Wpisy z tagiem: opowiadanie o Michaelu Jacksonie

sobota, 12 maja 2012

****************

Weszłam do restauracji i niepewnie ruszyłam do stolika, który pokazał mi miły kelner. Uśmiechnęłam się do niego szczerze i wsunęłam się pomiędzy stolik a fotel.

- Co Pani sobie życzy do picia?- Spytał grzecznie i tak dystyngowanie. Jak dla mnie trochę było tu za sztywno i nie w moim guście, jednak to nie mi było dane wybierać miejsce.

- Poproszę Cappuccino.- Odparłam. Po sekundzie dostałam upragnioną dawkę kofeiny. Dzień był ciepły, a w restauracji przyjemnie pusto. Wszyscy wybrali z oczywistych względów stoliki na świeżym powietrzu, chłonąc piękno pogody i towarzystwo swoich znajomych. Spojrzałam na zegarek i pociągnęłam łyk kawy. Wczoraj wieczorem zadzwoniła do mnie Tatiana. Koniecznie chciała pogadać, twierdząc że jestem jedyną osobą która ją wysłucha i szczerze poradzi co robić. Nie wyprowadzałam jej z błędu... mimo charakteru wesolutkiej dziewczynki i niesamowitej gadany, lubiłam z nią rozmawiać i przebywać. Podczas pamiętnego dnia, który spędziłyśmy u Michaela na plotach i ogólnym wyciąganiu ze mnie wszystkich możliwych informacji, związało się między nami coś na kształt małej przyjaźni. Mogła na mnie liczyć i vice versa, a to jest najważniejsze. Do środka weszła wysoka brunetka o kręconych włosach. Na nosie miała czarne okulary, a jej szczupłe ciało szczelnie osłaniał płaszcz, najlepszej firmy jaką można było znaleźć w mieście. Powiedziała coś z uśmiechem do kelnera, który wodził wzrokiem po jej obcisłej sukience, którą widać było pomiędzy rozpięciem płaszcza. Po sekundzie słuchania, co kobieta ma do powiedzenia, spojrzał na salę, a później gładkim ruchem wskazał mój stolik. Nie mylicie się... kobieta, która zrobiła tak piorunujące wrażenie na kelnerze to Tatiana. Posłała mu kolejny zalotny uśmiech, po czym pognała lekkim krokiem w moją stronę.

- Przepraszam za spóźnienie ale na mieście są straszne korki.- Odparła, jednocześnie całując mnie delikatnie w policzek.

- Nic się nie stało.- Uśmiechnęłam się.

- Jedno expresso.- Mimochodem powiedziała do tego samego kelnera co wcześniej, który zdążył się zamienić z kolegą obsługującym salę. Najwidoczniej Tatiana wpadła mu w oko.

- Już przynoszę.- Zaćwierkał męskim głosem, trochę przesadnie eksponując swoją wspaniałość.

- Oni są tacy zabawni.- Szepnęła Tatiana, nachylając się do mnie gdy kelner zniknął z pola widzenia.- Zawsze robią to samo.

- Dziwisz się im? Wyglądasz zjawiskowo, nic dziwnego że każdy facet ma ochotę Cię schrupać.- Zaśmiałam się pod nosem. Machnęła dłonią w powietrzu i puściła w moją stronę oczko.

- Wiesz jak poprawić kobiecie humor.

- W końcu sama nią jestem.- Upiłam łyk swojej kawy.- Teraz lepiej powiedz dlaczego chciałaś się tak nagle spotkać. Mam nadzieję, że nic się nie stało...- Pokręciła szybko przecząco głową i pokazała mi dłonią, że zaraz mi wszystko opowie, tylko poradzi sobie z kelnerem, który właśnie zmierzał do nas z zamówieniem. Po jego minie wnioskowałam, że był ochoczo nastawiony do kolejnego spotkania z Tatianą, a nawet być może odważy się by zaprosić ją na randkę. Podejście pierwsze...

- Pani zamówienie.- Odparł uwodzicielskim głosem, wysyłając w jej stronę popisowy uśmiech nr. 12.

- Bardzo Panu dziękuje.- Zamruczała mierząc go zaczepnym wzrokiem. Kelner wysłał do niej kolejny uśmiech, przygryzł wargę i najwyraźniej wyszedł z założenia, że raz się żyje i zapyta się o to, o czym marzył od kiedy tylko zobaczył ją w drzwiach restauracji.

- Wiem, że jako kelner nie powinienem...- Zaczął.- ...ale czy nie poszłabyś ze mną na kawę?- Dokończył patrząc się na nią odważnym wzrokiem. Tatiana spojrzała się na mnie z ukosa i oblizała powoli usta. Wyprężyła się na krześle, założyła nogę na nogę i zrobiła przepraszającą minę.

- Przepraszam, ale mam już kogoś.- Wytrzeszczyłam na nią oczy. Czyżby to właśnie o tym chciała mi tak usilnie powiedzieć? Kelner wypuścił powoli powietrze z płuc, uśmiechnął się nietęgo i pokiwał głową.

- Rozumiem, musiałem spróbować. Jakby co jestem do usług.- Po koszu oddalił się na zaplecze. Zmarszczyłam brwi i nachyliłam się nad stołem.

- To o tym chciałaś mi powiedzieć? Masz chłopaka?

- Można tak to ująć... znaczy...- Zaczęła plątać się w zeznaniach.

- Mów, naprawdę mamy czas. Tylko proszę, po kolei.- Nakazałam uśmiechając się pod nosem. Wyglądała naprawdę potulnie... jeszcze parę sekund temu, była żyletą która nie bała się nikogo ani niczego, a teraz jej oczy były niepewne, trochę zagubione... całkiem inna osoba. Napiła się swojego expresso i odetchnęła z uśmiechem na ustach.

- Zakochałam się.- Wyrzuciła z siebie spokojnym głosem, a z jej ust nadal nie schodził dziki uśmieszek podniecenia. Uniosłam do góry brwi i zaplotłam ręce na klatce piersiowej.

- To już kochana zdążyłam wywnioskować z Twojego zachowania.- Mruknęłam, powstrzymując się od śmiechu. Poprawiła zgrabnym ruchem swoje czarne włosy, uśmiechając się jeszcze szerzej.

- Za szybko mnie przejrzałaś...- Poskarżyła się.

- Poproszę o szczegóły. Naprawdę jestem ciekawa, kto jest tym szczęśliwcem.

- Na początku to była tylko przyjaźń...- Zaczęła, jednak nadal nie zdradzała imienia chłopaka, który aż tak zamieszał w jej życiu. Postanowiłam grzecznie poczekać, aż sama mi powie, wtedy albo grzecznie jej wyperswaduje całą tą miłość albo pobłogosławię i kupie obrączki, w końcu jestem jej przyjaciółka co nie?- Świetnie mi się z nim rozmawia, zawsze mogę na niego liczyć... po prostu anioł, nie człowiek.

- Z Twojego opisu wnioskuje, że albo trafiłaś na ideał, albo go sobie wymyśliłaś...- Zaśmiałam się przyjaźnie, a ona dołączyła się potakując porozumiewawczo głową.

- Raczej pierwsza opcja... choć czasem myślę, że to sen. Jest wspaniały i taki wyjątkowy, a gdy jest blisko zapominam o bożym świecie.

- Hah!- Prychnęłam, uważnie się w nią wpatrując.- Kurczę, a może ma on brata?- Puściła do mnie oczko.

- I to nie jednego.- Pomachała przed moją twarzą, swoim zgrabnym palcem.

- No to już wiemy, co zrobisz w pierwszej kolejności...

- Co?- Spytała zaciekawionym głosem.

- No jak to co? Szybciutko przedstawisz mnie jednemu z nich!- Zarechotałam, a ona ledwo nie spadła z krzesła, zakrywając roześmianą twarz. Absolutnie nie przejmowaliśmy się tym, że dwóch chłopaków, którzy siedzieli w rogu sali, przez cały czas przyglądali się nam nieprzerwanie coś do siebie szepcząc.

- Ashley jesteś naprawdę niemożliwa!- Klepnęła mnie w ramię, a ja spojrzałam z ukosa na tamtą dwójkę i pomachałam im z nieukrywanym uśmieszkiem. Czy oni naprawdę myśleli, że nie zauważymy ich zachowania? Ach ci faceci... A tym najwyraźniej, moja uwaga bardzo się spodobała, ponieważ uśmiechnęli się do mnie uwodzicielsko i kiwnęli w moją stronę podbródkiem.- Widzę, że Ty mnie w roli swatki, to raczej nie potrzebujesz.

- Mówisz o nich? Nie mogłam się powstrzymać...- Przygryzłam wargę i upiłam łyk cappuccino.- Lepiej jednak wróćmy do tematu... dowiem się w końcu o kogo chodzi?

- Znasz go.- Poinformowała mnie, a ja jak na zawołanie zaczęłam śledzić w myślach wszystkich naszych wspólnych znajomych, których powiem szczerze ale nie było dużo. Zmarszczyłam brwi...

- To jakaś gwiazda?

- Zgadza się.

- I ja go znam?

- Zgadza się.- Na te słowa rzuciłam w nią serwetką.

- Powiedz to jeszcze raz, a użyję czegoś twardszego.- Ostrzegłam, widząc jej cwaniacki uśmieszek.- Poproszę imię i nazwisko...

- Michael Jackson.-... BACH! Kulka między oczy, chwila zamroczenia, ogólnej nostalgii. Pierwsza myśl, może jednak się przesłyszałam, potężne i bolesne uderzenia serca.

- Mike?- Powtórzyłam sucho, starając się usilnie powstrzymać przerażony wyraz twarzy. Nie... to jakieś szaleństwo, absurd, który zakrawał o śmieszność. Dlaczego to tak zakuło? Przecież dobrze wiedziałam, że między mną a Michaelem w tym momencie jest tylko przyjaźń, że nasze relacje ograniczają się do długich spotkań i namiętnych rozmów... żartów... o matko, czy ja byłam zazdrosna?

- Tak, wiem że to śmieszne... ale naprawdę się w nim zakochałam.- Potwierdziła, a ja zauważyłam z rozżaleniem, że ta odpowiedź wcale nie przyniosła mi ulgi.

- Nie, to nie jest śmieszne...- Zaprzeczyłam. Wypuściłam dyskretnie powietrze by się uspokoić.- Mówiłaś mu o swoim uczuciu?

- Nie, jeszcze nie było okazji...- Spuściła rozmarzone oczy, rysując coś bez sensu na blacie stolika.

- Musisz z nim o tym porozmawiać...- Palnęłam cokolwiek, by nie wyjść na bezduszną. Starałam się jak mogłam by myśleć trzeźwo i by wyprzeć z głowy i ust gorzki posmak zazdrości.

- Wiem i mam zamiar to zrobić jak najszybciej. Nawet mam już niezły pomysł na to jak to zrobić.

- Jaki?- Spytałam odruchowo.

- Zobaczysz, na razie to niespodzianka, na pewno się o tym dowiesz, bo będzie o tym głośno.- Zaklaskała radośnie w dłonie, a ja zmusiłam się do uśmiechu i do względnej uwagi.- Tylko mam do Ciebie prośbę...

- Jaką?

- Nie mów o niczym Michaelowi.- Złapała mnie za dłonie, a ja aż podskoczyłam do góry. Otrząsnęłam się z tego nieznośnego otępienia i pokiwałam twierdząco głową.

- Jasne... możesz na mnie liczyć.- Mruknęłam.- Wiesz, muszę już lecieć...- Wyjęłam portfel i zapłaciłam za obie kawy.- Dziś ja stawiam.

- Odprowadzę Cię.- Rozpromieniona Tatiana wstała za mną pośpiesznie i złapała mnie pod rękę. Posłałam jej blady uśmiech. Kierowałyśmy się do drzwi, gdy nagle dwójka wcześniej wspomnianych chłopaków, podeszła do nas odważnie.

- Cześć dziewczyny.- Zaczął ten o długiej blond grzywie.

- Cześć.- Powtórzył za nim jego kolega, o idealnie wystylizowanych, długich, brązowych włosach i lekkim, męskim zaroście.

- Cześć. Tatiana już Wam nie przeszkadzam.- Wymamrotałam i żwawo popchnęłam drzwi restauracji, szybko wysuwając się z uścisku Tatiany. Dobrze wiedziałam, że to o nią im chodzi, więc wcale nie miałam ochoty słuchać jak spławia ich tym samym tekstem, co tego biednego kelnera. Wyszłam na zewnątrz i pomachał w górze dłonią, by szybko złapać taksówkę. Na całe moje szczęście jakaś po sekundzie się przy mnie zatrzymała. Złapałam za klamkę i już miałam wsiąść, gdy nagle ktoś chwycił mnie za ramię.

- Tatiana, naprawę się...- Zaczęłam, żwawo się odwracając, jednak ku mojemu ogólnemu zdziwieniu za mną stał brunet z restauracji, a nie moja przyjaciółka. Uśmiechnęłam się dziwnie i zmarszczyłam brwi.- Tak... ty stanowczo nie jesteś Tatiana.

- Twoja znajoma, postanowiła poznać się z moim kolegą.

- Myślałam, że ty też na to liczysz...- Zamruczałam obojętnym głosem, chcąc jak najszybciej wsiąść do taksówki i odjechać. Miałam jedynie w głowie słowa Tatiany i jej promienne wyznanie miłości. Chłopak uśmiechnął się przyjaźnie i pokiwał przecząco głową...

- Ja w restauracji patrzyłem na Ciebie, a nie na nią.

- Słuchaj...- Zaczęłam, ale tak naprawdę nie wiedziałam co mu mam powiedzieć. Znów pokiwał głową.

- Nic nie mów. To moja wizytówka, będę naprawdę szczęśliwy jak zadzwonisz...- Zamknął mi w dłoni białą kartkę, uśmiechnął się nieśmiało i wkładając dłonie do kieszeni odszedł. Stałam tak przez chwilę, nie wiedząc co właściwie się stało... Chodziło mu o mnie... to jakiś żart. Moje myśli nadal nie dowierzały. Wsiadłam do taksówki i dziwnym głosem powiedziałam kierowcy adres, po czym zaczęłam wnikliwie lustrować wizytówkę.

- Renier Valentine.- Przeczytałam.

- Coś Panienka mówiła?- Taksówkarz zwrócił się do mnie.

- Nie, ja tak tylko do siebie.- Zorientowałam się, że jak na mówienie coś pod nosem, zrobiłam to dość głośno.- Ren...- Wyszeptałam, obracając wizytówkę w palcach. Zaśmiałam się.- Po japońsku, kwiat lotosu.

...

Pogłaskałam ją po brzuchu i uśmiechnęłam się pogodnie, widząc jej rozanieloną minę. Od czasu kiedy dowiedziała się, że jest w ciąży stała się całkiem inną osobą. Oczywiście nadal przejawia wiele cech prawdziwej punkówy, jednak starała się powstrzymywać kiedy to było konieczne, a czasem wręcz niezbędne. Tak więc wspaniałomyślnie zrezygnowała z imprez oraz spożywania alkoholu pod jakąkolwiek postacią.

- Jak się czujesz?- Mruknęłam ciepłym głosem.

- Ach, na szczęście mdłości już ustąpiły, bo gdyby trwało to o chociaż jeden dzień dłużej, zwariowałabym i w końcu trafił by mnie jasny szlak.

- Ale wytrzymałaś, teraz będzie łatwiej.- Spojrzałam na kanapę, na której rozpostarł się Carlos, uważni oglądając jakiś durny teleturniej. Uniosłam do góry brwi i zawarczałam zaczepnie, siadając koło niego. Wskazał palcem na ekran i pokiwał z uznaniem głową.

- Świetne, naprawdę świetne.

- Tsa... A Ty to widzę, że się już na dobre tu zadomowiłeś.- Odparłam.- Lepiej powiedzcie mi jak stoi sprawa, a Ty Carlos łaskawie zacznij się dokładać do czynszu.

- Zauważyłaś... - Podrapał się z zakłopotaniem po głowie.

- Zauważyłam?- Prychnęłam przyjaźnie.- Rano wstaje, jesteś. Wychodzę, jesteś. Przychodzę, jesteś. Kładę się spać, jesteś. Albo jestem głupia, albo już dawno zamelinowałeś się w pokoju Finix. Więc?

- Carlos...- Finix go ponagliła.

- Dobra... Można ująć to tak, że się wprowadziłem. Wczoraj jak Cię nie było, przerobiliśmy nieco pokój Finix, tak byśmy się tam jakoś pomieścili... oczywiście dołożę się do czynszu i w ogóle...

- Carlos...- Zaczęłam, jednak on dostał istnego słowotoku.

- Wiem, Ash jak tylko trochę zarobię, znajdę jakieś lokum dla mnie i dla Finix...- Wybałuszyłam oczy i pokręciłam przecząco głową.

- Nie, coś ty możecie tu mieszkać ile chcecie... naprawdę, nie musicie się śpieszyć...- Perspektywa tego, że zostanę w tym mieszkaniu sama jak palec, trochę mnie przerażała.

- Kochanie prędzej, czy później i tak by do tego doszło. Jeden pokój to za mało dla dwójki dorosłych i dziecka.- Finix objęła mnie czule i przyłożyła swój ciepły policzek do mojego.

- Kiedy?- Spytałam nieswoim głosem.

- Góra dwa tygodnie.

- Ja Cię ... ach... muszę znaleźć lokatora.- Mruknęłam zawiedzionym głosem. Wszystko wskazywało na to, że w niedługim czasie będę musiała zostać w tym mieszkaniu sama jak palec... codziennie... w pustym mieszkaniu.- Tak, stanowczo muszę kogoś znaleźć.

- Tylko nie jakiegoś psychopatę.- Wtrącił się Carlos, a ja zmarszczyłam brwi i pociągnęłam żałośnie nosem.

- Dzięki za wskazówkę... jeszcze jakieś zastrzeżenia?

- Nie, myślę że jak nie będzie to psychopata, to wszystko inne będzie ok.

- Przymknij się.- Finix uderzyła go z miłością w głowę, a on niestety ale nie zdążył uniknąć ciosu.- Ash pomogę Ci kogoś znaleźć, zobaczysz będzie to jakiś przystojniak.

- Ona ma już jednego adoratora...- Carlos grzecznie przypomniał, starannie zakrywając się przed kolejnym ciosem. Nadymałam policzki i poczochrałam włosy.

- A kto powiedział, że sam adorowany nie ma kilku adoratorek?- Sapnęłam z bezsilnością, czując jakiś dziwny uścisk pod mostkiem. Tak... do kompletu przypomniało mi się, jak moja przyjaciółka wyznała mi miłość do kogoś, do kogo i ja czułam coś więcej niż przyjaźń. Carlos przybliżył się do mnie i szturchnął w bok, puszczając jednocześnie oczko.

- Zazdrosna?- Spytał zaczepnym głosem.

- A ty nie masz nic do roboty w tej chwili, Carlos?- Już bardziej ironicznie nie mogłam brzmieć.

- Właśnie kochanie... może idź do sklepu po bułki.- Finix poklepała go przyjaźnie po plecach i pocałowała w usta.

- Ach... od kiedy jest w ciąży nie potrafię jej odmówić.- Zamruczał, po czym zwlókł się z kanapy i zwrócił się w stronę drzwi. Po chwili wyczekującej ciszy już go nie było. Finix odwróciła się do mnie i uśmiechnęła się przyjaźnie.

- Mów, co się stało.

- To naprawdę nic...

- Jasne. Mów, pamiętaj że jestem w ciąży i nie można mnie denerwować.

- Teraz będziesz to wykorzystywać ile wlezie, co?- Zachichotałam, widząc zaciętą minę mojej kochanej siostry.

- No jasne, wszystkie chwyty dozwolone.- Ponagliła mnie gładkim ruchem podbródka, bym zaczęła w końcu mówić.

- Rozmawiałam z Tatianą.- Wymamrotałam.- Chciała mi powiedzieć jak przyjaciółce, że się zakochała.

- Po pierwsze w kim, a po drugie dlaczego aż tak Cię to zmartwiło?- Zmrużyła oczy i przyjrzała mi się uważnie, a ja ukryłam twarz w dłoniach.

- A jeśli powiem, że zakochała się ona w Michaelu?- Podniosłam na nią wzrok.

- To powiem Ci, że masz przerąbane.- Zawsze wiedziała, co powiedzieć...

- To mi nie pomaga wiesz?

- Wiem kochanie, przepraszam. Zacznijmy od początku...- Rozsiadła się na kanapie.- Co czujesz do Michaela?- Odetchnęłam głęboko.

- Myślę...- Zaczęłam, jednak bałam się tego co usłyszę.- Nasze uczucie zmieniało się wraz z biegiem tych wszystkich wydarzeń. Nie umiem powiedzieć na ten moment, czy to jest tylko i wyłącznie przyjaźń, czy może coś więcej... ja nie wiem.- Mruknęłam bezsilnie.

- Musisz się szubko dowiedzieć... Tatiana jest piękną kobietą. Nie wiemy jak zareaguje Mike na jej wyznanie miłości. Jeśli nie chcesz stracić szansy na miłość, powinnaś uporządkować swoje uczucia i zdecydować.- Pogładziła mnie po policzku.

- Wiem... Finx dziękuje Ci. Mam nadzieję, że mieszkając z Carlosem będziesz szczęśliwa.- Przyciągnęłam ją do siebie i pocałowałam w policzek. Uśmiechnęła się przyjaźnie.- Nie musisz się o mnie martwić, w parę dni znajdę jakiegoś lokatora i wszystko pozałatwiam.

- Jesteś pewna, że dasz sobie radę? Może, któryś z BLAST z Tobą zamieszka?- Rzuciła luźną propozycję, jednak szybko pokręciłam przecząco głową.

- Coś ty... oni mają już mieszkanie. Nie ma sensu robić zamieszania...

- Dasz sobie radę, siostra.- Szturchnęła mnie w bok, a ja zmarszczyłam brwi.

- Tak, dam...- Nie mam innego wyboru. Dodałam w myślach, czując w kościach że nadchodzą kolejne przeciwności. Znów moje życie odwróci się o sto osiemdziesiąt stopni, zmieniając moje dotychczasowe ustalenia nie do poznania. Może zmieni się na leprze, może na gorsze, a może koniec końców wszystko pozostanie takim jakie jest, jednak wiem jedno... tak, czy siak będzie mnie to kosztowało mnóstwo zdrowia i nerwów... Taka jedna, wielka psychoterapia, tylko nie wiem czy nie wyjdę z tego z gorszą psychiką niż na początku...

