez kogo nie mogłam spać w noc zżerana przez okropne wyrzuty sumienia.- Mój wzrok przeniósł się na Nobu.- Dajcie mi święty spokój…- Mruknęłam już nieco ciszej.
- Ash...- Zaczął Nobu. a Michael jak wierszyk powtórzył zaraz za nim.
- Ashley…
- Idźcie już sobie oboje. Zostawcie mnie…- Warknęłam kierując się do swojego ukochanego pokoju. Pokoju, który był moją fortecą, w której nikt mi nie miał prawa przeszkadzać i w której czułam się naprawdę bezpieczna. Przeszłam przez salon omijając Shina, Finix i Yasu trwających w poważnym osłupieniu. Nawet nie łudziłam się, że nic nie słyszeli. Ta cienka ściana dzieląca przedpokój od salonu ani trochę nie stanowi przeszkody dla dźwięków. Spojrzałam na nich z ukosa i prychnęłam lekceważąco, po czym weszłam do pokoju i trzasnęłam drzwiami. Chwyciłam klamkę mocno od drugiej strony i przekręciłam kluczyk z breloczkiem „I LOVE NY”. Odbijał się przez chwilę od drzwi dając tępy stukot, który jednocześnie wymierzał bicie mojego serca. Bam… Bam… Bam… Wypuściłam powoli powietrze z płuc i rzuciłam się na swoje niezasłane łóżko. Przed wyjazdem do Stonebridge nawet nie zawracałam sobie głowy tym by go posłać czy coś w tym stylu. Zresztą jakie to miało teraz znaczenie? Myślenie o takiej błahostce jest zwykłym zapychaczem myśli… Gdy nie chcesz o czymś myśleć, to zaczynasz analizować największe pierdółki. A że łóżko nie zasłane, a że piesek sobie biegnie i że merda ogonkiem! Wszystko jest lepsze niż roztrząsanie tego co sprawiało, sprawia i będzie sprawiać ból. Przymknęłam zmęczone oczy, przed którymi pojawiła się ciemność, która niestety nie dała takiej ulgi jakiej oczekiwałam otrzymać. Nic jej nie dawało…- Życie naprawdę mnie nie lubi…- Mruknęłam pod nosem sama do siebie… Sama dla własnej nic nie znaczącej satysfakcji.
…
- Chyba wczoraj dość wyraźnie się wyraziłam…- Warknęłam do siedzącego przy stole kuchennym Nobu. Spojrzał na mnie smętnym wzrokiem, a ja szybko odwróciłam wzrok. Nie ma mowy… żadnej litości.- Jackson widzę zrozumiał.
- Musiał iść bo ma dzisiaj nagranie…
- A Ty nie masz? Nic? Żadnego małego nagranka? Nie? Jaka szkoda…- Wymamrotałam dziwnie oschle i całkiem nie podobnie do siebie. Naprawdę nie wiedziałam co mam począć ze swoim i tak już pogmatwanym życiem, a oni mi tu kłótnie będą urządzać! Nalałam sobie zielonej herbaty do kubka, tak dla uspokojenia zszarganych nerwów.
- Ashley wiesz, że to wcale nie chodzi o to kto wygra…- Odezwał się nieśmiało ale pewnie, pisząc coś bezsensu palcem na blacie.
- Dobrze wiecie, że kłótnią nic nie zdziałacie… Mam teraz jeden wielki mętlik w głowie i nie wiem co mam robić.- Spuściłam smętny wzrok i westchnęłam ciężko, czując jak żołądek fika mi koziołki w brzuchu.
- Nie naciskamy.- Odparł bawiąc się swoimi pierścionkami na smukłych palcach. Jego poszarpana bluzka podkreślała jego buntowniczość, a ciężkie skórzane buty wybijały klasyczny rytm 4/4.- Wiem, że nadal coś do niego czujesz…
- Wiesz jak to jest…- Mruknęłam zaczepnie.- Nie jest tak łatwo wyleczyć się z miłości.
- Podstawowe pytanie jest całkiem oczywiste. Czy nadal chcesz ciągnąć znajomość z Michaelem?- Spytał, a ja całkiem niekontrolowanie otworzyłam usta z przejęcia. Kurde… czy ja tego chcę? Michael jest dla mnie ważny, ale jednak część mojego serca należy również do Nobu. Czy można kochać dwoje mężczyzn na raz?
- Nie potrafię sobie odpowiedzieć.- Z moich ust wydobyły się te durne słowa, a oczy zaszkliły się sprawiając, że obraz przede mną rozmył się nieubłaganie. Poczułam ciepłą dłoń dotykającą mojego policzka. Mrugnęłam przywracając ostrość widzenia i ujrzałam przyjazną twarz Nobu przede mną. Wypuściłam powoli powietrze z płuc.
- Dzisiaj to moja kolej żeby Cię przekonać do siebie…
- Zrobiłeś sobie z Michaelem rozpiskę?- Mruknęłam lekko unosząc kąciki ust do góry. On prychnął przyjaźnie, a jego kciuk rytmicznie głaskał mój rozgrzany policzek.
- Można tak powiedzieć.- Odparł lekko i zawadiacko. Moje ciało zaczęło się rozpływać, a umysł stawał się coraz bardziej spokojny.
- I w tym momencie powinnam się zdenerwować…- Stwierdziłam przymykając do połowy oczy. Jego twarz zbliżyła się jeszcze bardziej do mojej. Teraz nasze oddechy razem wiły się po naszej skórze, a spojrzenia wbijały się w siebie nawzajem. Nie miałam siły by się opierać przed jego czarem i subtelnym uwodzeniem. Jego delikatne wargi musnęły moje sprawiając, że zapomniałam o jakichkolwiek oporach na ten moment. Dzisiaj jego kolej… Pomyślałam zatapiając się dogłębnie w nieskończonej liczbie pocałunków. Jedna jego ręka błądziła po mojej tali, a druga nadal dotykała mój policzek. Moje palce wczepiły się w jego blond włosy, łapiąc je delikatnie w prowokacyjny sposób. Namiętność i to coś unosiło się w powietrzu, pchając nasze ciała ku sobie. Siedziałam na krześle a on jednym ruchem ręki zmusił by moje drobne nogi zaplotły się wokół jego talii. Uniósł mnie do góry i przeniósł do salonu, ciągle nie przestając namiętnie całować. Robił to łapczywie, tak jakby bał się że zaraz mu ucieknę lub obudzi się z tego dość nieprawdopodobnego snu. Położył mnie na kanapę. Jego ciało przylegało do mojego, a silna dłoń pewnie trzymała moje biodro. Oddychaliśmy szybko i zdawkowo czując swoją bliskość i rodzące się pożądanie. Nagle w mojej głowie odezwał się wszechobecny glos sumienia… Przymknęłam lekko oczy i odwróciłam głowę na bok by nie mógł mnie całować. Zagryzłam dolną wargę, a po moim policzku popłynęła jedna łza. Tylko jedna…- Nobu nie możemy.- Szepnęłam, a on zawisł nade mną patrząc się ciepłym wzrokiem. Wcale się nie zdenerwował ani nie zirytował. Na jego twarzy pojawił się delikatny uśmiech poparty zrozumieniem w błękicie oczu.
- Wiem maleńka.- Odparł wstając i siadając obok mnie, gdy ja leżałam nadal wbijając w niego wzrok. Zachował się naprawdę w porządku, umacniając pokładane w nim uczucie.- Wiem, że najpierw musisz sobie to wszystko poukładać.
- Dopóki definitywnie nie zerwę z którymś z was to nie zasługuję, na żaden pocałunek ani uścisk z waszej strony. Nie chcę Was zranić… Jesteście dla mnie za ważni.- Wymamrotałam powoli podciągając się do pionu i opuszczając zawiniętą bluzkę. Jego westchnięcie było śpiewem w moich uszach. Dawało mi ulgę i zapewnienie. Zapewnienie, że mnie rozumie i że będzie czekał aż nadejdzie odpowiedni moment.
- Tylko dobrze to przemyśl… Tu nie chodzi o to, żebyśmy my byli szczęśliwi…- Mruknął ostatni raz nachylając się nade mną.-… tu chodzi o to żebyś TY była szczęśliwa.- Dodał po czym pocałował mnie na do widzenia i łapiąc po drodze skórzaną kurtkę wyszedł. Siedziałam patrząc na białą ścianę wzrokiem jakże obojętnym i smutnym.
- Ale jakim kosztem…- Odparłam sama do siebie. Mętlik w głowie urósł do zastraszających rozmiarów. Objawiał się nieznośnym kołataniem serca i częstymi migrenami. Chęć rozwiązania problemu tak, żeby wszyscy byli szczęśliwi była bardzo trudna, a nawet jak by to niektórzy powiedzieli niewykonalna. Ostatnio mało co w moim życiu się udawało. Szczęście rozsypywało się jak domek z kart, a miłość dawała znacząco w kość. Mnóstwo ludzi czekało, aż tylko podwinie mi się noga i nareszcie wpadnę w czeluści zapomnienia. Starałam się jak mogłam… Powoli moje marzenia zaczynały się spełniać. Wspaniali fani, którzy na każdym możliwym kroku dawali mi powód do dalszej walki oraz rozkręcająca się kariera jak z bajki. Jak to w bajkach bywa pojawił się książę… Jakże ja z tym księciem byłam szczęśliwa. Było na tyle idealnie, że nawet przez myśl by mi nie przeszło, że coś może się zepsuć, a mogło. Mogło i to na wiele paskudnych sposobów. Czas na rozmowę w cztery oczy… Czas to wszystko sobie wyjaśnić.
…
Przedarłam się niepostrzeżenie pod tylną bramę Neverlandu. Rozejrzałam się skrupulatnie szukając choć cienia fotoreporterów. Byli oni ostatnią rzeczą jakiej teraz potrzebowałam. Nacisnęłam na mały, biały guzik intercomu, a w moich uszach rozległ się brzęczący syk urządzenia.
- Posiadłość Michaela Jacksona, o co chodzi?- Gruby, donośny głos strzelił we mnie pytaniem, sprawiając że na moment odebrało mi mowę. Przywróciłam się do porządku wmawiając sobie, że po drugiej stronie siedzi dobry, stary Billy. On tylko tak strasznie wygląda… Pomyślałam i przełknęłam cały strach i niepewność.
- To ja Ashley…- Wymamrotałam podpierając białą ściankę ramieniem. Coś zatrzeszczało i sprawiło wrażenie poruszenia.
- Już ci otwieram. Wejdź Ash.- Odparł, a ja już na sto procent byłam pewna, że to Billy. Bardzo rzadko nazywano mnie Ash. Robili to tylko ludzie do których miałam absolutne zaufanie. Usłyszałam długi brzdęk, a brama zaczęła się otwierać. Westchnęłam dodając sobie jednocześnie trochę więcej odwagi i za nim brama otworzyła się do końca, wsunęłam się przez powstałą przestrzeń i pobiegłam do tylnych drzwi. Tam czekał na mnie już wielki i czarnoskóry mężczyzna ubrany w dobrze skrojony garnitur. Omiótł wzrokiem wszystko dookoła mnie ostrym wzrokiem, który po paru sekundach spoczął na mnie. Jego oczy na powrót zrobiły się przyjazne i tak znajome.- Dawno Cię u nas nie było.
- Nie było okazji…- Odparłam uśmiechając się do niego przyjaźnie. On odwzajemnił ten zwykły gest sprawiając, że moje ciało choć na chwilę się rozluźniło. Otworzył drzwi i zaprosił mnie do środka. Wnętrze wyglądało tak jak zawsze… Tak jak to zapamiętałam. Bogato ale ze smakiem, odpowiednio dla Króla Popu.
- Mike jest w swojej sypialni. Raczej wiesz gdzie to jest…- Szturchnął mnie zalotnie, a ja mimowolnie się zarumieniłam. Nie byłam w jego domu od tego czasu gdy zrobiliśmy to, choć wtedy zadowoliliśmy się salonem. Odchrząknęłam znacząco i łypnęłam na niego odwzajemniającym zaczepkę wzrokiem.
- Bardzo śmieszne Billy… powinnam trafić.- Rzuciłam na pożegnanie i wbiegłam na ogromne schody prowadzące na górę. Złota poręcz wiła się jak wąż, a czerwony dywan sprawił że poczułam się wyjątkowo. Ten dom był prawdziwym pałacem, który zapierał dech w piersiach. Każda jego część była dokładnie przemyślana i dopracowana, nie pozwolono sobie na jakąkolwiek niedoskonałość lub pomyłkę. Idealna perfekcja sama w sobie. Stanęłam przed wielkimi drewnianymi drzwiami, które jakby zapraszały mnie do środka swoją smukłą rzeźbą i ciepłym kolorem dębu. Przymknęłam lekko oczy i wzięłam głęboki oddech. Nie miałam pojęcia co mu powiem, co zdecyduje i jak to się skończy. W mojej głowie był ogromny mętlik, który nie pozwalał na skonstruowanie choćby najmniejszego planu działania. Położyłam dłoń na klamce i nacisnęłam ją otwierając drzwi. Zrobiłam to szybko za nim mój umysł zaczął by zgłaszać jakiekolwiek sprzeciwy. Weszłam niepewnie do środka. Rozejrzałam się i spostrzegłam Michaela leżącego na łóżku. Jedna ręka bezwładnie zwisała mu w dół, a druga zakrywała niezbadaną twarz. Czarne loki układały się idealnie na pościeli, a czerwień koszuli kontrastowała z karmelowym odcieniem jego skóry. O wiele bledszym niż jak go poznałam, przez chorobę zmieniał się. Przez moment przyglądał się mu jak zahipnotyzowana, a jego niepowtarzalny zapach otoczył mnie miło. Dopadły mnie wyrzuty sumienia z powodu tego, że byłam zmuszona do przerwania tej chwili. Odchrząknęłam nieznacznie dając o sobie znać i uśmiechnęłam się z czułością. Jego czekoladowe oczy wyłoniły się spod smukłego przedramienia. Gdy dostrzegł moje spojrzenie i ciepły uśmiech, zerwał się natychmiast na równe nogi i obdarzył mnie tym czego brakowało mi najbardziej. Kąciki jego idealnych ust uniosły się do góry, a oczy rozpromieniły się w niezbadanym szczęściu którego przez moment nie pojmowałam.
- Ashley…- Mruknął robiąc krok w moją stronę, a ja spuściłam wzrok nie wiedząc co mam zrobić. Nasza rozmowa… Na czym ma ona polegać? Mam na niego nakrzyczeć, mam go przeprosić, mam mu powiedzieć co zaszło między mną a Nobu? Może najlepiej zacząć od początku? Jakiś głosik rozbrzmiał w mojej głowie, a ja westchnęłam z ulgą.
- Tak od początku…- Wyszeptałam pod nosem, ledwo słyszalnie dla jego uszu. Ta chwila była dla nas. To od niej zależało to co będzie dalej, zależała nasza przyszłość i to czy w ogóle jakakolwiek wspólna przyszłość nas czeka… wszystko na jedną kartę… Czas rozegrać tą ostatnią partię i nie ma szans na pas.

Witam serdecznie. Mam nadzieję, że u Was wszystko w porządku? Jak sobie radzicie i co myślicie o kolejnej części? Piszcie o sobie, o tym co czujecie i o tym co byście chcieli poczytać. Na wszystkie pytania odpowiem. ZAPRASZAM do odwiedzania mojego skromnego świata, w który możecie choć na chwilę zapomnieć o szarości życia ;D Zapraszam.
sobota, 26 listopada 2011
Tydzień minął i czas wstawić następną część opowiadania o Michaelu Jacksonie i Ashley Fox. Mam nadzieje, że znów uda mi się zatrzymać waszą uwagę na czas czytania tej części i sprawię, że nie będziecie się mogli doczekać następnej! Mam nadzieję, że się uda, no to czas spróbować! Zapraszam! ;D
*****************
Podniosłam zamaszystym ruchem słuchawkę i wypaliłam lekkim głosem jak jakaś dzierlatka:
- Tak słucham?- Sama nie poznałam tego głosu. Był pozbawiony żalu i uprzedzeń i tak jakbym otrząsnęła się z koszmaru jaki ostatnimi czasu ciągle mnie nawiedzał.
- Ashley? To ja Michael.- Jego głos był taki delikatny, a zarazem męski. Ostrożnie ważył słowa zabawnie pomrukując co jakiś czas.
- Cześć…- Odparłam tępo tak jakbym wstydziła się przed rozmową z super przystojnym chłopakiem. Nie mogę przecież zachowywać się jak jakaś nastolatka! Nie mogę prawda!?- Coś się stało, że dzwonisz?
- Kiedy wracasz?- Spytał, zbywając moje pytanie. Nie przejęłam się tym zbytnio i zaczęłam się zastanawiać nad odpowiedzią. Tak naprawdę nie miałam jakoś bliżej określonego terminu powrotu, więc westchnęłam cicho i podrapałam się z zamysłem po głowie.
- Nie myślałam jeszcze nad tym…- Wypaliłam w końcu pocierając nadgarstkiem biodro. Mimowolnie kąciki moich ust wygięły się do góry. Naprawdę cieszyłam się, że zadzwonił do mnie. Ostatnio nie mieliśmy szansy porozmawiać, a cała ta sytuacja robiła się coraz dziwniejsza. Tajemnicze zachowanie oraz ciągłe niedopowiedzenia Yasu też wcale nie pomagały.- Mike?
- O co chodzi?- Mruknął niewinnie, a jego głos sprawiał że na mojej skórze budziła się gęsia skórka. Kochałam jego głos, ten miękki szelest słów jakie wydobywały się z jego idealnych ust. Być może za bardzo go idealizowałam, ale miałam to naprawdę gdzieś bo dla mnie był ideałem.
- Naprawdę cieszę się, że dzwonisz.- Wreszcie wydusiłam to z siebie, zdając sobie sprawę z tego że ani trochę już nie jestem na niego zła. Wmawianie sobie że zostaniemy przyjaciółmi zdawało mi się lepszym pomysłem niż wieczna uraza. Usłyszałam lekki chichot w słuchawce.
- Cieszę się, że ty się cieszysz.- Zagrał słowami, a ja pożałowałam że jestem taka miła. Teraz jeszcze będzie się ze mnie naśmiewał! Zaśmiałam się trochę ironicznie, ale bardziej przyjaźnie niż chciałam.- Muszę Cię ostrzec…- Nagle jego ton uległ zmianie. Nadal był przyjazny, ale jednocześnie pełen obaw i cienia poczucia winy. Moja mina zmieniła się w zastraszającym tępię, a za drzwiami usłyszałam ożywiony ruch i stukanie butów.
- Michael, co się stało? Przed czym ostrzec?- Zadawałam coraz więcej pytań, a gwar coraz bardziej się podnosił.
- Brook kłamała i nadal…- Zaczął jednak w tej samej chwili do domku wpadł Yasu z resztą chłopaków, którzy rozproszyli się po pokoju. Zaczęli chaotycznie i w pośpiechu pakować nasze rzeczy. Przycisnęłam słuchawkę do piersi i spojrzałam na nich przerażonym wzrokiem. Yasu podszedł do mnie i wziął po czym krótko do niej mruknął:
- Zajmę się nią. Już tu są..- I odłożył ją, a ja stałam w osłupieniu nie wiedząc co się dzieje. Serce waliło mi niesamowicie, a skóra zalała się zimnym potem.- Musimy wracać. Jak najszybciej… w samochodzie Ci wszystko wytłumaczę. Szybko się spakuj…- Nie musiał mi powtarzać dwa razy. Nie miałam pojęcia co się dzieje, lecz widząc go tak poważnego nie mogła lekceważyć tego stanowczego rozkazu. Coś się stało, a tu już nie byliśmy bezpieczni…
…
Auto Yasu mknęło niezauważenie autostradą, a my siedzieliśmy milcząc. Nie mogłam tak dłużej… Uciekałam ale nie wiedziałam przed czym, ani Mike ani Yasu nie zdążyli mi niczego wytłumaczyć. Zmarszczyłam groźnie brwi i w końcu zapytałam:
- Może mi nareszcie wyjaśnicie co się takiego stało?- Cisza tak jakby się powiększyła, a zamyślenie na twarzach chłopaków stawało się nie do zniesienia. Yasu westchnął ciężko i poprawił swoje czarne okulary.
- Michaelowi udało się wszystko wyjaśnić.
- Jak to!?- Aż usiadłam do niego przodem poprawiając niewygodnie wbijający się w ciało pas.
- Brook kłamała. Kłamała, że jest w ciąży i kłamała że spała z nim.- Serce zacisnęło mi się niebezpiecznie, a oczy powiększyły się niesamowicie. Nie wierzyłam w to co słyszę…
- Kłamała? Ale…- Jąkałam się kręcąc przecząco głową. Spojrzałam na Shina, a potem na Nobu którzy potwierdzili słowa Yasu kiwnięciem na tak.
- Upiła go, a potem upozorowała tą całą historię.- Dokończył.
- Jak ona mogła coś takiego zrobić. Ale jeśli wszystko się wyjaśniło… zaraz.- Zmarszczyłam brwi i potargałam jeszcze bardziej swoje krótkie włosy.- Mike dzwonił powiedział, że chce mnie przed czymś ostrzec… Yasu o co chodzi?!
- Brook nie ma zamiaru tak łatwo odpuścić. To że my znamy prawdę to nie znaczy, że cały świat ją pozna. Wykrzyczała, że do niczego się nie przyzna i że zniszczy ciebie.
- Mnie? Co ja do cholery jej takiego zrobiłam?
- Zabrałaś jej Jacksona.- Wtrącił się Nobu patrząc na mnie swoimi wielkimi i błękitnymi oczyma.
- Ale przecież oni nie byli razem gdy go poznałam. Słyszysz!? Nie byli…
- Wiemy o tym, lecz w jej oczach wygląda to nieco inaczej. Mniejsza o to… Po kłótni z Michaelem poleciała od razu do wszystkich możliwych gazet i do telewizji. Tam naopowiadała głupot…
- Jakich Yasu! Proszę przestań owijać w bawełnę!- Wrzasnęłam, a napięcie gromadzące się w mięśniach sprawiało tępy ból.
- Że rozstała się z Jacksonem i że to wszystko twoja wina. Że pokłóciłaś się z nią, a ona przez nerwy spowodowane twoją osobą…
- Nie proszę cię nie mów że…- Zakryłam usta z przerażenia i pokręciłam jeszcze mocniej głową. Ona nie mogła przecież tego zrobić, każdy ma jakieś hamulce… każdy!
- … straciła dziecko.- Wymamrotał ponuro, a ja poczułam jak moje serce staje. Skórę przeszedł zimny dreszcz, a dłonie zacisnęły się nerwowo w pięść. Całe LA przez nią będzie mnie uważać za najgorszą… Boże co ona najlepszego zrobiła.- Musieliśmy wyjechać ze Stonebrige ponieważ dziennikarze już nas namierzyli. To była kwestia czasu, kiedy się tam zjawią i zaczną natarczywie zadawać miliony bolesnych pytań.
- Ludzie mnie znienawidzą… Każdy uwierzy zranionej dziewczynie, która niby poroniła, niż tej przez którą się to stało.- Mój głos zadrżał, a grunt powoli osuwał mi się spod nóg.
- Jakoś to wyjaśnimy, przecież nie uda jej się okłamać całego świata.- Odparł Shin dotykając delikatnie kciukiem mojego ramienia. Spojrzałam na niego smutno i przygryzłam nerwowo dolną wargę. W złą godzinę powiedziałam, że już nic gorszego mnie nie może spotkać. Szybko los mi przypomniała o swojej ciemnej stronie, boleśnie doświadczając. Ze zdrady jakoś się podniosłam, ale jak podniosę się z czegoś takiego? Moje dobre imię ucierpi na tym niesamowicie, a wiara w ludzkość poważnie się nadwyręży.
- Wystarczy by ludzie w LA jej uwierzyli… Ona naprawdę mnie zniszczy…- Mruknęłam smętnie i założyłam na nos czarne okulary, spostrzegając że zajeżdżamy pod moje mieszkanie.- Zostaniecie dzisiaj u mnie?- Spytałam z nadzieją spoglądając jednocześnie na Finix. Znalazłam w jej twarzy aprobatę i pocieszające zrozumienie.
- No jasne maleńka…- Odparł słodko delikatnym głosem Nobu, a ja westchnęłam z ulgą otwierając drzwi. Wysiedliśmy zbierając się do zebrania pakunków. Shin,Finix i Yasu wystrzelili piersi zabierając o dziwo wszystko, a mnie i Nobu pozostawiając w tyle. Wcale mi to nie przeszkadzało i leniwym krokiem zmierzałam ku głównym drzwiom. Nagle znikąd pojawili się fotoreporterzy i otoczyli nas z każdej strony nie dając żadnej drogi ucieczki. Nerwowa panika rozeszła się po moim ciele w zastraszającym tępię, a blask oślepiających fleszy wywoływał ból głowy i ogólną złość. Jakby tego było mało zalała nas fala pytań i innych spekulacji, które były wymierzone w moją kruchą psychikę.
- Jak Pani się ustosunkuje do słów swojej rywalki?- Jakiej rywalki? Kręciłam z niedowierzaniem głową.
- Czy była Pani świadoma tego, że jest ona w ciąży z Jacksonem?- Następne pytanie, które padło jak strzał z karabinu maszynowego.
- Jak mogła Pani zniszczyć ich związek?- Ja zniszczyłam? Ludzie, co za głupoty ona wam na opowiadała.
- Czy to Pani spowodowała ich rozstanie oraz poronienie Brooke?- To pytanie przeszło mnie na wylot, przebijając moje serce na wskroś. Co ja mogłam odpowiedzieć? Byłam potencjalnym powodem rozpadu związku Michaela i Brooke, o ile jakikolwiek istniał, który przychodził na myśl każdemu. Żadnego usprawiedliwienia… Co miałam powiedzieć żeby uwierzyli w moją niewinność…
- To nie tak…- Mamrotałam cicho powoli cofając się do tyłu, przytłaczana tym wszystkim… Światła fleszy wirowały, a czas jakby stanął w miejscu…
- Po co miała niby rozbijać czyjś związek, skoro sama ma chłopaka?- Nagle Nobu stanął obok mnie i objął swoim silnym ramieniem. Nie wiedziałam co się dzieje i tylko oddychałam powoli by uspokoić samą siebie. Przed oczami miałam jedną wielką plamę światła.
- Kogo? Jak to?
- Kto to jest?
- Od kiedy?- Padł dziki deszcz pytań, jednak Nobu zaśmiał się pod nosem i westchnął teatralnie.
- Ashley Fox po rozstaniu z Michaelem Jacksonem związała się ze mną. Jesteśmy parą od kilkunastu tygodni i to było by śmieszne, gdyby moja dziewczyna rozbiłaby związek swojego byłego. Wyjechaliśmy do domku letniskowego należącego do mojej rodziny. Tam nie kontaktowaliśmy się ani z Jacksonem, ani z tą całą Brooke. Jej słowa są pomówieniami…- Wystosował te wyjaśnienia, a ja nie wierzyłam w to co słyszę. Ten człowiek właśnie ratował mi tyłek…
- Jaki macie na to dowód?
- A może to wy kłamiecie?- Wrzask ich oślizgłych głosów przyprawiał mnie o mdłości, a syk aparatów coraz bardziej doprowadzał do szału. Chciałam stamtąd zniknąć… Miałam gdzieś dowody… Jak im miałam udowodnić, coś co było do połowy zełgane? I tu odpowiedź spłynęła na mnie w postaci Nobu. Zbliżył się do mnie powoli, a nasze twarze były naprzeciwko siebie. Poczułam jego ciepły oddech omiatający moją szyję. Jego niebieskie oczy wpatrywały się we mnie dając znak, o tym co zamierza właśnie zrobić. I zrobił to… Nasze usta zetknęły się w pocałunku… Pocałunku dwóch kochanków. Poczułam się przez moment jakbym zdradzała Michaela, jednak to uczucie szybko wyparowało. Przecież nie jestem z nim teraz… Serce biło mi jak szalone, a fala przyjemnego ciepła rozniosła się po moim ciele. Wszyscy wpatrywali się w nas z osłupieniem, a paparazzi cykali mnóstwo zdjęć. Gdy wreszcie zakończyliśmy ten niespodziewany pocałunek, stałam przez kilka sekund w kompletnym szoku. Boże coś ty zrobił Nobu…
- Ojej…- Wydusiłam z siebie głupio, a on uśmiechnął się do mnie po czym złapał za rękę i pociągnął za sobą, rzucając reporterom na do widzenia:
- Koniec przedstawienia. A lepszego dowodu nie dostaniecie.- Wszyscy osłupieli i gapili się na nas gdy wbiegaliśmy do budynku. Jego ciepła ręka ściskała moją dłoń, a w głowie miałam jeden istny mętlik. Weszliśmy do mieszkania, a ja szybkim ruchem zamknęłam drzwi za sobą. Oparłam się o nie bezwładnie, a on stał naprzeciwko mnie. Co ja mam zrobić? On mnie pocałował, powiedział całemu światu, że jesteśmy parą… Cała ta sprawa zrobiła się jeszcze bardziej pogmatwana niż przedtem. Brook kłamie, że nie kłamała, oraz kłamie że to ja jestem wszystkiemu winna. Nobu kłamie, że jesteśmy parą by ratować mój tyłek… Podsumowując wszystko jest jednym wielkim kłamstwem.
- Nobu…- Zaczęłam dość głupio i bardzo przewidywalnie. Mój głos nie był pewny, ani silny przez co zdawałam się być poddenerwowana. Być może i byłam…- Może i załatwiliśmy jeden problem… ale jakim kosztem!
- Jakim?- Podniósł nieznacznie głos niezauważalnie zbliżając się do mnie. Westchnęłam ciężko i mimowolnie oblizałam usta.
- Przecież… Tak nie można.
- A można gadać takie głupoty? Można oskarżać kogoś o takie rzeczy? Przecież ona powiedziała, że to przez nią straciłaś dziecko.- Odparł stanowczo, ale zarazem delikatnie i opiekuńczo. Nawet nie zauważyłam, jak po krótkiej chwili stał ze mną twarzą w twarz, a moje serce biło jak szalone. Co ja miałam zrobić? Odepchnąć go i zranić jego delikatne serce, czy może zignorować uczucia jakie żywię do Michaela i pozwolić ponieść się chwili? Każde rozwiązanie ponosi za sobą jakieś konsekwencje, które nie wyjdą nikomu na dobre.- Nie mogłem stać z boku i pozwalać im tak cię oczerniać… Widziałem jak się boisz, jak nie wiesz co masz zrobić. Twoje dłonie drżały, a oczy pełne były strachu.- Wyszeptał omiatając mnie swoim zapachem. Spuściłam głowę nie umiejąc patrzeć mu w oczy… Ta chwila naprawdę pod wieloma względami była magiczna i niepowtarzalna. To co czułam w takich momentach przy Michaelu, różniło się tym co czuję teraz. A co ja tak właściwie czułam? Ciepły i rozluźniający spokój rozlewał się po moim ciele, a umysł płatał nieznośne figle. Podsuwał złośliwie pierwsze lepsze rozwiązanie…. Jego palce musnęły mojej brody zmuszając bym na niego spojrzała. Para niebieskich oczów wpatrywała się we mnie lekko drżąc. Pocałuj go… Jakiś głos podsunął mi to bezwstydnie, a ja aż zadrżałam z przejęcia. Czy to ma się tak skończyć?- Ashley wiesz, że będę na Ciebie czekał tak długo jak to będzie potrzebne. Może nie przemyślałem tego co zrobiłem lecz… Nie żałuje niczgo. Nawet nie wiesz jak cholernie dobrze mi było, gdy mogłem poczuć słodki smak twoich ust.
- Ja nie wiem… Ja nic już nie wiem, to wszystko dzieje się zbyt szybko…- Powtarzałam, kręcąc niespokojnie głową, czując jak do oczu napływają mi łzy. Nie umiem teraz zdecydować. Nie potrafię postawić na jednej szali uczucie do Nobu i uczucie do Michaela. Jego palce znów delikatnie otarły się o moją skórę.
- Spokojnie…- Szepnął a nasze twarze były tak blisko. Centymetry dzieliły nasze usta, a spojrzenia splatały się w niezbadanym spojrzeniu. Klamka wbijała mi się pod żebra, a plecy stabilnie opierały się o drzwi. Mam ulec tej chwili? Pocałuj go… Znów ten sam głosik co poprzednio zabrzmiał w mojej głowie.
- I co teraz?- Mruknęłam ochrypłym głosem, a kąciki jego smukłych ust wygięły się do góry, w dość wymownym uśmieszku.
- Właśnie i co teraz?- Nagle z odmętu tej sytuacji obudził nas poważny i niezadowolony głos Michaela. Stanął swobodnie opierając się o futrynę. Splótł swoje ręce na piersi i patrzył się na nas przenikliwym wzrokiem. Moje serce przyśpieszyło niemal do granic możliwości. Jasne niech los mi jeszcze dokopie… Mam nadzieję, że nie zaczną się teraz bić.
- Michael…- Mruknęłam cicho pod nosem wyglądając zza ramion Nobu. Atmosfera wyraźnie się zagęściła… Nobu stał tak jak stał możliwie najbliżej mnie, odwrócony twarzą do mnie. Jego głowa lekko opadała w dół, a Michael wiercił w jego plecach dziurę. Stałam osłupiała nie mogąc uwierzyć jak mogłam dać się wciągnąć w taką sytuację… Oddychałam nerwowo, durnie przyglądając się im obojgu… Ja a pomiędzy mną dwaj mężczyźni… i obaj kochają mnie jak wariaci.
. . . A ja którego tak naprawdę kocham?
sobota, 19 listopada 2011
***************
Ile czasu potrzeba by uleczyć złamane serce? Sekundy, minuty, godziny, dni, miesiące, lata? Czas jest pojęciem względnym i nigdy nie jest taki jaki się wydaje. Mówią, że nigdy się nie zapomina zdrady, ani jej się nie wybacza. Zapomina się o niej chwilowo, by wyciągnąć ją jako argument w najmniej odpowiednim momencie.
Siedziałam na starej drewniane altanie przed domem, okryta szczelnie starym kocem w kratę i sącząc ciepłą herbatę z kubka. Wdychałam nozdrzami świeże powietrze tego miejsca, czując drobną ulgę jaka stępowała na moje serce. W głowie analizowałam wszystkie wydarzenia związane z Michaelem. Jego słowa „Będę o Ciebie walczył, to już niedługo się skończy…”. Czy to jest możliwe, czy naprawdę istnieje jakakolwiek szansa na to by było tak jak wcześniej? Tak bardzo chciałam czuć jego ciepły dotyk i delikatne wargi na moich policzkach. Tęskniłam za nim i to było faktem, który nie chciał ustąpić. Być może gdybym zapomniała, gdybym spróbowała żyć bez niego to wtedy to coś w środku przestałoby tak cholernie boleć. Znów zaciągnęłam się nieskazitelnym powietrzem lasu, jednocześnie czując lekko przebijającą się woń wiśniowego dymu. Jak cień, cicho i bez zbędnych słów mężczyzna w czarnej marynarce i w czarnych okularach usiadł koło mnie. Przytuliłam się do jego boku czując ciepło od niego płynące.
- Jak tam maleńka?- Spytał tajemniczo patrząc przed siebie. Jego wzrok był dla wszystkich zagadką, mało kto przecież miała zaszczyt ujrzeć jego oczy. Zawsze czerń okularów i papieros w ustach. Ja jednak znałam go na wskroś… Zaczęłam bawić się jego srebrnym sygnetem oddychając miarowo i uciszając swoje zbłąkane myśli.
- Dobrze…- Skłamałam dobrze wiedząc, że on w to nie uwierzy. Kąciki jego smukłych ust delikatnie wygięły się w nieznacznym uśmieszku.
- Muszę Ci o czymś powiedzieć.
- Wal Yasu, już nic mnie nie zaskoczy.
- Rozmawiałem z Michaelem.- Odparł poważnym tonem spoglądając na mnie z ukosa. Przymknęłam delikatnie oczy i westchnęłam przełykając ciężko ślinę.
- Po co?- Wydyszałam beznamiętnie.
- To on chciał rozmawiać. Prosił mnie żebym się tobą zaopiekował, dopóki nie wyjaśni tej sprawy.
- Zaopiekował?- Prychnęłam poprawiając głowę na jego miękkim, ale stabilnym ramieniu.- Przecież ty zawsze to robisz…
- Nie potrafię inaczej. Mówił, żebyś nie przestała w niego wierzyć.- Mruknął wsuwając ramię za plecy i obejmując mnie.
- A czym jest wiara?- Spytałam tak jakby samą siebie.- Jak długo mam wierzyć, w to że to jakaś pieprzona pomyłka?
- Mówił dość sensownie…
- Wierzysz mu? O czym mówił tak sensownie?- Wyrwałam się z jego objęć i otworzyłam szeroko oczy.
- Coraz bardziej skłaniam się do jego wersji, jednak na razie nie mogę Ci jej przedstawić.- Odparł zduszonym głosem.
- On też tak mówił… Yasu i ty też chcesz mieć przede mną tajemnicę?
- Tu nie o to chodzi słonko…- Wymamrotał odkręcając się w moją stronę.- Wszystko może się wymknąć z pod kontroli… Pozostaw na razie wszystko takie jak jest…
- I tak nie miałam zamiaru robić cokolwiek. To jest sprawa Michaela i to on powinien ją załatwić.- Stwierdziłam upijając jeden ale za to porządny łyk napoju, który rozgrzewał moje zbolałe kości.- Co on musiał Ci powiedzieć, że tak nagle zmieniłeś zdanie w tej sprawie?- Mruknęłam poprawiając koc, który niefortunnie zsunął się z moich nóg narażając je na przerażające zimno.
- Udowodnił mi, że jesteś dla niego tak samo ważna jak dla mnie.- Potarł z zakłopotaniem czoło jakby ciężkość tych słów była nie do zniesienia. Mimo wszystko na jego przyjaznej twarzy zagościł nieśmiały uśmiech skierowany tylko dla mnie.
- Kocham Cię ty mój osobisty aniele stróżu…- Wyszeptałam wykrzesując z siebie jak najbardziej miły i szczery uśmiech.- Chodź do środka, bo któreś z nas zamarznie. Nie chcę wskazywać palcem, ale raczej to będę ja!- Dodałam wstając jednocześnie ciągnąc go za czarną marynarkę.
- Też Ciebie kocham maleńka.- Mrukną po cichu wchodząc za mną do środka domku. Być może nie chciał bym to usłyszała jednak mój słuch wyłapał te ciepłe słowa. W środku Shin i Nobu siedzieli przy stole grając w Makao, krzycząc i machając rękami jakby bili się o życie. Włączony odbiornik telewizyjny syczał w tle, a Finix krzątała się po kuchni robiąc obiad. Tak nie mylicie się… Punk’ ówa w czarnej bluzce i różowej spódniczce, spiętych do tyłu dredach i ciężkich buciorach na nogach. Dość niecodzienny widok…
- Shin na natychmiast masz przestać oszukiwać!- Wrzasnął wściekły Nobu rzucając swoje nieciekawe karty na stół. Niebiesko-włosy zrobił wielce oburzoną minę i pokręcił przecząco głową, tak że jego łańcuszek przewieszony od ucha aż do wargi, zadyndał złowieszczo.
- Nie oszukuje! To ty nie umiesz przegrywać z godnością!- Wypalił tasując ponownie talię kart. Nobu prychnął lekceważąco i szybkim ruchem wyrwał mu karty oglądając je uważnie z każdej strony. Zapewne sprawdzał swoją teorię…
Rozsiadłam się na kanapie i wlepiłam wzrok w zmieniające się na ekranie obrazki. Jakaś panienka zapowiadała pogodę, oraz zapraszająca na program rozrywkowy o gwiazdach. Mlasnęłam z niesmakiem i już miałam przełączyć kanał, nie chcąc widzieć żadnych durnych materiałów na mój temat, jednak mój palec zawisł w powietrzu. Jaskrawo ubrana blondyneczka na tle zdjęcia Michaela zaświergotała radośnie nowinkę ze świata gwiazd.
- Moi mili sielanka zaczyna się psuć, a zupa była zasłona.- Wysunęła te dość kwieciste porównanie, a mną aż wzdrygnęło na samą myśl o jej głupocie. Głosy chłopaków ucichły i po minucie już wszyscy wpatrywali się w odbiornik.- Nowo upieczona narzeczona Jacksona z tragiczną miną wyjechała z Neverland’ u oświadczając chwilowy brak pożycia.
- Nie no jak ona nie zacznie normalnie mówić to jej przyłożę…- Warknęłam czochrając swoje krótkie włosy. Brooke wjechała… co do jasnej cholery to miało znaczyć?
- Z pewnych źródeł wiadomo, że Jackson rozstał się w dość kontrowersyjny sposób z…
- Proszę tylko tego nie mów…- Mruknęłam złowieszczo marszcząc brwi.
- … Ashley Fox, a dokładnie przez program telewizyjny na oczach milionów, po czym oświadczył się Brooke! Szalony!- Odparła przesadnie przewracając oczami i gestykulując znacząco. Blond fale podskakiwały jej na głowie, a kusa spódniczka jak na złość za bardzo podwijała się jej do góry.
-… no i powiedziała!- Syknęłam zakrywając dłonią oczy i oddychając głęboko. Super, jeśli jakimś cudem wszyscy już zapomnieli o moim telewizyjnym praniu brudów, to ta wesoła turkaweczka szybko im o tym przypomniała. Shin szybko zareagował za nim zdążyłam rozwalić telewizor na strzępy i zamaszystym ruchem wyłączył go. Wszystkie oczy znajdujące się w pokoju spoczęły na mnie, błagalnie prosząc bym wygłosiła jakieś podniosłe orędzie. Nadymałam policzki powietrzem i zaczęłam bawić się swoimi smukłymi palcami. Brooke wyjechała… Ta myśl latała mi po głowie z kąta w kąt nie dając spokoju. Nie możliwe by Mike wyrzucił ją lub coś w tym stylu. Może za bardzo chciał wyjaśnić tą całą sprawę, co poskutkowało tym że się obraziła. Jak na razie mogłam jedynie snuć pokrętne przypuszczenia… przez moment nawet zaczęłam pluć sobie w twarz, że mam na tyle mało odwagi by zadzwonić do Michaela i wyjaśnić tą sytuację. W ostatniej chwili się powstrzymałam przed tym pomysłem… w końcu przyjechałam tu by odciąć swój umysł od tego co było tam. Od całej tej absurdalnej sytuacji i od tego tępego bólu w klatce piersiowej.- Koniec przedstawienia.- Odparłam wstając i kierując się do kuchni po jakiś procentowy umilacz, by jakoś poszło.
- Ta prezenterka miała stanowczo za krótką spódniczkę.- Stwierdziła Finix po minucie bardzo zastanawiającej ciszy. Zachichotałam żałośnie pod nosem, wyjmując puszkę mojego ulubionego piwa Rafinee.
- Zauważyliście, że ciągle miała taki nerwowy tik…- Zawył Nobu demonstrując go na sobie. Zapewne chciał ukazać jak ta dziwna dziewczyna ciągle obciągała kusy pasek materiału usilnie udający spódniczkę.
- Czepiacie się jej… Miała na pewno jakiś atut…- Zaoponował Yasu, a wszyscy spojrzeli się na niego dziwnym wzrokiem.
- Tsa, a niby jaki?- Spytała się sarkastycznie Finix.
- Bogate słownictwo i barwne przenośnie?
- Jasne „Moi mili sielanka zaczyna się psuć” i najlepsze : „ a zupa była zasłona.”!- Odparł Nobu starannie akcentując te kwieciste wypowiedzi. Wypiłam porządny łyk napoju i znów poległam na niewygodnej kanapie cioci Nobu. Moje kości zaczęły poważnie tęsknić za naszą, starą poczciwą kanapą. Po moich kubkach smakowych rozszedł się cierpki smak po chwili mile rozluźniając zmęczone ciało. Kąciki moich ust wygięły się w błogim uśmiechu, który nawet nie wiem skąd się u mnie wziął. Ostatnio rzadko gościł na mojej twarzy, a jeśli już to nie był szczery, a wręcz wymuszony.
- Wiecie co? Coś jest ze mną nie tak…- Mruknęłam, bezsilnie bawiąc się puszką. Finix poległa koło mnie, a chłopcy zmarszczyli jednocześnie brwi wyrażając swoje zdziwienie.
- Coś nie tak?- Powtórzył tępo Yasu i opuścił okulary na chwilę na koniec nosa. Jego przenikliwe i wielkie oczy badały mnie zawzięcie.
- Moje serce przestało czuć… Ten cyrk w telewizji powinien wywołać u mnie jakiekolwiek uczucie. Strach, niepewność, złość lub choćby nadzieję. Kompletna pustka, równie dobrze mogli mówić o promocji w supermarkecie.- Stwierdziłam dopijając piwo i wstając by włączyć jakąś muzykę. Muzyka lekiem na wszystko… ta głucha cisza przyprawiała mnie o ból głowy i ciągle irytowała.
- Kompletna pustka mówisz?- Odparł Yasu zapalając z powagą papierosa i spoglądając z ukosa na mnie.- To dlaczego twoje dłonie są mocno zaciśnięte w pięść? Tak mocno, że aż paznokcie wbijają ci się w skórę, a ręka drży?- Dodał, a ja spojrzałam w dół by ujrzeć trzęsące się jak osika dłonie zaciśnięte do granic możliwości.
- Chcesz być silna, to fajnie…- Wtrącił się Shin przymykając lekko oczy i nachylając się nad stołem. Jego zapalniczka zawieszona na szyi, zabrzęczała głucho przerywając tą nieznośną ciszę.- Jednak nie możesz tłumić w sobie uczuć. W końcu zeżrą cię od środka i zostanie tylko pusta skorupa na zewnątrz.- Podszedł do mnie i wziął moje dłonie w swoje, ciepłe i tak kojące. Jednym ruchem, powoli rozplątał zaciśnięte palce po czym przyciągnął do siebie moje bezwładne ciało i przytulił. Westchnęłam cicho, dając mu do zrozumienia że ma absolutną rację. Dotarło do mnie, że nie można przestać czuć. Uczucia są częścią naszego życia i bez nich nie można było by normalnie funkcjonować. Uczucie miłości to najpiękniejsze jakie możesz odczuć, ale też i zdrada jest częścią składową twojej osobowości. To one kształtują nasz charakter i osobowość. Nie mogłam odciąć się od tego ciepła rozchodzącego się po moim sercu gdy myślałam o Michaelu, Nobu, Finix, Yasu czy Shinie. Nawet te złe uczucia, które powodowały ból robiły to po coś. Robiły to po to bym się czegoś nauczyła, bym została zmotywowana do pracy, bym wstała. Dotąd leżałam… Leżałam i odcięłam się od całego świata. Coś się działo wokół mnie, a ja przyglądałam się temu biernie myśląc, że to mój koniec. Wtedy dostałam kopa w postaci Brook, która raczyła mnie odwiedzić. Przyznam, że jeszcze nigdy nie czułam się tak źle jak po spotkaniu z nią, lecz dzięki temu w mojej głowie zagościła nikła nadzieja i chęć do dalszego życia. Może była spowodowana chęcią zrobienia jej na złość ale zawsze to było coś.
- Od kiedy ty tak mądrze mówisz?- Mruknęłam jak mały kotek, który prosi o trochę mleka. Być może to było żałosne, ale rozczuliło mojego niebieskogłowego przyjaciela. Przekręcił z zadumą głowę na bok i przymknął jedno oko.
- Od kiedy pamiętam, tylko stanowczo za rzadko mnie słuchacie.- Odpowiedział, gdy wysłałam mu zalotnego kuksańca w bok. Roześmiał się słodko, a jego młodzieńcza ale już dosyć przystojna twarz rozpromieniała.
- Ale ckliwe przedstawienie.- Skwitowała nasze dość dziwne zachowanie Finix, patrząc na to wszystko z boku. Dodam, że ciągle chichotała i spoglądała porozumiewawczym wzrokiem na Nobu i Yasu.
- Bardzo śmieszne…- Syknęłam siadając przy stole i chwytając za karty. Zupełnie nie umiałam tasować, jedynie przekładałam je w dłoniach dla własnej niepojętej satysfakcji.
- Wiesz, że Jackson prawie odkrył co tak naprawdę się stało.- Rzucił Yasu, najwyraźniej nie mogąc się powstrzymać.
- A co tu jest do odkrywania Yasu?- Warknął Nobu czochrając niepokorne włosy.
- Jest i to dużo. Nie bądź dla niego aż tak krytyczny…
-A jaki mam być? Zdradził ją, a ona przez to wylała tyle niepotrzebnych łez. To jest wystarczający powód bym go nie lubił.- Stwierdził spoglądając na mnie z ukosa. Spuściłam wzrok, czując zażenowanie i wyrzuty sumienia. Co ja mogłam mu dać? Co mogłam zrobić, by znów zaczął się śmiać, a nie tak cholernie się martwić o mnie?
- Ważne jest by poznać wszystkie fakty, przed osądem.- Wyjaśnił Yasu zapalając kolejnego papierosa. Shin rozłożył się na kanapie i przymknął lekko oczy, kręcąc głową. Rozmowa coraz mniej była przyjazna.
- I kto to mówi. Na samym początku sam go oceniłeś. Nie pozostawiłeś na nim suchej nitki, a teraz gadasz takie głupoty.- Syknął smutniejąc, a jego wzrok błądził by spotkać się z moim. I spotkał… Wpatrywałam się w te niebieskie oczy widząc w nich współczucie, smutek i miłość.
- Wiem i teraz się tego wstydzę.
- Nie mówcie już o tym…- Poprosiłam uśmiechając tępo jakby to miało by coś zmienić. Nie chciałam, żeby z mojego powodu dwaj najlepsi przyjaciele skakali sobie do gardeł.- Czy to teraz jest ważne? Przyjechaliśmy tu by zapomnieć… a przynajmniej ja po to tu przyjechałam. Zróbcie coś by to się udało, bo jak na razie rozmawiając o tym tylko mi przypominacie…- Przełknęłam ślinę i spojrzałam niepewnie na ich twarzy. Spodziewałam się absolutnie każdej reakcji od okropnego wrzasku aż po dziki śmiech. I na moje szczęście doczekałam się tego drugiego. Cała trójka wybuchła obłędnym rechotem, który sprawił że z mojego serca spadł jakiś wielki kamień. Znów było dobrze, znów wszyscy się śmieli, znów mogłam odetchnąć.
- Nie bój się nie tak łatwo jest nas skłócić.- Odparł Yasu i uśmiechnął się szczerze pod nosem. Chyba domyślił się o co się tak bałam. Wzruszyłam niewinnie ramionami czując narastający spokój w mojej zbolałej duszy. To co na ten moment w moim życiu było najważniejsze to byli oni. Herosi, którzy zawsze stali za mną murem, którzy śmieli się ze mną i podtrzymywali gdy płakałam. Zawsze mogę na nich liczyć. Jednak w moim sercu jest miejsce jeszcze dla jednej osoby. Mimo tego co się stało i mimo tego jak bardzo zabolała mnie jego zdrada, to on liczy się z nim prawie na równi. Może nie wpisują się w te same kategorie, a ich charaktery w niczym siebie nie przypominają, ale kocham ich na równi i nie potrafię żadnego wykreślić z mojego życia. Czterej najważniejsi faceci w moim dość nietypowym życiu. Czwórka wspaniałych, którzy mnie naprawdę kochają… mimo wszystkich wad jakie w sobie posiadam. Yasu, Nobu, Shin i mimo wszystko Michael.