I tak zakończyła się kolejna część mojego opowiadania. Ostatnio pisze mi się łatwiej, ponieważ już trochę moich stresów odeszło w niepamięć... Kolejne tygodnie mijają i powoli wszystko układa się w jedną, niepowtarzalną całość. Mam nadzieję, że nadal będziecie wpadać na mojego bloga, by zobaczyć co u Ash i Michaela. Serdecznie Zapraszam! ;)

 

sobota, 05 maja 2012

Cześć wszystkim!!! Jak tam, co tam? Wszystko u Was dobrze? Jak się czujecie, może zdarzyło się coś ciekawego w Waszym życiu o czym chcielibyście opowiedzieć? Śmiało piszcie... może coś związanego z Michaelem? Naprawdę będzie mi miło, gdy będę mogła poczytać wasze wpisy;) Dobra, a teraz zapraszam serdecznie na kolejną część mojego opowiadania. Mam nadzieję, że sprostam waszym oczekiwaniom;) ZAPRASZAM!

****************

- Naprawdę nie wiem, co powiedzieć...- Mruknęłam, wpatrując się wielkimi oczami w bilet na koncert leżący na mojej dłoni. Mike stał koło mnie z uśmiechem w rozmiarze XXL, starając się przekonać mnie do swojego wspaniałego pomysłu.

- Powiedz tak.- Zasugerował, zabawnie zachęcając mnie spojrzeniem. Posłałam mu kuksańca w bok i pokręciłam ironicznie głową.

- Ty już sobie to wszystko, wcześniej zaplanowałeś, co?- Spytałam. Zaśmiał się powabnie, robiąc jednocześnie minę niewiniątka. Zamaszystym ruchem poprawił klapy od marynarki i przygryzł zalotnie wargę.

- Bardzo chciałbym, żebyś zobaczyła mój koncert na żywo.

- Bad Tour... bilety rozchodzą się jak ciepłe bułeczki.- Mruknęłam, ostrożnie ale również uważnie oglądając bilet. Nagle mój wzrok zatrzymał się na jednym, lecz dość ważnym szczególe...- Loża VIP?

- Dla najważniejszych gości. Będziesz mogła obejrzeć cały koncert w spokoju i na pewno nic Cię nie ominie.- Potaknął głową, a ja wpatrywałam się w jego zdeterminowaną twarz. Nie mogłam wyjść z podziwu, jak bardzo jest to dla niego ważne. Miałam dziwne wrażenie, że jakbym powiedziała nie, to mogła bym złamać mu tym serce.

- Wystarczyłoby zwykłe miejsce pod sceną. Lubię koncerty... panuje na nich taka niesamowita atmosfera.

- Czy Ty właśnie się zgodziłaś?- Złapał mnie za ramiona, a jego delikatne a zarazem tak męskie dłonie, ciepło zacisnęły się na moim ciele.

- Dobrze... powiem, to głośno i wyraźnie. Z wielką chęcią pójdę na Twój koncert, Mike.- Odparłam pewnym siebie głosem. Jego twarz rozpromieniła się niesamowicie, jak małemu dziecku które dostało prezent na gwiazdkę. Nagle złapał mnie w ramiona i podnosząc, zakręcił dookoła. Oplotłam ręce wokół jego szyi, by zapobiec potencjalnemu upadkowi jaki mógł mnie czekać. Wtuliłam twarz w miękkie loki na głowie Michaela...- Wariacie...

- Nawet nie wiesz jak się cieszę!- Nadal trzymał mnie w ramionach i wcale nie okazywał chęci mnie wypuszczenia.

- Oj chyba jednak wiem! Zaraz mnie udusisz, królu.- Zarechotałam. Odłożył mnie grzecznie na ziemie, jednak z jego twarzy nadal nie schodził uśmiech.- A teraz opowiedz mi, co mnie czeka na tym wspaniałym, niesamowitym wydarzeniu roku, oczywiście.

- Oczywiście same wspaniałe, niesamowite wydarzenia.- Mruknął, ciągnąc mnie jednocześnie do ogrodu Neverlandu. Odetchnęłam świeżym powietrzem i nacieszyłam wzrok pięknem zieleni i bogactwem roślinności, rozciągającym się po całej posiadłości. Niesamowite drzewa, które dzielnie dawały kojący cień w gorące dni, łagodnie opuszczały swoje korony ku ziemi. Usiadłam na ławce i westchnęłam.

- Zazdroszczę Ci tego. Móc obudzić się rano i wejść w tak wspaniały świat... coś niesamowitego.

- Coś bym powiedział, ale boję się że mi przyłożysz.- Mruknął, a ja ze zdziwienia spojrzałam na niego badawczym wzrokiem, jednak moja ciekawość wzięła górę. Wskazałam na niego podbródkiem, by zachęcić go do mówienia.

- Obiecuję, że rękoczynów nie będzie.

- Chciałem powiedzieć, że od zawsze jest możliwość byś mogła podziwiać ten widok co rano.- Wzruszył ramionami, patrząc na mnie nieziemskim wzrokiem. Przygryzłam wargę, a w głowie zaświtał mi jedna myśl... On nadal myśli o wspólnym mieszkaniu... przecież nawet nie jesteśmy razem! Mimo przerażenia tą myślą, poczułam w sercu miłe ciepło rozchodzące się po całym ciele.

- Mike...

- Wiem kochanie, wiem. Wszystko przyjdzie w swoim czasie i niech tak pozostanie. Nie chcę Cię do niczego zmuszać, ani naciskać.- Pogłaskał mnie przyjaźnie po ramieniu, a ja głośno wypuściłam powietrze. Co miałam powiedzieć? Co miałam zrobić? Co jest odpowiednie, a co będzie błędem, którego konsekwencje będę odczuwać przez całe moje życie?

- Popatrz jak nasze życie dziwnie się poukładało. Kiedyś myślałam, że tak łatwo jest być szczęśliwym... żyć z ukochaną osobą, przyjaciółmi, robić to co się kocha i nie przejmować się tym, co już za nami.- Zapatrzyłam się przed siebie, pozwalając niesfornym kosmykom włosów fruwać, noszone przez wiatr. Mike położył jedną rękę na oparciu ławki, a drugą trzymał blisko mnie. Jego mały palec przyjemnie ocierał się o moją nogę, ciągle dając znak że jest blisko, przy mnie... dla mnie.- Życie wcale nie jest proste... jest tak cholernie skomplikowane i do tego te jego sadystyczne zapędy...

- Wszystko jest po coś. Nic nie dzieje się bez przyczyny. Każde wydarzenie odciska w nas niezapomniane piętno... pamiątkę. Zmienia nas, nakierowuje. Być może z nie wszystkim się zgadzamy, a wręcz za pewne rzeczy nienawidzimy życia, lecz po coś to jest. Bóg miał jakiś cel tworząc to wszystko takim jakie jest... nam pozostaje jedynie wierzyć.- W jego głosie można było usłyszeć szczerość i pewność. Wiedział, co mówi bo sam wielokrotnie przechodził przez różne zawirowania, a mimo tego nadal istnieje, nadal żyje z podniesioną głową i stara się by to życie było jak najlepsze. Spojrzałam mu głęboko w oczy, a na ustach pojawił mi się szczery uśmiech.

- Ładnie powiedziane. Wiara... masz rację, tylko to nam pozostaje.- Odparłam, a on mnie najzwyczajniej w świecie przytulił. Tak po prostu, bez ceregieli, zbędnych słów i niepotrzebnych zawirowań... Już zapomniałam jakie to jest przyjemne.

...

Wpadłam do mieszkania i z pełną czcią i zgodnie z tradycją, rzuciłam swoją torbę na komodę. Jak zawsze grzecznie spoczęła na swoim miejscu, o dziwo nawet nie próbowała spaść, taki bonusowy prezent na lepszy dzień. Wytężyłam słuch. Do moich bębenków słuchowych dotarła dość oryginalna interpretacja utworu „The simply the best", w wykonaniu mojej kochanej siostry. Wetknęłam głowę do kuchni i ujrzałam Carlosa siedzącego przy stole, który jak zaklęty wpatrywał się w pląsającą po całej kuchni Finix. Proszę Państwa, dodajmy że przez „pląsanie" mam na myśli „starała się gotować". Wcale nie przejmowała się moją obecnością, a wręcz śmiem twierdzić że nawet mnie nie zauważyła. Radośnie podśpiewywała pod nosem, wyjmując to nowe rzeczy z lodówki, zapełniając przy tym i tak już dość zapełniony blat przy kuchence. Mimo wszystko bystre oko Carlosa, zdołało mnie dostrzec. Przywitał się kiwnięciem głowy i promiennym uśmiechem. Wskazałam głową na Finix, a on powabnie wzruszył ramionami. Biedaczek nie mógł nadążyć za jej zmianami humorów i ogólnym nastawieniem do życia. Weszłam do środka i chwytając kawałek papryki, usiadłam koło niego. Za chrupałam...

- Wygrała w totka, czy co? A może postanowiła zostać nowym Gordonem Ramsey' em?- Kolejne wzruszenie ramionami.

- Nie mam zielonego pojęcia. Znalazła mnie w „Edenie", przywlekła mnie tu niemal siłą i posadziła na dupsku. Potem wymamrotała, że mam grzecznie czekać aż skończy i od tamtego czasu lata jak jakaś pieprzona Mary Popins, podśpiewując pod nosem „ This is fainal countain".- Wyjaśnił, nachylając się nade mną, nadal skrupulatnie lustrując swoją dziewczynę wzrokiem. Zmarszczyłam brwi i mlasnęłam z niesmakiem.

- Co robiłeś w Edenie?- Spytałam dociekliwym głosem.- A tak na marginesie to jest „The simply the best".- Dodałam, szturchając go delikatnie w ramie. Odwrócił wzrok od ukochanej i spojrzał na mnie, całkowicie zszokowany.

- Pieprzysz...- Pokręciłam przecząco głową, a on znów spojrzał na Finix i wypuścił powoli powietrze z płuc.- Muszę jej jakoś delikatnie powiedzieć, że śpiew nie jest je głównym atutem.

- Chcesz młodo zginąć?- Rzuciłam, również wpatrując się uparcie w jej dzikie pląsy.- Lepiej wróćmy do poprzedniego pytania.- Zasugerowałam.

- Zaszczyt mnie kopnął i szef zadzwonił z płaczem, że im się wakat przy barze zrobił.- Mruknął ociąganym głosem.

- Ten sam szef, który niedawno cię zwolnił?

- Tak ten sam, pieprzony szef.- Mlasnął i posłał mi zaczepny uśmiech.

- Zgodziłeś się?

- Niestety nie śpię na kasie, a barmanów na mieście najwyraźniej mają już za dużo, bo od tygodnia szukam roboty.- Przeczesał włosy dłonią.- Schowałem dumę do kieszeni i postanowiłem przyjąć ofertę.- Poklepałam go po ramieniu i odwzajemniłam uśmiech.

- Dobrze zrobiłeś wodzu. Duma jest do bani... nią nie zapłacisz rachunków.- Niemal musiałam przekrzyczeć Finix, która wcale nie miała zamiaru się nami przejmować. Zmarszczyłam brwi.- Dobra, asekuruj mnie. Próbuje czegoś się dowiedzieć od niej.- Wstałam i podeszłam do Finix. Carlos odprowadził mnie wzrokiem i pomachał na pożegnanie dłonią.

- Byłaś dobrą przyjaciółką. Będę tęsknić.- Mruknął, a ja zdążyłam go jeszcze spiorunować groźnym spojrzeniem. Poczłapałam niepewnym krokiem w stronę Finix i z przekonaniem, że raz się żyje, posłałam kuksańca w biodro mojej drogiej siostry. Podskoczyła niewinnie, po czym szybko spojrzała na mnie, na całe szczęście, przyjaznym wzrokiem. Uf... pierwszy kamień spadł z serca, pora na kolejne.

- Ashley!- Przekręciła głowę na bok.- Kiedy przyszłaś?

- Ech... jakieś piętnaście minut temu.- Kiedy usłyszała moją odpowiedź, najpierw zakryła ze zdziwienia usta dłonią, po czym machnęła w powietrzu i uśmiechnęła się radośnie.

- Jestem dziś taka zabiegana. Muszę zrobić obiad, a do tego ogarnąć ten cały bałagan!- Jej głos był lekki, przyjazny i wręcz nie podobny do jej naturalnego. Był zbyt radosny... i do tego ta wymowa i składnia. Nie tylko biega, ale również gada jak Mary Popins. Pomyślałam w duchu, jednocześnie zastanawiając się, czy już wzywać lekarza, czy może jeszcze trochę poczekać.

- Ty i obiad?- Spytałam, przypominając sobie jak każdego popołudnia jak w zegarku Finx dzwoni do Chińczyka za rogiem, zamawia jedzenie i na tym się kończy jej przygotowywanie obiadu. Tak na marginesie ów Chińczyk uznał Finx za swoją honorową klientkę i dał jej parę upustów, w końcu rzadko trafiał się mu tak dochodowy klient. Piękna symbioza... Jak Finix szczęśliwa, to i Chińczyk szczęśliwy. Cing- Ciang ;P

- No tak kochana! Koniec z jedzeniem zamawianym z niewiadomych miejsc. Popatrz na niego...- Przekręciła mnie tak bym spojrzała na Carlosa nadal siedzącego przy stole.- Oooo... mój kochany Carlosek jest taki głodny.- O rety... Zmarszczyłam brwi.

- Carlosek?- Powtórzyłam, mając szczerą nadzieję, że się przesłyszałam. Opcja by zadzwonić po lekarza, nagle stała się dość bliska i jakże atrakcyjna. Biedny Carlos spojrzał na mnie zmieszanym wzrokiem i wskazał na siebie niepewnie palcem.

- Mła?- Pięknie zaakcentował. Przygryzłam wargę, po czym złapałam Finix za łokieć i odciągnęłam ją na bok.

- Czy ty aby na pewno dobrze się czujesz?

- Wyśmienicie.- Odparła cała w skowronkach. Przybliżyłam twarz do jej twarzy i uważnie lustrowałam jej oczy.

-Brałaś coś?- Palnęłam. Naprawdę nie miałam innych pomysłów.

- To nielegalne.- Przypomniała mi, robiąc przy tym srogą, ale nadal cholernie radosną minę.

- To dlaczego zachowujesz się jak Mary Popins?

- Mary Popins?

- Ech... Zapomniałam, że twoja edukacja filmowa, nie miała w sobie tak trywialnych filmów jak ten. Zapytaj później Carlosa... to on na to wpadł.- Sapnęłam, pocierając nerwowo kark.- Dlaczego jesteś taka...- Szukałam w myślach odpowiedniego słowa.- ... wesolutka? – Zmrużyła oczy i uśmiechnęła się łagodnie. Ujrzałam w jej oczach spokój i nieukrywana radość, która wypływała z niej litrami.

- Ashley...- Mruknęła. Wzrok jej się zaszklił. Wstrzymałam oddech, czekając na absolutnie najgorszą informacje...- Jestem w ciąży.

- Co?- Udało mi się wydusić. Finix zacisnęła usta, starając się powstrzymać przed rozbeczeniem na dobre. Jednak najbardziej zadziwiające z tego wszystkiego było to, że jej łzy nie były ze smutku... ona się cieszyła. Roześmiałam się przyjaźnie i widząc jej walkę z własną samokontrolą, szybko przytuliłam ją do siebie.

- Kochanie...- Szepnęłam jej do ucha.- Gratuluje... tak cholernie Ci gratuluje.

- Nawet nie wiesz jak się cieszę... to jest takie niesamowite uczucie. Jakbym dostała ogromnego kopa, napędzającego mnie do życia.- Ujęłam jej twarz w dłonie i otarłam kciukiem łzy szczęścia, które bezwładnie spływały po jej różowych policzkach. Pociągnęła pociesznie nosem.

- Carlos wie?- Wskazałam na niego podbródkiem. Siedział w drugim końcu kuchni przy stole i kontemplował działanie naszej cukiernicy, co jakiś czas spoglądając na nas niepewnym i pytającym wzrokiem. Pokiwała przecząco głową.

- Ten obiad... chce mu powiedzieć dzisiaj.- Moje oczy się rozszerzyły, a do mojej pustej głowy dotarł pewien mały, ale jakże znaczący fakt. Klepnęłam się w czoło.

- Przeszkadzam Wam, prawda?

- To nie...- Nie dałam jej skoczyć.

- Już Was kochanie zostawiam samych. Wrócę...- Tu się zatrzymałam. Ile ja miałam im dać czasu?- ...eee kiedy wrócę. Nie śpieszcie się i cieszcie się swoją obecnością. Tylko nie trzymaj go długo w niepewności, bo zapewniam Cię, ale on już powoli zaczyna świrować ze zmartwienia.- Pocałowałam ją w policzek i szybko podbiegłam do Carlosa. Nachyliłam się nad nim i również obdarzyłam go pocałunkiem w policzek.

- Ty żyjesz.- Zażartował, uśmiechając się zalotnie pod nosem.

- Lepiej żebyś ty jeszcze żył jak wrócę.- Mruknęłam, a kąciki moich ust wygięły się do góry.- Zostawiam Was, mam jeszcze parę spraw do załatwienia na mieście.- Rzuciłam na pożegnanie i pognałam do wyjścia. Jedynie wzięłam po drodze skórzaną kurtkę i torebkę. Po chwili już mnie nie było...

...

Ding, dong. Przyjemny dzwonek, rozniósł się na klatce schodowej, a ja grzecznie czekałam aż ktoś mi otworzy, z lenistwa opierając się o imitującą biel ścianę. Stare drzwi zaskrzypiały, a zza nich wychyliła się radosna twarz Shina.

- Co tam piękna?

- Mam dla Was news' a nie z tej ziemi.- Odparłam, popychając go dłonią do środka i jednocześnie sama wchodząc.

- O Ash.- Przywitał mnie ciepły głos Yasu. Siedział przy komputerze i jak zawsze rozwiązywał swoje tajemnicze i bardzo prawnicze zagadki.

- Ciągle pracujesz...- Przekręciłam głowę na bok, spoglądając na niego opiekuńczym wzrokiem.

- Zostaw tego pracoholika, jemu i tak już nic nie pomoże. Lepiej zdradź mi tą tajemnice!- Niebieskogłowy chwycił mnie za dłoń i pociągnął na kanapę. Zgrabnym ruchem nogi, zrzucił z niej stertę ubrań i posadził mnie na niej, wcale nie przejmując się moimi uprzednimi sprzeciwami. Po sekundzie poległ koło mnie.

- Ty naprawdę powinieneś zacząć się liczyć ze zdaniem innych...

- Ej... nie chciałaś usiąść?- Mruknął, nachylając się nade mną. Zaśmiałam się, kręcąc głową.- Jestem wybitnie uprzejmy.

- Tsa... niczym kat nad trupem. Pytanie kogoś, po fakcie dokonanym jest trochę lipne, wiesz?- Do rozmowy dołączył Japh, który wyłonił się z łazienki. Przewróciłam bezradnie oczami, widząc że jest goły, jedynie biały ręcznik cudem trzyma się na jego biodrach, na całe szczęście zakrywając to co trzeba.

- Czepiasz się jak zawsze. Teoretycznie wyświadczyłem jej przysługę, zabierając i rozwiązując zarazem, jeden z jej życiowych problemów.

- „Usiąść, czy nie usiąść?! Oto jest pytanie!"- Odparł Yasu, pociągając swojego ulubionego papierosa.

- Shin, czy Ty naprawdę tak rozumujesz, czy ty tylko udajesz?- Japh nie mógł wyjść z podziwu. Miał racje... teorie spiskowe i życiowe wysnuwane przez młodego, czasem były zrozumiałe jedynie dla niego.

- Moje rozumowanie jest jak najbardziej poprawne i mogę nawet rzec, że idealne.- Wzruszył ramionami i dla demonstracji, chwycił moje nogi i położył je sobie na swoich. Mruknęłam z dezaprobatą.- Widzisz? Następny problem Ashley Fox został rozwiązany. Teraz jest jej wygodnie, a niezręczność jaka by zaistniała podczas pytania mnie czy może, odeszła w niepamięć. Czy to nie cudowne?!- Japh stuknął się dłonią w czoło.

- Jesteś przypadkiem beznadziejnym.

- I za to mnie kochasz.- Posłał mu całusa. Tamten udał, że uchyla się przed tym i uniósł do góry wargę jak jakiś oprych.- Ash, więc jaki to news masz dla nas?

- Myślałam, że już nie spytasz.- Wyszczerzyłam do niego uśmiech i ogarnęłam wszystkich zagadkowym spojrzeniem.- Nie długo będziemy mieli bobasa w paczce!- Odparłam, a szczęki wszystkich opadły na dół. Japh spojrzał na mnie przerażonym wzrokiem.

- Kochanie, chyba ty nie...

- Zgłupiałeś? Nie mam faceta i nie jestem wiatropylna! To chyba mnie wyklucza, nie uważasz?

- Fakt, przez pączkowanie też raczej nie umiesz się rozmnażać.- Mruknął, pocierając kark z wyraźną ulgą.- Więc kto?

- Ktoś bliski.- Shin wychylił się zza mnie i spojrzał zaczepnie na Yasu.

- Yasu, dlaczego się nie pochwaliłeś!

- Wal się niebieski!- Wyszywana poduszka, trafiła Shina prosto w twarz.

- Ała!- Sapnął, rozcierając nos.- Nie znasz się na żartach.

- Wróćmy do tematu...- Zasugerował Yasu, wyraźnie dumy ze swojej celności.

- Szczęśliwą i to bardzo szczęśliwą mamą zostanie Finix.- Wyrzuciłam z siebie, a wszystkich na nowo zatkało. Japh zatrzymał się w połowie ruchu, co spowodowało poważne rozluźnienie wiązania na biodrach. Po sekundzie narastającego napięcia i zapewne z szoku, ręcznik najzwyczajniej w świecie spadł. Wciągnęłam z przejęcia powietrze, a Yasu wypuścił dym z płuc. Shin po chwili niepewności parsknął śmiechem, po czym zakrył mi oczy, chcąc mnie uchronić przed widokiem przyrodzenia własnego brata. Odetchnęłam.- Shin, jestem twoją dłużniczką.

- Przyjemność po mojej stronie.- Powstrzymał się przed następną salwą śmiechu. Zabrał dłoń, a ja spojrzałam przed siebie mając nadzieję, że już po wszystkim. Nic bardziej mylnego, mój brat wyszedł z założenie, że Show must go on... Nadal stał dzielnie na środku, jedynie oparł dłonie o biodra i wypiął pierś do przodu.

- Ale tu przeciąg.- Mruknął, a wszyscy nie mogliśmy powstrzymać się przed wybuchem obłąkanego śmiechu. Tak... dość niecodzienny obrazek i dość niecodzienna sytuacja... Tak, taka jest moja paczka, paczka przyjaciół... nic się w niej nie ukryje... dosłownie nic :P.

 



sobota, 28 kwietnia 2012

 

****************

Kiedyś wspominałam, że poranki zazwyczaj nie należą do rzeczy nazywanych „przyjemnymi". Właśnie... zazwyczaj. Ten poranek był jednak wyjątkowy, jakby wyjęty z filmu. Otworzyłam oczy i poczułam przyjemne ciepło, oraz bliskość drugiej osoby. Ostatni raz czułam się tak dobrze w objęciach Nobu. Uniosłam lekko głowę do góry, by móc dostrzec twarz tego szczęśliwca, który miał okazję trzymać mnie w swoich objęciach. Kompletnie nie miałam pojęcia jakim cudem z przeciwnych biegunów tak ogromnego łóżka, przetransportowaliśmy swoje ciała w to jedno miejsce. Wyraźnie zarysowany podbródek, długie rzęsy, karmelowa karnacja, czarne włosy, niewinnie kręcące się na białej poduszce. Odruch bezwarunkowy... wtuliłam się w jego stabilną klatkę piersiową i po prostu wsłuchiwałam się w stanowcze bicie jego serca.

- Już dawno nie miałem takiego miłego poranku...- Nagle z ciszy jaka panowała w pokoju, wyrwał mnie ciepły głos Michaela, który najwyraźniej postanowił się obudzić. Nie wiem dlaczego, ale przestraszyłam się tej całej sytuacji i przez moment miałam nawet poważne plany by wcielić w życie mój mało zgrabny plan ucieczki. Na całe szczęście jego ramiona zacisnęły się na mnie mocniej, co skutecznie uniemożliwiło wyskoczenie z łóżka. Spojrzałam na niego figlarnym wzrokiem i zmarszczyłam brwi.

- No patrz... wszyscy będą mi zazdrościć.- Zagwizdałam, przewracając teatralnie oczami.- Obudzić się w ramionach samego Michaela Jacksona, to dopiero gratka.- Odetchnął z ulgą, a na jego twarzy wykwitł zawadiacki uśmiech.- Z czego ta radość?

- Ponieważ jeszcze tu jesteś.- Odparł jakby to było oczywistą, oczywistością.

- Rozwiń.- Mruknęłam.

- Wyobrażałem sobie całkiem inne zakończenie. Np. coś w stylu „ Aaaaa! Muszę już iść! Przepraszam cię!" i takie tam.- Zaśmiał się, a ja szturchnęłam go palcem w klatkę piersiową. Nagle moje oczy przez przypadek najechały na zegarek stojący na szafce obok łóżka. Próba...

- Aaaa! Muszę już iść! Przepraszam cię!- Wywinęłam się z jego objęć i pobiegłam pośpiesznie do łazienki. Ubrałam na siebie swoje ciuchy, które na szczęście były już suche, przeczesałam włosy i znów weszłam do sypialni. Mike zdążył już wstać i założyć na siebie szlafrok.

- Gdybym wiedział, że weźmiesz moje słowa aż tak poważnie, to nic bym nie mówił.- Spojrzał na mnie zagadkowym wzrokiem, starając się jednocześnie powstrzymać przyjazny śmiech.

- Bardzo śmieszne Jackson. Jestem już spóźniona na próbę. Yasu mnie rozszarpie!- Odparłam podchodząc do niego i na pożegnanie pocałowałam go delikatnie w policzek. Mike odchylił lekko głowę do tyłu, po czym spojrzał się na mnie swoim przenikliwym wzrokiem. Z jego twarzy nie schodził blogi uśmiech zadowolenia.

- Można się od tego uzależnić.- Mruknął.- Powiem Bille' mu żeby Cię odwiózł.- Zaproponował, a ja kiwnęłam przecząco głową, nie chcąc go wykorzystywać.

- Spokojnie rycerzu. Księżniczka umie o siebie zadbać. Taksówka w zupełności wystarczy.- Pogładziłam go delikatnie, po czym chwyciłam torebkę i udałam się do drzwi. Zmierzył mnie od góry do dołu zaczepnym wzrokiem. Przyjazny uśmiech nie schodził mu z twarzy, co przyprawiało mnie o poczucie błogiej satysfakcji.

- Niech księżniczka na siebie uważa.- Zaśmiał się.- Spotkamy się później?- Spytał z nadzieją w głosie, a ja nie potrafiłam odpowiedzieć nic innego.

- Z wielką przyjemnością.- Odpowiedziałam i wyszłam. To dziwne, ale już po przekroczeniu progu miałam ochotę do niego wrócić... jak przewidywalnie.

...

Wysiadłam pośpiesznie z taksówki i już miałam zapłacić, jednak mężczyzna spojrzał na mnie i pokręcił przecząco głową z uśmiechem na ustach.

- Już mi zapłacono za kurs i to z nawiązką.- Odparł. Najwyraźniej owa nawiązka była bardzo duża i na tyle wystarczająca by przemilczeć tak drobny szczegół jak to spod czyjego domu musiał mnie zabrać. Zmarszczyłam brwi i zachichotałam.

- Skoro tak, to dziękuje.- Zamknęłam drzwi i podbiegłam do wejścia na sale prób. Były już otwarte... czyli chłopacy już są. Spojrzałam nerwowo na zegarek...- Szlag by to trafił. Po dziesiątej, już czuje zaciskające się dłonie Yasu na mojej szyi.- Odetchnęłam głęboko i popchnęłam szklane drzwi. W środku panowała przyjemna atmosfera dzięki klimatyzacji i odpowiedniemu oświetleniu. W porównaniu do naszego starego magazynu, to był luksus z wyższych sfer, jednak jeśli miałabym być szczera wolałabym momentami wrócić do tamtych beztroskich dni i siedzieć tam, ubrana w ciepły sweter, lub ze szklaneczką lemoniady by odpędzić natrętne gorąco.

- Ashley, już myślałem że zaginęłaś w akcji!- Mój kochany brat rzucił się na mnie i przytulił do siebie. Poczułam, że tracę oddech.

- Zaraz mnie udusisz...- Mruknęłam, jednocześnie czochrając jego niesforne dredy. Gdy tylko udało mi się oswobodzić z uścisków Japha, podpłynęłam zgrabnym ruchem do Yasu i spojrzałam na niego pytająco.- A ty mnie nie udusisz?- Szepnęłam uśmiechając się z ulgą, widząc jego rozluźnioną i przyjazną minę.

- Rozmawiałem z Michaelem.- Objął mnie w pasie i spojrzał na mnie dość jednoznacznym wzrokiem. Klepnęłam go w ramię.

- Czy coś sugerujesz?- Zaśmiał się.

- Nie kochanie, ja tylko wnikliwie analizuje fakty jak przystało na przyszłego prawnika.- Z jego pięknej buźki nie schodził zawadiacki uśmieszek.

- No tak, zapomniałam...- Odwzajemniłam uśmiech, po czym gdy tylko udało mi się oswobodzić z jego ciepłego uścisku, zdjęłam kurtkę i chwyciłam mikrofon i kartkę z tekstem do ręki. Ustałam na środku, jednak mój wzrok na moment zatrzymał się na Shinie. Stał z boku i spoglądał na mnie zbitym wzrokiem. Kiedy zauważył że się na niego patrzę, uśmiechnął się nieśmiało i już miał coś powiedzieć, jednak odwróciłam wzrok.- To, co? Zaczynamy próbę?- Spytałam.

- Piękna, porywam na moment Japha. Poprosił mnie o poradę... lepiej jak to załatwimy na osobności.- Yasu walnął powabnie łokciem Japha, który nagle skapował że musi potwierdzić te durne kłamstwo, bym choć trochę w to uwierzyła.

- Po pierwsze to Ałć...- Mruknął z wyrzutem, spoglądając wściekle na Yasu.- Po drugie mam problem, a Yasu wydaję się być najbardziej zrównoważonym psychicznie człowiekiem na tej sali, by komukolwiek udzielać rad.- Wyjaśnił i musiałam mu to przyznać, że nieźle kombinował. Spojrzałam na nich podejrzliwie, a oni próbowali zrobić najbardziej niewinne miny jakie tylko potrafili z siebie wykrzesać. Po chwili komedii jaką uskuteczniali, spojrzeli na siebie, wzruszyli ramionami, po czym najzwyczajniej w świecie wyszli. Może nie jestem najbystrzejszą osobą na globie, ale dość szybko załapałam o co im chodzi. Mianowicie zostałam sam na sam z niebieskogłowym.

- Jak nic ich zabiję...- Warknęłam pod nosem, po czym odłożyłam mikrofon i tekst. Tysiące czynności, by tylko nie zająć się tym co w tym momencie było czymś nieubłaganym.

- Ashley...- Nagle Shin dotknął mojego ramienia, a ja odsunęłam się odruchowo. Zauważyłam z bólem, że celowo unikam jego wzroku.

- W takim tępię nie uda nam się zebrać materiału na płytę... ciągle przepadają nam próby.- Zaczęłam paplać bezsensu. Włączyło mi się coś na kształt samoobrony, starałam się odciągnąć rozmowę, która jak wszystko na to wskazywało nie będzie przyjemna.

- Proszę, porozmawiaj ze mną.- Wręcz zażądał, stając bezpośrednio przede mną bym nie miała żadnej drogi ucieczki. Wypuściłam głośno powietrze i po sekundzie zbierania się w sobie, uniosłam głowę i zmierzyłam się z nim wzrokiem.

- To rozmawiajmy.- Mruknęłam przeciągle i z początkową agresją w głosie, jednak gdy jego ciepły, zmartwiony i wyrażający skruchę wzrok wpatrywał się we mnie, poczułam że nie potrafię mówić do niego w tak oschły sposób.

- Chcę Cię przeprosić. To co powiedziałem...- Zacisnął pięść, jakby był wściekły na samego siebie.- Ja wiem, że go kochałaś. Cała sobą, niezmiennie, nieprzerwanie... na śmierć i życie. Wiem o tym...

- Jednak powiedziałeś coś innego...- Nie potrafiłam odpuścić. Myślę, że ta sprawa była po prostu dla mnie zbyt ważna. Shin momentalnie zbliżył się do mnie.

- Proszę Cię... Ash, jesteś dla mnie ważna, ostatnią rzeczą jaką chciałbym zrobić to Cię zranić. Powiedziałem tą głupotę w złości... żałuję tego.- Dotknął mojej dłoni i jakby uśmiechnął się lekko widząc, że nie staram się uciec.- Jeśli chodzi o Ciebie i o Nobu, to wiem najlepiej jak między wami było, co do siebie czuliście... Stawiałem i nadal Was stawiam za wzór, też w przyszłości chciałbym obdarzać się taką miłością jak wy... być tak szczęśliwym.- Nie potrafiłam stać bezczynnie i słuchać tego co mówił. Moje serce ściskało się niesamowicie, a żołądek tańczył jak pijany na dyskotece. Oczy mimowolnie się zaszkliły... Szybko przytuliłam go do siebie i ukryłam swoją twarz w zagłębieniu jego szyi.

- Shin...- Wybełkotałam.

- Kocham Cię Ash... przepraszam, że przeze mnie cierpiałaś.- Zanurzył się w moje włosy. Po minucie zapomnienia i przebaczenia, zrozumiałam że czas na drugi punkt programu. Rozmowa o Andie... Bałam się tego tematu jak cholera i dobrze wiedziałam, że ten błogi spokój jaki zagościł może za chwilę zniknąć. Odsunęłam się trochę by móc spojrzeć mu w oczy. Kontakt wzrokowy to podstawa...

- Chcę Ci coś powiedzieć, tylko obiecaj mi, że się nie obrazisz, nie wkurzysz i przede wszystkim wysłuchasz mnie do końca.- Zrobiłam poważną minę i cierpliwie poczekałam na jego odpowiedź. Trochę mi ulżyło gdy zobaczyłam na jego twarzy lekki uśmiech. Kiwnął twierdzącą głową... to do dzieła.

- Chodzi o Andie...- Zaczęłam. Uśmiech spełzł z jego twarzy. Zadrżałam, lecz już nie mogłam się wycofać. Teraz albo nigdy, czas wyłożyć wszystkie karty na stół.- Dobrze wiesz, że jej nie polubiłam, zresztą ona mnie też. I nie wynika to wcale z tej całej afery z narkotykami. Gdyby tyko mówiła szczerze...

- A nie mówiła.- Dokończył, jakby sam domyślił się o co chodzi. Pokiwałam twierdząco głową.

- Może tego nie widziałeś, ale gdy mówiła o tym że Marihuana była dla jej matki, wysyłała do mnie i do Yasu ironiczne i dość cyniczne uśmieszki. To tak jakby w twarz mi się nabijała, że robi Cię w konia, a ja mogę jej naskoczyć...- Spuściłam głowę w dół.- I po prawdzie miała rację.- Shin delikatnie chwycił mnie za podbródek i zmusił mnie żebym na niego spojrzała.

- Nie, nie miała. Rozmawiałem z nią o twoich podejrzeniach. Wściekła się, wyzwała Cię od najgorszych... a później powiedziała że nie chce mnie znać, bo jestem durniem. Durniem, który uwierzył w bajeczkę o mamusi.- W jego oczach był żal połączony z dzikim bólem. Jak ona mogła mu powiedzieć coś takiego? Jak mogła go tak wykorzystać i skrzywdzić?

- Dobrze, że poznałeś się na niej teraz... nie wiadomo jak by to się wszystko skończyło, gdybyś nadal jej wierzył.- Pogłaskałam go po policzku i przechyliłam głowę na bok, uśmiechając się do niego z ulgą. Serce mi zadudniło, a na plecach poczułam dreszcz... on również się uśmiechnął. Jest dobrze... będzie dobrze...

- To Wy przemówiliście mi do rozumu... i to Wy wtedy przyszliście po mnie do aresztu, nie ona. Jak bym mógł jej wierzyć, a nie Wam?- Mruknął, przygryzając delikatnie wargę, a jego łańcuszek przewieszony od kolczyka na wardze do kolczyka w uchu, zabrzęczał podkreślając każde słowo. Jakoś poszło... Zmrużyłam oczy i poprawiłam mu grzywkę.

- Jak się trzymasz?

- Jeśli będziecie blisko... to dobrze.- Odparł, uśmiechając się błogo. Zaśmiałam się.

- To chyba oczywiste...- Sapnęłam, po czym mlasnęłam z niesmakiem ustami i wskazałam podbródkiem na wcześniej wspomniany łańcuszek.- Czy on jest naprawdę niezbędnym elementem Twojego image?

- No jasne!- Pokiwał głową i zrobił uśmiech w rozmiarze XXL.- Dzięki temu kobiety mnie kochają.

- Weź... Jak z tym czymś możesz się całować. Kiedyś rozwalisz komuś usta, albo ktoś Tobie.- Zmarszczyłam nos i posłałam mu zaczepnego kuksańca w bok. On uchylił się zgrabnie, po czym przyciągnął mnie do siebie i nachylił nade mną, w pełni gotów do dość szczegółowej prezentacji.

- Może Ci pokażę...- Mruknął niczym pierwszorzędny lowelas, a ja spojrzałam na niego z politowaniem.

- Błe... to tak jakbym całowała własnego brata.- Zdusiłam ten wspaniały pomysł w zarodku. Na szczęście jego duma podrywacza nie ucierpiała na tym za nadto, ponieważ po chwili kontemplacji mojej miny, buchnął szaleńczym śmiechem i zgrabnym ruchem ustawił mnie w pionie. Bez wahania dołączyłam się do zabawy...

- Co tu tak wesoło?- Nagle do sali wparował Japhrimiel, a zaraz za nim Yasu. Spojrzeli na nas obaj badawczym wzrokiem, próbując usilnie zgadnąć, czy Shin może mnie dusi, a może jednak przytula. Na ich twarzach zagościły szerokie uśmiechy... chyba uznali, że druga opcja jest bardziej prawdopodobna. Oderwałam się do niebieskogłowego i złapałam mojego brata za bluzkę.

- Może tak zaczniemy próbę? No chyba, że masz jeszcze jakąś, arcyważną sprawę do Yasu?- Łypnęłam na niego oskarżycielskim wzrokiem, a on wyszczerzył do mnie swoje białe ząbki i wzruszył bezradnie ramionami.

- To był jego pomysł!- Zaprotestował i wskazał palcem na Yasu.- Dlaczego więc to ja dostaje bęcki?

- Bo stoisz najbliżej?- Zasugerował Shin, zaplatając ręce na klatce piersiowej. Yasu tradycyjnie zapalił papierosa i popatrzył na nas z uciechą.

- Jasne...- Zamruczał, po czym odwrócił się do naszego lidera.- Już więcej mnie nie wciągniesz w te swoje gierki!- Zaintonował głos, tak jakby mówił do swojej kochanki. Roześmiałam się momentalnie i wspaniałomyślnie puściłam go, by mógł swobodnie hasać między sprzętem.

- Yasu nie strugaj niewiniątka, z Tobą też się policzę w swoim czasie.- Wycedziłam przez śmiech, łapiąc całusa którego zdążył mi wysłać w powietrzu. Wszystko się poukładało, wszystko wróciło do normy... Ja i Shin... nawet nie mogłam sobie wyśnić lepszego pojednania... I te ciepłe słowa z jego ust. „ Ashley, kocham Cię". Nic więcej od niego nie potrzebuje...

...

Wyciągnęłam się z satysfakcją na ławce i spojrzałam zmrużonymi oczami w niebo. Błękit zabójczo rozlewał się po niebie i jedynie nieliczne, zabłąkane chmurki, gdzieniegdzie fruwały powoli, ospale, bez pośpiechu. Idealny dzień by udać się do parku i spotkać się z kimś miłym... bardzo miłym. Mianowicie tego dnia, umówiłam się z Michaelem. Kiedy tylko wspomniałam mu przez telefon o pojednaniu z Shinem, od razu zażądał bym opowiedziała mu o tym ze szczegółami. Powiem szczerze, że wcale nie miałam nic przeciwko... odpowiadało mi to, że będę miała okazje zamienić z nim parę zdań. Tak więc, siedziałam na ławce, w odległej części parku, gdzie ludzie nie lubili się zapuszczać, a ja z Mikem umiłowaliśmy sobie te miejsce od razu. Cisza... spokój... błogie ciepło słońca otulające moją twarz. Wszystko idealnie...

- Nareszcie cię znalazłam!- Niemiły głos, brutalnie przeciął ciszę, zmuszając mnie do wrócenia do rzeczywistości.

- A kto mnie...- Zaczęłam, jednak gdy dostrzegłam twarz mojego prześladowcy, wcale nie musiałam się pytać kto to.- Andie... czego chcesz ode mnie?

- Jeszcze się pytasz?!- Stanowczo nie przyszła tutaj w pokojowych zamiarach. Ton jej ostrego głosu raczej sugerował, że wolała by mi wybić parę zębów...

- Nie jestem wróżką, Andie.- Odwarknęłam, starając się jakoś zachować resztki spokoju i opanowania. Zacisnęła zęby ze złości i zaplotła w piąstki swoje małe dłonie.

- Musiałaś się wtrącać?! Przez Ciebie Shin ze mną zerwał!!!- Wrzasnęła jeszcze bardziej głośno i przerażająco. Wzruszyłam bezradnie ramionami i nadymałam zabawnie policzki.

- Po pierwsze jak sama dobrze wiesz, doprowadziłaś do tego, że się z nim pokłóciłam, więc nie był pod moim wpływem, a po drugie to chyba miał jakiś powód skoro sam w końcu przejrzał na oczy!?

- Przestań pieprzyć!- Popchnęła mnie, jednak nie zrobiło to na mnie najmniejszego wrażenia.

- No, powiedz... dlaczego cię rzucił?- Syknęłam, łypiąc na nią groźnym wzrokiem. Nie chciałam się kłócić, jednak nie miałam zamiaru pozostać obojętna na jej jawne prowokacje.

- Przez to, że podważyłaś moje słowa, przestał mi wierzyć.- Nie było słychać u niej żalu, lub choćby skruchy... nic.- Będę musiała się zakręcić koło innego idioty, by mi kupował Maryhę.- Zmrużyłam złowieszczo oczy i wstałam z przejęcia.

- Shin też był idiotą?

- Z choinki się urwałaś? Był mi potrzebny tylko po to, by załatwiać towar... leszcz się na to złapał. Nie moja wina, że jest aż tak głupi.- Nie mogłam uwierzyć jak łatwo przychodziło jej mówienie tak okropnych rzeczy. Stanęłam z nią twarzą w twarz, mierząc groźnym wzrokiem. Nie miałam zamiaru pozwalać jej, by w tak perfidny sposób oczerniała Shina...

- To ty jesteś idiotką.- Warknęłam, starając się ze wszystkich sił, by bała się mnie ... miarka się przebrała. W jej oczach ujrzałam nutkę zmieszania i strachu, źrenice jej zadrgały, a wyraz twarzy już nie wyglądał na taki pewny jak na początku.- Straciłaś kogoś takiego jak Shin... kogoś, kto dla Ciebie był gotowy wystawić na szwank relacje ze swoimi najbliższymi, nie zawahał się przed zrobieniem czegoś nielegalnego bo go o to poprosiłaś. Gratulacje... mogłaś mieć wszystko, a zostałaś sama. Sama ze swoim pieprzonym nałogiem, głupotą, ignorancją...- Przygryzła wargę, a jej oczy się zaszkliły. Chciała uciec, lecz przytrzymałam ją za rękę.- Nie zmarnuj następnej szansy jaką da Ci los i nie spieprz sobie do końca życia. Stoczysz się przez prochy i przez swoją arogancje, a wtedy nie będzie żadnego odważnego idioty by ci pomóc.

- Ashley...- Naszą rozmowę przerwał Michael. Odwróciłyśmy w jego stronę głowę, a ja kiwnęłam do niego przyjaźnie na powitanie. Nagle poczułam małą dłoń dotykającą mojej... to Andie. Spojrzała na mnie zaszklonym wzrokiem, lecz na jej twarzy pojawił się nikły uśmiech.

- Przepraszam... i dziękuje.- Mruknęła, po czym pobiegła alejką zostawiając nas samych. Gdyby nie Michael stałabym tam jak wryta, patrząc przed siebie i analizując to co właśnie miało miejsce. Moje słowa trafiły do niej... być może zrozumiała co zrobiła i ile straciła.

- Wszystko w porządku?- Ciepły głos Mike' a wybudził mnie z jakiegoś zamroczenia, w które wpadłam. Pokręciłam twierdząco głową i spojrzałam na niego dziwnym lecz przyjaznym wzrokiem.

- Tak.

- Kto to był?

- To była Andie...- Mój głos nadal był cichy, nieswój jakbym jeszcze nie do końca ogarniała co tu się stało.