Naprawdę, ale to naprawdę z głębi serducha dziękuję Wszystkim, którzy pozostawili po sobie ślad w postaci tak wspaniałych komentarzy. Wasze słowa motywują mnie do działania i wiem, że robię to dla kogoś a nie tylko dla własnego widzi mi się :D Dziękuje stałym czytelnikom, którzy zawsze pamiętają o moim blogu. Zapraszam do czytania!
sobota, 12 listopada 2011
Hejka! Uffff jakoś się uwinęłam. Nie było łatwo to prawda, bo ostatnio cierpię na poważny brak czasu. Spokojnie nie zapomnę o Was! :D Zapraszam! :P
***************
Siedziałam na ławce w parku ubrana w strój w którym wystąpiłam na dzisiejszym koncercie. Pełen punk- rockowy makijaż i potargana fryzura. Mój wzrok był utkwiony w bliżej nieokreślony punkt w przestrzeni, a ręka mimowolnie bawiła się łańcuszkiem w kształcie serca zawieszonym na szyi. Tym samym, który dostałam tej magicznej nocy od najważniejszej osoby w moim życiu. Od osoby którą moje serce mimo tego co zrobił nadal szaleńczo kocha i potrzebuje. Wtedy czułam się jak w niebie, nic się nie liczyło oprócz nas. Przymknęłam delikatnie powieki i przywróciłam w pamięci tamten moment. Minuta po minucie…
„- Zamknij oczy…- Powiedział, a ja po prostu posłuchałam. Zapiął na mojej szyi piękny wisiorek w kształcie serca. Spojrzałam na niego, ściskając jedną ręką wspaniały prezent.
- Jest piękny. Dziękuje…
- Za co?! Za to, że Cię kocham? Za to, że nie mogę bez Ciebie wytrzymać? To ja ci powinienem dziękować…- Odparł nachylając się nade mną.- Dziękuje, że jesteś…- Szepnął, a moje niesforne łzy znów napłynęły mi do oczu. Szybko usiadłam do niego tyłem. Nigdy nie lubiłam, żeby ktoś mnie widział jak płaczę. On widząc to uśmiechnął się przyjaźnie zbliżając się do moich pleców. Jego smukłe palce jeździły po moim obojczyku, a słodkie wargi muskały moją szyję.”
Po policzku spłynęła mi łza gorzko przypominając o rzeczywistości. Nie ma już nas szczęśliwie taplających się w swoich objęciach i pocałunkach. Wiatr lekko wiejący roznosił nasze niespełnione uczucia i żal po tym co minęło i po tym co już nie wróci.
- Cieszę się, że przyszłaś.- W odmęcie swoich poronionych myśli usłyszałam głos Michaela. Na początku zdał mi się zjawą, wytworem mojej chorej wyobraźni. Postać uśmiechnęła się do mnie czule, a ja zrozumiałam że to naprawdę on. Odpowiedziałam smutnym uśmiechem i pogłaskałam miejsce obok siebie. Usiadł milcząc i pocierając dłoń o dłoń tak jak zawsze to robił przed trudną rozmową. Ostatnio nasze rozmowy zaliczają się tylko do takich.
- I tak miałam do ciebie zadzwonić. Chciałabym Ci o czymś powiedzieć…- Mój głos wcale nie przypominał tego silnego i wyrazistego głosu, którym śpiewałam podczas koncertu. Teraz był słaby, ochrypły, ledwo słyszalny. Złamany na pól jak zapałka.
- Zawsze Cię wysłucham.- Odparł z nutką nadziei i miłości w głosie, a moje serce pękało kawałek po kawałku. Jego bliskość i zapach nęciły mnie niebezpiecznie, a dłonie rozpaczliwie błagały o choć jeden mały dotyk. Jednak rozum dobrze wiedział, że to błąd… brutalnie uświadamiał mnie, a moja dusza łkała z tego powodu.
- Wyjeżdżam…- Mruknęłam, krótko i zwięźle jakby to cokolwiek miało ułatwić. Jego oczy powiększyły się niesamowicie, a twarz przybrała przerażony wyraz. Pokręcił z niedowierzaniem głową.
- Aschley nie możesz…- Wydobył z siebie skruszony głos.
- Nie bój się nie na zawsze, wrócę.- Uspokoiłam go, co trochę poskutkowało. Spuściłam wzrok nie mogąc patrzeć na jego smutne czekoladowo- czekoladowe oczy pełne żalu i miłości jaką do mnie żywił.- Ciocia Nobu ma domek w Stonebridge. Jedziemy tam dziś wieczorem całą paczką.- Uśmiechnęłam się, a kąciki moich ust nieznośnie drgały.
- Na długo?
- Nie wiem Mike. Musze sobie to wszystko przemyśleć, odpocząć, zrozumieć. Tutaj wszystko mi przypomina o tym co się stało i …- Wzięłam głęboki wdech świeżego powietrza.- … nie daję sobie już rady.
- Ashley…- Wyciągnął dłoń by dotknąć mojego ramienia lecz sprawnie się odsunęłam. Nie mogłam poczuć jego ciepłego dotyku, bo to by było jak reakcja łańcuchowa. Nie mogłabym się powstrzymać by pójść dalej w tym kierunku, a nie mogłam… do jasnej…! Nie mogłam!
- Co tam u Elizabeth?- Wypaliłam pośpiesznie by jakoś powstrzymać swoje zszargane uczucia i utrzymać je na wodzy. Kąciki jego idealnych ust wykrzywiły się w nieznacznym uśmiechu. Westchnął.
- Tęskni za tobą… Gdy ostatnio z nią rozmawiałem narzekała, że w ogóle o niej zapomniałaś. Jak zwykle dużo jęczała…- Zażartował, a ja zachichotałam na samo wspomnienie tej wspaniałej kobiety. Burza włosów na głowie, ogromny zasób energii i dobrego humoru…
- Tak jakoś wyszło.- Odparłam niewinnie głosem zabarwionym wyrzutem sumienia.- Zadzwonię do niej bo jeszcze pomyśli, że się na nią obraziłam, czy coś.
- Ona przepada za tobą i po prostu martwi się o Ciebie.- Powiedział to z takim uczuciem i prawdą w głosie, że moje serce zalało się żalem i miłością. Miłością do niego, a żalem bo nie mogłam być z nim. Jego czarne loki falowały po cichu na niespokojnym wietrze, a po alejkach rozchodziły się nasze uczucia, niepewności i smutek.- Jestem coraz bliżej odkrycia prawdy.- Wypalił po dziwnej minucie ciszy, przerywanej jękiem starego drzewa za nami.
- Prawdy?- Spytałam lekko przymykając oczy.
- Tego co tak naprawdę się stało. Na razie nie mogę dużo o tym mówić, ale obiecuję ci, że to niedługo się skończy.
- Nawet nie wiesz jak tego chcę…- Wymamrotałam zwracając zgaszony wzrok w jego stronę.- Michael… czy uda nam się to wszystko posklejać?
- Kocham Cię Ashley Fox. Uda nam się to przetrwać… Musi się nam udać, bo taka miłość zdarza się raz w życiu, tylko raz. Bez Ciebie czuję się jakby moje serce zostało wyrwane i ukryte. Dopóki nie będziesz moja, dopóty będę żyć bez niego. Ale co to za życie…- Jego źrenice przejmująco drgały, a dłoń powędrowałam do mojego policzka. Tym razem nic nie zrobiłam, wczułam się jedynie w jego ciepłą skórę i delikatny dotyk. Oblizałam zeschnięte usta i otworzyłam je chcąc coś powiedzieć jednak się wycofałam. Westchnęłam i wstałam powoli poprawiając kołnierz od skórzanej kurtki. Jego ręka opadła w dół.
- Muszę już iść.- Szepnęłam i podążyłam przed siebie. Serce krwawiło mi niesamowicie, a część mnie kazała mi się odwrócić. Zrobiłam to i stanęłam na chwilę wpatrując się w niego smutnym wzrokiem.-… ja też cię kocham.- Dodałam i ruszyłam korytarzem zieleni, przed siebie. Dalej by uciec, dalej by zapomnieć, dalej by uleczyć ciało i duszę.
…
Trzasnęłam drzwiami i ustałam w drzwiach, przypatrując się jak Finix krząta się z kąta w kąt i próbuje upchnąć do walizy stos niepotrzebnych rzeczy. Westchnęłam po cichu, a ona spojrzała się na mnie przenikliwym wzrokiem przyjaciółki i siostry.
- Jak rozmowa?- Spytała przerywając pakowanie.
- Nieźle… mimo wszystko.
- Nie musiałaś mu mówić, że wyjeżdżasz. Po co to sobie robisz Ashley? Po co się z nim spotkałaś?
- Nie mogłam wyjechać tak bez słowa.- Zaoponowałam robiąc jeden krok do przodu. Moje ciało jednak zrozumiało, że nie ma racji i jakakolwiek siła wyparowała z niego bez powrotu. Osunęłam się na fotel i wypuściłam z rąk swoją torbę.
- Twoim problemem jest to, że mimo tego co ci zrobił nie umiesz się od niego odciąć, uwolnić.
- Nie potrafię… To nie jest tak łatwo powiedzieć sobie „nie kochaj go!”. To tak nie działa.- Warknęłam zdejmując ciężkie buciory i kładąc nogi na stół. Szlak by trafił jakiekolwiek maniery i dobre wychowanie.
- Może ten wyjazd pomoże ci o nim zapomnieć. Zauważyłam coś…- Mruknęła patrząc na mnie z ukosa jednocześnie zapinając ostatnią walizkę. Usiadła naprzeciwko mnie i założyła nogę na nogę czochrając się po stojących na boki włosach.
- Co?- Zapytałam czysto z grzeczności wcale nie chcąc wiedzieć co takiego zauważyła.
- Hah…- Zaśmiała się, a ja aż się wyprostowałam.- Ty już dawno zauważyłaś, prawda?
- Możesz jaśniej?- Usiadłam po turecku i chwyciłam kostkę Rubika by zająć czymś zbolałe ręce.
- Nobu…- Powiedziała tylko to jedno imię, a ja już wiedziałam. Wiedziałam o czym chce ze mną rozmawiać i czego zaczęła się domyślać. Myślałam, że moje oczy nie mogą już bardziej posmutnieć jednak się pomyliłam. Smutek i poczucie winy zalało moje ciało, a dusza waliła w klatkę piersiową karząc mnie za moje grzeszki. Za to, że ranię mojego przyjaciela. Lecz co mam zrobić by był szczęśliwy? Przyłożyłam dłoń do czoła i przymknęłam czerwone oczy od łez wylanych poprzedniej nocy. – On coś do ciebie czuje.
- Wiem… sam mi o tym powiedział. Od początku był ze mną szczery i nie wtrącał się do mojego związku z Michaelem.
- To dobry chłopak, naprawdę się stara.
- Pewnego razu obiecał mi, że jeśli Mike mnie zrani to wtedy on wkroczy do akcji.- Spuściłam wzrok do dołu, a Finix przyglądała mi się badawczo.
- Naprawdę? Ja cię… ja tu myślę, że Amerykę odkryłam, a tu widzę że już o wszystkim wiesz. Czujesz coś do niego?- Nagle wystosowała pytanie, którego bałam się sama sobie zadać. Nigdy nie próbowałam określić rodzaju uczucia jakim darze Nobu. Z boku wszystko wyglądało normalnie, dwójka dobrych przyjaciół, którzy wskoczą za sobą w ogień. Jednak jak jest naprawdę?
- To trudne pytanie…- Podrapałam się po głowie i westchnęłam po cichu.- Kocham go…
- Kochasz?- Wybałuszyła na mnie oczy, a ja pokręciłam głową żeby nie wyciągała z tej wypowiedzi zbyt pochopnych wniosków.
- Kocham jak brata. Nie wiem czy czuje coś więcej bo nigdy nie próbowałam myśleć o nim jak o kimś z kim mogłabym być. Gdy mieszkałam jeszcze w naszym rodzinnym mieście, nie miałam czasu na chłopaków i na miłość. Liczyła się nauka i po godzinach zespół. Teraz gdy znalazłam czas w swoim życiu na szukanie drugiej połówki to pojawił się Michael, a Nobu zjawił się ze swoimi uczuciami trochę po fakcie. Wiem, że to nie jego wina ale moje serce zaczęło bić bardziej do Mike’ a.
- Wszystko jasne. Teraz musisz zacząć uważać go za kandydata na chłopaka!- Wrzasnęła łapiąc mnie za ramiona i unosząc kąciki ust, zabawnie do góry.
- Myślisz, że to będzie fair? Mam użyć go jako pocieszenie mimo tego, że nadal czuję coś do Michaela?
- Nie o to mi chodziło…- Jej głos posmutniał, a wzrok spoczął na drewnianej podłodze.- Być może Nobu da ci to czego Jackson nie potrafił.
- Nie wiem Finix co o tym myśleć. Ta cała sytuacja mnie przerasta.- Mruknęłam czując, że cokolwiek nie zrobię to i tak wyjdę na skończoną idiotkę. Stałam między młotem a kowadłem w stanie beznadziejnego zawieszenia. Z jednej strony Nobu, z drugiej Michael. Żadne rozwiązanie nie będzie dobre, a każde z pewnością kogoś zrani, a to było by ostatnią rzeczą jaką chciałam uczynić.
- Na razie nić nie myśl. Po prostu pojedziemy do Stonebridge i odpoczniesz tam. Zobaczymy jak sytuacja się rozwinie i wtedy zadecydujesz, co dalej z tym zrobić.
- Masz rację. Im więcej o tym myślę tym mniej z tego myślenia wynika.
- Wreszcie jakaś konstruktywne przemyślenie z twojej strony. Sensei mówi…
- Zachowaj dla siebie słowa tego twojego sensei’ a.- Warknęłam groźnie dając jej do zrozumienia, żeby mnie nie wkurzała bardziej niż to konieczne. Naszą rozmowę przerwał dzwonek do drzwi. Nawet nie fatygowałyśmy się by otworzyć ponieważ goście szybko sami weszli informując głośnym śmiechem o swoim przybyciu.
- Hejka piękne!- Zawył uradowany Shin wpadając do mieszkania jak burza. Zakręcił się jak baletnica na jednej nodze i poległ na kanapie spoglądając na wielkie walizy.- Widzę, że gotowe.
- No jasne, że tak. Jakieś aluzje w naszą stronę?- Syknęła podejrzliwie Finix zbliżając nos w jego stronę.
- Nie, no po prostu Shin myślał że laski pakują się minimum dwa dni.- Oświecił nas Nobu łapiąc za jedną z walizek.- Ale ciężkie!
- Ha ha ha Nobu. Nie rób ze mnie takiego seksisty. Zrób lepiej to do czego jesteś stworzony i zanieś te bagaże do samochodu Yasu.
- Morda…- Syknął pod nosem biorąc pod pachę mały kuferek na kosmetyki Finix.
- O Yasu…- Odparłam rozmarzonym głosem.- Właśnie gdzie on jest?
- Siedzi na dole w tym swoim cacuszku. Musimy już jechać, żeby udało się nam dotrzeć przed nocą.- Mruknął puszczając do mnie oczko. Wstałam i chwyciła za resztę bagaży, których chłopcy nie zdołali wziąć. Ustałam na środku i dziwnym wzrokiem rozejrzałam się po mieszkaniu. Przez moją głowę przebiegły tysiące wspomnień i przez jeden parszywy moment poczułam się jakbym już nigdy nie miała tu wrócić.
- Idziesz?- Nobu wyłonił się zza futryny. W mieszkaniu zostaliśmy tylko my, a on zdążył być już na dole i zostawić pakunki, które miał w rękach. Podszedł do mnie i delikatnie wyjął mi z dłoni resztę walizek, które kurczowa zaciskałam palcami.- W końcu ja tu jestem mężczyzną.
- Bez wątpienia.- Mruknęłam lekko rozbawionym głosem lecz przesiąkniętym w znacznej części strasznym zmęczeniem.
- Maleńka wszystko będzie dobrze.
- Wiem o tym. Innej opcji nie przyjmuję do swojej świadomości.
- I prawidłowo. – Szepnął uśmiechając się w moją stronę tak szczerze i niesamowicie uroczo. Jego blond włosy zabawnie sterczały postawione na żel, a poszarpana bluzka falowała na wietrze niosącym się od drzwi wejściowych.- Już ja się postaram by na tej pięknej buźce znów zagościł uśmiech.- Dodał jeszcze ciszej, a moje serce zabiło mocniej. Odwzajemniłam spojrzenie i przekręciłam głowę na bok. Grzywka delikatnie opadła na bok, a makijaż nie nadawał się już do niczego. Przynajmniej ja tak uważałam.
- Powiedz mi Nobu, kiedy zdążyłam się aż tak zmienić. Czasami chciałabym wrócić do tych beztroskich chwil podczas prób lub kiedy siedzieliśmy nad rzeką gadając bezsensu. Dlaczego już nie potrafię być taka jak kiedyś?
- Wydoroślałaś Ash. Tak samo i my, lecz nadal trzymamy się razem. I to jest tu najważniejsze… Bo dopóki tam w środku będziesz tą samą Ashley to wszystko będzie dobrze.- Odparł łapiąc mnie delikatnie za ramiona. Walizki poszły w zapomnienie, a chwila jakby zatrzymała się w miejscu. Moją głowę rozsadzały różne myśli i tysiące analiz tego co się do tej pory stało. Wmawianie sobie, że wszystko będzie dobrze tylko po części załatwiało sprawę. Kawałek mnie wiedział, że wcale tak nie będzie. Będzie beznadziejnie, a nawet tragicznie. Co ja pocznę bez Michaela, kim się stanę bez jego miłości i czułości?
- Ja nie chcę…- Sapnęłam zaciskając oczy by nie dopuścić łez.- Nie chcę dorośleć. Chcę by było tak jak przedtem. Mimo wszystko było nam wtedy dobrze, prawda?
- Teraz też będzie… Tylko pozwól by to szczęście zaczęło działać. Na razie może nie widzisz go, ale to kwestia czasu kiedy znów do ciebie zapuka. Pamiętaj by być wtedy na to gotowa…
- Tylko niech nie zwleka, zbyt długo z tym pukaniem…- Syknęłam i chwyciłam klucze leżące na stole w salonie.- Czekają na nas…- Dodałam kierując się do drzwi. Przekręciłam klucz i zamknęłam część swojego życia. Zostawiłam za drzwiami problemy, ból, złość i irytację. Jednak pewna doza smutku pozostała… Michael nadal pozostał mi w głowie jawiąc się jako niespełniona miłość, wypychająca desperacko resztki nadziei na wierzch. Nie umiałam pozostawić go za drzwiami… Pragnęłam go nadal.
UWAGA!!!
Ława podjęła werdykt ws. Murraya. "Winny nieumyślnego spowodowania śmierci". 7 listopada 2-gi i ostatni dzień obrad ławy przysięgłych nad werdyktem ws. Murraya. Ława przysięgłych osiągnęła porozumienie ws. werdyktu:
"Winnym nieumyślnego spowodowania śmierci". Dr. Murray został tymczasowo aresztowany. Murray otrzyma 4 lata więzienia, jednak w rzeczywistości Dr. nie pójdzie do więzienia z powodu nowego prawa i spędzi ten czas w areszcie śledczym w L.A. Dr. Murray straci także swoją medyczną licencję. Wykonanie wyroku jest zaplanowane na 29 listopada. Źródło: CNN / MJJCommunity / GeniusMJ
sobota, 05 listopada 2011
**********
- Hmmm… Achhh!!! Mmmm….
- Że jak?- Spytałam wpatrując się w nią ze zdziwieniem. Wczoraj w nocy przywlokłam ją z lotniska przez co nie do końca byłam w stanie wysłuchiwać jej jęków następnego dnia. Na lotnisku stała ubrana w tradycyjne japońskie kimono pod nosem powtarzając „arigatou nee- san!”, co w wolnym tłumaczeniu oznacza „dziękuje siostro!”. Cały czas się szczerzyła do każdego kogo mijała i postawiłabym na to całą swoją wypłatę, że tam w Japonii ktoś napoił ją hektolitrami sake.
- Staram się Ci pokazać moje zdenerwowanie.- Odparła poważnym tonem popijając herbatę z zakupionej oczywiście w Japonii porcelanowej miseczki. Podniosłam do góry jedną brew i zachichotałam pod nosem.
- Dzięki, że mi powiedziałaś. W życiu bym się nie domyśliła.
- W taki sposób kazał mi wyrażać uczucia mój sensei.- Warknęła widząc moje rozbawienie. Z resztą nie tylko ja nie umiałam pojąć wspaniałości jej przemiany. Chłopcy co jakiś spoglądali na siebie porozumiewawczo, zakrywając usta ze śmiechu.
- Sensei? To ty tam nawet sobie zdążyłaś znaleźć sensei’ a?!- Wymamrotałam oglądając swój prezent, który od niej dostałam. Mogłam się tego spodziewać.- Butelka sake… Dość spora.- Odparłam podnosząc do góry ogromną butelkę z napisem po Japońsku.
- Bo to prezent dla Was wszystkich… - Wyjaśniła szerząc białe ząbki do chłopaków. Im taki obrót sprawy odpowiadał… w końcu to koneserzy alkoholi!- A wracając do tematu! DLACZEGO!!????- Zawyła złowieszczo, tym razem o wiele wyraźniej pokazując swoje niezadowolenie. Widocznie zapomniała na chwile o swoim guru.
- Może dlatego, że Cię nie było!- Odpowiedziałam wytrzeszczając na nią oczy.
- O ile dobrze pamiętam istnieją jeszcze telefony!- Wystosowała kontrę, która nie zrobiła na mnie najmniejszego wrażenia.
- No jeszcze nie zarabiam milionów więc nie stać mnie na zapłacenie astronomicznego rachunku, za rozmowę międzynarodową.
- Fakt…- Przyznała mi rację spuszczając na chwilę głowę.- Po prostu głupio mi, że ja tam się bawiłam, a ty tu przeżywałaś koszmar. Yasu!!!!! Dlaczego na to pozwoliłeś?!!- Już utkwiła w nim wzrok, a on aż się zakrztusił dymem z papierosa.
- A co ja niby miałem zrobić? Skąd miałem wiedzieć, że Jackson wywinie taki numer?- Odparł poprawiając czarne okulary i wydychając kolejną porcję wiśniowego aromatu.
- No nie ogarniam tego… Naprawdę uważałam go za spoko gościa i w ogóle… Mimo wszystko kibicowałam im.- Sapnęła smutno, a ja oburzyłam się słysząc że zapomnieli o tym że ja tam nadal jestem.
- Pozwolicie, że moje życie pozostanie MOIM życiem. Nie roztrząsajcie tego… Jakoś sobie radzę i nie mam zamiaru teraz wysłuchiwać waszych rozwodów na ten temat.- Odparłam władczo podnosząc się z ziemi (następne „widzi mi się” Finix zapożyczone z Japonii), potarłam tyłek z bólu.- Nasza podłoga jest strasznie nie wygodna.- Mruknęłam pod nosem i przeniosłam się na kanapę, mimo wzrokowych sprzeciwów mojej najdroższej siostry.
- I nie mogę nic…
- Nic!- Przerwałam jej szybko piłując jednocześnie pilniczkiem moje paznokcie.
- Ale…
- NIC!- Powtórzyłam szybko chuchając teatralnie na paznokcie. Finix zrobiła wielce obrażoną minę i zajęła się wcinaniem ryżu drewnianymi pałeczkami. Naprawdę sfiksowała…
- Jeśli myślisz, że przemilczenie tematu złagodzi ból to się mylisz.- Odparł Yasu siadając koło mnie, jemu również nie odpowiadało siedzenie na podłodze.
- Ja nic nie myślę. Przez najbliższe parę dni mam zamiar wyłączyć jakiekolwiek myślenie… Myślenie jest w mojej sytuacji niepotrzebne i powoduje tylko uciążliwe migreny i tępy ból w klatce piersiowej… - Wymamrotałam patrząc przed siebie na zawieszony na ścianie plakat Gun’s&Roses.
- Czy to aby na pewno pomoże?- Spytał kładąc dłoń na moim ramieniu. Dobrze wiedziałam o co mu chodzi. Nie myślenie o problemie wcale go nie rozwiązuje, wręcz przeciwnie. Problem rośnie… rozrasta się do takich rozmiarów, że wtedy nie ma już od niego jakiejkolwiek ucieczki. Jednak chcąc coś zrobić z tym trzeba mieć siłę i jakiś plan, a mi brakowało i tego i tego.
- Muszę odpocząć… Ta sytuacja trwa już tak długo, prześladuję mnie w dzień i w nocy, w domu, w pracy, na ulicy. Jestem już rozpoznawalna i prawie każdy patrzy na mnie jakbym miała na czole wielki napis „ZDRADZONA”. Jestem zmęczona takim życiem.
- Mamy jutro koncert, dasz radę? Jak chcesz to go odwołam…
- Nie.- Odparłam stanowczo przymykając oczy.- Nie możemy zawieść naszych fanów… Oni nie są tu niczemu winni. Bądźmy profesjonalni, prywatne życie na bok.- Westchnęłam opierając o jego ramię głowę. Yasu pogłaskał mnie przyjaźnie.
- To co zrobimy z twoim nie ciekawym stanem?
- Może zamknę się na jakiś czas w pokoju i po prostu nie będę wychylać nosa zza drzwi!- Pogłaskałam z zadumaniem swoją brodę i westchnęłam teatralnie. Wszyscy popatrzyli się na mnie wymownie i jak jeden mąż pokiwali głową przecząco. W tym momencie zadzwonił dzwonek do drzwi.
- Otworzę.- Odrzekła odkrywczo Finix, człapiąc w swoich japonkach w stronę przedpokoju. Po chwili wróciła z wielce zadumaną miną. Muszę powiedzieć, że jednak nasze miny były jeszcze bardziej ciekawsze ponieważ, w krok za nią przyszła Brooke. Właśnie…- Jakaś laska do Ciebie Ashley. Znasz ją?
- Pamiętasz, wspominałam Ci o pewnej Brooke…- Wymamrotałam patrząc na nią zabójczym spojrzeniem. Ona po chwili przetwarzania czegoś w głowie, zrobiła wielkie oczy oraz przerażoną minę.
- I ją wpuściłam?! Za karę przez tydzień będę jadła jajecznicę Nobu!
- Ej!!!! To nie moja wina, że mi nigdy nie wychodzi…- Poskarżył się marszcząc zabawnie czoło, a Brooke zmierzyła tym czasem nas wszystkich wzrokiem pełnym wyższości i zapewne pogardy.
- No jeszcze tylko ty mnie nie zaszczyciłaś swoją obecnością… ale widzę że szybko to naprawiłaś.- Wymamrotałam usilnie majstrując przy butelce sake. Nawet nie uwierzycie jak ci Japończycy umieją zakręcić zwykłą butelkę! Wiedziałam jedno, na trzeźwo tej rozmowy nie z niosę. Czułam to w kościach, że na pewno nie będzie to pogawędka między dwoma psiapsiółkami. Po otworzeniu butli nalałam sobie kieliszek i w geście tryumfu, nad swoim sprytem, przechyliłam go szybko. Zmarszczyłam czoło, a moje ciało wstrząsnęły dreszcze.- Ok. szybciej zaczniemy, szybciej skończymy. Co Cię tu sprowadza?- Ona mlasnęła z niesmakiem i przewróciła nieznośnie oczami.
- Chcę cię o coś poprosić.- Odparła zagadkowo.
- Poprosić? O Michaela jakoś nie musiałaś prosić, wzięłaś bez pytania!- Rzuciłam sarkastycznie jednocześnie krzątając się po salonie. Usilnie nie chciałam jej patrzeć w oczy, czułam jak jej wzrok mnie świdruje, pali. Czułam, że pokazuje mi swoją wyższość oraz radość z odniesionego sukcesu.
-Ha!- Prychnęła, jakby ją to rozbawiło.- Nie spotykaj się nim. Nie dzwoń, nie umawiaj się, nie rozmawiaj… To nie ma sensu ponieważ jest teraz ze mną. Będziemy rodzicami…
- Nie możesz mi tego zabronić.- Wrzasnęłam, jednak szybko postanowiłam opanować emocje, które ze mnie aż kipiały. Pokręciła z dezaprobatą głową, co mi wcale nie pomagało w opanowaniu.
- Oczywiście, że nie. Ale pomyśl co pomylą o Tobie ludzie gdy dowiedzą się, że nadal się z nim kontaktujesz. Gazety nie pozostawią na Tobie suchej nitki… Zostaniesz okrzyknięta debilką roku, która nie umie pogodzić się z przegraną.
- Może lepiej jak sobie już pójdziesz.- Przerwał jej Yasu, a Shin zgrabnie złapał ją za rękę ciągnąc jednocześnie do drzwi.
- Tam jest wyjście.- Wyszczerzył do niej białe zęby, zarazem gromiąc wzrokiem.
- Mam nadzieję, że się zrozumiałyśmy…- Odparła na pożegnanie i wyszła.
- Aż za dobrze…- Wyszeptałam spuszczając smutno głowę. Uświadomiłam sobie, że w pewnym sensie ma ona rację. Po pierwsze nie jesteśmy już razem, po drugie to on mnie zdradził, pozwolił na ośmieszenie mnie… A ja co? Bratam się z nim, rozmawiam przez telefon, spotykam się na kawie! Jak jakaś dzierlatka trzymam się go kurczowo robiąc z siebie ofiarę losu. Muszę to zmienić…
- Przepraszam Cię kochanie, nie wiedziałam że to ona. Gdybym wiedziała to na pewno bym jej nie wpuściła!- Podeszła do mnie Finix i przytuliła mocno do siebie.
- Spokojnie… Nic się nie stało.- Wydyszałam ledwo mogąc złapać oddech.
- Ashley…- Zaczął Yasu chcąc jakoś zmyć nieprzyjemną atmosferę unoszącą się w powietrzu, którą pozostawiła Brooke.
- Nobu! Coś wspominałeś o wyjeździe… - Przerwałam mu i zwróciłam się do Nobu.
- Tak, moja ciocia ma mały domek nad jeziorem w Stonebridge.
- Myślisz, że pozwoli nam tam na trochę zamieszkać?- Spytałam wpatrując się w niego wzrokiem zaszklonym od łez. Od łez, które na szczęście nie zdążyły popłynąć. On widząc moją minę posmutniał na chwilę, jednak szybko wziął się w garść i dyskretnie ściskając lewą dłoń odparł:
- Oczywiście. Kiedy tylko będziesz chciała…
- Ja chcę teraz…- Przełknęłam nerwowo ślinę i spuściłam głowę. Mimo wszelkich starań jedna łza spadła na stary dywan kupiony na pchlim targu.- Muszę teraz… Zagramy ten koncert, a potem wyjedziemy na jakiś czas.
- Nie chcesz być tam sama?- Spytał Yasu podchodząc do mnie. Spojrzałam się na niego lekko się uśmiechając.
- Nie. Jedźcie tam ze mną. Proszę…
- Nie ma sprawy!- Wrzasnęła Finix podskakując jak mała piłeczka ping- pong’ owa. Reszta również się ucieszyła słysząc te słowa.
- Wakacje!!!- Krzyknął Shin, radośnie przytulając mnie do siebie.
- Przecież jest grudzień…- Zgasił go Nobu, a ja zdziwiona popatrzyłam przez okno.
- Naprawdę…- Wyszeptałam wpatrując się w małe płatki białego puchu, spadające na czarną ziemię.- Jak mogłam nie zauważyć?- Przekręciłam głowę na bok i otworzyłam usta z zachwytu. Wszystko wydawało się prostsze dzięki płatkom śniegu, takie lekkie sprawiały że zapomniałam o bólu.
- O śnieg.- Odparł odkrywczo Shin wpatrując się w niego jak oczarowany.
- W LA to naprawdę coś niezwykłego!- Wymamrotała Finix otwierając okno by złapać trochę do rąk. Jej dłoń pokryła się po paru sekundach białą puchową pierzyną. Podeszłam bliżej niej i dotknęłam owej pierzyny.
- Zimne…
- To w końcu śnieg…- Odpowiedziała patrząc na mnie jak na jakieś nie mądre stworzenie. Bawiłam się nim tak długo aż się roztopił i znikł.- Ashley co się dzieje?- Jej wzrok był coraz bardziej zmartwiony, nie mogła przejrzeć mnie na wylot. Nie wiedziała ile rzeczy we mnie siedzi, ile uczuć… Nie wie ile straciłam przez to wszystko, przez to że nie jestem już z Michaelem… wiecie to tak jak bym straciła cząstkę siebie. Kawałek mojego serca zamarzł wraz z tym jak się dowiedziałam, że mnie zdradził. Z czegoś takiego zawsze trudno jest się otrząsnąć… straciłam osobę którą kocham całym sercem, całą sobą. Niby jest przy mnie, mówi że zrobi wszystko, że naprawi to co na pierwszy rzut oka wydaję się do wyrzucenia. Ale on jak na razie nie jest mój. Brooke dała mi to wyraźnie do zrozumienia. Wtedy coś pękło i nie potrafiłam mówić sobie już więcej że będzie dobrze, że to się da jakoś wytłumaczyć. Być może i ona nas oszukuje i tak naprawdę to wszystko jest jednym wielkim żartem, lecz na ten moment jest inaczej. Ja jestem zdradzona, Michael zdradził, a Brooke jest w ciąży. Niby nic, jednak moja duma i dobre wychowanie nie pozwala mi na jakikolwiek ruch. Jedyne wyjście to przeczekać, ukryć się gdzieś głęboko…
- Ale ja nie potrafię być sama…- Wymamrotałam osuwając się na kolana. Wyglądałam jak bezbronne dziecko, któremu zabrali zabawkę i teraz stało się całkowicie bezradne. Pokracznie próbowałam zatrzymać łzy napływające do oczu jednak moje starania nic nie dawały. Yasu ukląkł przy mnie, pogłaskał po głowie dla uspokojenia i wziął na ręce.
- Już maleńka zaniosę Cię do łóżka.- Szepnął, a ja złapałam mocno jego koszulę. Zacisnęłam pięści wtulając się w niego najmocniej jak umiałam i … po prostu ryczałam. Wyłam z bólu jak oszalała, jakby serce wydłubywano mi łyżeczką, jakby mój świat się zawalił, a ja nie miałam siły się podnieść i iść dalej. Nobu, Shin i Finix patrzyli na nas bezradnie nie wiedząc jak mi pomóc. W ich oczach dostrzegłam, że naprawdę chcą coś zrobić, ulżyć mi jakoś jednak nie potrafią. Poczułam mocny ale kochający uścisk Yasu. Powoli się uspokajałam wiedzą, że nie mogę doprowadzić się znowu do takiego stanu. Wzięłam jeden ale bardzo głęboki oddech i stanęłam sama o własnych nogach.
- Obiecuję, że to ostatni raz. Już nigdy więcej sobie na coś takiego nie pozwolę.- Odparłam obdarzając ich szczerym spojrzeniem i lekkim uśmiechem. Otarłam ostatnie łzy jakie jeszcze pozostały na moich policzkach i westchnęłam.- Widzicie jakie te życie jest pokręcone. Jeszcze nie dawno byłam najszczęśliwszą osobą pod słońcem. Mogłam góry przenosić napędzana tylko miłością do niego. Czułam się naprawdę spełniona… A teraz? Stoję tu przed wami i odstawiam taką scenę… Moje skrzydła zostały podcięte, lecz zapewniam Was że odrosną. Nie dam się tak łatwo pokonać…
- Ze sceną to nie przesadzaj…- Rzucił Nobu podchodząc do mnie i się uśmiechając.- Sam się dziwiłem, że już dawno tego nie zrobiłaś. Podziwiam Cię i pomogę ci z tego wyjść. Wiem że go kochasz… dobrze to widzę. Wyjazd z naszą bandą polepszy Ci humor i sprawi, że zapomnisz choć na chwilę o brudach tego świata.
- Właśnie! Jesteśmy Black Stones i jesteśmy królami punk rocka! Rządzimy, a ludzie nas uwielbiają… Zobaczysz, gdy wyjdziesz jutro na scenę poczujesz siłę bijącą od naszych fanów.- Zawyła Shin okręcając się dookoła na pięcie.
- Odbębnicie ten koncercik, a ja spakuje mnie i Ashley. Potem razem jedziemy gruchotem Yasu do cioteczki w Stonebridge i wio!
- Ej to kolekcjonerski model ferrari z 79’! Klasyk, a nie jakiś gruchot!- Oburzył się poprawiając swoje czarne okulary, jednocześnie spoglądając przez nie zabójczym wzrokiem na FInix.
- Jasne, jasne!- Poklepała go po łysinie, a ja mimowolnie się roześmiałam. Po chwili ryczeliśmy wszyscy ze śmiechu jak za dobrych starych czasów… Może jednak mają rację… Kto wie.

Spieszyłam się jak mogłam z tą częścią, bo czas naglił, a wena przyszła dopiero w ostatniej chwili! Mam nadzieję, że mimo wszystko moje opowiadanie zaspokoiło wasz głód i będziecie oczekiwać na następne ;) Zapraszam do komentowania oraz do działu WASZE WPISY!! ZAPRASZAM!!! Pozdrowionka! :*
sobota, 29 października 2011
Wszystko co jest mile szybko się kończy… Przyjaźnie, spotkania ze znajomymi, lody :P Ale pocieszę Was, że ja ze swoim blogiem nie zamierzam się na razie zwijać więc jeszcze przez długi czas będę męczyła Was moimi wypocinami!!! ;) Zapraszam do czytania i komentowania. Jeśli nie komentarz to, chociaż wpis w dziale WASZE WPISY;P Z góry dziękuje!!!;D
************
- No właśnie wczoraj czytałam…- Wymamrotałam do słuchawki. Po drugiej stronie od rana siedział na linii Michael. Mimo ogólnej dezaprobaty w głębi serca cieszyłam się, że pomyślał o tym by dowiedzieć się co u mnie. Pragnęłam jego obecności jak powietrza, więc każda okazja na jakikolwiek kontakt (choćby nawet głosowy) była dla mnie wybawieniem. Wiem co powiecie… Idiotka stara się mimo tego, że już dawno powinna kopnąć go w tyłek. Jednak z mojej strony wyglądało to nieco inaczej, może powiem tak… Nie wyobrażałam sobie tego, że mogłabym definitywnie zerwać jakiekolwiek kontakty z Michaelem. To było dla mnie niewykonalne!
- Przysięgam, że nie miałem z tym nic wspólnego. To wszystko co jest tam napisane… Absolutnie tak nie myślę.
- Michael, nie musisz mnie przekonywać. Powinieneś porozmawiać z Brooke, w końcu była tam jej wypowiedź. Nie może tak mielić ozorem bez sensu, robi tylko niepotrzebny szum… Wyszłam przez nią na jakąś łatwowierną debilkę.- Wyjaśniłam swoje wątpliwości co do dopuszczania Brooke do jakiegokolwiek głosu. W tym momencie chodziły mi po głowie różne sposoby na jej uciszenie. Od delikatnego uderzenia w głowę, aż po zakneblowanie i zamknięcie w piwnicy. Z wiadomych przyczyn druga opcja wydawała mi się znacznie atrakcyjniejsza. Mimo ogromnej ochoty nie podzieliłam się moim pomysłem z Michaelem.
- Już dawno o tym myślałem. Dzisiaj się spotykamy. Mam zamiar dowiedzieć się co się stało dokładnie tamtej nocy minuta po minucie.- Powiedział stanowczo, a ja wyczułam w jego głosie pewność siebie i gotowość na wszystko. Bardzo chciał wyjaśnić całą tą sytuację.- Jak będzie trzeba to nawet ją zaprowadzę do lekarza…
- Tylko nie bądź nie miły. Jeśli jej wersja jest prawdziwa, to mogę sobie tylko wyobrazić jak okropnie się będzie czuć podczas tego przesłuchania.- Zasugerowałam, nie wiedząc czemu odczuwałam lekkie wyrzuty sumienia względem niej. Szybko jednak się otrząsnęłam przypominając sobie jej słowa na mój temat, oraz protekcjonalne traktowanie mojej osoby.
- Postaram nie denerwować się. Wiesz jakie to jest dla mnie ważne, od wyjaśnienia tej afery zależy nasza wspólna przyszłość…
- Jeśli ona jest w ciąży to niestety lepiej będzie jeśli nasza przyszłość będzie nie wykraczała po za ramy przyjaźni. Lepiej i dla mnie i dla dziecka… Mike muszę już kończyć.- Skłamałam czując, że ta rozmowa staje się za trudna dla mnie. Nie potrafiłam ciągle grać dobrej osóbki, która musi postąpić odpowiednio i etycznie, nawet jeśli jest to równoważne z jej psychicznym roztrojeniem i wewnętrznym rozdarciem. Odłożyłam słuchawkę słysząc już tylko ciche i ledwo dostrzegalne:
- Pa.
Poczłapałam do kuchni, przesadnie klapiąc swoimi puchatymi kapciami.
- Po co do niego dzwoniłaś?- Zapytał Nobu sącząc własnoręcznie zrobioną kawę.
- Skąd wiesz, że akurat z nim rozmawiałam?- Wysunęłam linie obrony, która ani trochę nie miała się prawa nazywać linią obrony, nawet trochę jej nie przypominała;(
A no może dlatego „ Michael, nie musisz mnie przekonywać…” ble, ble, ble.- Przedrzeźnił mnie, a ja zgromiłam go spojrzeniem.
- Acha, czyli podsłuchiwałeś…- Stwierdziłam oczywistość oczywistości. On uśmiechnął się niewinnie, po czym puścił do mnie w geście przeprosin oczko.
- Trudno było nie słyszeć stojąc za ścianą, przy otwartych drzwiach naturalnie.
- Dodajmy całkiem przypadkiem, bo gdzież tam specjalnie…- Pokręciłam przecząco głową układając moje usta w tzw. ”dziubek”.
- Dobra, a teraz tak całkiem poważnie… Czy ty mu aby nie za szybko przebaczyłaś?
- Całkowicie tego nie zrobiłam.
- Jak można przebaczyć połowicznie?- Spytał, a ja poważnie musiałam sama się na tym zastanowić.
- A musisz się czepiać?- Wymamrotałam specjalnie zbaczając z tematu.
- No bo jak patrzę się na ciebie jak mimo wszystko robisz do niego słodkie oczka, no to aż mnie krew zalewa. Zdradził Cię pamiętasz?
- Dzięki za przypomnienie, mało się o tym naczytałam w gazetach. No i oczywiście parę razy obejrzałam to sobie w telewizji, bo jak taka wspaniała wiadomość mogła by pozostać bez komentarza! Nie uwierzysz ale TAK nadal pamiętam!- Podniosłam głos, ze złością nalewając do kubka wrzątek. Nobu wyraźnie posmutniał dostrzegając, że nie jestem taka silna, na jaką próbuje wyglądać.
- Przepraszam… po prostu tego nie kumam.
- Nic się nie stało. Nie ma sensu przez całe życie się do niego nie odzywać, lub w każdy możliwy sposób pokazywać jak bardzo go nienawidzę, bo tak nie jest… Mimo tego, że na początku z całych sił pragnęłam go nienawidzić, pragnęłam zapomnieć o nim… ale nie potrafię. Nie umiem udawać, że nie byłam z nim szczęśliwa, nie umiem udawać, że go nie kocham…
- Ashley, może pojedziemy gdzieś… Oderwiesz się od tego, zapomnisz.- Zasugerował, a ja poważnie zastanowiłam się nad tą propozycją. Może to nie taki zły pomysł…
- Obiecuję, że to przemyśle.- Odparłam dotykając lekko jego dłoni.- Nie kłamię, naprawdę pomyślę o tym…
- Zrobię wszystko byś była szczęśliwa. Pamiętaj, że zawsze możesz do mnie przyjść.- Odpowiedział ściskając moją rękę, po czym pocałował mój policzek, tak delikatnie jak muskający letni wietrzyk. Wiedziałam dobrze, że mam w nim oparcie, zresztą tak samo jak w Shin’ ie i w Yasu. A może i wcale nie tak samo… Dla niego już dawno nie byłam tylko najlepszą przyjaciółką. Powiedział mi przecież, że mnie kocha, ja jednak nie potrafię na razie z nim być. Moje uczucie do Michaela jeszcze nie zgasło, a póki takowe jest nie mogę być z Nobu. To nie było by w stosunku do niego w porządku. Stanowczo nie…
…
Błąkałam się po centrum handlowym, odbijając się od sklepu do sklepu. Jako prawdziwa dziewczyna postanowiłam poprawić sobie humor za pomocą zakupów. Przyglądałam się z niesmakiem na ciuchy, które były tak skąpe, jakby krawcowej zabrakło materiału.
- Ten czekoladowy kostium będzie idealnie pasował do Pani karnacji.- Odezwała się ekspedientka, która jak każda inna zawsze oferowała pomoc gdy nikt jej nie potrzebował. Zmierzyła mnie szybko swoim wnikliwym wzrokiem i mlasnęła z niesmakiem czerwonymi ustami widząc moją skurzaną kurtkę i poszarpane leginsy.
- Nie dziękuję jest trochę nie w moim guście.- Wymamrotałam dla lepszego efektu czochrając tylne włosy. Kobieta prychnęła znaczącą dając mi do zrozumienia, że przyjęła moją odmowę do wiadomości po czym oddaliła się by zamęczyć swoja pomocą biedna panienkę w seledynowej sukience i czarnych czółenkach. Dziewczyna najwyraźniej nie umiała odmówić swojej prześladowczyni i po minucie została wysłana do przymierzalni ze stertą ciuchów, na które nawet nie miała zamiaru zwrócić uwagi. Postanowiłam się ewakuować stamtąd i zjeść jakiś lunch. Gdy nareszcie udało mi się znaleźć wolne stoliki w restauracji, spostrzegłam siedzącego w kącie Carlosa. Po sekundzie i on mnie zauważył, zapraszając uśmiechem do siebie.
- Aschley dawno się słońce nie widzieliśmy!- Przywitał się ze mną soczystym pocałunkiem w policzek, a ja spostrzegłam jak drugą ręką ukrywa znienawidzoną prze ze mnie gazetę z moim i Mike’ a zdjęciem na okładce.
- Nie wysilaj się, już to widziałam.- Wymamrotałam siadając naprzeciwko niego.
- Przykra sprawa…- Odparł dając znak kelnerowi by podał nam kartę.- Na otarcie łez ja dzisiaj stawiam.- Dodał.
- Aleś hojny… jak tam twoje sprawy?
- Wracają do normy. Leczenie daje efekty, a w trzeźwości od kokainy żyję już od trzech miesięcy.
- Cieszę się. Martwiłam się czy sobie poradzisz. Nawet miałam zadzwonić, ale jak już zdążyłeś się dowiedzieć w moim życiu ostatnio dużo się zmieniło i tak jakoś wyszło.- Spuściłam zmieszana wzrok i udałam, że wczytuje się w menu.
- Nic się nie stało. W ośrodku i tak zabronili mieć przy sobie komórkę więc wiesz… Ashley, czy to co piszą to prawda?- Spytał bawiąc się dłońmi, co jakiś czas kaszląc.
- Zależy… Prawdą jest to, że ja i Michael to już przeszłość.
- Co się stało? Dużo można naczytać się w gazetach wypowiedzi jakiejś Brooke, podobno to jego nowa miłość.- Uśmiechnęłam się trochę sztucznie lecz postanowiłam być spokojna i opanowana.
- Długo by opowiadać… Między nim, a właśnie tą Brook coś się zdarzyło… Naprawdę szkoda gadać.- Odparłam, a on zapalił papierosa i wypuścił powoli powietrze.
- Acha jarzę… czyli cię zdradził.
- Może pozostańmy przy tym określeniu „coś”… a tobie w tym ośrodku to nie mogli kompleksowo tych nałogów wyleczyć?
- Ha, ha, HA! Coś muszę mieć z życia…- Zachichotał.
- Dobra już się nie czepiam. Wpadnij kiedyś do nas, naprawdę tęsknię…
- Wpadnę… A jak tam u Finix?- Zapytał w końcu, jednak dużo to go kosztowało, mimo tego że starał się to ukryć jak mógł.
- Wszystko dobrze… Trochę się na Ciebie wkurzyła, że się długo nie odzywasz ale uspokoiłam ją jakąś historyjką wymyśloną na poczekaniu. Teraz jest w Japonii…
- W Japonii?- Dopytał się z niedowierzaniem.
- Tak… wymiana z uczelni. Teraz po LA chodzi gdzieś jakiś mały Azjata, a ona straszy ludzi w Tokio.- Zażartowałam, wywołując u Carlosa napad śmiechu.
- Śmieszne wiesz?- Odparł przecierając oko, że niby popłakał się ze śmiechu.- Może to i lepiej, że jej nie ma.
- Carlos najwyższy czas żebyś coś zrobił z tą znajomością. Ty coś czujesz, ona coś czuje to co Wam szkodzi sobie o tym powiedzieć?!- Zawyłam, nie mogąc pojąć jak oni to robią!? Znają się niemal od podstawówki, zawsze razem. Pies z kulawą nogą by zauważył, że czują do siebie miętę. Ale oni nie! Uskuteczniają jakieś głupie wymówki, podchody, domysły… a ja jako ich jedyna przyjaciółka, która przy nich jeszcze nie zwariowała, muszę tego słuchać.
- Oj no bo…
- Bo…- Próbowałam wydusić z niego jakiś konkretny powód, lub cokolwiek co by przypominało zdanie.
- Z nią się tak nie da. Za każdym razem gdy próbuję o tym powiedzieć to włącza jej się jakaś głupia gadka… Po minucie wolałbym powiedzieć kocham cię kloszardowi pod sklepem niż jej. Nie wiadomo,
czy ugryzie, czy pożre w całości!
- A mam jej to powtórzyć?- Spytałam tylko po to by zważał na swoje słowa.- A wracając, czy wspomniałeś coś o „kocham cię”?
- Ashley.
- Ok! Kumam, ale jak Boga kocham jak wy nic z tym nie zrobicie to ja wam coś zrobię!- Wymamrotałam spoglądając na niego wymownie. Podobno słowa poparte kontaktem wzrokowym znacznie szybciej docierają. Podobno oczywiście…
- Powiedzmy, że nie omieszkam próbować i próbować i jeszcze raz próbować. W gruncie rzeczy to nawet lubię ten jej charakterek, po paru latach nawet można do niego przywyknąć.
-Ja miałam na to nie cały rok…- Poskarżyłam się marszcząc brwi i robiąc przewrotną minę. Naprawdę nie miałyśmy czasu by lepiej się poznać, a mimo wszystko i tak koniec końców zostałyśmy przyjaciółkami. Spojrzałam przez przypadek na restauracyjny zegarek i spostrzegłam, że jeśli się w tym momencie nie ruszę to Yasu zabije mnie własnymi rękoma. Carlos szybko zauważył moje przepraszające spojrzenie.
- Wiem, musisz lecieć.
- No już nie dąsaj się. Masz w najbliższym możliwym terminie wpaść inaczej Cię znajdę i to nie będzie wcale miłe spotkanie!- Zagroziłam szybko zbierając swoje rzeczy, po czym podeszłam do niego i pożegnałam się całusem w policzek.
- Możesz na pewno się mnie spodziewać.- Odparł.- Kocham wariatko!
- Kocham wariacie!- Odpowiedziałam będąc już w drodze do drzwi wyjściowych, co jakiś czas spoglądając na niego czułym wzrokiem. Nawet nie wiecie jak bardzo przywiązałam się do niego. On, Shin, Yasu i Nobu są dla mnie jak bracia. Tak Nobu na razie też, dopóki jest nadzieja względem Michaela nie mogę mu nic więcej zaoferować. Z rozmyślań wyrwał mnie gwar miasta, tętniące ulice, morze ludzi przewijających się po chodnikach. Żeby zdążyć na próbę musiałam wziąć taksówkę. Uniosłam do góry rękę, a gdy spostrzegłam, że wszystkie możliwe taksówki mnie ignorują, odwróciłam się do stojącego obok mnie przystojnego mężczyznę w czarnej marynarce, białej koszuli i jeansach. Zrobiłam najsłodszą minkę pod słońcem i uwodzicielskim głosem spytałam:
- Czy byłby Pan tak miły i złapał by mi taksówkę? Bardzo się śpieszę, a one najwyraźniej mnie nie zauważają…- Wielce zmartwiłam się tym faktem układając usta w odwróconą podkówkę. Facet uśmiechnął się miło i uwodzicielsko odparł:
- Jak można pani nie zauważyć… Już zaraz jakąś złapię.- Podniósł do góry prawą rękę, a drugą zagwizdał. Taksówka natychmiast się zatrzymała. Fuknęłam złowieszczo pod nosem w myślach powtarzając „ Yasu już dawno mi mamrotał o tym żebym nauczyła się gwizdać, na pewno mu o tym nie powiem, będzie robił tą swoją minę w stylu A NIE MÓWIŁEM!”. Otrząsając się z rozmyślań spojrzałam na mężczyznę, który mi pomógł i uśmiechnęłam się.