- Andie? Dziewczyna Shina?- Dotknął mojego ramienia, co bardzo mnie rozluźniło. Pozwoliło odciąć się od przeszłości i wejść w nowy rozdział.

- Była dziewczyna...- Poprawiłam go.

- Podziękowała Ci. Chyba jest dobrze...

- Powiem Ci szczerze, że jeszcze nigdy mnie coś takiego nie spotkało. Najpierw chciała mnie rozszarpać, a parę minut później zmieniła się nie do poznania... podziękowała mi. To tak jakby ktoś jej przeszczepił osobowość...

- Myślę, że jej poprzednie zachowanie było maską. Być może wstydziła się siebie, tego jaka jest, myślała że jeśli ktoś odkryje jej prawdziwą twarz, wtedy ją wyśmieje. To taki swoisty sposób ochrony.- Złapał mnie za dłoń i delikatnie pociągnął do ławki. Usiedliśmy blisko siebie, a ja poczułam się lżej wiedząc, że za moment będę mogła powiedzieć mu o wszystkim, co leży mi na duszy...

- Mam nadzieję, że odnajdzie szczęście i że wyciągnie jakieś wnioski z tego co się stało. Jeśli będzie postępować tak jak dotąd, w końcowym rozrachunku zostanie sama... a wiem z autopsji, że to nie jest miły stan.- Odparłam, czując na sercu ulgę. Poczułam ciepłą dłoń Michaela na mojej dłoni, oraz ujrzałam pełen uczucia uśmiech na jego twarzy.

- Ale ty już nie jesteś sama.- Jego zapewnienie było dla mnie świętością... gwarancją na dobre i złe dni. Pociechą w chwilach zwątpienia, ucieczką i wybawieniem podczas kłopotów. Czego mogłam chcieć więcej. Ich wsparcie i sama obecność motywuje... skłania do działania. To dla nich istnieję i dalej chcę istnieć... na zawsze.

Na dzisiaj to już wszystko. Mam nadzieję, że udało mi się Was zatrzymać przy ekranie komputera choć na kilka minut. Ja jak na razie dalej brnę w tych wszystkich sprawach związanych z moją przyszłością... Wrrr... dlaczego pewne rzeczy nie mogą być prostsze? A tam! Szeroki uśmiech na twarzy i do przodu! Pozytywne nastawienie MOI DRODZY!!! Pozdrawiam i zapraszam serdecznie za tydzień ;)

 

sobota, 21 kwietnia 2012

Czas zacząć kolejną część. Ostatnio mam dziwne poczucie, że gdzieś zanikam. Ja i moje życie… moja twórczość, przyzwyczajenia i małe przyjemności. Wszystko staje się przezroczyste, niezauważalne. Może to głupie, jednak czuję się z tym nieswojo… obco. To co było, staje się wyblakłe, a to co będzie wydaje się niepewne. Może to chwilowa słabość, spadek formy spowodowany nawałem pracy i stresu, jednak ciemność w sercu niebezpiecznie się szerzy i coś trzeba z tym zrobić… stanowczo tak. Ach no cóż… Zapraszam na kolejną część mojego opowiadania. Mam nadzieję, że spodoba się Wam i że sprostałam waszym wymaganiom.

     

  ***************


Palący ból i niesamowita nicość. Złość, która przelewa się w myślach i gorycz podstępnie napełniająca serce. Zimne krople deszczu spłynęły po moich policzkach, przynosząc ulgę i połowiczny spokój. Biegłam… przez dłuższy czas, donikąd, w nicość. Stanęłam na środku chodnika i spojrzałam w niebo. Ogromne krople obrzuciły moją twarz. Nie mogłam uciekać… przecież to głupie… dziecinne. Wiedziałam jedno, do mieszkania nie wrócę, nie dzisiaj. Mogę się założyć, że cała paczka się tam zamelinowała… Shin też. Właśnie. Musiałam się gdzieś zatrzymać. Dobry pomysł to błogosławieństwo, a dobry przyjaciel to skarp. Ja na szczęście miałam kogoś takiego…

- Ashley…- Stałam w jego domu, ociekając wodą i wyglądając jak pół nieszczęścia. Doskoczył do mnie z prędkością światła i już po chwili wycierał moje niesforne włosy ręcznikiem. Spojrzałam na jego
T-shirt z Myszką Miki, a na mojej twarzy mimowolnie wykwitł przyjazny uśmiech.
- Maraton z Disneyem?- Mruknęłam. Uśmiechnął się do mnie i mocniej poczochrał moją czuprynę.
- Jak będziesz grzeczna, też Ci taką załatwię.- Zaśmiał się.
- Ja chcę z Pluto.- Odparłam. Nawet nie zauważyłam jak przenieśliśmy się na górę. Piękny wystrój korytarzy zapierał dech w piersiach, a cudowne kwiaty, które stały na każdym napotkanym stoliku lub komodzie, pachniały niczym cały ogród przyjemności. Tak słodki, miły i odprężający. Poznałam drogę, którą szliśmy… poznałam również drzwi. To jego sypialnia. Weszliśmy do środka, a on zanurkował w swojej szafie, czegoś usilnie szukając. Nareszcie wynurzył się z niej po paru sekundach. W ręku trzymał swój T-shirt, a na jego twarzy wykwitł uśmiech satysfakcji. Podszedł do mnie i wcisnął mi go do rąk.
- Proszę. Idź się wykąp, zrelaksuj, a potem pogadamy. Wiesz gdzie są ręczniki?- Zapytał czysto teoretycznie. Oczywiście, że wiedziałam, przecież po naszej pierwszej nocy, również brałam kąpiel. Na moich policzkach pojawił się zdradziecki rumieniec.
- Dziękuje…- Mój głos czuł się zawstydzony. Wcale mu się nie dziwiłam.
- Za co?
- Za to, że tak bez słowa przyjąłeś mnie pod swój dach.
- Przestań… to było dla mnie oczywiste. Powiesz mi co się stało jak będziesz gotowa. Wtedy Cię wysłucham…- Był blisko. Jego oddech muskał moją szyję, a przyjemny zapach przenosił mnie w stan błogiego upojenia. Jego ciepła dłoń ujęła moje ramię, a przenikliwe oczy patrzyły prosto w moje.
- Michael…
- Idź. Poczekam na ciebie.- Uśmiechnął się pogodnie. Postanowiłam nie opierać się zbyt długo i prędko pójść, by zażyć tego małego luksusu jakim była kąpiel w ogromnej wannie Mike’ a. Łazienka była przepiękna. Biel kafelków i srebrne wykończenia, nadawały całości niezwykłego szyku i dostojności. Subtelny powiew świeżości spowodowany delikatnym błękitnym oświetleniem wanny i lustra sprawiał, że wchodząc miałeś ochotę zostać tam na zawsze. Napuściłam pośpiesznie wody i dolałam trochę płynu do kąpieli o zapachu morskiej bryzy. Bąbelki i ciepło wody szybko rozluźniają… przygotowują, skłaniają do rozmyślań i zachęcają do zwierzeń. Już byłam gotowa… zanurzyłam się przeciągle w wodzie i stwierdziłam, że trochę mi się zejdzie… myślę, że godzina wystarczy… ach może półtorej.

Wytarłam się do sucha i założyłam na siebie bieliznę oraz T-shirt Michaela. Był odpowiednio za duży i odetchnęłam z ulgą, zauważając że odpowiednio zakrywa to co trzeba. Przeczesałam mokre włosy dłonią, by już nie sterczały na wszystkie strony i odetchnęłam głęboko, zbierając w sobie odwagę by wyjść. Nie miałam pojęcia jak to się wszystko może potoczyć. Dobrze wiedziałam, że nadal coś czuję do Michaela i zresztą zapewne on do mnie też. Odczuwałam całkiem uzasadnioną obawę, że sprawy mogą przybrać całkiem ciekawy i dość gorący obrót. Nagle w mojej głowie rozbrzęczały kolące słowa Shina, a przed oczami ujrzałam jego pełen złości wzrok. „ Nigdy nie kochałaś go całym sercem.” Słowa ranią, a te były niczym tępa łyżeczka, która próbowała wydłubać moje serce kawałek po kawałku. Moja miłość do Nobu była prawdziwa… Kochałam go całym sercem i nadal tak jest. Nie miał prawa tego mówić. Potrząsnęłam głową by odsunąć od siebie te niemiłe myśli. Skierowałam się do wyjścia i szybko, bez zastanowienia, nacisnęłam na klamkę. Zdezorientowanym wzrokiem rozejrzałam się po sypialni i zatrzymałam uwagę na łóżku. Otóż siedział na nim Mike, a przed nim stały  przeróżnie słodkości. Czekoladowe groszki, pianki, żelki, chipsy, ciastka…
- O matko i Ty to masz zamiar wszystko zjeść?- Wydukałam powoli zbliżając się do niego.
- Nie ja, tylko my.- Poinformował, jednak jego oczy były zajęte czymś innym. Ciepły wzrok lustrował mnie od góry do dołu, na moment zatrzymując się na gołych nogach. Zarumieniłam się i obciągnęłam koszulkę  do dołu, po czym szybko usiadłam po turecku na łóżku i zapchałam buzię pianką. Widząc moje pocieszne zachowanie, uśmiechnął się promiennie, a w jego oczach można było dostrzec te niesamowite ogniki. Najwyraźniej bardzo się cieszył z zaistniałej sytuacji. Wpadłam do jaskini lwa… jak widać bardzo wygłodniałego lwa. O ja biedna… Wyczułam w swoich myślach, słodką nutę sarkazmu.
- Będę gruba, panie Jackson. Dodam, że to będzie wyłącznie pana wina.- Wydukałam, wcinając kolejną porcję słodkiej pianki. O dziwo zamiast protestować i usilnie starać się udowodnić swoją domniemaną niewinność, wyszczerzył białe ząbki w uśmiechu i z wielką gracja podsunął mi pod nos miseczkę z różowymi kulkami.- Ej ty też masz jeść. Razem zaczniemy nosić ciuchy w rozmiarze XXL.
- Z Tobą mogę nawet namiot nosić. Widziałem nowy typ w telewizji, kwiecisty wzór i wystające druty, na pewno dodały by nam uroku.- Zażartował, a ja ze śmiechu omal nie spadłam z łóżka. Posłałam mu zaczepnego kuksańca w kolano.
- Zabawne.- Poinformowałam.- Dziękuje, że mogę zostać.- Wypaliłam, tłumiąc w sobie resztki ataku śmiechu. Jego mina spoważniała, jednak nadal mogłam w nim dostrzec przyjaciela. Zmarszczyłam brwi. Właśnie sobie uświadomiłam, czego ode mnie oczekuje…
- Ashley jak nie chcesz, to nie musisz mi mówić co się stało.- Zaczął, a jego dłoń niby przez przypadek przykryła moją. Zgrabne palce owinęły się dookoła nadgarstka, a jeden z tych niegrzecznych pasemek włosów, wyrwał się niepokornie z upięcia i teraz w najlepsze wisiał koło jego idealniej twarzy.- Jednak uważam, że wyżalenie się komuś naprawdę pomaga.
- Dużo się stało.- Stwierdziłam, opierając się plecami o poręcz łóżka. Na mojej twarzy pojawił się kwaśny uśmiech.- Pokłóciłam się z Shinem.
- Co?- Spytał, jakby takie coś w ogóle nie mogło mieć kiedykolwiek miejsca.- Przecież on jest w Ciebie zapatrzony jak w obrazek. Nigdy by złego słowa na Ciebie nie powiedział…
- Do dzisiaj tak było. Jednak ktoś się wciął w ten idealny układ.
- Mówisz o jego dziewczynie?- W jego głosie wyczułam nutkę pewności.
- Trafiony, zatopiony.- Pokiwałam z uznaniem głową. Szybko zgadł.- Wszystko byłoby ok. gdyby ta cała Andie nie okazała się zwykłą szmatą.- Uderzyłam pięściami w kolano, po czym spojrzałam na Mike’ a przepraszającym wzrokiem.- Poniosło mnie.- Mruknęłam.
- Czyli to przez nią ta cała kłótnia?
- Zaczęło się dzisiaj, gdy Shin nie zjawił się na próbie.
- To nie w jego stylu. Gra na gitarze jest jego życiem.- Zdziwiło mnie to, jak dobrze Michael znał nas wszystkich i każdego z osobna. Ten człowiek umie niesamowicie słuchać. Najwyraźniej każdą usłyszaną informację koduje w głowie, a potem wykorzystuje gdy to jest potrzebne. To się chyba nazywa „słuchanie ze zrozumieniem”.
- Właśnie… dlatego również się zmartwiłam. Próbowaliśmy do niego dzwonić, lecz nie odbierał.- Zaczęłam streszczać wszystko to co się stało.- Japh w między czasie opowiedział nam o tym jak wpadł przypadkiem na Shina i Andie.
- I jak wrażenia?
- Raczej mało pozytywne. Andie od razu zaszła mu za skórę, a on najchętniej spakował by ją do pudełka i wysłał ekspresem do Abudabi.- Tym stwierdzeniem wywołałam u niego falę intensywnego rechotu. Przygryzł z rozbawieniem wargę, a na jego policzkach pokazały się słodkie dołeczki. Kolejny kuksaniec w jego stanowczo zbyt idealne kolano.
- Ałć! Bolało!- Zaprotestował, starając się oddać zaczepkę, jednak starannie unikałam jego ataków.
- I miało boleć!- Zaśmiałam się.
- Skoro nie mogę Ci oddać, to chociaż opowiedz co było dalej.- Mruknął, zaplatając ręce na klatce piersiowej.
- Kiedy tak sobie rozmawialiśmy na temat nowej miłości Shina, zadzwonił telefon z komisariatu. Złapali Shina na tym, że posiadał przy sobie Marihuanę.- Wymamrotałam, pocierając nerwowo kark. Całe napięcie zaistniałej sytuacji, nie chciało mnie ani na moment opuścić.- Ulżyło mi, gdy powiedzieli że go nie przymkną. Ilość jaką posiadał była dozwolona.
- Zaraz… czegoś tu nie rozumiem.- Pokręcił swoją głową, a kręcone pasma czarnych włosów frywolnie podskoczyły do góry.- Skąd u niego wzięły się narkotyki?
- I tu właśnie mamy problem.- Zmarszczyłam brwi, na samo przypomnienie sobie tej całej niedorzecznej sytuacji.- Andie go poprosiła, żeby je przechował. Ona już podpadła ochroniarzom i od pewnego czasu mieli na nią oko.
- Jest uzależniona?
- Twierdzi, że to nie dla niej tylko da jej chorej matki.- Spojrzałam na niego, jednak ujrzałam zdziwienie.- Są teorie, że palenie marihuany przez osoby chore na nowotwór, pomaga im złagodzić ból.- Wyjaśniłam, a na jego twarz powoli wypływało zrozumienie. Nachylił się do przodu i strzepnął z mojego ramienia wyimaginowany paproch. Ten ruch, niby nic nie znaczący, nadał tej sytuacji tajemniczości, intymności, chwila stała się magiczna. Jednym ruchem sprawił, że byłam gotowa powiedzieć mu o absolutnie wszystkim, gotowa porzucić strach i opory. Po prostu, najzwyczajniej w świecie zaufać i pozwolić porwać się tej niesamowitej chwili, która stworzył w zaledwie kilka minut. Uśmiech i ta szczera życzliwość…
- Coś mi się zdaję, że nie za bardzo w to wierzysz…- Mruknął, a mi na chwile zrobiło się gorąco. To jego bliskość i przyjemny zapach, działały na mnie niesamowicie pobudzająco. Pokręciłam twierdząco głową. Wszystko się zgadzało, a on czytał ze mnie jak z otwartej księgi. Lustrował mnie swoimi przenikliwymi oczami, jakbym w tym momencie była jedyną osobą, która istnieje. Dla niego, dla jego duszy, uwagi, uczucia… Starał się jak mógł, by mi pomóc, by rozwiązać ten skomplikowany problem za wszelką cenę. Jakby nie mógł znieść mojego cierpienia i niepewności… Znał mnie… tak cholernie mnie znał… zna i zawsze będzie znał.
- Spotkałam się z nią na parkingu przed posterunkiem policji. Miałam do niej pretensje, że gdzieś zwiała jak aresztowali Shina. Wtedy zrobiła słodkie oczka, nawciskała jakiegoś kitu młodemu, a potem zrobiła z siebie ofiarę.- Tym razem mój głos nie był przyjazny. Złość piętrzyła się we mnie niebezpiecznie, a dziwne mrowienie na karku potęgowało efekt. Andie stanęła ze mną do walki, chcąc odebrać mi tak ważną osobę jaką jest Shin. To chyba uzasadnione, że mówiąc o niej nie potrafiłam być spokojna i potulna.- Mówiąc o matce posyłała mi ironiczny i cyniczny uśmieszek. Oczywiście zatroszczyła się o to bym widziała go tylko jak i Yasu.
- Wnioskuję z tego, że Shin zaczął jej bronić.- Spojrzał na moje dłonie, które nerwowo zaciskałam dla upustu swoich negatywnych emocji. Niestety to nie pomagało… jedynie moje palce pstrykały złowieszczo, a poniekąd kojący ból rozpływał się po nich powoli. Jednak musiałam wziąć się w garść i przezwyciężyć wszystko to, co przerażająco szybko zaczęło się piętrzyć w moim sercu… tą straszną ciemność, która zdawała się zalewać całą mnie.
- I to jeszcze jak rycersko… nic do niego nie docierało.- Przygryzłam dolną wargę i wbiłam zamglony wzrok w ziemię.- Zaczął gadać trzy po trzy…- Zacisnęłam pięść.- Mógł powiedzieć wszystko, a uderzył tam gdzie nie powinien… tam gdzie wiedział, że mnie najbardziej zaboli.
- Ashley…- Dłoń Michaela spoczęła na mojej, a ja nie potrafiłam spojrzeć mu w oczy.- Co powiedział?
- Powiedział, że nie kochałam Nobu… że nie kochałam go całym sercem. Zakwestionował coś, co było i jest dla mnie najważniejsze.- Nie mogłam dalej mówić, nie powinnam dalej mówić… Za dużo się nad tym zastanawiam, za dużo razy analizuję ten moment w swojej pamięci.
- I to Cię tak zabolało?- Jego druga dłoń ujęła moją twarz, zmuszając bym na niego spojrzała.- Przecież wiesz, że to nieprawda. Kochasz Nobu całą sobą. Wtedy, teraz i na wieki. Shin był zdenerwowany… na pewno żałuję tego co powiedział.- Jego kciuk delikatnie głaskał kącik moich ust.
- Myślałam…- Spróbowałam coś powiedzieć, jednak mój głos okazał się dziwnie kruchy i niepewny.- … byłam pewna, że akurat on to powinien wiedzieć najlepiej… widział to wszystko, był przy tym… a mimo to…
- On tak nie uważa… Ash w złości ludzie mówią różne głupie rzeczy.- Nie mogłam się skupić, jego kciuk nadal miękko głaskał moją skórę, a moje spojrzenie utkwiło w pułapce jego oczu. Tak szczerych, tak pięknych… tak czułych i przenikliwych.- Jesteś dla niego ważna…
- Nie chcę, żeby cierpiał…- Sapnęłam.- Mike…- Zaczęłam, a on najwyraźniej zauważył moje zmieszanie i niepewność. Niczego w tym momencie nie byłam pewna… mojego życia, uczuć, marzeń, priorytetów. Opuścił dłoń i uśmiechnął się do mnie miękko, jakby nic się nie stało.
- Musicie ze sobą porozmawiać. Wyjaśnić wszystko… Przede wszystkim musisz mu powiedzieć o Andie. Z tego  co mówisz, zachowuje się zbyt podejrzanie…- Mówił jednocześnie zdejmując z łóżka jedzenie i stawiając je na stoliku obok.- Obawiam się, że Shin jest jej tylko potrzebny do zdobywania narkotyków… a to może zakończyć się tylko w jeden sposób… źle.
- Wiem o tym, ale on jest uparty… skoro mi wtedy nie uwierzył, to dlaczego miałby to zrobić jutro czy po jutrze?- Przyciągnęłam kolana do twarzy i zmrużyłam oczy, czując napierające brzemię, tej pozornie beznadziejnej sprawy. On mi nie uwierzył. Poczułam się wtedy jakbym była dla niego obcą osobą, a moje słowa były nic nie warte. Użalanie się nad sobą może nie jest najlepszym pomysłem…
- Przestań.- Nagle ciepło Michaela zalało mnie całkowicie. Poczułam jego ciepłe ręce, gdy bez żadnego problemu przyciągnął mnie do siebie, po czym objął moje bezwładne ciało. Był tak blisko… - Przestań mówić tak, jakbyś już go straciła.- Kiedy usłyszałam te słowa, zadrżałam. Moje oczy nareszcie przestały bezsensu łzawić, a do serca napłynęła nadzieja i dotąd tak obca pewność siebie.
- Masz rację.- Mruknęłam na początku cicho, jednak po chwili mój głos urósł, stał się pewny, mocny i przepełniony determinacją. Podniosłam na niego wzrok, jednak nadal nie wypuszczaliśmy z się z objęć.- Zrobię wszystko, żeby mu pomóc. Będę stać z boku, będę obserwować, interweniować w razie potrzeby…
- Porozmawiasz z nim…- Zasugerował.
- Nie.- Stwierdziłam.- Powiem mu, co mam do powiedzenia na temat tej jego Andie, lecz nie mam zamiaru udawać, że nic się nie stało. Uderzył… Brawo zabolało jak cholera.- Odparłam i nagle spostrzegłam jego cwaniacki uśmiech, oraz jeden dość znaczący szczegół. Otóż nadal tkwiliśmy w uścisku. Jego ciepłe dłonie dotykały moich pleców, obejmował mnie, czułam jego oddech, spojrzenie… Odskoczyłam do tyłu jak oparzona, bojąc się tego, co mogło by się stać dalej. Uśmiechnęłam się głupkowato, widząc że moje zachowanie również go rozbawiło.
- Moja mała, uparta Ashley…- Pokręcił zalotnie głową i wstał.- Połóż się, a ja pójdę coś załatwić, jak by co znajdziesz mnie na kanapie w salonie.- Już miał wyjść, a ja wybałuszyłam na niego oczy.
- Chyba sobie żartujesz.- Odparłam wskazując dłonią na łóżko.- Ono jest takie ogromne, a ty będziesz spał na kanapie? Zapewniam Cię, że jakoś się pomieścimy.
- Jesteś pewna?- Mruknął, a jego głos sprawiał mi przyjemność i rozluźniał moje spięte ciało. Przełknęłam ślinę, ale odważnie kiwnęłam twierdząco głową. Przymknął oczy i uśmiechnął się uroczo.- Dobrze, z miłą chęcią. Śpij księżniczko, ja za jakiś czas wrócę.- Powiedział, po czym wyszedł, a ja jak przystało na grzeczną dziewczynkę postanowiłam zanurzyć się w przyjemnej pościeli. Przymknęłam oczy i odpłynęłam… jak miło… jak bezpiecznie.