- Naprawdę wielkie dzięki…- Weszłam do taksówki jednak on zatrzymał drzwi przed zamknięciem.
- Może dałabyś mi swój numer i umówilibyśmy się na drinka?- Spytał, a ja uśmiechnęłam się pod nosem, byłam z siebie dumna. Udało się lepie niż w filmach!
- Bardzo bym chciała ale mam chłopaka.- Zełgałam dobrze wiedząc, że mogę teraz hulać na prawo i lewo. Chłopak zrobił zatroskaną minę, ale po chwili odwzajemnił uśmiech.
- Musiałem spróbować…- Odparł uwodzicielsko. Nie wiem dlaczego ale zrobiło mi się od razu milej i przyjemniej na sercu.
- Dziękuje i nie mówię teraz o złapaniu taksówki.
- Nie ma za co, może kiedyś.- Pożegnał się i zamknął drzwi.
- Uroczy…- Mruknęłam pod nosem nadal o nim myśląc, jednak po chwili przed oczami zobaczyłam Michaela. Jego uśmiech, jego oczy, tą nieśmiałość. Taka sama jak u tego mężczyzny… Boże jak ja za nim tęsknie, tęsknie za bliskością drugiej osoby. Stanowczo nie jestem stworzona do życia w samotności… nie na pewno nie jestem…
sobota, 22 października 2011
**********
Zostałam nareszcie sama ze swoim pogmatwanym życiem. Chłopacy gdzieś wybyli odgrywając rolę rodziców, robiąc zakupy, sprzątając oraz wprowadzając się do mnie na czas bliżej nie określony. Finix wyjechała do Japonii w ramach wymiany, a ja dziękowałam Bogu, że nie muszę gościć u siebie żadnego Azjaty. Postanowiłam rozkminić w jaki sposób troje dorosłego chłopa zmieściło się w jednym salonie i jeszcze się nie pozabijało. Tryumfalnie odkryłam, że Yasu jako najpoważniejszy i najbardziej uprzywilejowany, przywłaszczył sobie pokój Finix. Następne pytanie samoistnie się nasuwające: Jakim cudem pozostała dwójka się na to zgodziła bez wyraźnych sprzeciwów?! Z owych kalkulacji i rozmyślań wybił mnie dzwoniący telefon, który prędzej czy później nie omieszkałam odebrać.
- Tak, słucham…- Odparłam niczym od niechcenia zdając sobie sprawę z tego, że nie mogę przecież być zła na cały świat dookoła. Odetchnęłam głęboko i szybko poprawiłam się.- Przepraszam… O co chodzi?- Tym razem już miło.
- Ashley to ja…
- Michael?- Wymamrotałam wpatrując się w ścianę. Przełknęłam napływające łzy.
- Możemy porozmawiać? Bez świadków, bez osób trzecich. Ty i ja…
- Naprawdę uważasz, że to ma jakikolwiek sens?
- Tak, mówiłem Ci już, że będę o ciebie walczył…
- Stara Palmiarnia przy 46 ulicy. O ósmej…- Przerwałam mu i odłożyłam słuchawkę. Musiałam się przygotować, nie wiem dlaczego ale odczułam nagłą potrzebę bycia piękną. Tak jakbym chciała pokazać całemu światu co traci, tak jakbym to Michaelowi chciała pokazać co maił czelność stracić.
…
Moje czarne, ciężkie buty stukały obcasem po bruku w Starej Palmiarni. Przyjemny wiatr owiewał moje nogi odziane w leginsy, a długa koszula rozwiewała się na boki. Zapaliłam jednego papierosa, którego zwinęłam Shin’ owi gdy nie patrzył. Muszę się przyznać, że to mój pierwszy. Pociągnęła, go i momentalnie się zakrztusiłam.
- Jak oni mogą to palić.- Powiedziałam sama do siebie przyglądając się papierosowi i mlaskając z niesmakiem. W ustach czułam smak gorzkiego tytoniu pomieszany ze słodką wiśnią.- Stanowczo wolę tylko to wąchać…- Dodałam znów się zaciągając.
- Palisz?- Nagle usłyszałam przyjazny głos Michaela. Ubrany w czarną koszulę, jeansy i „Fedorę” olśniewał swoim nienagannym wyglądem. Zmusiłam się do uśmiechu i spojrzałam na niego ukazując twarz z mroku. Zrobiłam sobie mocny makijaż niemal taki jak na koncerty. Ciemne oczy i czerwona szminka zawsze dodawały mi odwagi.
- Okazjonalnie…- Wymamrotałam.- A chyba takową mamy?
- Ashley…- Szepnął z poczuciem winy w głosie.- Naprawdę nie wiem jak to się stało…
- W szkole cię nie uczyli jak się robi dzieci?- Rzuciłam sarkastycznie. Nawet nie wiedziałam kiedy zrobiłam się taka oschła w stosunku do niego, szybko jednak poczułam się źle z tym faktem.- Przepraszam.- Dodałam szybko widząc jego smutne oczy. Nie potrafiłam tak z nim rozmawiać.
- Należało mi się.
- Michael po co my tu w ogóle jesteśmy?- Spytałam wpatrując się w niego, nie wiedząc co mam robić. Targały mną sprzeczne uczucia, jakaś część mnie chciała mu się rzucić na szyję i wybaczyć wszystko, jednak inna chciała mu przyłożyć za to co mi zrobił.
- Nie mogę cię stracić. Naprawdę to wszystko jest jakieś dziwne. Pamiętam, że gdy piliśmy ostatni kieliszek Brooke powiedziała, że teraz to ona będzie się śmiać… Wtedy urwał mi się film.- Zmarszczyłam podejrzliwie brwi. Zdziwiły mnie bardzo jej słowa, a sprawa stawała się coraz bardziej podejrzana.
- Wiem, że to głupie pytanie, ale jeśli urwał ci się film to najprawdopodobniej straciłeś przytomność. Czy w takim stanie ktokolwiek byłby w stanie uprawiać sex?
- Powiem ci szczerzę, że nie wiem. Obudziłem się goły, a obok mnie leżała ona.
- Równie dobrze mogła cię rozebrać sama i wsadzić do łóżka by wszystko wyglądało tak jakbyście razem no wiesz…- Drugi raz mi już to przez gardło nie chciało przejść. Początkowa nadzieja zgasła równie szybko jak się pojawiła.- Wszystko by pięknie pasowało, lecz Brooke jest w ciąży.
- To też można udawać.- Odparł wyraźnie pobudzony iskierką nadziei jaka się pojawiła.
- Oj przestań, przecież musiała by być potworem. Przyjaźnisz się z nią… Ja bym nie mogła zrobić czegoś takiego swojemu przyjacielowi. – Wymamrotałam siadając na murku. Michael usiadł koło mnie i oparł ręce o kolana.
- Może masz rację… ale ta sprawa mi śmierdzi i odkryję co się tak naprawdę stało. Mam prośbę do ciebie…
- Tak?
- Nie skreślaj mnie. Jeśli naprawdę to zrobiłem to wezmę odpowiedzialność za swoje czyny, lecz jeśli nie to chcę wiedzieć że będę miał dla kogo dążyć do prawdy.
- Jeśli sugerujesz, że będziesz to robił dla mnie to nie ma mowy.- Odparłam stanowczo aż wstając z przejęcia.- Masz to wyjaśnić tylko i wyłącznie dla siebie. Ja mogę ci częściowo przebaczyć. Ale muszę coś zrobić…
- Pozwolę na wszystko.- Przybliżył się do mnie, a ja wypuściłam ciężko powietrze zbierając się w sobie, by zrobić to co już dawno powinnam. Spuściłam wzrok i po sekundzie już pewna swego zmierzyłam się z nim oko w oko. To była chwila, szybko i bez zbędnych jęków przyłożyłam mu w twarz z liścia. On odskoczył trzymając się za policzek, a ja masując nadgarstek uśmiechnęłam się z nieukrywana satysfakcją.
- No to po części jesteśmy kwita.
- Tak TO stanowczo tym bardziej mi się należało.
- Teraz możemy zacząć wszystko od nowa.- Wymamrotałam stojąc twardo na ziemi. Mike słysząc to szybko podszedł do mnie zapewne chcąc mnie pocałować i przytulić ja jednak zatrzymałam go wyciągając do przodu rozczapierzoną dłoń. Nawet nie wiecie jak dla mnie ta decyzja była trudna i bolesna. Również miałam ochotę rzucić to w cholerę i w końcu go pocałować, ale to by nie było w porządku w stosunku do samej siebie. Spojrzał się na mnie badawczym wzrokiem już nie wiedząc co ma robić.- Zacząć od nowa jako przyjaciele.- Wyjaśniłam.
- Rozumiem i cieszę się, że będę mógł się z Tobą spotykać. Nawet nie wiesz jak za tobą tęsknie. Za twoim dotykiem, zapachem, oddechem… Najbardziej tęsknie za twoimi ustami. Przepraszam, że sprawiłem ci tyle bólu… - W oczach mimowolnie zakręciły mi się łzy. Cholera jak to strasznie boli…
- Ja też tęsknie za Tobą ale nie potrafię być z Tobą do póki nie uporządkujesz spraw z Brooke. Po prostu nie potrafię. – Wymamrotałam wpatrując się w ziemię. On podszedł do mnie pozostawiając między nami malutki dystans, na tyle mały że czułam jego obecność, oddech, zapach. Nachylił się nade mną i szepnął na pożegnanie:
- Dziękuję za na dzieję. Obiecuję, że nie zmarnuję tej szansy.- Jego słowa świdrowały mój umysł, a on zniknął pomiędzy alejkami zostawiając mnie samą. Stałam jak wryta, głęboko oddychając… Coś się ruszyło, a w naszych sercach znów zapaliła się iskierka. Być może fałszywie dająca złudzenie nadziei i ogólnego przebaczenia lecz w tym momencie mało mnie to obchodziło. Obchodziło mnie tylko to, że w ogóle takowa była.
…
- Wróciłam.- Rzuciłam tak dla świętego spokoju do chłopaków przygotowujących kolację w kuchni. Krzątali się od blatu do blatu, regularnie wrzeszcząc na siebie i przepychając się.
- Gdzieś ty się u licha podziewała. Mogłaś chociaż zostawić jakąś kartkę, że wychodzisz.- Skarcił mnie Yasu, a ja poczułam się jak w pierwszej klasie gimnazjum. Spojrzałam się na niego wzrokiem dającym mu do zrozumienia, że z deka przesadza z tą swoją rolą „tatusia”.
- Jestem dorosła, po prostu wydawało mi się że już nie muszę się pytać o to czy mogę gdzieś wyjść sama z domu.- Udałam małą dziewczynkę niewinnie szorując nogą w miejscu i bawiąc się rogiem koszuli.
- Be nie dobra dziewczynka!- Nobu uderzył mnie lekko po dłoni, niosąc sałatkę na stół.
- Spodziewamy się kogoś, że tak tu wystawnie?- Spytałam widząc stół, który naprawdę przypominał stół. Na stole jak to na stole stał pięknie przygotowany posiłek. Wyczuwałam jakiś podstęp…
- Nie, po prostu trochę się postaraliśmy.- Sprostował Shin stawiając piwo między kurczakiem, a sałatką.
- Widzę, że jednak w tej kwestii zostaje po staremu…- Wymamrotałam pod nosem i usiadłam koło Yasu co jakiś czas podejrzanie spoglądając na całą trójkę. Nie zrozumcie mnie źle ale u nich takie zachowanie się nigdy nie zdarza, to tak jakby brytyjska królowa Elżbieta II zatańczyła kanka na środku pałacu Buckingham. We względnej ciszy spożywaliśmy posiłek, kęs za kęsem, a podejrzana atmosfera aż przesiąkała całe mieszkanie. Dłubałam widelcem w kurczaku starając się powstrzymać by nie wybuchnąć wrzaskiem i by nie wydusić z nich siłą co się stało.
- Jedzeniem się nie bawi, jedzenie się je…- Odparł Yasu, a ja odłożyłam widelec w geście kapitulacji.
- Nie no mam tego już dość. Dowiem się czy nie?!- Wrzasnęłam robiąc groźną minę. Chłopcy spojrzeli się na siebie porozumiewawczo, aż w końcu Shin wypuszczając ciężko powietrze odważył się i wyciągnął z pod kanapy jakąś gazetę.
- Tylko się nie denerwuj…- Dodał podając mi ją. Szarpnęłam ją i zerknęłam na okładkę. Na niej było moje zdjęcie i Michaela. Między nami znajdował się zygzak mający za zadanie nas rozdzielić. Zapewne reprezentował kwiecistą metaforę rozpadu naszego związku.
- Pięknie…- Wysapałam z zażenowaniem, ale najlepsze dopiero było przede mną. Pod zdjęciem widniał nagłówek: „ Królowi Popu znudziła się niedoświadczona gwiazdeczka Motown”. Popatrzyłam z niedowierzaniem, po czym szybko zaczęłam szukać artykułu w środku.- „ Jeszcze do nie dawna Michael Jackson cieszył się związkiem z młodą gwiazdą rocka Ashley Fox. Jednak najnowsze doniesienia wskazują, że piękny sen piosenkarki dobiegł końca. Widocznie Król Popu nie brał tego związku na poważnie, bo sama zainteresowana dowiedziała się o zerwaniu w programie na żywo. Oczy milionów były zwrócone na Fox, która starała się z klasą dotrwać do końca. Nowa wybranka Jacksona Brooke Shields wypowiedziała się o swojej poprzedniczce w dość nie pochlebny sposób:
-To było kwestią czasu kiedy Michaelowi znudzi się ta prostaczka i wróci do mnie. Michael jest światową gwiazdą i to zrozumiałe, że to za wysokie progi jak dla niej. Niech i tak będzie mu wdzięczna za pomoc w karierze.- skomentowała.”- Skończyłam czytać ściskając gazetę w pięściach.
- Aschley dobrze wiesz, że to głupoty…- Wymamrotał Nobu spoglądając na moją niezbadaną minę. Ze złości rzuciłam gazetą w ścianę i chwyciłam puszkę piwa.
- Za wysokie progi?! Znudziła się!? Kwestia czasu!? Wdzięczna za pomoc w karierze!? Nie brał związku na poważnie!?- Kręciłam głową nie dowierzając temu co właśnie przeczytałam.- Zapłaci mi ona za to… Na pewno to jej sprawka.
- Tej Brooke?- Spytał Shin rwąc z satysfakcją gazetę na drobne kawałeczki.
- Tak tej Brooke.- Potwierdziłam biorąc solidny łyk piwa.- Ale ona się mądrzy! Szkoda tylko, że nie pochwali się jak naprawdę się sprawy mają.
- To znaczy?
- Mike nie ma zamiaru się z nią żenić. Uzna dziecko, będzie się nim zajmował ale z nią na stówę nie będzie. A w dodatku ta sprawa jest jakaś podejrzana… Z jego opowieści wychodzi na to że był pijany i dodajmy nieprzytomny. Nie wiem czy w takim stanie ktokolwiek może no wiecie… Być może to jest jedna wielka farsa, by zdobyć Michaela…. Kurde nic już nie wiem.- Złapałam się za głowę po czym zapchałam usta sałatką i kurczakiem, by już nic nie mówić.
- Wcale nie głupio to brzmi… ale stanowczo tej Shields powinno się zasznurować buźkę. Po co bez sensu miele ozorem skoro w jej wypowiedziach nie ma ani krzty prawdy. A z tą „prostaczką” to już w ogóle przegięła…- Odparł Yasu ku mojemu zdziwieniu podając deser. Może i nie był zbytnio wykwintny( o ile ciastka i żelki gumisie z supermarketu mogą być nazwane deserem) lecz mi w zupełności wystarczył. Małe misie znikały w naszych ustach z prędkością świata, co również tyczyło się ciastek.
- Od kiedy ona w ogóle może się wypowiadać w imieniu Jacksona?- Spytał Shin, co jakiś czas popalając kolejnego papierosa. Spojrzałam się na niego i od razu skrzywiłam na samo wspomnienie o niedobrym smaku papierosów Black Sotnes.
- No ja chyba jestem akurat osobą w tym towarzystwie, która dowiaduję się o wszystkim ostatnia, więc z takim skomplikowanym pytaniem to raczej nie do mnie.
- A mi się zdaje, że za łatwo mu wierzymy. Przylazł, zrobił słodkie oczka, trochę poczarowała i nagle to ta laska jest wszystkiemu winna, a on to bidak nic przecież nie zrobił.- Wymamrotał pod nosem Nobu. Szturchnęłam go przyjaźnie w ramię i uśmiechnęłam się.
- Może i mu po części wybaczyłam, ale do niego nie wrócę. Zaproponowałam mu przyjaźń…
- A kiedy to zdążyłaś zrobić?
- Dzisiaj… To dlatego tak długo mnie nie było. Musiałam z nim na spokojnie porozmawiać.- Wytłumaczyłam szybko swoje postępowanie, trochę uspakajając Nobu. On podrapał się po karku i wziął łyk piwa z puszki, po czym spojrzał się na mnie.
- Ja już dawno przestałem mu ufać. Może już czas byś i Ty przestała…- Rzucił całkiem poważnie, a reszta wpatrywał się w niego.
- Moje zaufanie zostało poważnie nadwyrężone…- Odpowiedziałam bujając się na krześle.- Na razie do mnie przemawiają tylko czyny. Zero specjalny względów.
- Ok. czyny. Zakodowałem.- Szepnął uśmiechając się pod nosem tak jakby obmyślał jakiś skomplikowany plan. Yasu by rozładować atmosferę włączył jakąś muzykę i porwał mnie do tańca. Śmiałam się jak obłąkana, nareszcie szczerze. Ostatnio za dużo było u mnie sztucznych uśmiechów i wymuszonego miłowania się nawzajem. W tym momencie nic nie było sztucznego, ten moment był idealny, ten moment przywołuję w pamięci gdy już tracę nadzieję… a zawrócić się już nie da.
Mam nadzieję, że notka się podoba. Między Ashley a Michaelem na razie się popsuło… no cóż końca nie mogę zdradzić, ale przecież w życiu nie zawsze jest pięknie i z górki! Czytajcie, a się dowiecie!; ) Zapraszam! ( wpisujcie się również w dziale WASZE WPISY z góry honto arigatou!!!( naprawdę dzięki);)
sobota, 15 października 2011
Miło mi Was powitać ponownie na moim blogu. Zapraszam na kolejną część;) I pamiętajcie, że to co wygląda na pierwszy rzut oka na złe, na końcu okazuje się całkiem inne. Przeczytajcie i cierpliwie czekajcie na dalszy rozwój wydażeń…
*************
Od powrotu siedziałam przygnębiona w swoim pokoju. Mimo wszystko musiałam dalej żyć, a przede wszystkim zająć się czymś by już o tym co się stało nie myśleć. Otworzyłam niepewnie drzwi i wysunęłam tylko głowę. Wybadałam, kto jest w mieszkaniu, a że było wcześnie szybko spostrzegłam porozrzucanych po pokoju chłopaków (dodajmy śpiących). Po cichu wślizgnęłam się do kuchni i nastawiłam ekspres. Potrzebowałam kofeiny, która by mnie postawiła na nogi i otrzeźwiła mój umysł. Wspomnienia z wczoraj wracały, lecz moja podświadomość wyrzucała je z mojej głowy. Nie chciałam pamiętać… Wzięłam kubek świeżej kawy i postanowiłam wrócić do pokoju by popracować nad słowami do nowej piosenki. Nie mam pojęcia ale miała wielką ochotę napisać coś o zemście i zdradzie… Hem ciekawe dlaczego!
- Ała…- Jęknęłam potykając się o pozostawione na środku buciory Shina. Zanim się spostrzegłam cała trójka raczyła się obudzić i spojrzała na mnie wzrokiem dającym do zrozumienia „ jest jeszcze ZA wcześnie!”. Ja jakbym czytała im w myślach odparłam sarkastycznie:- Oj wcale aż tak wcześnie nie jest!
- Szósta rano!?- Zawył z wyrzutem Shin przeciągając się. – I to twoim zdaniem normalna godzina do wstawania…
- Dobra, to Wy sobie śpijcie a ja się zmywam…- Wymamrotałam korzystając z okazji do ucieczki. Niestety mój chytry plan się nie powiódł.- Naprawdę możesz mnie już puścić.- Odparłam wisząc przerzucona w pół przez ramię Nobu. On wyraźnie dumny z siebie wyszczerzył do mnie kły i rzucił moje obolałe ciało na kanapę, na której parę sekund wcześniej leżał Yasu.
- Tak łatwo się nie wywiniesz… Gadaj jak na spowiedzi.- Wysapał udając, że przeniesienie mnie było niewyobrażalnym wysiłkiem. Najpierw zmierzyłam go groźnym wzrokiem gotowa ukatrupić na miejscu, lecz gdy uświadomiłam sobie o co pyta, mój cały zapał stopniał jak śnieg na wiosnę. Mój wzrok posmutniał… łyk kawy na otrzeźwienie i na odwagę.
- Będzie miał dziecko…- Wyszeptałam smętnie jednocześnie siadając po turecku.
- Zaraz, zaraz… No jeszcze mi powiedz, że jesteś w ciąży…- Rzucił kręcąc z niedowierzaniem głową.
- Nie ze mną.- Spojrzałam się na niego smutno, a wszyscy pojęli już co się wydarzyło.
- To nie może być prawda… Przecież on cię tak mocno kocha… Nie mógł by Ci tego zrobić!- Krzyknął Shin, aż wstając z przejęcia. Yasu położył mu rękę na ramieniu i zmusił by się uspokoił i by usiadł.
- Nadal mnie kocha. Znaczy tak przynajmniej twierdzi.
- A skok w bok to se tak dla rozrywki strzelił?!- Rzucił Nobu coraz bardziej się denerwując. Zaciskał nerwowo pięści co jakiś czas spoglądając na mnie wzrokiem pełnym współczucia.
- Powiedział, że wtedy się upił…- Wymamrotałam, a każde kolejne słowo co raz trudniej przechodziło mi przez gardło. Czułam napływające łzy i tak straszną pustkę w środku.- … że nic z tej nocy nie pamięta.- Zakryłam usta dłonią , zaciskając oczy by nie wypuścić żadnej łzy.- KURDE!!!!!!!!!- Wrzasnęłam i wyrzuciłam z siebie od wczoraj tłumione emocje. Przy Michaelu starał się nie krzyczeć, być spokojna. Nie chciałam mu pokazać mojego cierpienia, lecz teraz wszystko wróciło, a ja już nie mogłam dłużej tłumić tego krzyku- Dlaczego!? Dlaczego mnie to spotyka! Co ja takiego zrobiłam by tak mnie upokorzyć… Mówił, że mnie kocha…- Łkałam zaciskając dłonie tak bardzo, że aż paznokcie wbijały mi się w skórę.- A on nawet nie raczył mnie ostrzec przed tym durnym programem… Teraz wszyscy się śmieją z naiwnej, małej, biednej Ashley. Cały świat zobaczył jaką jestem idiotką…- Ześlizgnęłam się na podłogę rycząc. Łzy leciały mi ciurkiem, już nic nie byłam w stanie więcej powiedzieć. Nobu szybko objął mnie i zmusił bym się wtuliła w jego silne ramiona. Objęłam go mocno i ściskając jego koszulkę, pragnęłam zniknąć. Zapaść się pod ziemię… nie istnieć.
- Spokojnie…- Szeptał gładząc moje włosy. Ja łapczywie pochłaniając kolejne chełsty powietrza, starałam się uspokoić.
- Ja dla niego zrobiłam bym wszystko…- Wymamrotałam.- Zrobiłam wszystko…
- Ashley przestań.- Odparł Yasu pomagając mi wstać, po czym zmusił do tego samego Nobu.- Ty nie jesteś tu niczemu winna. Chciałaś dla niego porzucić niezależność i dla jego szczęścia zamieszkać z nim. Wszystko ma swoje granice, a on je bezczelnie przekroczył. Zdrada to zdrada, nawet popełniona po alkoholu.
- Yasu…- Powiedziałam zdumiona jego postawą. Zawsze bronił Michaela starając się rozważyć wszystkie możliwości. Jego dawne słowa „ Nie oceniaj nim nie poznasz wszystkich faktów…”. Tym razem nie dociekał, nie pytał, nie rozważał, nie sprawdzał. Zdrada zaprzepaściła jakiekolwiek współczucie z jego strony.
- I co teraz?- Zapytałam ocierając resztki łez. Postanowiłam już więcej nie płakać. Nie przez faceta…
- Zaśpiewaj.- Odpowiedział za wszystkich Shin szczerze się do mnie uśmiechając.- Miałaś nam przedstawić tekst nowej piosenki. Nobu łap za gitarę i zagraj tą melodię którą wymyśliłeś.- Na początku wszyscy byliśmy zaskoczeni jego pomysłem, ale w końcu zrozumiałam co chce poprzez to osiągnąć. Chce żebym zapominała.
- Nobody knows who I really am, I never felt this empty before, and if I ever need someone to come along whose gonna comfort me and keep me strong?- Zaśpiewałam słowa które wypłynęły mi prosto z duszy, a lekka melodia grana przez Nobu niosła je po całym mieszkaniu.
- I to się nazywa muzyka.- Wymamrotał zachwycony Shin.- To nam wystarczy.
- Lepiej zapisz te słowa bo popłynęły z głowy. Nie daje gwarancji, że je znów usłyszysz…- Zdobyłam się na to by zażartować.
- Mam tu wszystko nagrane!- Pomachał mi przed oczami czarnym urządzeniem przypominającym toporny odtwarzacz.
- A ja już myślałam, że oprócz fryzurą to Ty mnie już niczym nie możesz zaskoczyć.
- Nie raz cię zadziwię… Jesteś skazana na nas dożywotnio więc się lepiej z tym teraz pogódź to będzie później mniej bolało. – Odparł wyraźnie zadowolony ze swojej przebiegłości i niesamowitego sprytu. Posłałam mu zaczepnego kuksańca w ramię i uśmiechnęłam się z ulgą oraz wdzięcznością w oczach.
- Shin przestań już wygłaszać te swoje mongolskie teorie!- Wrzasnął Nobu wsadzając nagraną kasetę do wierzy. Szybko ją przewinął, po czym nacisnął play, jednocześnie pokazując palcem, że mamy być cicho. Coś zaskrzeczało jakieś brzdęki, sekunda ciszy… Wspaniała gitara i w końcu słowa unoszące się jak wiatr…
- Jak melancholijnie…- Skwitowałam swój występ.- Wcale nie pasuje do repertuaru BLAST…
- Maleńka!- Cała trójka wrzasnęła razem.
- BLAST to ja, Shin, Nobu i TY. Słyszysz TY. Więc wszystko co robisz pasuje do nas…- Odparł Yasu, a ja poczułam że nie jestem sama. Że być może kiedyś uda mi się komuś zaufać… Nie ja już komuś ufam bezgranicznie… Yasu, Nobu, Shin… Thank you.
Następnego dnia wszystkich gdzieś wywiało, a w imię świętego spokoju zgodziłam się by jeden z nich został ze mną. Padło na Nobu w jakiejś durnej wyliczance, której nawet święty by nie powtórzył, więc proszę nie wymagajcie tego ode mnie. Biedacy odstawiali te durnoty myśląc, że w akcie całkowitej desperacji i ogólnej depresji coś sobie zrobię. Wizję mnie skaczącą z okna szybko im wybiłam z głowy lecz mimo wszystko nadal się upierali przy swoim.
- Naprawdę nie potrzebuję niańki.- Odparłam czochrając się po głowie i pijąc wczorajszą kawę.
- Tak? To niby dlaczego popijasz to coś zamiast ładnie poprosić Nobusia o świeżą i pachnącą kawę?
- A bo mam takie widzi mi się!- Wymamrotała marszcząc się przez gorycz napoju.- A te ładne proszenie to tym bardziej sobie wybij z głowy.
- O okrutna… Ranisz moje serce.- Odegrał scenkę lecz szybko spostrzegł moją zbitą i szybko smutniejącą minę. Usiadł naprzeciwko mnie a ja smutnie wpatrywałam się w blat stołu.
- To raczej nie ja się tym zajmuję… wiem coś o tym.- Rzuciłam drwiąc z samej siebie.
Ashley…- próbował coś powiedzieć lecz w tym momencie zadzwonił dzwonek do drzwi.- Ja otworzę.- Dokończył i zniknął. W końcu po paru minutach było słychać kłótnię, która od razu mi się nie spodobała. Pobiegłam do przedpokoju, a tam stał Michael oraz Nobu trzymając go za koszulę.
- Puść go Nobu!- Wrzasnęłam błagając w duszy by nie doszło do rękoczynów. On choć nie chętnie gwałtownym ruchem zrobił to o co go poprosiłam. Stanął przy mnie tak jakby chciał mnie ochronić przed Michaelem.
- Nie przyszedłem tu kłócić się z tobą.- Wymamrotał Mike poprawiając kołnierzyk.- chcę porozmawiać z Ashley na osobności.- dodał.
- Ty już swój limit słów wyczerpałeś! Możesz zapomnieć, że ci na to pozwolę.
- Możesz się nie mieszać w nie swoje sprawy?- Odparł co jakiś czas spoglądając na mnie lecz nie byłam w stanie spojrzeć mu w oczy.
- To są moje sprawy. Człowieku nie rozumiesz, że zraniłeś ją! Cholernie ją to zabolało… Nawet pozwoliłeś na tą szopkę z programem.
- Wiem! Wiem, że popełniłem ogromny błąd.
- Michel!- Wrzasnęłam nagle nie mogąc powstrzymać złości i łez.- Ty dziecko nazywasz błędem?! Zawsze marzyłeś o dzieciach, mówiłeś o nich z taką pasją i miłością, a teraz co? Błąd?
- Ashley to nie oto mi chodziło… błędem było upicie się i przespanie z Brooke. Błędem było nie powiedzenie ci tego, błędem było, że dowiedziałaś się o tym w taki sposób…- Starał się mi wszystko wytłumaczyć, w jego oczach dostrzegłam szczerość i zapragnęłam znów sprawić by były szczęśliwe. Nie, nie mogłam, coś mi nie pozwalało. Raczej ktoś… Michael już nie był sam, miał Brooke i niedługo również dziecko. Nie widziałam miejsca u jego boku…
- Rozumiem… w porządku.- Wyszeptałam kątem oka widząc jak Nobu cały aż chodzi. Dużo go kosztowała ta sytuacja.
- Ashley! Nie słuchaj tego gnojka… Zdradził Cię i będzie miał dziecko z inną. Tu nic nie jest w porządku!
- WIEM!- Krzyknęłam, a ręce trzęsły mi się jak osika.- Wiem…- Powtórzyłam ciszej i omal się nie osunęłam na podłogę gdyby nie silne ramiona Michaela. Nasze oczy zbiegły się w dziwnym spojrzeniu… Jego wzrok pełen miłości, a mój? Nie wiedziałam i to mnie przerażało… Nobu podbiegł szybko do nas i szybkim ruchem odepchnął Mike’ a , odsuwając mnie.
- Przestań się wtrącać! Kim ty w ogóle jesteś dla niej, że pozwoliłeś sobie decydować za nią?- Michael oburzył się widząc jak Nobu trzyma mnie w ramionach. Ja zamroczona całą tą sytuacją, nawałem uczuć i kłopotów które mnie przerażały, nie wtrącałam się w tą wymianę słów.
- Jestem jej…- I tu się zawahał. Przez moment nie wiedział jak ma to ubrać w słowa.-… przyjacielem. Kocham ją! Rozumiesz to!? Kocham ją od samego początku… Pewnego razu gdy płakała coś jej obiecałem. Obiecałem jej się nie wtrącać, że uszanuję jej decyzję i schowam uczucia do kieszeni.- Michael przyglądał się mu ze złością czekając na dalszą część tej historii.- Przyrzekłem jednak również, że jeśli ujrzę na jej policzku choć jedną łzę uronioną z twojego powodu to wkroczę i będzie ze mną. Wtedy będzie naprawdę szczęśliwa i nie pozwolę jej płakać już nigdy… I wczoraj zobaczyłem!- Wrzasnął.- Człowieku nawet nie wiesz jak płakała. Płakała tak, że czułem się bezradny… Nic nie mogłem zrobić by uleczyć jej pęknięte serce…
- Ja nie chciałem…- Szepnął, a jego oczy się zaszkliły.
- Mogę ci obiecać, że nie spieprzę tego jak ty. Miałeś taki skarb w rękach i zamiast go pielęgnować to wszystko zrujnowałeś.- Pomógł mi usiąść, po czym podszedł do Michael i znów go przygwoździł do ściany.- Możesz być pewien, że nie pozwolę byś ją znowu zranił.- Michael wyrwał się po czym podszedł do mnie i ukląkł przede mną. Spojrzałam na Nobu dając mu do zrozumienia by nic nie robił, by dał mi szansę, żebym to ja wreszcie zabrała głos w swojej sprawie. Niechętnie lecz zrozumiał i posłuchał.
- Wiem, że tego nie planowałeś…. Ta zdrada nie jest aż tak bolesna. Byłeś pijany… ludzie różne głupie rzeczy robią po alkoholu. Może nie szybko lecz kiedyś Ci to wybaczę ale Michael zatajałeś to. Zbłaźniłam się przed oczami całego LA głupio broniąc naszej miłości. A do tego jeszcze będziesz miał dziecko…
- Mogę płacić na nie alimenty, uznam je, dam swoje nazwisko lecz nie ożenię się z Brooke. To Ciebie kocham…
- Nie Mike. Dziecko to jest odpowiedzialność! Nie możesz być weekendowym tatusiem, który sypnie forsą i będzie po kłopocie. Za bardzo wiem jak to boli i jak źle wpływa na dziecko.- Tu posmutniałam jeszcze bardziej przypominając sobie swoje dzieciństwo. Taty nigdy nie było.- Do cholery masz się zajmować tym dzieckiem! Rozumiesz? Masz go kochać najbardziej na świecie, masz go obsypywać prezentami, masz pamiętać o jego urodzinach, a przede wszystkim masz przy nim być. Stać murem… Nie z daleka…- Wymamrotałam przez łzy, po czym wstałam kierując się w stronę Nobu.- Ja sobie poradzę…
- Proszę cię nie przekreślaj nas. Nie umiem wykreślić cię z mojego życia. Wiesz, że nie umiałbym inaczej zachowywać się względem mojego dziecka. Będę go kochać najmocniej jak potrafię, lecz w sercu jest miejsce i dla ciebie.
- Idź już proszę…
- Ashley…- Próbował złapać mnie za rękę lecz ja unikałam jego dotyku jak ognia bojąc się, że jeśli jego delikatna skóra dotknie mojej wszystko się zmieni. Bez pamięci wybaczę mu wszystko i jak jakaś idiotka jak gdyby nigdy nic rzucę mu się w ramiona.
- Panu już dziękujemy…- Odparł oschle Nobu otwierając mu drzwi na oścież. Michael żegnając się ze mną smutnym spojrzeniem wyszedł. Będąc na klatce na chwilę przystał i nie odwracając się dodał:
- Będę o ciebie walczył.- Skończył i zniknął pozostawiając mnie pełną sprzecznych uczuć. Pełną niepewności, złości, bólu, upokorzenia, zdrady… i nadziei.
środa, 12 października 2011
Dzięki współpracy z Estate of Michael Jackson już 21 listopada na półki sklepowe trafi zarówno wersja deluxe 2CD oraz jednopłytowa edycja nowego albumu Michaela Jacksona ‘Immortal’. Pod dyrekcją znanego dyrektora muzycznego tras koncertowych takich gwiazd jak Madonna, Justin Timberlake, czy też Rihanna – Kevina Antunesa. Projekt ‘Immortal’ jest owocem blisko rocznej pracy Atunesa w studiu nagraniowym z oryginalnymi masterami piosenek Michaela. Wynikiem tej pracy jest ponad 40 piosenek Króla Popu, muzycznie ‘przeprojektowanych’ w taki sposób, by fani Michaela na nowo mogli odkryć jego twórczość i spojrzeć na jego muzyczne dziedzictwo z innej perspektywy. To nowe muzyczne doświadczenie okraszać będą oryginalne ścieżki wokalu Jacksona. "Immortal" będzie nie lada gratką dla fanów Króla Popu. Album zawierać będzie na nowo zaaranżowane największe hity Michaela, elektryzujące mixy jego przebojów, a także zupełnie nowe, niedawno odkryte i nigdy wcześniej niepublikowane alternatywne wersje takich przebojów #1 Michaela, jak: ‘ABC’ Jackson’s 5, czy też ‘They Don’t Care about Us’ nagrane z towarzyszeniem chóru. By zamówić płytę ‘Immortal’ oraz zobaczyć fragmenty przedstawienia Michael Jackson The Immortal Word Tour należy odwiedzić stronę: www.michaeljackson.com
- Working Day and Night (Immortal Version)
- The Immortal Intro (Immortal Version)
- Childhood (Immortal Version)
- Wanna Be Startin’ Somethin’ (Immortal Version)
- Shake Your Body Down To The Ground (Immortal Version)
- Dancing Machine/Blame It On The Boogie (Immortal Version)
- Ben (Immortal Version)
- This Place Hotel/Smooth Criminal/Dangerous (Immortal Version)
- The Mime Segment: I Like The Way/Speed Demon/Another Part Of Me (Immortal Version)
- J5 Medley: I Want You Back/ABC/The Love You Save (Immortal Version)
- Human Nature/Speechless (Immortal Version)
- Is It Scary/Thriller/Ghost/Somebody’s Watching Me/Threatened (Immortal Version)
- You Are Not Alone/I Just Can’t Stop Loving You (Immortal Version)
- Beat It/Jam/State Of Shock (Immortal Version)
- Earth Song/Planet Earth (Immortal Version)
- Scream/Little Susie (Immortal Version)
- Gone Too Soon (Immortal Version)
- They Don’t Care About Us (Immortal Version)
- I’ll Be There (Immortal Version)
- Immortal Megamix: Can You Feel It/Don’t Stop Til You Get Enough/Billie Jean/Black Or White (Immortal Version)
- Man In The Mirror (Immortal Version)
- Remember The Time/Bad (Immortal Version)
Źródło: michaeljackson.com / GeniusMJ
sobota, 08 października 2011
Witam wszystkich stałych czytelników oraz tych przelotnych gości, którzy nie potrafią zagrzać na moim blogu stałego miejsca. Zapraszam do przeczytania kolejnej części mojego opowiadania. Zapraszam!;)
*************
Owacje na stojąco. Wszystkie reflektory zwrócone na zespół. Nasz tytułowy utwór wszystkim bardzo się spodobał i wywołał u publiczności dziki szał. Nawet grupka dziewcząt z wielkim transparentem „BLAST” śpiewała głośno razem z nami słowa piosenki. Niesamowite uczucie…
Znów zasiedliśmy na kanapie by kontynuować rozmowę z dociekliwą prezenterką. Po występie znacznie wszyscy się rozluźniliśmy, przyjmując strategię że raczej teraz będzie z górki.
- Witam wszystkich po przerwie. Przeżyliśmy właśnie wspaniały występ na żywo zespołu Black Stones. Myślę, że raczej chyba już nikt nie ma wątpliwości dlaczego są aż tak popularni. A teraz wróćmy do naszej rozmowy z przed przerwy. Muszę o to spytać bo wiele fanek prosiło mnie o to… Czy jesteście teraz w jakiś związkach?- Zapytała nas jednocześnie chichocząc pod nosem.
- Aktualnie cały zespół oprócz Ash jest wolny.- Wystosował odpowiednią odpowiedź Yasu. Shin zalotnie puścił oczko do dwóch dziewczyn siedzących w pierwszym rzędzie. Od razu zaczęły piszczeć i zakrywać z zachwytu usta.
- Dziewczyny, dobra wiadomość!- Skwitowała całe te zachowanie. Po chwili ogólnego zachwytu jej wzrok spoczął na mnie. Przełknęłam nerwowo ślinę. Błagałam w myślach by nie wchodziła na tereny osobiste…- Ashhley ty i Michael jesteście szczęśliwą parą już od ponad roku. Nie zamierzacie zalegalizować związku lub przynajmniej zamieszkać razem?
- Jak na razie jest dobrze tak jak jest. Kocham go lecz teraz oboje jesteśmy bardzo zapracowani. Czekamy na bardziej odpowiedni moment i nie zastanawiamy się nad takimi rzeczami.- Odpowiedziałam uśmiechając się najszczerzej jak potrafiłam.
- No tak praca, praca, praca. Ale w waszym związku nie ma żadnych konfliktów?- Ciągnęła dalej tak jakby wiedziała o czymś o czym ja nie wiem.
- Nie. Ufamy sobie i to jest podstawą związku…
- Mamy pewien materiał, który chcę wam przedstawić.- Wymamrotała z szyderczym uśmieszkiem i dała znać reżyserce by włączyła materiał. Moje ciało przeszedł dreszcz, a oddech przyśpieszył. Wpatrywałam się w to co się działo na ekranie i nie mogłam uwierzyć własnym oczom. Materiał przedstawiał Michaela i Broke. Wszystko było by ok. gdyby nie fakt, że właśnie się całowali. Po chwili na nagraniu było widać już tylko Broke, która udzielała wywiadu. Zacisnęłam ze złości pięść, a oczy zaszkliły mi się łzami.
- Jak Pani skomentuje wasz pocałunek na oczach całego świata?
- I tak mieliśmy już wszystkim o tym powiedzieć lecz nas przyłapaliście.- Zachichotała durnie, a ja kręciłam przeczącą głową nie chcąc w to uwierzyć. Michael przecież by mi tego nie zrobił… każdy tylko nie on…- Zdradzę wam w sekrecie Michael poprosił mnie o rękę!
- Co?!- Wymamrotałam pusto nadal nie mogąc w to uwierzyć.
- I co Pani odpowiedziała?
- Oczywiście się zgodziłam.- Roześmiali się razem jakby to była wspaniała wiadomość i tak oczywiście oczywista. Nagranie się zakończyło, a oczy wszystkich bezlitośnie spoczęły na mnie. Prezenterka nadal miała zamiar ciągnąć tą torturę.
- Ashley czy wiedziałaś o planach Michaela?- Zapytała jakby nigdy nic uśmiechając się sztucznie.
- To…- Przełknęłam ślinę i powstrzymałam się by nie runąć płaczem.- … to pewnie jakieś stare nagranie. Wiedziałam, że kiedyś ich coś łączyło…- Starałam się znaleźć jakieś wytłumaczenie.
- To nagranie z przedwczoraj….- Uświadomiła mnie, a ja znów pokręciłam z niedowierzaniem głową.
- Niemożliwe…- Wyszeptałam pod nosem. Chłopacy widząc mój stan szybko zainterweniowali. Yasu złapał mnie dyskretnie za rękę by mnie uspokoić, a Nobu zwrócił się do prezenterki.
- To są prywatne sprawy naszej przyjaciółki i nikt Pani nie pozwolił prać czyiś brudów na oczach wszystkich widzów.- Rzucił niemiło wywołując u niej lekkie oburzenie.
- Tak oczywiście jednak jesteście częścią świata show-biznesu musicie być przygotowani na takie rzeczy…- Wymamrotało po chwili zwracając się do kamery.- Na dzisiaj to już wszystko w naszym programie! Zapraszam Was za tydzień kiedy będziemy gościć zespół Roxette. Do zobaczenia!- Odczekałam tylko chwilę aż dano znak, że zeszliśmy z wizji. Wstałam gwałtownie i wybiegłam ze studia jak oparzona. Na szczęście tylne drzwi były otwarte… Ustałam przy jakimś murze i opierając dłonie o kolana oddychałam głęboko. Zagryzłam wargę i powtarzałam sobie w myślach: „To nie możliwe… On by mi tego nie zrobił!”. Jednocześnie próbowałam powstrzymać od płaczu. Po paru minutach przybiegli za mną chłopacy, widząc mój stan Yasu objął mnie i powiedział cichutko:
- Chodź zabierzemy Cię do domu.
- Nie! Nie…- Kręciłam przeczącą głową nie chcąc uwierzyć w to że właśnie w tym momencie cały mój świat legł w gruzach.- On by mi tego nie zrobił…
- Ash…- Nobu podszedł do mnie bliżej i dotknął mojego policzka.- Chodź do domu.
- Muszę z nim porozmawiać…- Wzięłam się w garść i wydostałam się z uścisku Yasu.
- Musisz ale nie teraz. Jesteś roztrzęsiona nie chcesz chyba, żeby coś ci się stało…- On nadal nalegał. Westchnęłam patrząc na nich smutnym wzrokiem.
- Dobrze.- Odparłam odchylając głowę do tyłu i zamykając oczy. W głowie miałam jeden wielki mętlik. Ziemia usunęła mi się z pod stóp i miałam wrażenie, że już nic nie będzie takie jak zawsze. Yasu objął mnie delikatnie i pomógł mi wejść do samochodu. Przez całą drogę siedzieliśmy cicho nic nie mówiąc. Weszliśmy do mieszkania, tam czekała na nas Finix. Spojrzała się na mnie smutno i podeszła by mnie przytulić.
- Kochanie jesteśmy przy tobie.- Szepnęła mi do ucha i razem usiadłyśmy na kanapie. Nobu i Yasu szepnęli coś porozumiewawczo do siebie po czym spoczęli naprzeciwko nas w fotelach. Shin przyniósł mi sok do picia. Wzięłam szklankę starając się nie rozkleić. Tylko spokój mógł mnie uratować przed agonią rozpaczy.
- Dzięki…- Wymamrotałam.- To na pewno był jakiś fotomontaż… A ta Broke zawsze gadała co jej ślina na język przyniesie. Pewnie i teraz coś sobie ubzdurała…
- Ashley…- Zaczął Yasu lecz szybko przestał widząc mój zdeterminowany wzrok.
- Muszę mu ufać!- Wrzasnęłam.- Muszę… Przecież powiedziałam, że mu ufam. – Dodałam ciszej.- Na pewno mi to wyjaśni i okaże się to jakąś pieprzoną pomyłką…- W tym momencie głos mi się załamał.- Muszę w to wierzyć…- Wszyscy spuścili smutno wzrok, a ja dotknęłam wargą szklanki. Pozostała mi tylko wiara i nadzieja… tylko to…
…
Możecie mi wierzyć lub nie ale ja naprawdę wierzyłam, że to wszystko jest jakąś debilną pomyłką, lub koszmarem z którego obudzę się gdy tylko nadejdzie odpowiedni moment. Przed felernym programem obiecałam Michael’ owi, że do niego przyjadę. Byłam zbyt roztrzęsiona by sama prowadzić. Mimowolnie ręce mi się trzęsły, a pogmatwane myśli kotłowały w głowie.
- Jesteśmy…- Odparł Yasu spoglądając na mnie kątem oka. Nie podobało mu się, że postanowiłam z nim po tym co się stało rozmawiać.- Może pójdę z Tobą?- Zapytał w końcu nieśmiało, mimo wszystko raczej spodziewając się co odpowiem.
- Nie, sama muszę z nim porozmawiać. Nie ma sensu żeby ktoś trzeci się w to mieszał.- Odparłam wysiadając z granatowego Mercedesa.
- I tak już jakaś trzecia osoba się wmieszała, a konkretnie ta niejaka Broke.- Odpowiedział lecz szybko zrozumiał widząc moją minę, że mnie tym rani. Odetchnęłam głęboko i nachyliłam się do niego przez otwartą szybę. Obdarowałam go szczerym pocałunkiem w policzek i odeszłam by stoczyć najtrudniejszą rozmowę jaka mnie dotąd czekała.- Poczekam na ciebie…- Usłyszałam w oddali. Jakiś kamień spadł z serca, ulga wypełniła moje ciało. Przynajmniej nie będę po tej rozmowie sama, tylko tam na górze wiedzą jak to się zakończy. Do środka wpuściła mnie miła pokojówka, która od progu słała mi pokrzepiające uśmiechy. Jednak miałam niemiłe wrażenie, że o wszystkim wie… Hah! Przecież wszyscy wiedzą, to leciało w telewizji… Jęknęłam po cichu. Usiadłam w salonie i pewnie wyglądałam jak idiotka, idiotka która boi się przed rozmową ze swoim chłopakiem. Boi się i czuje się tak jakby to ona tu zawiniła, jakby to ona zrobiła coś złego.
- W ogóle nie rozumiem po co tu przyszłaś…- Naglę jak znikąd pojawiła się kobieta, której obecność coraz bardziej mnie brutalnie uświadamiała. Gdyby to wszystko było oszustwem, to jej by tu nie było. Nie to wszystko nie tak…
- Porozmawiać z Michael’ em…- Wymamrotałam z poczuciem winy w głosie. Nagle sobie uświadomiłam, że to nie ja powinnam się tak czuć.- Chyba wypadało by mi cokolwiek wyjaśnić!- Zebrałam w sobie ostatki sił i syknęłam sarkastycznie pozbywając się resztki poczucia winy.
- Zdaje mi się, że już wystarczająco wszystko wyjaśniono Ci w tamtym programie. No jaśniej się nie da…- Uniosła do góry ramiona pokazując mi, że nie ma kompletnego pomysłu jak mi pomóc.
- Super, a teraz pozwól, że to omówię z Michael’ em bo jeśli ma zamiar być z tobą to niech chociaż się odważy powiedzieć mi to prosto w oczy!- Wrzasnęłam rozwścieczona. Nie mogłam tak dłużej…
- Nie podnoś głosu bo nie jesteś u siebie!- Powiedziała donośnym głosem by podkreślić swoją domniemaną wyższość nade mną.- Ty mała…- Zapewne tu chciała użyć jakiegoś równie miłego jak ona sama określenia lecz przerwał jej Mike.
- Broke wystarczy.- Odparł cicho, a jego wzrok błądził wszędzie by tylko nie spotkać się z moim.- Zostaw nas proszę samych…- Ona lekko się oburzając, wychodząc jedynie syknęła:
- Tylko załatw to szybko…
- Mike co tu się do jasnej cholery dzieje?- Rzuciłam się na niego i zmusiłam by się na mnie spojrzał. Jego wzrok był smutny, sprawiał że wszelka nadzieja opuściła moje ciało.- O co chodzi z tym pocałunkiem, zaręczynami?!
- Broke jest w ciąży…- Wypalił nagle mi przerywając, a ja poczułam jakby mój cały świat legł w gruzach.
- W ciąży?- Powtórzyłam tępo osuwając się na kanapę.- Ale jaki to ma związek z nami?
-…w ciąży ze mną.
- Ale jak? Przecież my…- Wymamrotałam patrząc się na niego z niedowierzaniem. Ostre jak brzytwa fakty zaczęły docierać do mojego serca robiąc przy okazji ogromne i bolesne rany. Czekałam na jakąś odpowiedź… W końcu klepnęłam się w głowę i pokręciłam ironicznie głową.- No tak! Niemądra Ashley! Myślała, że jest jedyna.
- To nie tak…
- A jak!- Przerwałam mu jednocześnie powstrzymując łzy.
- Broke przyjechała do mnie się wyżalić. Długo rozmawialiśmy to przy kolejnych butelkach wina… Ashley byłem pijany i nic nie pamiętam z tamtej nocy.- Próbował się usprawiedliwić, a ja kręciłam przecząco głową.