- Tak, jest tutaj, naprawdę nie musisz się martwić.- Ciepły głos Michaela, obudził mnie ze snu, jednak postanowiłam nie pokazywać że już nie śpię. Z kimś rozmawiał… przez telefon… łatwo można było wywnioskować, że z Yasu.- Rozmawiałeś z Shinem?- Kolejna cisza. Słuchał z uwagą, co ten po drugiej stronie ma do powiedzenia.- Niestety ona nie jest tak pokojowo nastawiona. Powiedziała, że zrobi wszystko by mu pomóc, lecz tak łatwo nie zapomni.- Pragnęłam z całych, sił by usłyszeć to co troskliwy głos Yasu ma do powiedzenia, jednak nie było mi to dane.- Ona kochała Nobu… tak naprawdę nigdy nie przestanie. Zabolało ją to, że najbliższa osoba jaką jest Shin, podważyło to bez mrugnięcia okiem.- Jego głos był przyciszony, jednak dość pewny siebie. Nagle odwrócił głowę w moją stronę, a ja w ostatniej chwili zdołałam zamknąć oczy, by nie dostrzegł że nie śpię.- Zajmę się nią, a ty pogadaj z Shinem. Później do Ciebie zadzwonię…- Odłożył słuchawkę, a ja zacisnęłam mocniej oczy, by łzy wyciśnięte przez te szczere słowa Michaela, nie wydostały się na wierzch ukazując moją słabość. Postanowiłam znów zatopić się w śnie… odpoczynku… wytchnieniu… pozwolić by choćby na te parę godzin mój mózg odetchnął, bym mogła obudzić się jutro z nową siłą. Siłą by wybić wszystkie głupoty z głowy Shina… argumentami, a jak trzeba to również ręcznie. Szykuj się Shin… drżyj Andie. 

sobota, 14 kwietnia 2012

xzzx

**************



- Przepraszam za spóźnienie!- Wpadłam jak burza do sali prób i zgrabnym ruchem zrzuciłam z siebie kurtkę.
- Hej maleńka.- Miły głos Yasu przywitał mnie od progu, przez co na mojej twarzy wykwitł niezmywalny uśmiech. Podbiegłam do statywu i chwyciłam przyjemnie zimny mikrofon, który od jakiegoś czasu stał się przedłużeniem mojej ręki i głosu.
- Ależ Ty szybka, siostra!- Japh wychylił się zza wzmacniacza i wyszczerzył w moją stronę bialutkie ząbki.
- O Japh…- Mruknęłam, wcale nie ukrywając że mnie przestraszył. Zmarszczył z zamyśleniem brwi i podrapał się z gracją po pokrytej dredami głowie.
- No jakbyś się mnie nie spodziewała.- Zaśmiał się łagodnie. Pokręciłam ironicznie głową.
- Bardzo śmieszne, braciszku. Myślę, że możemy zaczy…- Urwałam, badawczo rozglądając się  dookoła. Szukałam tego jednego, małego szczegółu który mi umknął…- Gdzie Shin?- Spytałam.
- Gratuluje spostrzegawczości. Naszą niebieskogłową dziecinę gdzieś wcięło.- Japh zaczął coś brzdąkać na gitarze, a Yasu zabrał mi z ręki mikrofon i w zamian wręczył kubek pachnącej kawy. Spojrzałam na niego pytającym wzrokiem, jednak przyjęłam ten miły podarunek. Zasada numer jeden, nigdy nie odrzucaj dobrej kawy, bo o taką jest ostatnio niezmiernie trudno. Napiłam się łyk i poczułam jak mocny smak, rozpływa się po moich kubkach smakowych. Zamruczałam.
- Dobra…
- Polecam się na przyszłość.- Yasu był najwyraźniej dumny ze swoich umiejętności parzenia tego wybornego napoju.
- A wracając do Shina… Yasu, mieszkacie razem. Mówił Ci coś, że go nie będzie lub się spóźni?
- Rano wszystko było tak jak zwykle.- Mruknął, jednak na jego poważnej twarzy dostrzegłam nutkę zatroskania.
- Jak zwykle?- Mój brat uwielbiał pytać o szczegóły. Dodajmy, sam również ubóstwiał podawać ich  tysiąc na minutę i nie do końca były one komukolwiek potrzebne. No cóż, taki charakter. Yasu wzruszył ramionami i zapalił papierosa. Wiśniowy aromat rozniósł się po pomieszczeniu, przyjemnie drażniąc mój węch.
- Jak zwykle musiałem go zwlec z łóżka i jak zwykle wmusiłem w niego jakiekolwiek śniadanie, po za kubkiem starego mleka z lodówki.
- Dobra z Ciebie mama.- Stwierdził Japh z wielkim uśmiechem na ustach. Również zachichotałam, lecz bardziej od matczynych zapędów Yasu, interesowało mnie co stało się dalej.
- I co było dalej?- Dopytałam się szybko, widząc jak Yasu mierzy Japha zagadkowo zabójczym wzrokiem.
- Pomijając komentarz do durnych docinków Japhrimiela?
- Tak, poproszę.- Mruknęłam lekko zirytowana.
- Czuję się dotknięty.- Wtrącił się sam zainteresowany, zabawnie przekręcając głowę na bok. Jego długie dredy zwisały bezwładnie do dołu, splecione z jakimiś rzemykami, które o dziwo dodawały mu uroku. Pamiętajcie, komplement który wypłynął w stronę brata, z ust siostry jest najbardziej prawdziwym komplementem jaki ów brat będzie miał kiedykolwiek szanse usłyszeć. Machnęłam na niego ręką i ruchem głowy znów przekazałam głos naszemu liderowi.
- Kiedy wychodził, coś pomrukiwał o tym, że ona go zabije za spóźnienie, że musi jeszcze coś odebrać… tysiąc mało spójnych informacji.
- Pewnie chodziło o tą jego dziewczynę. Raz ich widziałem razem na mieście… nawet zaszczyt mnie kopnął i mi ją przedstawił.- Tym razem wtrącenie mojego brata było bardziej pomocne, niż wcześniejsze próby włączenia się do rozmowy. – Zaraz jak ona się nazywała… Andie!
- Andie?- Powtórzyłam tępo, a mój kark zmroził dziwny niepokój.
- Taka wysoka blondynka, włosy do ramion, mocno zakręcone. Wyniosły wzrok i warczący głos.
- Wnioskuje z twojego opisu, że raczej jej nie polubiłeś.- Zarechotał Yasu.
- Była jakaś dziwna. Jakby wolała, żeby Shin odciął się od swoich znajomych i skupił się tylko na niej, na niej… a i jeszcze na niej.
- Syndrom księżniczki.- Sapnęłam, pocierając nerwowo czoło. Błagałam w duchu, by obserwacje Japha były błędne. Z głębi serca chciałam, żeby ta dziewczyna okazała się miłą osóbką, która będzie wiernie kochać mojego małego Shina. Przygryzłam wargę i spojrzałam na znudzoną minę mojego brata.- Coś jeszcze?
- Jak zapytałem się go, czy zdąży znaleźć w swoim napiętym harmonogramie, czas by zjawić się na próbie, to po długiej niepewności chwili do gry weszła jego laska. Kobitka ma stanowczo niemiły stosunek do innych ludzi. Ja tu grzecznie, a ona Wrrr… Brrrr i w ogóle. Sapnęła jedynie, że się śpieszą i że Shin jest zajęty, potem odeszli w siną dal. Podreptał za nią jak piesek, wysyłając w moją stronę jedynie przepraszające spojrzenie.- Dokończył swoją opowieść, jednocześnie bujnie gestykulując, zapewne by nadać całej tej historii nutkę dramatyzmu.
- Spróbuję do niego zadzwonić… Nie każę mu przychodzić na każdą próbę, ale jeśli już nie miał zamiaru się tu pojawić, mógł chociaż powiedzieć.- Mruknęłam, idąc stanowczym krokiem w stronę telefonu.- Przynajmniej bym się tak nie martwiła o tą jego niebieską główkę.
- Od kiedy umawia się z tą dziewczyną, stanowczo się zmienił. Myślę, że ma ona na niego zły wpływ.- Słowa Yasu zakuły mnie podstępnie w serce, wywołując dziki strach. Wykręciłam pośpiesznie numer i przyłożyłam słuchawkę do ucha. Jeden sygnał… drugi sygnał… trzeci… czwarty… piąty…
- „ Połączenie zostało przerwane”.- Suchy głos w słuchawce poinformował mnie jak się sprawy mają. Coś się stało…
- Nie odbiera…- Stwierdziłam, wpatrując się przejętym wzrokiem w Yasu. Wyjął papierosa z ust i podszedł do mnie. Poczułam jego ciepłe ręce na sobie i zorientowałam się z ulgą, że mnie przytula.
- Spokojnie Ash.- Odparł.- Zaraz spróbujemy jeszcze raz. Jeśli nie odbierze, to obiecuję Ci że jak tylko pojawi się w mieszkaniu to mu własnoręcznie przywalę, a potem zadzwonię po Ciebie byś mogła zrobić to osobiście.- Zmrużyłam oczy i podniosłam kąciki ust do góry, w geście połowicznej satysfakcji.
- Z młodym naprawdę coś jest nie tak. Ta Andie jest dziwna i to zapewne ona ma z tym wszystkim coś wspólnego.- Japh nadal obstawał przy swoim. Najwyraźniej owa dziewczyna, musiałam mu nieźle nadepnąć na odcisk. Zapewne nadal by kontynuował swoje podniosłe wywody na temat tego, kto jest winny całemu złu na świecie i dlaczego jest to Andie, jednak wspaniałomyślnie przerwał my dzwoniący telefon. Już miałam odebrać, jednak dłoń Yasu była szybsza.
- Tak, słucham?- Spytał. Przez dłuższy czas on nie mówił nic, jedynie ktoś po drugiej stronie postanowił mu streścić całe dzieje świata. Kiedy już miałam go zmusić by przestał, pokiwał ostatni raz głową uspakajając mnie delikatnie dłonią.- Dobrze, zaraz tam będę.
- Gdzie będziesz?- Uważnie obserwowałam jego tajemniczą twarz, starając się z niej odczytać co się stało.
- Muszę jechać na posterunek po Shina.- Odparł, a ja zamarłam.
- Po Shina? Co się stało?- Japh również był wstrząśnięty, podszedł bliżej i mierzył Yasu pytającym wzrokiem.
- Złapali go w klubie.
- Od kiedy zachodzenie do klubu zamykają?- Warknął Japh, kręcąc z niedowierzaniem głową.
- Za to nie, ale za posiadanie Marihuany, tak.- Mruknął, a ja myślałam że się przesłyszałam.
- Skąd on to miał? I po co mu to było?- Pytania piętrzyły się w mojej głowie, chcąc usilnie znaleźć ujście.
- Nie mam pojęcia. Jadę po niego i wszystkiego się do wiem.
- Jadę z Tobą.- Wypaliłam od razu z miną, która go poinformowałam, że nie przyjmuję żadnych  sprzeciwów.- Japh, zamknij tu wszystko i jak chcesz to jedź do mnie. Finix powinna być w domu. Tam się spotkamy.
- Dobrze...- Zgodził się bez żadnych dyskusji i komentowania, co bardzo mnie ucieszyło. Japh mimo swojego żartobliwego podejścia do życia, zawsze wie jak zachować się odpowiednio w danej sytuacji. Nawet nie wiecie jakie to jest pomocne. Założyłam kurtkę i spojrzałam na Yasu, który chwycił w między czasie kluczyki do samochodu i złapał mnie za rękę.
- Ash, musimy już jechać.- Mruknął i już po chwili zniknęliśmy w drzwiach, wysyłając na pożegnanie pokrzepiający uśmiech Japhrimielowi. W mojej głowie kłębiło się tysiąc myśli… każda sprowadzała się do osoby Shina. Nie miałam pojęcia, co się z nim dzieje, ale wiedziałam jedno… za wszelką cenę musimy mu pomóc. Inaczej będzie za późno…

Myślę, że posterunek policji u nikogo nie wywołuję pozytywnych emocji. W tym przypadku niebieski, który otacza każdego z absolutnie każdej strony, jest przytłaczający i skłania wręcz do samych najgorszych myśli. Weszliśmy do środka. Naprzeciwko nas stała recepcja. Policjantka o blond włosach i wyjątkowo zielonych oczach, spojrzała na nas przyjaznym wzrokiem i uśmiechnęła się ciepło, po części niwelując nieprzyjemne odczucie, które nastało w nas po wejściu do środka.
- Dzień dobry, w czym mogę Państwu pomóc?- Jej głos był spokojny i wyważony. Odetchnęłam z ulgą.
- Dzień dobry.- Postanowiłam pozwolić aby to Yasu przejął inicjatywę. W końcu nie od parady chce zostać prawnikiem.- Dzwonili do nas w sprawię Shina Fergusona.- Dodał, a kobieta niemal natychmiast zaczęła przeglądać jakieś papiery. Przez parę minut szukała w nich czegoś, co jakiś czas przygryzając wargę, po czym pokiwała potwierdzająco głową.
- Został zatrzymany za posiadanie Marihuany. Prosił by do Was zadzwonić.
- Co mu grozi?- Mój głos wydawał się dziwnie słaby.
- Ilość którą posiadał, mieści się w ilości dozwolonej. Został aresztowany by to sprawdzić, oraz by go przesłuchać.
- Czyli może już wrócić do domu?- Głos Yasu był opanowany, jednak widząc jak zaciska nerwowo palce, dobrze wiedziałam że jego spokój jest tylko powierzchowny. Na całe szczęście połowa problemu powoli się rozwiązywała. Policjantka kiwnęła twierdząco głową i nacisnęła guzik na telefonie. Coś zabrzęczało.
- Przyprowadzić Shina Fergursona.- Odparła do mikrofonu. Razem z Yasu spojrzeliśmy się na siebie. Starałam się wyglądać na opanowaną. Właśnie… starałam się. Nagle z drzwi  z boku sali wszedł potężnej postury policjant, a przy nim grzecznie człapał Shin. Jego niebieska grzywka, zakrywała mu oczy, a dolną wargę ciągle przygryzał w geście zdenerwowania. Podeszli bliżej. Uniósł do góry głowę i nareszcie nas dostrzegł. Na jego twarzy wykwitł uśmiech ulgi, a oczy rozjarzyły się od szczęścia, spoglądając raz na mnie raz na Yasu. Spojrzałam na jego twarz i wysłałam mu pokrzepiający uśmiech, po czym podeszłam i objęłam go w tali. Yasu odetchnął z ulgą.
- Idźcie do samochodu, a ja załatwię formalności. Zaraz do was dołączę.
- Chodź.- Mruknęłam do Shina, jednocześnie dziękując wzrokiem Yasu. Wyszliśmy na zewnątrz i skierowaliśmy się na parking. Nagle Shin ustał znienacka w miejscu i znów posmutniał. Spojrzałam na niego i przekręciłam głowę na bok.- Ach, mój mały niebieskogłowy Shin.- Mruknęłam.- Po co Ci to było?
- Wszystko poszło nie tak jak trzeba.- Po pełnej grozy chwili nareszcie się odezwał, a jego głos drżał. Pomasował sobie kark i westchnął.
- Mów, jestem całkiem dobra w słuchaniu.
- Ona… poprosiła mnie, żebym to tylko schował gdy będą ją przeszukiwali.- Zaczął, a mnie już zaczęłam zalewać krew. Wszystkie dowody wskazywały na to, że ta Andie nie jest osobą godną zaufania.
- Posłuchaj… to są narkotyki, ona popełnia przestępstwo i niszczy samą siebie.
- To nieprawda!- Uniósł głowę do góry i pokręcił z przejęcia głową.- Jej matka jest chora na raka. Palenie Marihuany zmniejsza ból. To jedyny sposób by nie cierpiała.- Wyjaśnił, a mi niemalże ręce opadły do samej ziemi. Nie miałam podstaw by mu nie wierzyć… skończyłam medycynę i dobrze wiedziałam, że takie sposoby są dość często praktykowane.
- Byliście w klubie…
- Tam Andie zna dilera, który sprzedaje jej towar ze zniżką. Problem był w tym, że ktoś ją podpatrzył i od pewnego czasu była na czarnej liście klubu. Jeśli chciała tam wchodzić musiała być przeszukiwana przy wejściu i przy wyjściu.- Spojrzał na mnie wzrokiem, które rozpaczliwie poszukiwało zrozumienia.
- A jak wpadli na pomysł, żeby przeszukać Ciebie? Ty przecież nie byłeś na żadnej czarnej liście?- Spytałam.- Nie byłeś, prawda?
- Kolejna życzliwa duszyczka, wsypała nas przy pierwszej lepszej okazji.- Wzruszył ramionami, a kąciki jego ust nieznacznie drgały, bardziej skłaniając się ku dołu.
- Miałeś szczęście, że skończyło się to jedynie na tym.- Sapnęłam. Podeszłam do niego i widząc jego zbolałą minę, przytuliłam go do siebie. Długo nie musiałam czekać na odwzajemnienie uścisku, poczułam jak jego silne ręce zamykają się na mnie, tak jakbym stała się ich więźniem… tak jakby za wszelką cenę nie chciał mnie wypuścić. Jako ten wyższy, oparł delikatnie głowę na mojej. Przymknęłam oczy i postanowiłam się podelektować tą chwilą. Znów był blisko, znów czułam jego dotyk i bezpieczny zapach, znów mogłam go uratować przed złym. Czasami miałam wrażenie, że staję się dla Shina matką, którą tak szybko stracił. Ten fenomen zadziałał również w drugą stronę… ten dzieciak stał się moim dzieciakiem, nie potrafiłam patrzeć na jego krzywdę i na to jak jest smutny. Pragnęłam tylko i wyłącznie jego szczęścia. Nagle moje oczy otworzyły się z prędkością światła, a do głowy wpadła jedna, jedyna myśl.
- A gdzie właściwie, jest ta cała Andie?- Spytałam, jednocześnie starając się na niego spojrzeć.- Tylko nie mów, że cię…
- Nie, nie zostawiłam go.- Ostry jak brzytwa głos, przeszkodził mi w pół zdania.- I odsuń się od mojego faceta.- Poczułam jak czyjeś dłonie zamykają się na moich ramionach i już po chwili, zostałam brutalnie odsunięta od Shina. Omal nie upadłam, jednak na szczęście stabilne ręce Yasu, który pojawił się znikąd, uratowały mnie przed bliskim spotkaniem z betonem.
- Co tu się dzieje?- Jego głos był troskliwy, jednak zauważyłam jak spogląda nerwowym wzrokiem na nowoprzybyłą. Przeniosłam na nią wzrok. Ubrana w luźną sukienkę i dziwny kapelusz, patrzyła się na mnie zawziętym wzrokiem, jakbym zabiła jej kogoś z rodziny. Ustałam o własnych siłach i nadal się w nią wpatrując zmrużyłam złowieszczo oczy. Stanowczo jej nie polubię… Pomyślałam. Nie dość, że nie była miła i że rzucała mną jak workiem z ziemniakami, to dochodził do tego fakt, że zostawiła w takiej sytuacji Shina zupełnie samego. Nic dziwnego, że jego pierwszą myślą było to by zadzwonić do nas.
- Andie, Ashley jest moją najlepszą przyjaciółką.- Wyjaśnił szybko Shin, jakby również wyczuł u swojej dziewczyny niedorzeczną nutkę zazdrości. Nie możliwe, no jak on na to wpadł?!
- Ale to nie znaczy, że musi się do ciebie tak lepić. Niech się lepiej zajmie tym łysym lub innym fagasem.- Fuknęła złowieszczo, a ja zacisnęłam pięści ze złości.
- Możesz być trochę milsza?- Warknęłam, starając się nie wybuchnąć.- Wracając do tematu, skoro go nie zostawiłaś to dlaczego nie było Cię przy nim?
- To nie twoja broszka!- Wrzasnęła na mnie i wzięła pod rękę Shina. Ten uśmiechnął się do niej nieznacznie.
- Moja i to bardzo. Zostawiłaś go mimo tego, że to przez ciebie wylądował na policji.
- Wal się. Przecież wróciłam? Musiałam wziąć skądś działkę, bo gliny zabrały to co znalazły przy Shinie.- Jej słowa były dla mnie durne i po prostu niedorzeczne.
- Twój chłopak siedział w areszcie, a ty się martwiłaś o działkę Maryhy? Oszalałaś?! Mówisz tak jakbyś to ty ćpała, a narkotyki wcale nie były dla twojej matki.- Popatrzyłam w jej oczy z wyrzutem i to co zobaczyłam, rozbiło mnie ze zdumienia na drobne atomy. Ona się uśmiechnęła… przebiegle, ironicznie… Spojrzałam na Yasu, a on pokiwał twierdząco głową, było to dla mnie znakiem, że też to widzi. Najwyraźniej jedynie niebieskogłowy nie dostrzegł tego drobnego szczegółu, ponieważ stał do niej bokiem. Nie mógł tego zobaczyć i ona o tym dobrze wiedziała.
- Ashley przestań!- Nagle Shin przejął inicjatywę. Zobaczyłam w jego oczach złość i rozżalenie. Jako prawdziwy mężczyzna postanowił bronić swojej dziewczyny… szkoda tylko, że tak naprawdę nie znał jej prawdziwej strony.
- Shin, czy nie widzisz, że ona Cię kantuje? Wykorzystuje Cię byś zdobywał dla niej narkotyki!- Wrzasnęłam jednak to wcale nie pomogło. Andie weszła w rolę biedniej laleczki. Spojrzała na Shina i zmrużyła oczy tak jakby miała się zaraz popłakać.
- Kochanie, ty wiesz że to dla mojej mamy…- Mruknęła. Jego ręce przytuliły ją do siebie.
- Wiem.- Teraz jego wzrok przeniósł się na mnie. Nie mogłam uwierzyć ile było w nim złości.- Przestań się wtrącać w moje życie!- Wysyczał.- Andie nie kłamie, a ty nie potrafisz dzielić się z nikim swoją własnością.- Pokręcił z goryczą głową.- Ash, ja nie jestem Twoją własnością!
- Shin, ona Cię okłamuje…
- NIE! Ja nie popełnię takich błędów jak ty. Dla mnie ona będzie najważniejsza… ja jej oddam całe swoje serce, a nie tak jak ty…- Mówił, a ja czułam ja do moich oczu napływają łzy.-Nigdy nie kochałaś Nobu całym sercem!!!- Wypowiedział te słowa z taką złością i nienawiścią. Trafiły mnie one jak pocisk i przebiły moje serce, płuca i ciało na wylot. Mój urwany oddech stawał się nieznośny, a świat stanął na ten jeden straszny moment. Opuściłam głowę i zamknęłam oczy, starając się uspokoić. W oczach Shina na początku widać było złość, jednak gdy tylko wypowiedział te ostre oskarżenie, jakby zrozumiał co zrobił. Jego oczy teraz wyrażały skruchę, wahanie… zaczął żałować… Wyciągnął dłoń w moją stronę chcąc mnie dotknąć, jednak szybkim i zdecydowanym ruchem uderzyłam ją by tego nie robił. Uniosłam wzrok na niego. Załzawiony, pełen bólu i złości… teraz to ja byłam wściekła. Powinien tego nie mówić…- Ashley…
- Zamknij się.
- Przepra…
- ZAMKNIJ SIĘ!!!- Wysyczałam przez zaciśnięte zęby.- Twoim zdaniem nie kochałam Nobu całym sercem? Ha?! Naprawdę tak mnie oceniasz?- Gorzkie łzy leciały po moich zimnych policzkach. Przygryzłam wargę i przełknęłam całą gorycz jaka we mnie narastała.- Kochałam go na śmierć… na śmierć i życie. Nawet nie wiesz ile razy żałowałam, że to nie ja zginęłam w tym pieprzonym wypadku!- Podbiegłam do niego i złapałam go za koszulkę. Andie odskoczyła na bok, jakby przestraszyła się, że w szale przez przypadek jej przyłożę. Może i dobrze zrobiła… Stałam z nim twarzą twarz, oko w oko, oddech w oddech…- Nigdy więcej nie śmiej mówić, że go nie kochałam.- Warknęłam.- Nigdy…- Puściłam go i odwróciłam się, po czym ruszyłam przed siebie omijając Yasu.
- Ashley… proszę Cię…- Shin próbował, coś mówić, ja jednak go nie słuchałam.
- Zostaw ją. Nawet nie wiesz jak słowa mogą ranić.- Cierpki głos Yasu, uciszył go skutecznie. Mnie jednak już to nie interesowało… Zaczęłam biec… uciekać. Jak najdalej, jak najszybciej… by zapomnieć, by nie myśleć o tym, że osoba która jest dla mnie wszystkim, ma mnie za taką osobę. Zabolało… jak śmiertelny cios w tył głowy… tak znienacka i tak okrutnie. Shin… umarłam.