- Kiedy!!!???- Wrzasnęłam.
- Ashley…
- Kiedy!!???- Powtórzyłam uparcie.
- W tamtą sobotę…- Szepnął, a ja zaśmiałam się przez łzy, rozumiejąc jaka byłam głupia.
- Dwa dni po tym jak my…- Wymamrotałam patrząc się przed siebie. Wzięłam głęboki oddech.- Byłeś moim pierwszym Wiesz!?
- Ashley proszę Cię daj mi wszystko wytłumaczyć. Uznam dziecko, ale się z nią nie ożenię. To Ciebie kocham!
- Naprawdę!? Nie Mike…- Kręciłam przecząco głową nie chcąc już niczego słuchać.- Zostaniesz z nią bo ona nosi twoje dziecko. Do cholery Twoje!- Spojrzałam się na niego ze złością. Stał przede mną bojąc się poruszyć bym nie uciekła. – Ona nie ja…- Wyszeptałam załamanym głosem. Wstałam i udałam się w stronę drzwi. Musiałam stamtąd uciec inaczej ten ból by mnie rozerwał. Myśl, że on już nie jest mój, że nie mogę go przytulić stojąc z nim w tym samym pomieszczeniu… Złapał mnie za rękę, a ja spojrzałam się w dół, byle nie na niego.- Dlaczego pozwoliłeś zrobić ze mnie idiotkę przed tysiącami ludzi… Dlaczego mi nie powiedziałeś wcześniej…- Zapytałam przez łzy.
- Bałem się… Nie chciałem psuć ci Twojego wielkiego dnia. Nie spodziewałem się, że wyskoczą z tym nagraniem… Ashley przepraszam.- Już go nie słuchałam… Nie mogłam, wyrwałam się z uścisku i pozostawiłam go samego stojącego w holu swojego ogromnego domu. Wsiadłam pośpiesznie do samochodu, oparłam się o siedzenie głęboko oddychając, po czym ukryłam twarz w dłoniach. Zgięta w pół łkałam nic nie mówiąc.
- Maleńka co się stało?- Yasu próbował mnie uspokoić lecz nie potrafiłam zatrzymać łez, które same bez pozwolenia płynęły mi po policzkach.
- Zabierz mnie stąd… Błagam zabierz…- Szepnęłam wpatrując się w niego żałosnym wzrokiem, wzrokiem pełnym łez i bólu. Chyba jeszcze mnie taką nie widział, w aż takim stanie na pewno nie. Przez chwilę wpatrywaliśmy się w siebie. On zdjął okulary, a w jego oczach było przerażenie, nie moc… Nie mógł uwierzyć w to jak cierpię. Po chwili ocknął się zdając sobie sprawę z tego, że musi mi jakoś pomóc.
- Wszystko będzie dobrze. Jestem przy tobie…- Odparł czule, założył ponownie okulary, zapalił papierosa i ruszył. Zachłannie wdychałam wiśniowy aromat rozchodzący się po samochodzie… Chcąc odetchnąć, chcąc się uspokoić, ukoić nerwy… Po prostu zapomnieć…
niedziela, 02 października 2011
Czas coś napisać bo robi się z deka nudno;) ZACZYNAMY!!!!!! Zapraszam do czytania i komentowania;)
****************
- Kobito gdzieś Ty była! Ani me ani be, ni pocałuj mnie w d**e.- Wyraziła swoje niezadowolenie Finix gdy tylko przekroczyłam próg naszego mieszkania.- Ciebie nie było, a ja miałam tamtą trójkę cały czas na głowie.- Poskarżyła się wskazując oskarżycielsko palcem na Shina, Yasu i Nobu siedzących przy stole i grających w makao.
- Ej no jakoś wczoraj się nie skarżyłaś!- Sprzeciwił się Shin myśląc nad swoim następnym ruchem.
- No bo wczoraj to wy stawialiście żarcie i picie…- Uśmiechnęła się do niego, szczerząc się od ucha do ucha. Ja nadal pod wpływem Michaela nie za bardzo zważałam na ich jakiekolwiek pretensje co do mojej osoby. Usiadłam rozmarzona na fotelu i miętosiłam w ręku mój nowy wisiorek. Finix zauważyła moje dziwne zachowanie i siadając naprzeciwko obrzuciła mnie podejrzliwym wzrokiem. Nagle rozdziawiła usta najszerzej jak potrafiła, zrobiła zadziwione oczy i spojrzała się z niedowierzaniem.- Nie!
- Co nie?- Zapytałam się nie mając zielonego pojęcia o co może jej chodzić.
- Zrobiliście to!!!!- Wrzasnęła wywołując zaciekawienie u chłopaków. Shin jak zawsze mało domyślny, jako pierwszy zaczął się o wszystko dopytywać.
- Ale co zrobiliście!?
- Błagam Ci Shin… wytęż te swoje szare komórki!- Zaczął go uświadamiać Yasu.
- No to! Aaaaaa!- Wreszcie zajarzył.
- Pozwolicie, że moje życie erotyczne to będzie tylko i wyłącznie moja prywatna sprawa?- Odparłam jednocześnie uderzając go w głowę.
- Ale jaja…- Skwitowała mnie Finix co jeszcze bardziej utwierdziła w przekonaniu, że cała trójka nie wliczając Yasu to banda dzieciaków.
- Ja nie mogę, czy to jest jakieś przełomowe odkrycie! Może od razu otwórzcie szampana i wyślijcie wiadomość do telewizji.
- Tsa, nie ma się czym ekscytować.- Naglę wtrącił się Nobu. Od kiedy weszłam był jakiś nieobecny, zamyślony. Znów ogarnęło mnie dziwne poczucie winy.
- No wreszcie zaczynasz dorastać….- Uśmiechnął się Yasu, po czym zwrócił się do mnie.- Ash czekamy tylko na Twoją zgodę…
- Ale na co?- Jęknęłam, wsuwając kolejnego rogalika z dżemem.
- Dostaliśmy ofertę by wystąpić w telewizji muzycznej. Cały program o nas. Wywiad, rozmowa, występ.- Odparł zaciągając się papierosem. Spojrzałam się na niego dziwnym wzrokiem i po chwili ogólnego zawieszenia podrapałam się po głowie.
- To będzie wspaniała reklama dla zespołu mimo, że nie przepadam za mediami. Nigdy do końca im nie można wierzyć…
- Hah…- Zaśmiał się pod nosem i poprawił swoje czarne okulary.- Spodziewałem się takich słów z twoich ust.
- Znasz mnie.- Prychnęłam dobrze zdając sobie z tego faktu sprawę. Przy Yasu nic nie musiałam mówić, on po prostu wie co mi leży na duszy.
- Bo się poryczę.- Wtrącił się niepostrzeżenie Nobu, któremu jak na razie ani na moment nie poprawił się humor. Postanowiłam być twarda i nie okazywać jakiegokolwiek poczucia winy względem niego. Czyste relacje przyjaciel- przyjaciel dla dobra ogółu. Aby rozładować dziwną atmosferę, która nastała w geście przyjaźni przyłożyłam mu lekko w plecy ręką.
- Bardzo śmieszne Nobu. Jeśli masz zamiar się nabijać z przyjaciół to lepiej rób to w innym pokoju.- Syknęłam zabawnie wywołując na jego twarzy o dziwo błogi uśmiech, być może ulgi. Po sekundzie uniesienia ocknął się i spostrzegł właśnie, że w tym konkretnym momencie powinien się poważnie oburzyć.
- Ała!- Krzyknął w końcu, a my po prostu wybuchliśmy śmiechem.
- Nobu trochę spóźniasz się z reakcją!- Zawył Shin jednocześnie kładąc na stół ostateczne karty. Oczywistą oczywistością był fakt, że wygrał. Kolejny raz!
- Pasuję! Z nim się nie da wygrać!- Stwierdził Yasu pocierając ze zdumienia głowę.
- Ej ja po prostu się zamyśliłem!- Szybko Nobu usprawiedliwił swoją skąd inąd nic nieznaczącą i dodajmy kolejną przegraną.
- Ta jasne. Ash widziałaś ograłem ich bez najmniejszego problemu!- Pochwalił się dumny z siebie Shin obejmując mnie jedną ręką.
- Och tak, jesteś niesamowity. Jak mogłam wybrać Jacksona, a nie Ciebie! O ja nieszczęsna!- Odegrałam rolę swojego życia znów wprawiając wszystkich w szampański nastrój.
- Wybaczam, wspaniałomyślnie wybaczam!- Nachylił się nade mną i obdarzył mnie buziakiem w policzek. Ja nieco się opierając mimowolnie się uśmiechnęłam, po czym teatralnie wytarłam policzek rękawem.
- Błe…- Skwitowałam zaistniałą sytuację.
- Też Cię kocham mała.- Zachichotał Shin popijając łyk piwa i tasując karty jak prawdziwy profesjonalista.
- A tak wracając do tego nagrania, to na kiedy jesteśmy umówieni?
- Za tydzień, to po pierwsze, a po drugie to nie będzie nagranie.- Odpowiedział mi dosyć zawile Yasu, co mnie trochę zmartwiło. No nie powiem, że nie.
- Że jak?
- Będzie to program na żywo.- Wypalił znów spodziewając się mojej reakcji.
- Nie no Ty chyba naprawdę chcesz, żebym się zbłaźniła.- Potarłam z zażenowaniem czoło.
- Będziemy razem z tobą.
- Zapewniam Cię, że od razu mi lepiej na samą myśl, że nie tylko ja wyjdę na idiotkę.- Zachichotałam, po czym usiadłam na kolanach Yasu i nachyliłam mu się do ucha.- Tylko nas pilnuj….- Szepnęłam znów chichocząc. Poczułam ciepło jego dłoni i błogi spokój. Przy nim byłam bezpieczna, przecież już nie raz wyciągał mnie z opresji. Mój wierny przyjaciel, który wybrał muzykę, a nie kancelarię prawną w rodzinnym mieście. Staram się nie myśleć o tym, że zrobił to ze względu na mnie. Pozostańmy przy tym, że nikt znacząco nie wpłynął na jego decyzję. W dawnych czasach miał dziewczynę Layla’e ( niczym z piosenki Claptona) z którą często rozmawiałam. Zdradziła mi w sekrecie, że Yasu zwierzał jej się. Mówił, że nigdy nie pożuci kariery prawniczej, a muzyka pozostanie tylko hobby. Muzyki wtedy nie mógł być pewien… Mimo wszystko coś się zmieniło i na jeden mój telefon rzucił wszystko i przyleciał z chłopakami do LA.
- Zawszę to robię i jest mi z tym niezmiernie dobrze.- Odpowiedział i wypuścił z ust chmurę wiśniowego dymu. Wszystko było na miejscu, wszyscy byli obecni, a ja czułam się tak jakbym unosiła się w powietrzu. Nic nie było mi potrzebne, miałam wszystko i byłam szczęśliwa. Wreszcie…
…
- Tak to już dzisiaj i strasznie się denerwuje….- Wymamrotałam bezsilnie do słuchawki. Usłyszałam w odpowiedzi jedynie ciężkie westchnienie, a osoba po drugiej stronie wydawała się jakby nieobecna.- Michael, jesteś tam?
- Tak jestem kochanie…- Odpowiedział, lecz można było wyczuć w jego głosie, że coś się stało. – Dasz sobie radę… Ashley…
- Coś się stało? Jesteś jakiś dziwny.- Wymamrotałam zamykając oczy, pozwalając makijażystce na zrobienie ostrego punkowego makijażu.
- Wszystko jest ok.. Obiecaj, że po programie przyjedziesz i porozmawiamy.
- Obiecuje… Nawet nie musisz mnie do tego zbytnio namawiać i tak bym przyjechała.- Odparłam miło lecz nadal w powietrzu unosiło się coś niepokojącego, mimo jego zapewnień nic nie było ok..
- Pamiętaj, że mimo wszystko Cię kocham…
- Ja ciebie też… Ale mimo wszystko? Mike co się dzieje?- Zadawałam coraz więcej pytań nie mając pojęcia co się stało. Nagle do garderoby wszedł Yasu.
- Ash za pięć minut zaczynamy. Musisz już iść…
- Tak już…- Wymamrotałam zakrywając słuchawkę.- Michael muszę już iść porozmawiamy jak do Ciebie przyjadę.
- Pamiętaj kocham Cię i trzymam kciuki…- Usłyszałam jego pożegnanie, po czym odłożyłam słuchawkę. W sercu nadal miałam pewien niepokój i niepewność.
…
- Za dziesięć sekund wchodzimy na żywo!- Poinstruował nas dyrektor planu. Wszyscy razem siedzieliśmy na kanapie. Nieskazitelny image, chłopacy wyglądali jeszcze lepiej niż zwykle. Stado fanów na widowni podnosiło coraz większy szum. Szczególnie ich damska część była zachwycona Yasu, Shin’ em i Nobu. Prowadząca na pierwszy rzut oka miła osoba, ubrana schludnie lecz wystarczająco modnie jak na program dla młodej publiczności.
- …dziewięć, dziesięć! Jesteście na wizji!
- Dobry wieczór wszystkim! W dzisiejszym programie gościmy wschodzącą gwiazdę rocka. Ich przeboje wdzierają się na listy w zastraszającym tępię, zajmując najwyższe miejsca, a członkowie podbijają serca swoich fanów na całym świecie. Serdecznie powitajmy zespół Black Stones!!!!- Dziewczyna zapowiedziała nas żywiołowo, wywołując gromkie oklaski ze strony widowni.- Milo mi Was gościć…- Zwróciła się do nas.- Yasu, Nobu, Shin no i oczywiście charyzmatyczna wokalistka Ashley.
- Bardzo się cieszymy, że mogliśmy tu wystąpić.- Zaczął Yasu by dodać nam wszystkim odwagi. Spojrzeliśmy na siebie porozumiewawczo i już byliśmy gotowi na show. Weszliśmy w swoje role stając się całkiem innymi ludźmi.
- A więc zaczynamy… Pierwsze pytanie od fanów, jak wpadliście na tak oryginalną nazwę?
- Tak to było trochę nietypowe…- Zaśmiał się Nobu spoglądając na mnie.
- Dużo rozmyślaliśmy nad nazwą. Możecie nam uwierzyć lub nie, ale wbrew pozorom nie jest to takie łatwe na jakie wygląda. Przychodziły nam do głowy naprawdę głupie pomysły, a obecna nazwa również nie należy do najmądrzejszych. Yasu i Shin palą pewne dość nietypowe papierosy, specjalnie dla nich sprowadzane. Mają miły, a przynajmniej dla mnie, wiśniowy zapach. Ot i cała tajemnica…- Opowiedziałam zważając na słowa i starając się by to miało ręce i nogi. Yasu i Shin szybko wyciągnęli z kieszeni po paczce papierosów i pokazali je do kamery.
- To im zawdzięczamy nazwę… Papierosom Black Stones.- Dodał wywołując na twarzy prowadzącej uśmiech i satysfakcję z udzielonej odpowiedzi.
- Rzeczywiście bardzo ciekawa historia. A więc jak długo gracie w takim składzie, jak zaczęła się wasza przygoda?
- Byliśmy od zawsze dobrą paczką przyjaciół, którzy mogą na siebie liczyć. Każdy z nas miał jakieś problemy, coś szło nie tak, więc uciekaliśmy w granie. I tak niezmiennie od pięciu lat.- Stwierdził Nobu poklepując siedzącego obok Shina.
- Kariera zaczęła się wraz z tym jak na bankiecie Ashley została odkryta przez dyrektora Motown Records. Gdy dostała propozycję od razu do nas zadzwoniła, potem było przesłuchanie… Spodobaliśmy się więc podpisali z nami kontrakt.- Streścił całą historie Yasu, a ja czułam się bezpiecznie bez zbędnych i niepotrzebnych pytań kierowanych w moją stronę.
- Niesamowite! Czyli jednym słowem mieliście niesamowite szczęście, że wtedy Ashley zaśpiewała na tym bankiecie… Z pewnych źródeł dowiedziałam się, że byłaś tam u boku Michaela Jacksona. Jak już dawno wiadomo oficjalnie jesteście parą. Czy w jakimś stopniu zawdzięczacie mu swój debiut?- Padło w końcu to pytanie, którego się najbardziej obawiałam. Postanowiłam sama uporać się z nim, dotknęłam delikatnie Yasu dając mu do zrozumienia, że ja odpowiem.
- Jedynym jego wkładem w to było zabranie mnie na bankiet.- Rzuciłam odważnie jednocześnie odrzucając grzywkę na boku ukazując mocno pomalowane oko.- Reszta to tylko i wyłącznie nasza ciężka praca. Sami przygotowywaliśmy się do przesłuchania, sami napisaliśmy piosenki i sami musieliśmy sprostać zadaniu jakie postawiło nam Motown Reckords.
- Rozumiem… Preferujecie oryginalny styl muzyczny. Na pewno trudno było Wam się przebić pomiędzy innymi gwiazdami uprawiającymi bardziej popularne nurty muzyczne.
- Tak punk- rock przed nami nie był zbytnio popularny. Jednak myślę, że udało się nam przekonać do siebie całkiem sporą grupę ludzi…- Po wypowiedzeniu tych słów przez Nobu rozbrzmiały gromkie brawa i okrzyki radości. Ludzie domagali się występu, jednak ja widziałam na twarzy naszej rozmówczyni pewien niedosyt. Mogłam być wtedy prawie pewna tego, że nie ucieszyło ją to, że rozmowa zeszła na inny temat niż JA i MICHAEL JACKSON. Jak się później przekonałam szybko to nadrobiła.
- Widownia szaleje! Zapraszam wszystkich na krótką przerwę, ale nie odchodźcie od telewizorów. Po przerwie czeka nas występ naszych gwiazd i dalsza rozmowa, która na pewno Was nie raz zaskoczy!- Odparła patrząc się prosto w kamerę. Jakiś koleś pomachał przed nami dając nam do zrozumienia, że mamy pięć minut przerwy. Cisza przed istną burzą, nieświadomi nadchodzących kłopotów żartowaliśmy ze sobą, przepychając się na studyjnej kanapie. Błoga nieświadomość….
Polecam wejść na stronę http://www.geniusmichaeljackson.com/news.html i przeczytać o przebiegu procesu lekarza Michaela.
sobota, 24 września 2011
Czasami jest tak wspaniale, tak miło i wesoło. Jednak szybko ta sielanka się kończy i znów wszystko jest po staremu… zapraszam do czytania;)

****************
- Michael, może odłożymy to na później… Zobacz w powietrzu wyraźnie można wyczuć nadchodzącą burzę.- Odparłam otwierając okno w jego czarnym Bentley’ u. Postanowił koniecznie pokazać mi swój nowy zakup, czyli ranczo Neverland. Jakoś jednak nie byłam zachwycona tym pomysłem. Czegoś się bałam, bałam się tej przestrzeni, nieznanego.
- Zdążymy wrócić przed nią. Zobaczysz, że Ci się spodoba.- Starał się mnie przekonać, gładząc jednocześnie moje kolano. Westchnęłam teatralnie i spojrzałam się z niepokojem w niebo.
- Dobrze wiesz, że i tak ci ulegnę…- Nagle usłyszeliśmy potężny grzmot w oddali, a ja poważnie zaczęłam rozważać w którą stronę uciekać.- O nieeee…- Zapiszczałam przerażona. Michael jako prawdziwy facet objął mnie swoimi silnymi ramionami, a nasze ciała tylko rozdzielała niesforna skrzynia biegów. Ku mojemu wielkiemu zdziwieniu usłyszałam również chichot mojego ukochanego.
- No nie mów, że boisz się burzy?- Wycedził dumny ze swojego żartu, a ja w akcie strajku gwałtownie wyrwałam się z jego objęć.
- Jedźmy już zanim się rozmyśle i postanowię spędzić ten wieczór razem z Yasu, Nobu, Shinem i Finx przy „Edwardzie Nożycorękim”.
- Nożycoręki?- Zapytał się zdziwiony Mike, a ja nie mogłam uwierzyć, że nie zna tego filmu.
- No nie! Takiego klasyka nie znać?! Tim Burton świetnie wybrał, dając role Edwarda Johnny’ emu Deep’ owi. Uwielbiam go!- Dałam mu wykład, a on spojrzał się na mnie badawczym wzrokiem.
- A no tak Johnny coś wspominał o bardzo ciekawej roli… Widocznie to o tym mówił.- Wymamrotał udając, że naprawdę się nad tym zastanawia. Gdy do mnie tylko dotarło, że Mike właśnie dał mi do zrozumienia, że zna moje ulubionego aktora postanowiłam się już nie odzywać i tylko wysapałam:
- Nie na widzę cię…- Zrobiłam przy tym groźną minę.
- Ja też Cię kocham.- Odparł zadowolony z tego, że mnie zagiął.- Czyli już możemy jechać?
- Ale stawiasz mi kolację z Deep’ em.- Postawiłam warunek wywołując na naszych twarzach uśmiech.
- Robię się zazdrosny…- Zmarszczył zabawnie brwi i odpalił samochód. Po chwili byliśmy w drodze do Neverland’ u.
…
- Ale kawał drogi!- Zawyłam wychodząc z samochodu i usilnie się przeciągając.- Jak zamierzamy zwiedzić całe ranczo i jeszcze zdążyć wrócić do domu przed zmrokiem?- Zapytałam rozglądając się dookoła. Moim oczom ukazała się ogromna posiadłość, która zabierała dech w piersiach.- Niesamowite…
- A kto powiedział, że zamierzamy wracać dzisiaj…
- Mike!- Wrzasnęłam, oburzona tym że właśnie zostałam postawiona przed faktem dokonanym.- Ja nigdzie się nie ruszam!- Wyraziłam swój strajk. Nagle rozległ się kolejny grzmot, a Michael spojrzał na mnie wzrokiem rozrabiaki i powiedział:
- Jak chcesz to tu zostań, ja idę do środka…- Odparł i odwrócił się na pięcie w stronę drzwi. Oczywiście nie pozostało mi nic innego, jak iść za nim. Dygocząc z przerażenia przed burzą weszłam do środka dzielnie opierając się jakiejkolwiek pomocy ze strony tego cwaniaka! Widząc mój stan Michael chichotał pod nosem, co jakiś czas zerkając na mnie czy może przypadkiem już przestałam się na niego gniewać;)- I jak ci się tu podoba?- W końcu rzucił to pytanie zakręcając się dookoła na pięcie. Sam dom robił ogromne wrażenie. Dosłownie ogromne.
- I teraz tu będę musiała przyjeżdżać by cię odwiedzić?- Zażartowałam, lecz Michael całkiem poważnie spojrzał się na mnie rozmarzonym wzrokiem i uśmiechnął się. Ja już wiedziałam na jaki tor zejdzie nasza rozmowa czując, że wcale nie jest mi lżej i na nic nie jestem gotowa.
- To zamieszkaj tu ze mną…- Podszedł do mnie i objął mnie od tyłu, a ja pusto wpatrywałam się w pięknie zdobione poręczę od schodów.- Wiem… Nie naciskam. Choć pokażę Ci wszystko. Mam salę kinową, ogromną kuchnię, salon gier, pokoje dzienne, gościnne, sypialnie… Mam wreszcie własny dom, dom w którym mogę stworzyć własny świat, własną rodzinę…- Obdarzyłam go szczerym uśmiechem i po prostu postanowiłam cieszyć się razem z nim. On naprawdę był szczęśliwy, potrzebował właśnie czegoś takiego. To co mogłam stwierdzić na ten moment to to że odcięcie pępowiny od rodziny Jacksonów było odpowiednim krokiem. Michael nareszcie decydował o sobie sam, bez niepotrzebnej ingerencji osób trzecich.
- Ach… Powiem Ci, że jest tu cudownie. Mam wrażenie, że jestem w jakimś zamku z bajki. Brakuje tylko krasnoludków i księcia na białym koniu.- Wymamrotałam pocierając kark ze zmęczenia i wpatrując się w okno w salonie obok ogromnego kominka, które jarzyło się ciepłym i domowym płomieniem. Za oknem lało, a burza zbliżała się coraz bardziej. Słońce już na dobre zniknęło za horyzontem .
- Konia nie ma, krasnoludki też gdzieś polazły…- Stwierdził Mike powoli zbliżając się do mnie od tyłu.- Został tylko książę…
- Książe to sobie dzisiaj nagrabił i nie wiem czy zwykłe czary mary tu pomogą.- Odparłam opierając głowę o jego ramię.- Jestem zmęczona…
- Połóż się zamęczyłem Cię dzisiaj.- Wymamrotał z poczuciem winy.
- Nie Mike to nie o to chodzi. Jestem zmęczona życiem. Ciągłymi upadkami, kłopotami. Chciałabym żeby już w końcu nadeszły te lepsze czasy.
- Nadejdą… Wiem, że może to mało pokrzepiające lecz też kiedyś myślałem, że zawsze będzie pod górkę.- Zaczął mnie pocieszać, a ja jakoś nie mogłam zrozumieć jego pokręconej logiki.- Jednak coś się zmieniło i nagle poczułem, że mogę wszystko.
- Teraz powinieneś mi powiedzieć co się zmieniło…- Przerwałam mu wysyłając w jego stronę cwaniacki uśmieszek. Znów w oddali dało się usłyszeć grzmot, a ja szybko zbliżyłam się jeszcze bliżej do niego odwracając głowę od okna.
- Pojawiłaś się ty…
- Co?- Odparłam tępo, jakby to co powiedział było dla mnie aż takim szokiem. Może jednak było… Wiedziałam że jestem dla niego ważna, ale nigdy bym nie powiedziała o sobie czegoś takiego. Wręcz przeciwnie uważałam, że nieźle pogmatwałam mu życie.