Wiem, wiem co powiecie… mało Michaela. Gomene… ale to jakoś samo się pisze. Obiecuję, że Mike pojawi się i to już całkiem szybko. Ta historia toczy się swoim biegiem… wena nakazała, a ja grzecznie napisałam to co chciała. Mam nadzieję, że to nie zniechęci Was do czytania mojego opowiadania… ;) Zapraszam ;)

zx

sobota, 07 kwietnia 2012

Zapraszam Was serdecznie na nową notkę. Mam nadzieję, że i tym razem opowiadanie przypadnie Wam do gustu. Ach jakoś ostatnio mam humor pod psem, zapewne związany z nieubłaganie zbliżającą się maturą i małą sprzeczką z mamą. Życie stało się pokręcone i niemożliwie pod górkę. Marzę by było już po egzaminach i żebym już była pewna gdzie mnie przyjmą… jednak zapowiada się jeszcze długa droga, usłana niekoniecznie różami;) Dobra kończę marudzenie i zapraszam do czytania! Pamiętajcie o pozostawieniu komentarza :P Każde zdanie jest mile widziane!!!:) Pozdrawiam!

               *******************
Czarny Bentley wiózł nas przez zatłoczone ulice LA. Spojrzałam pytającym wzrokiem na tajemniczą twarz Michaela, który obserwował uważnie każdy szczegół za oknem.
- To może mi w końcu powiesz gdzie jedziemy?- Mruknęłam, starając się wygodnie umościć na skórzanych obiciach samochodu. Jego spojrzenie przeniosło się na mnie, a na ustach pojawił się cwaniacki uśmieszek. Dobrze go znałam… najwyraźniej był z czegoś wybitnie dumny, a jego roziskrzone oczy dawały mi znak, że raczej tak łatwo nie wyciągnę z niego prawdy.
- Do Neverlandu.- Odpowiedział spokojnym głosem. Uniosłam do góry jedną brew i mlasnęłam ustami.
- Już raz dzisiaj tam byłam.- Stwierdziłam, powabnie wzruszając ramionami. On jednak słysząc to, posmutniał i spuścił smętnie wzrok.
- Przepraszam… nie zastałaś mnie.
- Przestań…- Wyprostowałam się pośpiesznie, machając jednocześnie dłońmi w powietrzu. Nie chciałam żeby poczuł się winny lub coś. Przecież nie okłamał mnie, ani nie wyjechał specjalnie, prawda?- To nie Twoja wina. Powinnam wcześniej zadzwonić.- Zaśmiałam się szczerze, po czym posłałam mu zaczepnego kuksańca. Spadł mi kamień z serca, widząc jak Mike znów się roześmiał oddając zaczepkę.
- Wynagrodzimy Ci to.- Odparł, a ja zmrużyłam z zaciekawieniem oczy.
- My?- Mruknęłam, nie wiedząc co ma na myśli. Jego oczy się rozszerzyły.
- Ja Ci to wynagrodzę.- Poprawił się pośpiesznie.- Ja…- Powtórzył by mnie przekonać.- Dlatego jedziemy do mnie. Tam będziemy mogli pogadać.
- Załóżmy, że nic nie kręcisz.- Stęknęłam i oparłam głowę o rękę. Patrzyłam przez okno, czując się dość dziwnie. W ogóle cały dzisiejszy dzień, usłany był mnóstwem dziwnych wydarzeń i spotkań. Z moich rozważań wyrwało mnie ciepłe spojrzenie Michaela, które czułam na skórze już od paru minut. Uważnie mnie obserwował… analizował.- Coś się stało?
- Nie…- Pokiwał przecząco głową.- Dlaczego poszłaś na cmentarz?- Spytał.
- Tak się składa, że…- Zaczęłam, jednak nie wiedziałam co mam mu powiedzieć. Kurde… Nie mogę przecież poskarżyć się mu jak małe dziecko, że akurat dzisiaj wszyscy oprócz mojego zmarłego chłopaka, nie mieli dla mnie czasu. Nie dość, że brzmi to dziwnie to do tego wyszłabym na jakąś samolubną sknerę. Dobrze wiedziałam, że mają oni swoje życie i sprawy. Nigdy nie obiecywali mi, że będą na każde moje zawołanie.- Musiałam pomyśleć… opowiedziałam o wszystkim Nobu. Lubię tam siedzieć…- Wydusiłam, ale i tak zabrzmiało to dziwnie, no cóż… Dziwny człowiek, dziwne wypowiedzi. Przysunął się do mnie niepozornie, niby przez przypadek i od niechcenia. Poczułam jego męski zapach i niesamowite ciepło, oraz bliskość. Spojrzałam na niego pytającym wzrokiem, a on oparł leniwie głowę o zagłówek.
- Byłaś smutna. Dzwoniłaś do Yasu.
- Tak… ale skąd…
- Domyśliłem się.- Odparł pośpiesznie.- Nie mógł się pewnie spotkać. Potem pojechałaś do mnie i tam też nikt Cię nie przyjął… musiałaś czuć się opuszczona. Dlatego do niego poszłaś, prawda?- Jego słowa niosły prawdę i przeszywały mnie na wskroś. Jakim cudem on mnie aż tak dobrze zna? Rozgryzł mnie w zaledwie parę minut, robiąc przy tym całą psychoanalizę. Spuściłam smętnie głowę i wzruszyłam bezwiednie ramionami.
- Być może… ale jest dobrze tak jak jest. Macie swoje życie, a ja swoje. Nigdy nie obiecywaliśmy sobie, że będziemy dla siebie dostępni 24 h, siedem dni w tygodniu.- Mruknęłam, chcąc również i samą siebie do tego przekonać. Nie jesteś smutna Ashley, nie jesteś smutna… nie absolutnie nie jesteś………………………. Kurde, JESTEM.
- Przyjaciele, nie muszą sobie tego obiecywać.- Stwierdził pewnym siebie głosem, co jakiś czas stykając się ze mną wzrokiem. Uśmiechnęłam się niewinnie, czując jak nieznane ciepło rozlewa się po moim sercu.- Pamiętaj Ashley, że zawsze możesz na nas liczyć. Dzisiaj…
- Mike…- Próbowałam mu przerwać, jednak pokręcił głową, a jego czarne włosy podskoczyły do góry w zabawnym tańcu.
- Wiem, że dzisiaj zawiedliśmy Cię, ale to stan wyjątkowy. Nie długo wszystko zrozumiesz.
- Co się dzieje? Jesteś strasznie tajemniczy, powoli zaczynam się bać.- Z przejęcia, aż wyprostowałam się na siedzeniu i utkwiłam w nim swoje przerażone oczy. Przyjrzał się mi z zaciekawieniem, po czym przekręcił zabawnie głowę na bok.
- Nie wiesz jaki dzisiaj mamy dzień?- Spytał, a mnie trochę zatkało. Czyżbym przeniosła się w czasie? Może uderzyłam się w głowę i spałam przez kilka dni, po czym obudziłam się święcie przekonana, że straciłam tylko parę godzin. Zmarszczyłam brwi i podrapałam się z zamyśleniem po głowie.
- Eeee… czwartek?- Odparłam niepewnie, wywołując u niego dziki  śmiech. Michael Jackson śmiał się ze mnie… pięknie.
- Niemożliwe…- Wysyczał przez zęby, starając powstrzymać się przed zaśmianiem na śmierć.
- Mike, ja nie jestem jasnowidzem… proszę oświeć mnie. Też chcę się pośmiać.- Stwierdziłam z wyrzutem, zaplatając ręce na klatce piersiowej.
- Nic, nic, maleńka. Wszystko w swoim czasie. Zapewniam Cię, że też będziesz się z tego śmiała…- Jego ciepłe palce otarły się o mój policzek, a ja zadrżałam. Nie spodziewałam się, że po tak długiej rozłące jego dotyk, nadal będzie dla mnie aż tak elektryzujący. Dobrze wiedziałam, co to oznacza… myślę, że wiedziałam to od zawsze. Od momentu, gdy wybrałam Nobu. Otrząsnęłam się z odczucia błogiej intymności i posłałam mu zaczepnego kuksańca.
- Stanowczo, coś Pan kręci, Panie Jackson.
- Wrrr… ale formalnie.- Mruknął jak kot, co wywołało u mnie błogi uśmiech, pomieszany  z mało dyskretnym rumieńcem zadowolenia.- Myślę, że będziesz musiała grzecznie poczekać na wyjaśnienia.
- Ach… kurczę. Konflikt interesów. Mamy problem, ja strasznie nie lubię czekać. Z grzecznością też ostatnio coś u mnie słabo.- Poczochrałam swoje niesforne włosy i puściłam do niego oczko.
- Wytrzymaj maleńka…- Mruknął, opierając głowę o moje ramię. Postanowiłam już nic nie mówić. Jedną moją reakcją był szczery uśmiech, który niemal siłą wdarł się na twarz. To był ten czas… czas by delektować się chwilą i poczuć czyjąś bliskość. Bliskość Michaela…

- Znów się spotykamy, Ash.- Przyjazny głos Billego, przywitał mnie od progu. Stanowczym ruchem otworzył nam tylne drzwi i spojrzał wymownie na Mike’a. Ten w odpowiedzi uśmiechnął się z satysfakcją i pokiwał twierdząco głową. Postanowiłam nie wnikać w powody tak tajemniczego zachowania. Prędzej bym osiwiała, niż się czegokolwiek dowiedziała.
- Hah! Ja szukałam Mike’a, a on mnie sam znalazł. Patrz jaka ironia losu.- Poklepałam go przyjaźnie po ramieniu, a on wyszczerzył do mnie swoje białe ząbki.
- Chodź Ash do salonu. Tam będzie nam wygodniej.- W tą miłą wymianę zdań, wtrącił się nasza gwiazdka Popu. Zlustrował mnie od góry do dołu swoimi czekoladowo czekoladowymi oczami, po czym splótł swoją dłoń z moją. Przyjemne ciepło rozeszło się po moim ciele. Zmarszczyłam brwi.
- Ale ja chcę porozmawiać z Billym.- Sprzeciwiłam się żwawo widząc, jak czarnoskóry mężczyzna prowokuje mnie swoimi zabawnymi minami. Billy spojrzał na Mike i wzruszył ramionami.
- To pewnie przez mój nieodparty urok.- Mruknął.
- Obiecuję, że jeszcze zdążysz poczuć że masz go dość.- Głos Michaela zabawnie drgał od rozbawienia. Westchnęłam z bezsilności i mimowolnie zacieśniłam palce na jego palcach. Uśmiechnął się jeszcze bardziej.
- Więc chodźmy do tego salonu.- Poczłapałam za nim, nie mając pojęcia dlaczego mu tak na tym zależy. Nie byłam jakąś księżniczką, czy też brytyjska królową, żeby trzeba było mnie za każdym razem gościć w pięknym salonie i do tego z honorami. Weszliśmy do ciemnego pomieszczenia, do którego nie docierał absolutnie żaden, nawet najmniejszy promień słońca. Przytuliłam się do ramienia Michaela.- Wyłączyli Wam światło? Mike zawsze Ci mówiłam, żebyś płacił rachunki na czas…- Zachichotałam nerwowo, czując dziwny dreszcz spływający po moich plecach. Poczułam jak lekko odwraca głowę w moją stronę.
- Ashley Fox…- Zaczął, zatrzymując mnie w bliżej nie znanym mi miejscu. Rozejrzałam się w ciemności, starając się usilnie coś dostrzec… To co się stało… jak to opisać? Wszystko działo się jak w filmie. Niemal momentalnie światła zapaliły się jak oszalałe, serpentyny i jakieś kolorowe baloniki wystrzeliły do góry, a przede mną wyrosła jak znikąd grupa ludzi. Bardzo ważnych ludzi… Była tu Finix, przebrana za bardzo niegrzecznego aniołka, Carlos który twardo trzymał ją w tali, mając za nic jej mordercze spojrzenie. Obok nich stał Japhrimiel ubrany w odświętną marynarkę, szczerzył się do mnie, co jakiś czas puszczając do w moją stronę zaczepne oczko. Przesunęłam wzrok o parę centymetrów i ujrzałam przyjazną twarz Yasu. Jego twarz przyozdobiona pięknym uśmiechem, promieniowała niesamowitym blaskiem. W tej małej grupce wariatów zalazł się również Shin. Niebieskogłowy stało twardo pośrodku nich, a w jego rękach spoczywał ogromny tort. Urodzinowy tort… a na nim ogromna liczba świeczek, każda płonęła osobliwym blaskiem. Ja mam dzisiaj urodziny…
- WSZYTKIEGO NAJLEPRZEGO!!!- Wrzasnęli jednocześnie, a ja zakryłam buzię z zaskoczenia.
- Zapomniałam…- Mruknęłam dziwnie miękkim głosem, nadal nie mogąc wyjść z szoku. Jak można zapomnieć o własnych urodzinach? Jak? Finix rzuciła się na mnie, przytulając brutalnie moje bezwładne ciało do siebie. Zatopiła twarz w moich krótkich włosach.
- Jesteś naprawdę niepoprawna… Rano myślałam, że zejdę na zawał. Sądziłam, że nas przejrzałaś…- Mruknęła.
- Przejrzałam?- Powtórzyłam rozbawionym głosem.- Nie mogłam tego zrobić, ponieważ sama zapomniałam o swoich własnych urodzinach.- Właśnie w tym momencie, moja osobista siostra trzepnęła mnie w głowę.- Ałć!
- Ashley, jesteś niereformowalna!
- Dobra! Życzenia później! Najpierw tort, bo zaraz będziemy potrzebować gaśnicy!- Wrzasnął Shin przepychając się do stołu, starając się jednocześnie nie upuścić słodkiej niespodzianki. Ustałam bezpośrednio przed tortem i spojrzałam na niego mrużąc oczy.
- Eee…- Zaczęłam.
- To potencjalnie miał być mikrofon.- Poinformował mnie, opierając swobodnie o moje ramię. Spojrzałam na niego z ukosa i uśmiechnęłam się pod nosem. Jego przenikliwe oczy uważnie wpatrywały się w moje.- Trochę nie wyszedł… coś mu kabelek w bok ucieka.- Sapnął wtulając się od tyłu.
- Troszeczkę.- Stwierdziłam.
- Musisz zdmuchnąć świeczki i pomyśleć życzenie.- Pouczył mnie jakbym była małym dzieckiem. Pokiwałam z entuzjazmem głową. Spojrzałam na płonące ogniki i zmrużyłam oczy. Szukanie w głowie odpowiedniego życzenia jest naprawdę nie łatwym zadaniem. Każde pragnienie stara się wydostać na wierzch i przejąć palmę pierwszeństwa. Trzeba uważnie się im przyjrzeć i wybrać te odpowiednie. To nie roztropne tracić swoje cenne życzenie, na coś co jutro będzie dla nas mniej ważne lub w ogóle nieistotne. Może to głupie… jednak głównym czynnikiem wpływającym na pozytywne rozpatrzenie życzenia była wiara. Wiara w to, że jeśli będziemy chcieć czegoś tak bardzo i nieustannie, że w końcu nasze marzenie się ziści. W tym jest właśnie cały urok. Być może to dziecinna zabawa, która tak naprawdę nie wpłynie znacząco na moje życie, jednak w tym momencie stało się to dla mnie czymś najważniejszym. Pragnęłam by stało się to jak należy… by nie rzucić sobie kiedyś w twarz, że nie zrobiłam wszystkiego by być szczęśliwa. A życzenie? Życzenie będzie najprostsze…
                                                                …żebym już zawsze miała ich wszystkich przy sobie.
Tego życzenia byłam pewna… to życzenie przyszło mi jako pierwsze na myśl… postanowiłam się go trzymać uparcie i kurczowo. Nachyliłam się nad świeczkami i po chwili je zdmuchnęłam. Na szczęście żadna nie oparła się moim staraniom, to znak że się spełni.
- Brawo!- Wszyscy zaczęli klaskać w ręce, wiwatować, zbierać się dookoła mnie. Tak jakby każdy musiał mnie dotknąć… na szczęście. A co było z tego wszystkiego najdziwniejsze? To, że wcale mi to nie przeszkadzało…

Przyjemny podmuch wiatru musnął moje policzki, jak lekka bryza w letni wieczór. Ogród za domem Michaela był jakże ogromny i jakże piękny… Człowiek widząc ogrom zieleni, potoku świeżości i niesamowitości ogarniającej zewsząd, ma wrażenie że śni. Takie chwile zapadają w pamięci na wieki…
- Ashley, tu się schowałaś.- Nagle z moich rozważań, wyrwał mnie przyjazny głos Yasu. Podszedł bliżej i objął mnie jedną ręką w tali. Uśmiechnęłam się z ulgą, czując jego bliskość.- Wszyscy o Ciebie pytają.- Mruknął. Położyłam głowę na jego ramieniu i westchnęłam, czując jak błogi uśmiech nie ma zamiaru zejść z mojej twarzy.
- Chciałam chwilkę pomyśleć… nacieszyć się tą ulotną chwilą gdy jesteśmy wszyscy razem.- Odparłam.- Prawie wszyscy.- Szybko się poprawiłam. Nie potrafiłam zalepić pustki po Nobu i już na zawsze nasza paczka będzie niepełna.
- Słyszałem, że odwiedziłaś go wcześniej.
- Tak, musiałam z kimś pogadać… i koniec końców skończyłam na cmentarzu, gadając do nagrobka.- Zachichotałam, pocierając palcem koniuszek nosa. Poczułam jak jego ramię unosi się do góry, po czym opada. Również się śmiał.
- Miałaś szczęście, że nikt Cię nie widział. W kaftanie Ci nie do twarzy.
- Jednak ktoś mnie widział. Jakiś facet przyszedł odwiedzić nagrobek obok.- Wyprowadziłam go z błędu, przez co spojrzał się na mnie pytającym wzrokiem spod swoich czarnych okularów.
- Skoro tak, to nie wiedziałem, że tak szybko wypuszczają z wariatkowa.- Zażartował, a ja posłałam mu zaczepnego kuksańca w bok.
- On był bardzo… miły. Sam również przychodził rozmawiać ze swoją żoną, która zmarła. Pozwolił mi zrozumieć pewne rzeczy i sprawił, że spojrzałam całkiem inaczej na to co się wydarzyło ostatnimi czasy.- Uśmiechnęłam się pod nosem. Szczerze i z ulgą, jakby ten ból zaklęty w moim sercu powoli znikał. Nie umknęło to uwadze Yasu.
- Cieszę się, że powoli zaczynasz żyć normalnie. Martwiłem się, że po tym jak straciliśmy Nobu, nie będziesz już taka sama… że nie zobaczę na twojej twarzy tego lekkiego uśmiechu.- Jego dłoń objęła mnie jeszcze mocniej. Wtulił twarz w moje włosy.
- Tęsknie za nim… jednak nie mogę żyć w ciągłym smutku, to niczego nie zmieni. Chcę by był ze mnie dumny…- Pogłaskałam jego ramię.
- Jest. Musisz być szczęśliwa maleńka. Musisz… bo inaczej my wszyscy będziemy nieszczęśliwi, a tego chyba nie chcesz.- Uniosłam do góry głowę i spojrzałam na niego maślanym wzrokiem. Dotknęłam dłonią jego policzka. Na jego i moich ustach zagościł uśmiech.
- Zrobię wszystko dla waszego dobra. Jesteście moją rodziną… życiem… sercem.- Mruknęłam. To był moment… przytulił mnie do siebie i wplótł dłonie w moje krótkie włosy. Zacisnęłam pięści na jego dopasowanej marynarce.- Dziękuje Yasu.- Dodałam, czując jak po policzku spływają mi łzy… łzy szczęścia.
- Tutaj jesteście!- Radosny, jednak trochę zniecierpliwiony głos Shina, przerwał naszą rozmowę. Dobiegł do nas szybkim krokiem i położył dłoń na moim ramieniu. Uśmiechnął się słodko, po czym spojrzał wymownie na Yasu.- Czas na prezent.
- Właśnie.- Yasu przyznał mu rację, łapiąc mnie za dłoń.- Idziemy.
- Konkretny koleś .- Rozbawiony głos Shina załaskotał mnie od tyłu, gdy znikaliśmy w drzwiach do rezydencji. W salonie trwała wrzawa. Każdy z każdym rozmawiał, śmiał się, przekomarzał. Naprawdę miło było patrzeć na tych wszystkich ludzi, którzy przyszli tu dla mnie. Yasu ustawił mnie na środku, po czym pstryknął palcami na Shina i Japha, którzy już po chwili wrócili do nas z prezentem. Wszyscy ustawili się wokół mnie, a chłopcy zgrabnym ruchem wcisnęli mi pięknie zapakowaną niespodziankę.- To dla Ciebie od nas wszystkich. Od razu mówię Ci, że masz się cieszyć.- Shin spojrzał na mnie frywolnym wzrokiem, a z jego twarzy nie schodził pewny siebie uśmieszek. Zmrużyłam z zaciekawieniem oczy, po czym nie zastanawiając się długo rozdarłam papier przedstawiający stado rozwrzeszczanych i roześmianych nutek. Mój kochany zespół postarał się o odpowiednią oprawę imprezy. Muzyka na każdym kroku… Moim oczom ukazał się album. Okuty w piękny materiał, z ozdobnym napisem na froncie.
- „Od zawsze, na zawsze…”- Przeczytałam czując jak moje oczy, znów robią się mokre od łez. Otworzyłam go… na pierwszej stronie widniało duże zdjęcie. Była na nim grupka ludzi… To byliśmy my… Ja, Yasu, Shin, Nobu, Finix, Carlos i Mike. Dobrze pamiętałam dzień, w którym robiliśmy to zdjęcie. Podeszłam do kanapy i usiadłam na środku, nadal wpatrując się w to cudo. Nawet nie zauważyłam jak wszyscy rozsiedli się dookoła mnie. Po prawej miałam Michaela, po lewej Shina, który objął mnie delikatnie ręką. Srebrne imiona i nazwiska każdego z nas, świeciły się przyjaźnie pod zdjęciem. Zapragnęłam obejrzeć resztę… To było jak wycieczka po całym moim dotychczasowym życiu. Wszystkie ważne momenty, nasze uśmiechnięte twarze, radosne chwile i niesamowite cuda jakie wykonywaliśmy. Zdjęcia pochodziły od wszystkich. Album był podzielony na działy i każdy miał swój własny. Mogłam upajać się nimi wszystkimi razem i każdym z osobna… - Dziękuje…- Szepnęłam, przekręcając kolejną stronę ważnego skarbu. Uśmiech nie schodził z mojej twarz. To było jak sen, marzenie, gwałtowny zwrot akcji, który wszystko zmienił na lepsze. Uniosłam wzrok i przeleciałam po twarzach zgromadzonych dookoła mnie. Każdego ozdabiał osobliwy i tak unikatowy uśmiech… patrzyłam na nich… na mój skarb… na moje całe życie… i nareszcie poczułam spokój. 