- To Ty sprawiłaś, że jeszcze bardziej chce mi się żyć.- Wyszeptał, a w moich oczach zakręciły się łzy. Teraz to ja miałam powód by żyć i po prostu być…
Po policzku spłynęła mi dyskretna łza, która jednak nie umknęła uwadze mojego ukochanego. Starł mi ją delikatnie, a mój zaszklony wzrok wpatrywał się w jego czekoladowe oczy. Ciepło kominka, romantyczna atmosfera i słodki zapach rozchodzący się po pokoju… Jego dłoń tak miła i kojąca dla mojego serca, które zaczęło bić jak oszalałe. Przyśpieszony oddech i tylko ja i on. Michael powoli odgarnął moją grzywkę z twarzy nie chcąc mnie spłoszyć, lecz ja nawet nie myślałam o ucieczce. Stałam jak zahipnotyzowana, liczył się tylko on. Zaczął całować mnie po szyi, a ja odgięłam głowę do tyłu zamykając oczy. Nagle zapragnęłam poczuć przyjemny smak jego ust. Szybko się wyprostowałam i pocałowałam go namiętnie. On odwzajemnił pocałunek i już po sekundzie nie mogliśmy się od siebie odlepić. Jego silne ramiona wzięły mnie w objęcia, a smukłe dłonie błądziły po moim ciele. Nagle przyłożył mi dłoń do policzka i przestał mnie całować, w zamian obdarzając ciepłym i kochającym wzrokiem.
- Na pewno tego chcesz?- Zapytał po cichu jakby bał się, że oprócz mnie ktoś jeszcze go usłyszy. Kiwnęłam głową na tak nadal nie odrywając od niego wzroku. Mike znów zaczął namiętnie całować moje usta, wziął mnie na ręce i położył delikatnie na kanapie przed kominkiem. Nasze ciała płonęły, a ja nie potrafiłam powiedzieć nie. I naprawdę poczułam magię. Moje ręce jak zaczarowane pod wpływem nieznanej siły zaczęły rozpinać jego koszulę. On szybkim ruchem pomógł mi zdjąć koszulkę. Wszystko było idealne… Idealna sytuacja, idealne miejsce, idealna atmosfera, idealny facet i nawet ja idealna. Wplotłam się w niego nie chcąc tracić jego dotyku ani na moment, czując coraz bardziej jego bliskość. Nasze oddechy stawały się coraz szybsze…- Kocham Cię.- Szepnął, a ja nie mogłam uwierzyć w moje szczęście. Odchyliłam głowę do tyłu czując przyjemność rozchodzącą się po moim ciele, czując jego pocałunki które lekko składał na mojej skórze.
- Też…- Zamilkłam na chwilę wtulając się w niego i przeżywając kolejną chwilę uniesienia.- …kocham Cię.- Tchnęłam całując jego idealne ramiona. To była nasza chwila…
…
Jakaś świeca wydała ostatnie tchnienie gasnąc. Leżeliśmy wtuleni w siebie, okryci jedynie kocem. Delikatnie rysowałam coś na jego klatce piersiowej.
- Łaskoczesz.- Zaśmiał się tuląc się do mojej głowy, która leżała na nim.
- Teraz już wiem dlaczego tak chciałeś tu przyjechać.- Wymamrotałam z przekąsem przymykając oczy by uchwycić tą chwilę w pamięci.
- Przejrzałaś mnie… Nawet nie wiesz jak trudno było zamówić burzę…- Odparł wywołując u mnie atak niepochamowanego chichotu. Usiadłam prosto zakrywając się skrawkiem koca. Teraz wzrok mojego ukochanego tkwił zwrócony na mnie.
- Bo się zarumienię.
- Szczerze?- Zapytał, a ja uśmiechnęłam się nieśmiało.
- Wiem już się zarumieniłam…- Odparłam przeczesując ręką moje niesforne włosy. Mike w tym czasie odwrócił się, szukając czegoś na stoliku przy kanapie. Jeszcze bardziej się zaczerwieniłam, bo omal cały koc ześlizgnął się z niego. Och jaki niefart;) Jednak już po minucie znów Michael był przy mnie zaciskając coś w dłoni.
- Zamknij oczy…- Powiedział, a ja po prostu posłuchałam. Zapiął na mojej szyi piękny wisiorek w kształcie serca. Spojrzałam na niego, ściskając jedną ręką wisiorek.
- Jest piękny. Dziękuje…
- Za co?! Za to, że Cię kocham? Za to, że nie mogę bez Ciebie wytrzymać? To ja ci powinienem dziękować…- Odparł nachylając się nade mną.- Dziękuje, że jesteś…- Szepnął, a moje niesforne łzy znów napłynęły mi do oczu. Szybko usiadłam do niego tyłem. Nigdy nie lubiłam, żeby ktoś mnie widział jak płaczę. On widząc to uśmiechnął się przyjaźnie zbliżając się do moich pleców. Jego smukłe palce jeździły po moim obojczyku, a słodkie wargi muskały moją szyję.
- Ach panie Jackson, schodzę przez Pana na złą drogę.- Pokręciłam przekornie głową.
- Źle Ci z tym?- Zapytał się z uśmiechem w rozmiarze XXL. Postanowiłam się trochę po zastanawiać w zamian za wcześniejsze żarty na mojej osobie.- Bardzo śmieszne!- Skwitował moją rekcję.
- Oj niech Pan Jackson się tak nie bulwersuje. – Wymamrotałam, po czym w miarę delikatnie pociągnęłam go za jego czarne loki, przyciągając go bliżej siebie.- Cholernie mi z tym dobrze…
- I to ja jestem niegrzeczny?- Odparł zabawnie podnosząc jedną brew do góry.
- Billy cię tego nauczył?- Stwierdziłam chichocząc widząc jak Michael próbuje zrobić groźną minę.
- Tsa, a przynajmniej próbował. Coś mamrotał, że akurat w tej dziedzinie jestem mało pojętym uczniem.
- Wystarczy że stoi zawsze za tobą murem, a tak przy okazji dlaczego go tu dzisiaj z nami nie ma?- Stanowczo zastanawiał mnie ten fakt, zważywszy że Billy jest nie odłącznym dodatkiem do Mike’a gdy ten wyjeżdża gdzieś na dłużej.
- No tak…- Poczochrał się niesfornie, a ja już wiedziałam co to oznacza.
- Mike! Nawet mu o tym wyjeździe nie wspomniałeś, prawda?
- Chciałem, żebyśmy mieli trochę prywatności.- Usprawiedliwił się nalewając jednocześnie wina do kieliszka.
- Aż dziwne, że jeszcze go tu nie ma z oddziałem antyterrorystycznym.- Zażartowałam zakładając na siebie koszulę Michaela.
- Ej, ja się raczej nie wcisnę w twoją bluzkę.
- Ty możesz chodzić bez, muszę się nacieszyć tym widokiem. – Zmierzyłam go wzrokiem gdy zakładał spodnie.- Mniam…- Dodałam po cichu.
- Jaka szkoda, że ja na to wcześniej nie wpadłem!- Stwierdził przyglądając się jak zapinam guziki i co jakiś czas popijam lamkę wina.
- Wiesz co Ci powiem? Cieszę się, że tu przyjechałam z tobą i bez Billy’ ego no i oczywiście że zostałam. Poczułam się jak prawdziwa księżniczka. Jeszcze tak niedawno nigdy bym nie pomyślała, że to wszystko mi się przydarzy. Ty, Finix, przyjazd chłopaków z BLAST… Wiesz, że chyba już nie potrzebuje niczego więcej do szczęścia.- Odparłam, bawiąc się kieliszkiem w ręku. Bałam się spojrzeć na minę Michaela. Być może gadam jakieś głupoty, a on właśnie obmyśla plan jak mnie się stąd pozbyć!
- No to fajnie, że ustaliliśmy pewne sprawy. Teraz wiesz, że jeśli będziesz się mnie trzymać to wyjdziesz na tym dobrze. – Zażartował, lecz po chwili znów stał się romantyczny i uwodzicielski.- Zrobię wszystko byś była szczęśliwa…
- Jestem…- Wyszeptałam, przytulając jego głowę do klatki piersiowej. Po chwili znów nasze usta zatopiły się w pocałunku, a namiętność ogarnęła nasze ciała błagające o ciepło i bliskość… Naprawdę byłam szczęśliwa…
Adwokaci Murraya chcą pokazać Ławie ogłoszenie serii koncertów
Adwokaci reprezentujący Dr. Conrada Murraya chcą aby ława przysięgłych zobaczyła video z dnia ogłoszenia serii koncertów do trasy "This Is It" w Londynie, która odbyła się kilka miesięcy przed jego śmiercią z powodu przedawkowania.
We wniosku złożonym we wtorek adwokaci Murraya - oskarżonego o nieumyślne spowodowanie śmierci Jacksona - napisali, że 5 marca 2009, na konferencji prasowej, Jackson ogłosił, iż będzie tylko 10 koncertów "i to były 'ostatnie występy.' "Powiedzieli, że video ma związek ze sprawą ponieważ "pokaże ławie, w jakiej Pan Jackson był kondycji psychicznej i fizycznej w marcu 2009 roku."
Obrona twierdzi, że będzie to potwierdzenie zeznań Karen Faye, artystki Jacksona od makijażu, która jak sie oczekuje będzie zeznawać w nadchodzącym procesie Murraya, o tym, że piosenkarz był "wściekły" gdy liczba koncertów wzrosła do 50, i to jest odpowiedź dotycząca stanu fizycznego w jakim był wobec wykonywania tak dużej liczby koncertów.
Prokuratura kłóciła się, o dopuszczenie zeznań Karen Faye, uzasadniając, że jej wiedza opiera się na pogłoskach.
Adwokaci z obu stron byli obecni w sądzie w środę aby dyskutować na temat potencjalnych kandydatów na ławników przysięgłych.
Mowy wstępne w procesie Murraya, będą transmitowane w telewizji. Planowany termin rozpoczęcia to 27 września. Oczekuje się, że proces będzie trwał ok. jednego miesiąca.
W przypadku uznania go za winnego o nieumyślne spowodowanie śmierci, Murray może otrzymać wyrok do 4 lat więzienia.
Źródło: cnn.com / GeniusMJ
sobota, 17 września 2011
Bez jakiegoś większego ględzenia z mojej strony, po prostu zapraszam na kolejną część mojego opowiadania o Michaelu Jacksonie i Ashley Fox.

**************
Wpadłam do domu i bez zbędnych słów rzuciłam się na kanapę między Nobu i Shina, którzy zawzięcie o coś się kłócili przy włączonym odbiorniku telewizora. Zresztą jak zawsze… Widząc mnie przerwali swoje wywody na temat tego czy blondynki są naprawdę głupie, czy tylko udają.
- I jak?- Zapytała się zniecierpliwiona Finix wyłaniając się z kuchni, w jednej ręce trzymając piwo, a w drugiej chipsy.
- Hmmm…- Westchnęłam ciężko, zabawnie nadmuchując policzki powietrzem. Po chwili pokiwałam z uznaniem głową i dodałam słodko:- Lepiej…- Mina wszystkich była niezbadana i każdy chciał zadać jedno i to samo pytanie. Jednak zrobiła to tylko Finix.
- Lepiej od czego?
- Nie kochana… Lepiej nie mówić.- Odparłam żałośnie biorąc łyk napoju od Shina.
- Wiedziałam! Odwaliłaś coś i grzecznie powiedzieli ci „Spieprzaj!”.- Wymamrotała kręcąc z niesmakiem głową.
- No nie uwierzysz ale było nieco inaczej. Wolałam sama stamtąd wyjść. Nikt mnie o to specjalnie nie musiał prosić…- Oparłam głowę o ramię Nobu, a moja mina pt. „Zbity psiaczek” wyrażała wszystko co na ten temat miałam do powiedzenia.
- Nie spodobałaś się im?
- Tak. Znaczy Joe Jackson miał do mnie pewne obiekcje… i nie tylko do mnie.- Odpowiedziałam mimowolnie, jednak dopiero gdy te słowa wypłynęły z moich ust dotarło do mnie, że mogłam pewne sprawy przemilczeć.
- A do kogo jeszcze?- Wtrącił się Shin, a Yasu spojrzał się na niego z politowaniem. Znaczy tak mi się zdawało, bo wiecie że przez czarne okulary trudno jest dostrzec czyjś wzrok.
- Toć nie do Świętego Mikołaja…- Dodał ironicznie Nobu.
- Że niby do nas?
- Doktorze pacjent wreszcie załapał!- Wrzasnął Nobu wznosząc ręce ku górze.- Co mu się nie podobało?
- Gadał coś o naszym teledysku… Że punk- rock to muzyka obdartusów, że wyglądamy jakby ktoś nam poszarpał ubrania… A no i zapomniałam dodać, że nasz sukces możemy zawdzięczać tylko i wyłącznie sławie Michaela!- Wymamrotałam, a złość aż mnie rozrywała od środka. O mnie mógł mówić co chciał ale od BLAST wara!
- Nie przejmuj się tym staruszkiem…- Szepnął Nobu obejmując mnie w pół.
- Nie przejmuje…
- Ta jasne, a tu mi jedzie pociąg.- stwierdził Shin.- Nikt nie mówił, że będzie łatwo. Musieliśmy się liczyć z tym, że nie każdemu przypadniemy do gustu. Jedni nas ubóstwiają, jedni mają nas gdzieś i po prostu ignorują, a niektórzy nie umieją trzymać jęzora za zębami.
- Wiem… Ale nie musiał tego wszystkiego mówić przy takiej okazji. No ja w przeciwieństwie do niego starałam się jak mogłam, żeby być miła, potulna i żeby nie palnąć niczego ze względu na Michaela. Ale Joe miał to gdzieś!- Potarłam ze zmęczenia kark i położyłam się cała na kanapie spychając przy okazji Shina, oraz kładąc głowę na kolanach Nobu. Podkreślę, że nie miałam zbytnio większego wyboru.
- A co z Michaelem?- Zapytała Finix nadal nie mogąc przestać powtarzać pod nosem „ Ale skurwiel”. Powiem Wam ,że musiałam się trochę nad odpowiedzią zastanowić. Gdy wychodziłam z domu Jacksonów, jedyne co siedziało w mojej głowie to to by jak najszybciej się stamtąd wynieść.
- Został tam.- Wreszcie odparłam odkrywczo.- Nie miałam zamiaru jeszcze tam sterczeć i z wymuszonym uśmiechem gadać do Michaela „Kochanie na nas już czas”.
- Dobre…- Odparł z głupawym uśmieszkiem Shin wlewając w siebie kolejne piwo. Stanowczo za dużo pił, jednak jakoś zawsze udawało mu się zachowywać pozory że jest trzeźwy.
- Dzięki za uznanie… KURDE!- W końcu wrzasnęłam zaciskając pięści ze złości. Nobu pogłaskał mnie po włosach jak jakiegoś szczeniaczka, a ja już nie miałam siły na jakiekolwiek wojowanie z nimi wszystkimi.
- Może z nim porozmawiam?- Odparł Yasu wywołując u mnie głupawy chichot. Jak zawsze chciał ratować mnie z każdej opresji.
- Nie, dam sobie radę… Jak się wkurzę to im wszystkim wygarnę i taki będzie finisz.- Zażartowałam, a moi towarzysze parsknęli dzikim śmiechem. Zawsze tak kończyły się moje wypowiedzi! Dziki śmiech ze mnie!
- Tak maleńka już to widzę…- Wymamrotał Nobu przez śmiech. Zmierzyłam go groźnym wzrokiem i miałam zamiar uderzyć lecz on zgrabnie unikał moich ciosów.
- Śmiesz wątpić w moje wspaniałe umiejętności? Jak chcesz to trochę poćwiczę na tobie. Idę do siebie… Padam z nóg.- Odpowiedziałam i zamaszystym ruchem wstałam z kanapy, po czym skierowałam się do swojego kochanego łóżka. To był męczący dzień, a oczy same mi się kleiły. Postanowiłam, że do Michaela zadzwonię jutro. Noc na przemyślenie pewnych spraw przyda się tak samo jemu jak i mi. Gdy by mógł rozmawiać w tym momencie to zapewne sam by zadzwonił, więc na pewno nie maiłam zamiaru mu w jakikolwiek sposób przeszkadzać. Gdy już miałam zdejmować sukienkę, do mojej sypialni wszedł, dodajmy że oczywiście bez pukania, Nobu. – Ej!- Wyraziłam swoje niezadowolenie.
- Ale mam wyczucie!
- Tak wspaniale nie maco, poczekałbyś chwilę i byś zobaczył znacznie więcej. A teraz oświeć mnie, po co tu przyszedłeś?- Odparłam sarkastycznie i poległam na swoim własnym, prywatnym łóżku.
- Tak sobie pogadać… Widzę, że to wszystko dużo Cię kosztuje.
- Może i tak ale co mam innego do wyboru? Muszę sobie jakoś poradzić inaczej te całe wielkie słowa wypowiedziane z moich ust w stronę Michaela, były by puste i nic nie warte. Widzisz jak to jest… Jego tata najchętniej wsadził by mnie do worka i wyrzucił do rzeki, a mój kazałby Michaelowi mówić na siebie tato, gdy tylko da mu numer do kąt bankowych. Każdy ma coś za uszami i z tym nie wygram… - Wymamrotała wtulając się w poduszkę. Nobu parsknął śmiechem, po czym położył się koło mnie. Zwrócił się w moją stronę i po chwili wlepialiśmy w siebie swoje spojrzenia.
- Ładnie to ujęłaś…Kochasz go…
- Nawet nie wiesz jak bardzo…- Dodałam po cichu.
- Wiem…- Szepnął.- Wiem jak bardzo mi na tobie zależy… Nie pozwolę żeby Ciebie krzywdził.
- Nobu…- Starałam się mu przerwać jednak on mi nie pozwolił. W jego niebieskich oczach widać było prawdę i takie uczucie jakiego chyba jeszcze nigdy nie widziałam u niego.
- Rozumiem, że wolisz jego…- Przełknął nerwowo ślinę.- Ale ja będę przy tobie i będę czekał. W odpowiednim momencie wkroczę jeśli ujrzę na twoich policzkach łzy, które będą płynąć przez niego. Będę czekać…- Skończył swoją wypowiedź i wyszedł zostawiając mnie leżącą na łóżku ze wzrokiem wlepionym już nie w niego tylko w ścianę. Nigdy bym się nie spodziewała takich słów z jego ust. Jak mogłam nie dostrzec tak wielkiego uczucia jakie do mnie żywił? Jak mogłam go tak ranić? Dlaczego nic nie zauważyłam? W tym momencie poczułam się jak najgorsza suka… Tak stanowczo nie ma lżejszego określenia…
…
- Wejdź, jesteśmy sami…- Powiedziałam dziwnie spokojnie do Michaela stojącego w drzwiach mojego mieszkania. Miałam właśnie do niego dzwonić lecz on był ode mnie szybszy.
- Kochanie…- Zaczął niepewnie, tak jakby się czegoś bał, tak jakby nie chciał mnie spłoszyć.
- To nie twoja wina…- Odparłam nie chcąc żeby mnie przepraszał za błędy ojca.
- Nawet nie wiesz jak jest mi za niego głupio. Nigdy nie umiał trzymać języka za zębami, nie musiał psuć tego wieczoru.
- Trudno… Przepraszam, że wyszłam tak bez żadnego słowa ale nie mogłam już go słuchać. Jeszcze chwila a bym zrobiła coś czego bym żałowała do końca życia.- Podeszłam do niego i oparłam ręce o jego klatkę piersiową. Nachylił się nade mną, a jego oddech omiatał mnie zewsząd. Czułam się bezpiecznie i pragnęłam by ta chwila trwała i trwała.
- Dobrze cię rozumiem. Nie mam zamiaru błagać go o jakiekolwiek przyzwolenie. Może też być pewien tego, że już nigdy też nie pozwolę obrażać ciebie. Po twoim wyjściu pokłóciłem się z nim…
- To on Ci zrobił…- Wymamrotałam marszcząc czoło, oraz delikatnie dotykając jego rozciętej wargi. Dobrze wiedziałam jaki jego ojciec jest porywczy i do czego jest zdolny pod wpływem niepotrzebnych emocji. Michael mimo wszystko mówił o nim z wielkim szacunkiem i ciągle powtarzał o tym, że go kocha… Mimo wszystko…
- To nie jest teraz akurat ważne.
- Jak możesz tak mówić!- Oburzyłam się widząc jak Michael mu na coś takiego pozwala. Zawsze bronił swojego rodzeństwa, wszystkich wokoło, zapominając niestety o sobie.- Twoim zdaniem ważniejsze jest roztrząsanie tego, że po prostu powiedział parę nieprzyjemnych słów na mój temat?
- Ashley…- Michael westchnął i potarł ze zdenerwowania czoło. Dużo go kosztowały takie rozmowy o jego problemach. Wszyscy uważają, że Michael Jackson ma wspaniałe życie. Bez bólu, cierpienia i może mieć wszystko. Nawet nie wiedzą jak się mylą. On nie jest takiego zdania. - Wiem, że tak nie powinno być. Wiem, że to nie jest w porządku gdy ojciec zabiera swoim dzieciom dzieciństwo, gdy nie pozwala do siebie mówić „tato”, gdy bije swoje dzieci w złości…- Uniósł się gwałtownie i usiadł ze złością na kanapie, opierając głowę o ręce ze zrezygnowania. Przez moment poczułam się tak jakbym nie była w stanie mu pomóc. Moje problemy wydały się nagle takie błahe, nieważne… Wyciągnęłam dłoń by go dotknąć lecz na moment się zawahałam, nie chciałam go spłoszyć, może jeszcze bardziej zranić. Przygryzłam dolną wargę ze zdenerwowania i w końcu przytuliłam go do siebie.
- Przepraszam…- Wyszeptałam gładząc go delikatnie po włosach, a on jeszcze bardziej wtulił się w moją klatkę piersiową.- Nie chciałam żebyś musiał to sobie wszystko przypominać…
- To ja przepraszam nie powinienem tak zareagować.
- Michael jesteśmy razem więc rozmawiaj ze mną… Mów co Cię boli, przeraża. Przecież razem przezwyciężymy wszystko. Pamiętasz?- Spojrzałam mu się głęboko w oczy i ścisnęłam jego rękę.
- Pamiętam, wszystko pamiętam. Zapomnijmy o tym wszystkim… I tak do domu już nie wrócę…
- Jak to?- Zapytałam się zdziwiona.
- Wyprowadzam się od rodziców. Już dawno miałem na oku pewne ranczo. Razem z Paul ‘em McCartney’em postanowiliśmy tam nakręcić teledysk do naszej wspólnej piosenki. Spodobało mi się tam. Czuje się tam jak w domu więc postanowiłem je kupić.- Wytłumaczył mi pośpiesznie całą tą sytuację.
- Proszę nie rób nic pochopnie…
- Nie Ashley…- Przerwał mi przykładając palec do ust i kręcąc przecząco głową.- Już wcześniej to postanowiłem, przed całą tą sytuacją.
- Skoro dzięki temu będziesz szczęśliwy.- Odparłam przyjaźnie się do niego uśmiechając.
- Będę jeszcze bardziej szczęśliwy jeśli zechcesz razem ze mną tam zamieszkać.- Szepnął mi do ucha, powoli się nachylając nade mną. Serce zaczęło mi bić jak oszalałe… Ta bliskość, jego zapach, oddech…
- Michael…- Wymamrotałam przekręcając głowę na bok. Nie chciałam mu patrzeć w oczy, wiedząc że za chwile znów będą smutne. Znów przeze mnie.- Jeszcze nie mogę… Nie teraz.- Gdy usłyszał moje słowa, ku mojemu zdziwieniu zagościł na jego twarzy uśmieszek. Domyśliłam się, że spodziewał się tego.
- Będę czekał.- Odpowiedział, po czym pocałował mnie czule w usta. Te słowa zaświdrowały mi w głowie. Już je raz słyszałam zeszłej nocy…
- Kocham Cię. Kocham…- Powtórzyłam dwa razy, żeby nie tylko jego ale też samą siebie wzmocnić w tym przekonaniu. Odchyliłam głowę do tyłu, a on całował mnie namiętnie po szyi. Naglę do mieszkania wparował BLAST oraz Finix.
- No i on wtedy Bum! Dobrze wiecie jak to jest… o cześć Michael, cześć Ash!- Odparła dumna z siebie Finix, za którą stali chłopacy: Yasu, Shin oraz Nobu. Na szczęście razem z Mike’ m zdążyliśmy doprowadzić się w ostatniej chwili do porządku.
- Czy ty nie umiesz pukać?!- Wrzasnęłam na nią gwałtownie wstając, jednocześnie zapinając guziki od bluzki.
- Ej no ja przecież tu mieszkam!- Finix oburzyła się, jednocześnie wysyłając do mnie cwaniacki uśmieszek. Dobrze wiedziała w czym nam przerwała…
- No dobra włazić do środka, a nie tak stoicie w drzwiach to nie supermarket.- Wymamrotałam wpychając przez drzwi Yasu do środka.
- Może jednak się ulotnimy?- Zażartował Shin, a ja go klepnęłam po przyjacielsku po głowie.- Już siedzę cicho.- Dodał, a ja dyskretnie spojrzałam się na Nobu. Stał przy oknie i patrzył niezbadanym wzrokiem w dal. Mike o czymś rozmawiał z Yasu, a ja po prostu przyglądałam się smutnemu blondynowi przy oknie.
- Nobu…- Zaczęłam niepewnie podchodząc do niego bliżej.
- Jak tam się czujesz mała? Mam nadzieję, że nie uroniłaś żadnej łzy…- Szepnął patrząc na mnie wzrokiem pełnym uczucia.
- Przepraszam…- Wymamrotałam przełykając napływające łzy.
- Mała to nie twoja wina, że jestem idiotą który się zakochał w swojej najlepszej przyjaciółce, która ma chłopaka.- Zażartował, ale tylko jego to rozśmieszyło. Mi wcale nie było do śmiechu…
- Przestań wszystko obracać w żart.- Skarciłam go pośpiesznie, oraz delikatnie pięścią udałam że go uderzam w ramię. Wysłałam mu miły uśmiech , a grzywka zakryła mi pół twarzy. Może i lepiej, przynajmniej nie zauważył tej jednej spływającej mi łzy po policzku…
|
Dodaj do ulubonych
Fajne blogi
.::Blogi nastolatek::.
Strony z Michaelem Jacksonem ! <3
 Make your own banner at MyBannerMaker.com!
Zareklamuj bloga!
@@@@@@@@@@@@@@@@@
|