sobota, 31 marca 2012

 *****************

Wstawanie rano zawsze jest dość niemiłym procederem. Nigdy nie uszczęśliwiała mnie perspektywa opuszczenia swojego ciepłego łóżka, tylko po to by zrobić tonę mało istotnych rzeczy, które doprowadzą mnie jedynie do rozchwiania emocjonalnego. Otwierasz jedno oko, zmuszona przez dziko wyjący budzik i nagle uświadamiasz sobie, jaki to był beznadziejny pomysł. Zresztą rano wszystko wydaję się beznadziejne i do tego głupie. Głupie jest wstawanie i zmuszanie się do zrobienia tak podstawowych rzeczy jak śniadanie, poranna toaleta czy też zwykłe ubranie się. W obliczu błogiego snu i zmęczenia, wszystko bez powrotnie traci sens i jedyne czego tak naprawdę pragniesz, jest to by znów zamknąć te otwarte oko i zanurzyć się ponownie w słodkich objęciach Morfeusza.
Ach… gdyby to wszystko było takie proste? Otóż nie. Resztką sił i mojego wewnętrznego samozaparcia, zmusiłam siebie by wstać. Zarzuciłam szlafrok na ramiona i powolnym krokiem wtoczyłam się do kuchni. Ekspres z kawą świecił niczym skarb, a czerwona lampka jak błogosławieństwo sygnalizowała świeżo zaparzoną kawę. Mam dzisiaj szczęście… Pomyślałam. Usiadłam przy stole z kubkiem pełnym życiodajnego napoju i oddałam się kontemplacji widoku za oknem. Nic szczególnego… zwykły park, parę drzewek, ławek i szalonych osób uprawiających jogging od samego rana. Podziwiałam ich skrycie, jednak każda moja próba rozpoczęcia intensywnego treningu, kończyła się wraz z dzwonkiem budzika rano. Bo jak już wspomniałam wcześniej, rano wszystko wydaję się głupie i bezsensowne. Siłą rzeczy zaniechałam owego pomysłu. Nagle do kuchni wpadła Finix. O dziwo była już ubrana i odpicowana jak przystało na prawdziwą punkówę. Spojrzała na mnie swoimi okrągłymi oczami i wciągnęła z przejęcia powietrze do płuc.
- Jesteś.- Stwierdziła.
- Jak widać.- Odparłam kompletnie nie wiedząc, o co może jej tym razem chodzić.
- Ale dlaczego?- Warknęła jakby ignorując fakt, że to moje mieszkanie.
- Może dlatego, że tu mieszkam?- Syknęłam, jednak nie zrobiło to na niej żadnego wrażenia, pokręciła jedynie z politowaniem głową i dorwała się do telefonu, który wisiał na ścianie przy drzwiach. Szybko wystukała jakiś numer i przyłożyła słuchawkę do ucha. Jej nerwowe i wyczekujące stukanie paznokci o plastik, odbijało się w po kuchni z zawrotną prędkością.
- No nareszcie!- Wrzasnęła.- No nie mów mi, że jesteś jeszcze w domu.- Zawyła z wyrzutem do słuchawki, po czym nastała chwila ciszy. Słuchała, co ten ktoś ma do powiedzenia…- Zmiana planów? Dlaczego zawsze muszę dowiadywać się o wszystkim ostatnia. Zaraz będę.- Warknęła.- Wiem.- Odłożyła słuchawkę, po czym spojrzała na mnie dziwnym wzrokiem.
- Coś się stało?- Spytałam względnie spokojnie i tak wychodząc z założenia, że jeśli coś się tyczy Finix to z ogółu i tak nie jest normalne. Machnęła na mnie ręką i o dziwo na jej twarzy wykwitł uśmiech. Zmarszczyłam brwi, doszukując się w tym jakiego podstępu lub pułapki.
- Wszystko w jak najlepszym porządku. Ty sobie tu siedzisz…- Mruknęła jednocześnie zakładając kurtkę.- O! A mnie już nie ma. Pa kochanie.- I tyle ją widziałam. Wzruszyłam ramionami, jednak po chwili ogarnęło mnie dziwne uczucie samotności. Pragnęłam się z kimś spotkać, pogadać… cokolwiek. Dopiłam kawę i pobiegłam się ubrać. Nie zastanawiałam się długo co ubrać. Leginsy, długa koszula i skórzana kurtka, powinny w zupełności wystarczysz. Postanowiłam spotkać się z Yasu i Shinem… tak stanowczo dobry pomysł. Posuwistym krokiem zbliżyłam się do telefonu, chwytając po drodze ciasteczko. Mniam. Ciasteczko dostarczyło do mojego organizmu odpowiednią ilość cukru, sprawiając że buzia sama mi się uśmiechała. Wykręciłam numer i grzecznie wsłuchiwałam się w sygnał. Raz… dwa… trzy…
- Tak, słucham?- Stonowany głos Yasu odezwał się pośpiesznie, a ja odetchnęłam z ulgą słysząc ten przyjazny ton.
- Hej Yasu, tu Ashley z tej strony.- Przedstawiłam się grzecznie, jak to nakazywały wszelkie kanony dobrego wychowania, które wpajano mi od samego bobasa. Ku mojemu ogólnemu zdziwieniu, po drugiej stronie usłyszałam głuchą ciszę. Coś nieznośnie brzęczało, a Yasu nie reagował.- Jesteś tam?- Mruknęłam niepewnie, myśląc że nas rozłączyło.
- Jestem maleńka. Po prostu jakby Ci to powiedzieć, jestem trochę zajęty.- Odparł dziwnym głosem. Niesamowicie przeciągał słowa, jakby w czasie ich trwania zastanawiał się jaki wcisnąć mi kit.
- Czyli nie będziemy mogli się dziś spotkać?- Spytałam, czując jak energia ulatuje ze mnie z prędkością światła.
- Ech…- Zaczął, a mi zrzedła mina. Czyżbym się mu narzucała?
- Nic się nie stało Yasu. Trudno… I tak mamy niedługo próbę, więc…- Przerwałam, ten niezręczny moment.- Tak. Co u Shina?- Przypomniałam sobie o niebieskogłowym, a w mojej głowie pojawiła się cicha nadzieja.
- Jest strasznie zabiegany. Wiesz… ma dość wymagającą dziewczynę, prawie ciągle go nie ma.-Odparł, a moja nadzieja została brutalnie podeptana. Westchnęłam smętnie i pomasowałam napięty kark.
- Pozdrów go ode mnie.- Mruknęłam.- Ja już muszę kończyć, właśnie miałam wychodzić…- Skłamałam, byle nie wyjść na samotną egoistkę, która wykorzystuje przyjaciół ile wlezie.- Cześć.
- Ashley…- Zaczął, przełykając głośno ślinę.- … cześć maleńka.- Dokończył, jednak chyba spodziewałam się czegoś innego. Nie pożegnania, nie obojętności… braku czasu. Odłożyłam słuchawkę i rozejrzałam się po pustej kuchni. Musiałam coś zrobić, z kimś się spotkać… pogadać, pośmiać się, poczuć że nadal istnieję dla innych. Kolejna iskra nadziei rozjarzyła się w moim sercu.- Mike…- Sapnęłam. Zdążyłam jedynie chwycić torebkę i zamknąć drzwi na klucz. Nie było czasu na rozmyślania i rozważania wszystkich za i przeciw. Postanowiłam również nie dzwonić… bałam się usłyszeć zimną odmowę, lub zwykłe wykręty jak od Yasu. Odwiedziny wydawały się najlepszym pomysłem…

Zapłaciłam taksówkarzowi, który spoglądał na mnie przyjaznym wzrokiem. Jego ogromne wąsiska zasłaniały mu niemal całą twarz, jednak spod gęstej czupryny mogłam dostrzec szczery uśmiech.
- Niech się Pani rozchmurzy. Mam piękny dzień.- Stwierdził, podając mi resztę. Spojrzałam w niebo i natychmiast musiałam zasłonić oczy, które przyjemnie zostały oślepione przez słońce. Zaśmiałam się po cichu i znów spojrzałam na taksówkarza.
- Ma Pan rację… jest cudownie. Dziękuje.- Odparłam i obdarzając go uśmiechem, zamknęłam drzwi od samochodu. Brama Neverlandu była ogromna, ja jednak nigdy nie miałam zwyczaju przez nią wchodzić. Za duże ryzyko, że ktoś niepożądany mnie zauważy. Popędziłam pośpiesznie do tylnego wejścia. Jak zwykle rutynowo, rozejrzałam się po okolicy czy nikt się na mnie nie gapi, po czym nacisnęłam na guzik od domofonu. Ku mojemu wielkiemu zdziwieniu znikąd, pojawił się Billy z przyjaznym uśmiechem na twarzy. Coś się zmieniło… Zawsze wyglądało to miej więcej tak, że ja dzwoniłam, Billy coś mamrotał przez głośnik, ja wchodziłam.
- Ashley…- Zaczął, a ja wpatrywałam się w jego ogromne oczy. Stanowczo coś było nie tak.
- Billy, coś się stało? Przyszłam do Michaela…- Spytałam.
- Nie słońce, jednak Mike nie ma.- Odpowiedział. Zlustrowałam go wzrokiem od góry do dołu, po czym zrobiłam przepraszającą minę.
- To moja wina… powinnam wcześniej zadzwonić.- Stwierdziłam, czując jak cała chęć do działania uleciała ze mnie jak powietrze z balona. Billy położył dłoń na moim ramieniu.
- To wyjątkowa sytuacja…
- Spokojnie Billy.- Mruknęłam, zmuszając się do uśmiechu. Musiałam wyglądać żałośnie.- Przyjdę, kiedy indziej.
- Dobrze się czujesz?- Zastrzelił mnie tym pytaniem. Czy ja się dobrze czuje? Nie, stanowczo czułam się paskudnie. Każdy mięsień wyrywał się w inną stronę, a mózg rozpaczliwie potrzebował towarzystwa. Jednak najwyraźniej nie było mi to dane. Wszyscy moi przyjaciele mieli swoje życie i swoje obowiązki  oraz sprawy. Nie mogłam od nich wymagać, że będą na każde moje zawołanie… jednak zabolało mnie to, że gdy ich potrzebuje, to nikt nie ma dla mnie czasu. Nikt. Nawet na głupią rozmowę…
- Tak, Billy. Muszę lecieć.- Przygryzłam wargę, spuściłam głowę i pomachałam mu ze słabym uśmiechem na twarzy. Odkręciłam się na pięcie i poszłam przed siebie, nie zważając na współczujący wzrok Billego, który odprowadził mnie do końca uliczki. Zniknęłam za rogiem i gdy byłam już pewna, że mnie nie widzi, stanęłam. Oparłam się o mur i westchnęłam, czując jak ciemność zalewa mnie z każdej strony. Czułam się w tym momencie tak cholernie samotna… Może to głupie i nieodpowiednie, ale coraz częściej popadałam w drobne stany lękowe. Bałam się zostawać sama… Wszystko zaczęło się po śmierci Nobu. Za każdym razem w nocy, brakowało mi znajomego ciepła, a całą sytuację ratował jedynie fakt, że za ścianą śpi Finix. Bałam się zostać sama, bałam się kolejny raz poczuć tak, jak zanim poznałam chłopców. Wtedy moje życie nie było różowe. Brak przyjaciół, kontaktów z innymi ludźmi, sprawiał że każdy dzień dłużył się niemiłosiernie, a jedynym ratunkiem była noc. Długa, ciemna ale w pewnym sensie kojąca. Zacisnęłam dłonie i uniosłam wzrok do góry, by kolejny raz rozejrzeć się po ulicy. Wszystko toczyło się jak co dzień. Ludzie przechodzili koło mnie obojętnie, zajęci swoim życiem. Każdy miał na sobie maskę, nie zdradzał uczuć, nastroju, rozczarowania światem. Szczelnie zbudowany mur miał ich uchronić przed krzywdą i pomyłką, jednak nawet tak pieczołowicie zbudowane zabezpieczenia, nie sprawdzały się. Odbiłam się od ściany, chcąc nabrać rozpędu i siły… tak, siły potrzebowałam teraz w ilościach hurtowych. Szłam przed siebie, przyglądając się uważnie każdemu kogo minęłam. Starsza pani o srebrnych włosach, uśmiechnęła się do mnie przyjaźnie spod czerwonych okularów. W jej dłoniach wiercił się niecierpliwie mały pudelek, łypiąc na mnie swoimi wielce znudzonymi oczkami. Oblizał pyszczek mokrym języczkiem, po czym znów zajął się realizacją swojego wielkiego planu ucieczki. Odwzajemniłam uśmiech i przeszłam koło niej, a nasze ramiona niemal się dotknęły. Owinęła mnie chmura słodkich perfum. Najwyraźniej staruszka lubiła mieszać różne zapachy. Potrząsnęłam głową by odpędzić od siebie ten nadmiar doznań. Poczułam w sercu dziwne uczucie pustki. Zmusiło mnie to do ponownego prześwietlenia swoich kontaktów… Yasu zajęty, Shin nie może się rozstać ze swoją dziewczyną, Mike gdzieś pojechał… Japh, Finix oraz oczywiście Carlos, również gdzieś wyparowali. Musiałam z kimś porozmawiać… pobyć… kto miał teraz dla mnie czas? Kto o każdej porze dnia i nocy, jest gotowy by po prostu ze mną być? Przełknęłam nerwowo ślinę, uświadamiając sobie, że tylko jedna osoba… tylko ta jedna jedyna. Czas go odwiedzić, tylko po drodze wstąpię do kwiaciarni…

Podziękowałam Bogu w duchu za to, że postanowił obdarzyć mnie choć jedną oznaką szczęścia w tym dość dziwnym dniu. Pustka na cmentarzu bardzo mi odpowiadała. Tylko ja i Nobu, swobodnie mogłam mu o wszystkim opowiedzieć. Szłam powolnym krokiem pomiędzy wystającymi kamieniami, na których wydrążono imiona oraz informacje na temat ludzi, którzy tu leżeli. Tyle dusz, tyle istnień… Odnalazłam grób Nobu i położyłam na nim świeże kwiaty. Kucnęłam przy tablicy i przetarłam wyryte litery.
- Jak się masz Nobu?- Mruknęłam, po czym usadowiłam się na trawie i chwyciłam jeden z kwiatków. Dziecinna zabawa w odrywanie płatków… kocha, nie kocha… Uśmiechnęłam się pod nosem.- Nie muszę tego sprawdzać, prawda? A pro po miłości… Młody nam się zakochał.- Zaczęłam. Musiało wyglądać to przekomicznie. Jakaś poszarpana wariatka, siedzi przy grobie i gada do siebie. Właśnie dlatego w takich momentach, wolę gdy cmentarz jest pusty. Dzięki tej jednej, drobnej wygodzie, mogę poczuć dozę prywatności. Lubiłam tu przychodzić… ta cisza, spokój i minimalne poczucie bliskości. Będąc tu, mogłam z nim porozmawiać, po prostu pobyć z nim sam na sam. To głupie… powiecie, że on przecież nie żyje, że z trupem nie da się rozmawiać, a jedyne co można tu poczuć to zimny dreszcz na plecach. Być może… jednak ja na to patrzyłam nieco inaczej. On tu jest. Wiem to. Stoi tuż obok, lub leży na trawie gapiąc się w niebo i uważnie słuchając z powagą co mam mu do powiedzenia. Nie odpowiada mi, nie dotyka mnie, nie reaguje… jedynie słucha, a na jego pogodnej twarzy pojawia się uśmiech satysfakcji i rozbawienia. Takie postawienie sprawy, znacząco mnie uspokaja. Wiem, że mogę tu przyjść gdy wszystko zawiedzie, gdy stanie się coś złego lub dobrego, gdy będę potrzebowała wygadać się. A najlepsze jest, to że on tu zawsze będzie… w każdym momencie, zawsze i niezmiennie. Wolałabym, żeby stał przy mnie żywy, bym mogła znów poczuć jego ciepło i usłyszeć ten zadziorny i seksowny głos. Jednak teraz nie jest to możliwe, a mi pozostało tylko to. Więc przychodzę na cmentarz jak najczęściej, streszczając co zdarzyło się w ostatnim czasie.- Urywa się z prób i trudno go zastać w domu. Muszę go wreszcie zmusić, by mi ją przedstawił… wiem co powiesz. Ja nie jestem wścibska, po prostu się o niego martwię. A jeśli ta dziewczyna okaże się psychopatycznym mordercą? Albo szaloną fanką? Możesz się śmiać… pogadamy, jak będę musiała go odbierać z policji lub ze szpitala.- Mlasnęłam z niesmakiem ustami i zmarszczyłam z zamyśleniem brwi.- Tak na marginesie, to go w ogóle nie poznaję. Naprawdę się zmienił. Spoważniał, a przyznasz że to u niego dość niecodzienny stan. Myślę, że stara się być dorosły… bo ciebie już nie ma.- Na jeden straszny moment, mój głos się złamał. Pękł jak zapałka, przypominając mi kim tak naprawdę jestem. Jestem człowiekiem, który nie może zmienić rzeczy niezmiennych, nie może zatrzymać rzeczy nie zatrzymywalnych. Mogłam płakać, krzyczeć, bić się z całym światem… jednak życie pozostanie życiem, a śmierć śmiercią. Żywi będą żyć, a martwi już nie wrócą. Nie w tym świecie.- Ach Yasu… muszę mu powiedzieć żeby mniej pracował. Postanowił nadal próbować z prawem. Kiedy mi o tym powiedział… - Zaśmiałam się pod nosem, jednak w sercu poczułam strach.- Pomyślałam, że chce rzucić BLAST, że to już koniec.- Mówiąc to nadal maltretowałam biedny kwiatek w dłoniach, jakby miało to sprawić, że w ciszy i wietrze usłyszę jego głos, pewną siebie odpowiedź, śmieszną ale jakże prawdziwą i konkretną. Pociągnęłam nosem.- Wiesz jakże mnie miło rozczarował! Przytulił mnie do siebie i pełnym tej swojej poważności głosem, mruknął że pozostanie w BLAST na wieki. Że nie miałby serca, zostawić własnych dzieci na pastwę losu.- Mój głos głucho odbił się od ciężkich płyt, drążąc w powietrzu osobliwy szlak prawdy. Nagle ktoś podszedł bliżej… Zwróciłam głowę w bok i ujrzałam mężczyznę. Jego krótkie, brązowe włosy odpowiednio ułożone, sugerowały że zajmuje jakieś ważne stanowisko, jednak miła i przyjazna twarz rekompensowała tą drobną sztywność. Na nosie miał założone okulary… jeansy i koszula nawet ze sobą współgrały, nadając mu mniej formalny wygląd. Położył na grobie obok bukiet czerwonych róż i uśmiechnął się pod nosem, jakby tęsknił za tym momentem od dłuższego czasu.
- Dzień dobry kochanie…- Mruknął pod nosem, po czym spojrzał na mnie. Rozszerzyłam szeroko oczy i niepewnie uniosłam do góry kąciki swoich ust.- Niech się pani nie martwi… też z nią często rozmawiam, gdy nikt nie widzi.- Wskazał podbródkiem na kamień, na którym wyryto imię i nazwisko: Selena Rose.
- To Pana żona?- Spytałam, jednak szybko zorientowałam się, że to niegrzeczne. Ku mojej uciesze wcale się na mnie nie obraził, nie wściekł, nie ofukał, nie odwrócił niepewnie wzroku.
- Tak, Selena. Zmarła przy porodzie… zrobiła wszystko, co mogła by urodzić naszą piękną, małą córeczkę.
- Tak mi przykro.- Odparłam, jednak on jedynie pokręcił przyjaźnie głową, kolejny raz się do mnie uśmiechając.
- Emilly ma już dwanaście lat. Przyszedłem dziś powiedzieć żonie, że nasza córeczka wygrała konkurs plastyczny.- Zaśmiał się jakby poczuł się trochę swobodniej.- Kim był dla ciebie?
- Nobu… był moim chłopakiem. Zginął podczas wypadku samochodowego…
- Przerwałem Wam rozmowę, przepraszam.- Jego głos był taki przyjazny i rozluźniający. Naprawdę mi nie przeszkadzał…
- Spokojnie… dość często tu przychodzę, pewnie ma mnie już dość.- Zaśmiałam się o dziwo bardzo szczerze i bez obaw, że nie wypada. Mężczyzna pokiwał głową przecząco, również się uśmiechając.
- Na pewno nie… Pomyśl, musi czuć się tu samotny. Kiedy go odwiedzasz, wtedy na pewno cieszy się jak dziecko… na pewno. Tak samo jak Selena. Widzę w myślach jej wspaniały uśmiech, gdy do niej przychodzę.- Wyjaśnił, a ja poczułam w swoim sercu ciepło, nadzieję i przede wszystkim wielkie zrozumienie. Jego oczy były szczere, pogodzone z tym co się stało. Podziwiałam go za to… za siłę jaką w sobie miał. Niespodziewanie wstał i spojrzał w moją stronę.- Wracam do domu. Pewnie Emilly się niepokoi. Uważaj na siebie i pamiętaj, że on jest szczęśliwy… nie zawiedź go.- Odparł na pożegnanie i tak po prostu poszedł. Zostawił mnie samą z dozą tajemniczości, nadziei na to że można przezwyciężyć ten cały smutek, to co się stało… Uśmiechnęłam się pod nosem.
- Widzisz Nobu?! Jakich to ciekawych ludzi można poznać na cmentarzu.- Mruknęłam zawadiackim głosem. Zmrużyłam oczy i pokiwałam ostrzegawczo palcem w stronę grobu.- Tylko zajmuj się tam odpowiednio swoją sąsiadką!- Nakazałam, chichocząc pod nosem. Tak… zwariowałam. Gadałam ze zmarłym. Ku mojemu zdziwieniu, znów usłyszałam czyjeś kroki. Nachyliłam się do przodu.- Ale tu ostatnio tłoczno… gość za gościem.- Stwierdziłam, nawet nie fatygując się by ujrzeć twarz nieznajomego.
- Wiedziałem, że cię tutaj znajdę…- Nieznajomy odezwał się do mnie… jednak jego głos wcale nie był obcy. Wręcz przeciwnie, tak bliski mojemu sercu. Uniosłam wzrok do góry i ujrzałam przyjazną twarz Michaela. Stał nade mną i przyglądał się z uwagą oraz wielkim uśmiechem na swoich smukłych ustach.
- Mike… Ale przecież…
- Już wróciłem Ashley. Po Ciebie.- Mruknął, a moje ciało stężało. Po mnie?- Dlaczego siedzisz tu sama?
- Nie jestem sama. Przyszłam do Nobu… musiałam z kimś pogadać, a akurat dzisiaj wszyscy są zajęci. On ma dla mnie czas, zawsze…- Zaśmiałam się przyjaźnie. Poczułam jego ciepłą dłoń na mojej i już po chwili ciągnął mnie za sobą w niewiadomym kierunku. Jedynie odwrócił się na chwilę by rzucić na koniec…
- Przepraszam Nobu, porywam ją.- Rzucił z nieukrywaną satysfakcją, po czym spojrzał w moje oczy.- My też mamy dla Ciebie czas Ash… zobaczysz.- Dokończył. Zdążyłam jedynie dostrzec na jego twarzy cwaniacki uśmiech. Jednak postanowiłam nie protestować… dać się porwać w nieznane. Zaufać… tak jak tamtej nocy zaufałam Nobu. Myślę, że i tym razem nie pożałuje… na pewno nie.

Aaaa skończyłam tą część. Trochę mi się dłużyła i nie wiedziałam kiedy uciąć, ale myślę że ten moment jest w sam raz. Potrzymam Was w niepewności, i dowiecie się za tydzień co miał na myśli Michael i dlaczego cała ekipa zachowywała się tak dziwnie;) A więc zapraszam!:) 

sobota, 24 marca 2012

Witam Was po raz kolejny na moim blogu. Nie przedłużając i nie pisząc zbędnych słów, które i tak nic nie wniosą, a z całą pewnością nic nie zmienią, zapraszam do zagłębienia się w kolejnej części mojego opowiadania. Mam nadzieję, że i ta część przypadnie Wam do gustu. Zapraszam :D
          
 *************
Weszłam do łazienki i spojrzałam w czyste odbicie lustrzanej tafli. Zobaczyłam siebie. Banalne i jakże przewidywalne. Jednak patrząc na siebie odczuwałam pewną pustkę, nicość i niezadowolenie, czające się za mną w postaci złowrogiej aury. Te całe wspominki sprawiły, że moje serce się otworzyło, jednak tego nieodłącznym efektem ubocznym, był strach i poczucie straty. Oparłam dłonie o umywalkę, czując że siły ulatują się ze mnie z zawrotną prędkością. Brakowało mi go… tak cholernie za nim tęskniłam. Być może jeszcze długo, zatracała bym się w odmęcie rozmyślań i użalania się nad swoim idiotycznym położeniem, jednak ktoś na górze zdecydował, wysłać do mnie siły specjalne.
- Ashley…- Ostrożny głos Michaela rozbrzmiał w moich uszach, a ja kolejny raz spojrzałam na swoją twarz. Zmierzyłam się ze swoim „ja” wzrokiem i westchnęłam, ironicznie uśmiechając się pod nosem.
- Jestem tu Mike. Wejdź.- Mruknęłam i włożyłam dłonie pod bieżącą wodę. Ustawiłam ją tak by była zimna, a wręcz lodowata, by otrzeźwiła mnie i moje durne myśli. Wychylił się zza drzwi i spojrzał na mnie ciekawskim wzrokiem.
- Jak tam?- Spytał, podchodząc w moją stronę bliżej. Poczułam jego ciepło, które zgrabnie kontrastowało z lodowatym orzeźwieniem wody. Wyłączyłam kran i potarłam dłonie o siebie. Mokre, zbielałe od zimna i zdrętwiałe. Nagle jego ciepło zalało i je… Ustał za mną, wsunął ręce do przodu, po czym  zamknął dłonie na moich i roztarł je zgrabnym ruchem. Czułam jego przyjemny oddech na szyi i nieziemski zapach perfum samego Króla. Spojrzałam w lustro i ujrzałam nasze odbicie. Ja i on… on i ja… tak jak kiedyś. Tworzący jedność.- Widzę to w Twoich oczach.- Wyszeptał cichym głosem, spoglądając w lustro.
- Co?- Uśmiechnęłam się blado, by nie wyjść na użalającą się nad sobą idiotką. On jednak się nie śmiał… jedynie spoglądał na mnie miękko, nadal ogrzewając moje zziębnięte dłonie.
- To jak za nim tęsknisz.- Odparł ze spokojem… nadal trzymając moje ręce w magicznym uścisku życia. Jego ciepła skóra ocierała się o moją, kontrastując z nią niesamowicie, wywołując poruszenie, drżenie, niesamowitą reakcję chemiczną.
- To nigdy nie minie.- Mruknęłam spokojnym głosem. Już dawno postanowiłam sobie, że nie będę się smucić myśląc o Nobu. On by tego nie chciał… nie chciałby bym przypominając sobie jego ruch, spojrzenie, głos i ciepło, smuciła się lub płakała. Nie… on chciał bym się śmiała, cieszyła, radowała… ale nie płakała. Nie, tego nie nawiedził. Dostrzegłam coś podobnego do Nobu w zachowaniu Michaela… ten niezwykły człowiek, też nienawidził patrzeć jak się smucę. Mimowolny uśmiech wykwitł na mojej twarzy.- Wszystko w porządku.- Jego oddech nadal owiewał napiętą skórę mojej szyi. Ta chwila mogłaby trwać wieczność, rozciągać się w czasie, bym mogła delektować się jego ciepłem i bliskością. Odwróciłam się do niego przodem i spojrzałam mu prosto w czekoladowo czekoladowe oczy, które ani na moment nie spuszczały ze mnie wzroku. Uśmiechnęłam się szczerze i pogładziłam jego ramie.- Chodźmy do Tatiany, na pewno już się o nas martwi.- Mruknęłam, przypominając sobie o pewnej żywiołowej osóbce, siedzącej i niecierpliwiącej się w salonie tego ogromnego domu. Zaśmiał się pod nosem i przesunął się na bok, wskazując swoją smukłą dłonią drzwi. Jakbym była księżniczką lub najważniejszą osobą na świecie.
- Panie przodem.- Zamruczał kuszącym głosem, który sprawiał że moje ciało odpływało. Naprawdę mogłabym spędzić w tej łazience wieczność… gdyby tylko on by tam ze mną był… nic więcej. Raj.

- Nareszcie się zjawiliście. Już miałam wysłać grupę ratunkową by Was odnaleźć.- Zniecierpliwiony głos Tatiany, owinął mnie od samego progu i nie poszczał, aż nie usiadłam ze spokojem na wygodnej kanapie.- Wbrew pozorom już się stęskniłam.- Przeniosła zalotny wzrok na Michaela, który dojadł resztkę pizzy, która samotnie spoglądała na niego z białego pudełka.
- Właśnie widzę.- Zachichotałam, widząc to spojrzenie kipiące pragnieniem i jeszcze czymś. Postanowiłam się nie wgłębiać… Nie moja sprawa. Pomyślałam.
- Czas na Ciebie…- Mruknęła do mnie, spoglądając ciekawskim wzrokiem, jakby oglądała telewizję i czekała z niecierpliwością na kolejny odcinek swojej ulubionej telenoweli.
-A masz na myśli?- Uniosłam pytająco brwi do góry i uśmiechnęłam się najmilej jak tylko potrafiłam.
- Był Nobu, Yasu i Shin też… teraz brakuje tylko tego, jak ty się załapałaś do tego zespołu.- Wzruszyła bezradnie ramionami, jakby taki tok rozumowania był oczywistą oczywistością.- Na początku byłaś tylko menago.
- Właśnie…- Najwyraźniej Mike również był tego niezmiernie ciekaw. Usadowił się między nami i powabnym kiwnięciem głowy, zachęcił mnie do dalszej spowiedzi.
- Naprawdę chcecie tego słuchać?- Spytałam dziwnie przeciągłym głosem, głosem jakby nie moim, trochę obcym, lekko dezorientującym. Spojrzałam na ich roześmiane twarzy i po chwili odpowiedzieli na moje pytanie. Myślę, że równoczesne kiwnięcie głowami i uśmiechy w rozmiarach XXL, mogę uznać za TAK.- A więc… Jak już wspomniałam, przesłuchanie Shina wypadło wspaniale, a Nobu i Yasu nie mieli absolutnie żadnych wątpliwości, co do tego by to właśnie on został basistą BLAST. Tak więc próby ruszyły pełną parą, już z nowym członkiem zespołu. Wtedy jeszcze nie mieli nazwy, więc pewnego wieczoru stworzyliśmy istną burze mózgów…

„Dopiłam ostatni łyk kawy, która już dawno zdążyła zrobić się zimna. Zmarszczyłam brwi i odsunęłam od siebie kubek. Spojrzałam na chłopców, którzy siedzieli koło stołu, absolutnie na wszystkim na czym się dało. Jak już wcześniej wspomniałam, na wyposarzeniu sali były tylko dwa krzesła, w tym jedno na którego siadanie mogło grozić śmiercią, lub co najmniej trwałym kalectwem. Tak też ja usadowiłam się na jedynym „czynnym”, Shin zgrabnie wlazł na stół i usiadł na nim po turecku, Yasu przysiadł z papierosem w ustach na wzmacniaczu, a Nobu zajął starą skrzynię, która zamknięta była ogromną kłódką. Wielokrotnie chłopcy chcieli dostać się do środka i dowiedzieć się co tam jest, jednak ich działania nie przynosiły pozytywnych skutków. W końcu stanęło na tym, że w środku znajdują się zwłoki poprzedniego właściciela i będzie lepiej dla naszego zdrowia psychicznego, jeśli zajrzymy tam dopiero za jakiś czas…. Na przykład nigdy.
- A może Dirty Stark.- Pierwsza propozycja w sprawie nazwy zespołu, wypłynęła z ust Nobu. Trzy głowy łącznie z moją, kiwnęły na nie.
- Serenity.- Sapnął Yasu. Kolejna chwila zadumy.
- Trochę za spokojne jak dla waszego stylu.- Stwierdziłam.
- Electric Boys?- Tym razem to Shin spróbował szczęścia. Westchnęłam teatralnie.
- Brzmi jak nazwa Boys Bandu.- Odparłam.
- Punk Project?- Kolejka zaczęła się od nowa, a głos Nobu wydawał się trochę zrezygnowany.
- Mało chwytliwe.- Spojrzałam na niego i uśmiechnęłam się, czując że to będzie długa noc.
- Nevermind.- Kolejny pomysł Yasu. Pokiwaliśmy przecząco głową.
- Nikt nie będzie nas brał na poważnie.- Sapnął bezradnie Nobu.
- Fiver…- Shin spojrzał na mnie swoim dorosłym wzrokiem.
- Gorączka? Nie… jakoś nie wpada w ucho.- Yasu wyraził swój sprzeciw.
- Też tak uważam, bardziej nadaje się na tytuł piosenki.- Przyznałam mu rację, zwracając na siebie uwagę zrezygnowanego Nobu. Spojrzał na mnie przeciągle, po czym zmrużył złowieszczo oczy i wskazał na mnie swoim zaobrączkowanym palcem.
- Ty…
- Co ja?
- Ty coś wymyśl.- Mruknął proszącym głosem. Otworzyłam szeroko oczy i pokiwałam przecząco głową.
- Ja się na tym nie znam, a zapewne nazwa w stylu Schistosoma Hematobium wcale Cię nie zadowoli.
- Przywra krwi?- Wtrącił się Yasu, a ja pokiwałam z uznaniem głową.
- Brawo Yasu uratowałeś honor ekipy, lecz nie przerywaj bo ona właśnie myśli…- Spojrzał na niego karcącym wzrokiem i wskazał na mnie ponownie palcem.- Myślisz… prawda?- Dopytał się tak dla pewności, gdyby ktoś z obecnych nie dostrzegł mojej wytężonej miny. Przewróciłam bezsilnie oczami, po czym moją uwagę przykuł Shin. Mianowicie ten dzieciak właśnie zajmował się zapaleniem papierosa, dodajmy całkiem mu to dobrze wychodziło. Zabrałam mu z ręki paczkę papierosów, którą tak usilnie ściskał, spojrzałam na nie po czym przerzuciłam groźny wzrok na Yasu. Widząc mój wzrok, zaciągnął się dymem i uśmiechnął się pod nosem, zgrabnie wzruszając ramionami.
- Sam mi je podwędził.- Stwierdził.
- Ashley, nie chce Ci przeszkadzać, ale ty myślisz.- Nobu nie przestawał wymuszać na mnie psychicznej presji. Nadymałam wściekle policzki, przejechałam wzrokiem po całej sali szukając jakiekolwiek wskazówki, by rzucić mu jakikolwiek pomysł. Nagle moje oczy spoczęły na paczce, z której wyciskałam ostatnie soki. Zgrabnym ruchem wyprostowałam zmiętoloną paczkę i przeczytałam na głos nazwę.
- Black Stones…
- Co?- Niemal wszyscy jednocześnie zadali mi to samo pytanie. Przygryzłam z zadumą wargę i przekręciłam głowę na bok.
- Dwie pierwsze litery…- Mruczałam pod nosem, szukając tego czegoś. I znalazłam…- Black Stones w skrócie BLAST.
- Blast… podmuch powietrza, wybuch… To jest naprawdę dobre.- Mina Yasu wyrażała zainteresowanie oraz uznanie. Nobu zmarszczył z zamyśleniem nos i podrapał po głowie, czochrając jeszcze bardziej i tak już poczochrane włosy.
- I wymyśliłaś to wszystko patrząc jedynie, na paczkę tych paskudnych papierosów?
- One nie są paskudne.- Zgłosił swój sprzeciw Yasu, zresztą mina Shina również wyrażała, co do tego oskarżenia pewne obiekcje. Nobu machnął na nich ręką i nadal patrzył się na mnie wyczekującym wzrokiem. Westchnęłam bezradnie i podniosłam paczkę, prosto przed jego piękne, błękitne oczy.
- Widzisz?- Wskazałam palcem biały napis na czerwonym tle. Nagłe olśnienie spłynęło na niego, niczym grom z jasnego nieba, który walnął w biednego przechodnia.
- Black Stones…- Szepnął.
- Proszę państwa, pacjent wreszcie załapał!- Shin wzniósł do góry ręce w geście tryumfu. Zachichotałam frywolnie, przykładając koniuszek palca do nosa.
- Bardzo śmieszne Shin… lepiej zajmij się swoimi niebieskimi włosami. Naprawdę… jak wpadłeś na taki kolor? I ten łańcuszek od kolczyka w wardze, aż do kolczyka w uchu?
- Po prostu… spodobało mi się więc sobie to zafundowałem. Nie chcę być taki jak inni…- Wzruszył ramionami, a ja już wiedziałam że nie wyciągnie się z niego nic więcej. Nie teraz… nie  przy wszystkich, jeszcze nie był na to gotowy.
- Mamy basistę, mamy nazwę… teraz jeszcze tylko wokal.- Yasu dzielnie próbował, znów skierować tor rozmowy na zespół. Kolejna fala ciszy i kontemplacji nad tym dość niewybrednym problemem, rozlała się po sali.
- Jak dotąd nikt się nie zjawił…- Wymamrotałam, podpierając dłonią głowę. Niebieskogłowy zmrużył oczy i spojrzał na mnie zagadkowym wzrokiem.
- A po co kogokolwiek szukać?- Stwierdził próbując zapalić kolejnego papierosa. Powoli się uzależniał… nie, już był uzależniony.
- Co przez to rozumiesz?- Yasu łypnął na niego spod czarnych okularów i rzucił mu swoją zapalniczkę, nie mogąc już patrzeć jak biedny dzieciak morduje się z łamiącymi zapałkami. Uśmiechnął się do niego z wdzięcznością, zapalił papierosa zgrabnym ruchem, po czym spokojnie wypuszczając dym z ust wskazał na mnie palcem. Cofnęłam głowę do tyłu i wytrzeszczyłam na niego oczy.
- Mamy Ashley.- Odparł. Przełknęłam nerwowo ślinę i dotknęłam dłonią klatki piersiowej.
- Mnie?- Powtórzyłam tępo, jednocześnie powoli kręcąc przecząco głową. Nobu i Yasu patrzyli co jakiś czas na mnie i na Shina, mrużąc oczy ze zdziwienia.
- Tak. Będziesz naszą wokalistką.- Shin naprawdę szybko poczuł się prawdziwym członkiem zespołu i najwyraźniej wyszedł z założenia, że może zdecydować za nas wszystkich.
- Hej, żeby być wokalistką trzeba najpierw umieć śpiewać.- Zaprotestowałam.
- Ale ty umiesz śpiewać.- Dalej obstawał przy swoim.
- Ashley ty naprawdę umiesz śpiewać?- Głos Nobu brzmiał jakby w tym momencie, urzeczywistniały się jego najskrytsze marzenia. Shin nadal wyglądał na spokojnego i opanowanego, wcale nie przejmując się moim wzburzonym wzrokiem, co rusz wysyłanym pod jego adresem.
- Tak, naprawdę.- Odpowiedział za mnie. Wskazałam palcem na siebie i pokręciłam przecząco głową.
- Ale, że ja umiem śpiewać?
- Shin, może nam wytłumaczysz swoją decyzję.- Prawniczy ton Yasu sprawił, że choć na chwilę ta sytuacja stała się trochę bardziej normalna. Niebieskogłowy westchnął i oblizał swoje usta, uważając na świeży kolczyk w wardze.
- Kiedy tu przyszedłem pierwszy raz, zastałem Ashley jak śpiewała.- Wyjaśnił, a ja od razu próbowałam znaleźć ten jeden moment w pamięci. Zaiste śpiewałam… o kurde, co ten dzieciak sobie uwidział.
- Shin, ja się po prostu nudziłam. Mruczałam coś pod nosem… to nie był śpiew.
- To coś miało melodię piosenki Nobu i jakieś mało zrozumiałe słowa, ale z pewnością wypływały one z Twoich ust. Moim zdaniem byłaś świetna.- Wysłał do mnie szczery uśmiech.
- Maleńka mogłabyś to powtórzyć?- Yasu spojrzał na mnie, mając tą samą minę gdy usłyszał jak gra Shin.
- Nie wiem, czy to jest dobry pomysł.- Mruknęłam pocierając z zażenowania kark. Jeszcze nigdy przed nikim nie śpiewałam. Nawet nie przeszło mi przez myśl, że mój głos może się nadawać do czegoś więc niż do nucenia podczas wykonywania różnych zadań domowych.
- Nie masz wyboru.- Do rozmowy dołączył Nobu, który w między czasie zdążył już założyć gitarę.- Shin wstawaj, Yasu do roboty. Bez muzyki nie zaśpiewa…
- Tak jest szefie.- Shin zeskoczył ze stołu i podbiegł do swojego ukochanego sprzętu. Założył go ostrożnie na ramiona i delikatnie starł jakąś ryskę z pudła.
- Poradzisz sobie bez słów?- Yasu zwrócił się do mnie, kierując się w stronę perkusji. Po drodze wręczył mi mikrofon i poklepał przyjaźnie po ramieniu.
- Poradzi. Zrobi to co wtedy.- Shinowi odpowiadanie za mnie najwyraźniej weszło w krew. Zmierzyłam go ostrzegawczym wzrokiem i westchnęłam ze zrezygnowaniem, pocierając mikrofon i wpatrując się w niego bez życia. Tak, stanowczo nie wierzyłam w swoje umiejętności wokalne.
- Tylko potem nie mówcie, że was nie ostrzegałam…- Wymamrotałam i ustawiłam się tam, gdzie powinna stać wokalistka. Spojrzałam kątem oka na Yasu, potem na Nobu i na cwaniacki uśmieszek Shina. O rany… Usłyszałam za sobą pałeczki uderzające o siebie, wydając dźwięk tak lekki… rytmiczny. Moja noga razem z nim podrygiwała, a serce zapłonęło gdy do gry wkroczyły gitary. Przymknęłam oczy i postanowiłam zaryzykować… oddać się muzyce… nie myśleć… po prostu zaśpiewać. Odczekałam aż pierwsze takty wstępu przeminą bezpowrotnie i gdy nieubłaganie zbliży się czas bym wreszcie otworzyła usta… zrobiłam to. Potok dziwnych słów, bez ładu składu i jakiegokolwiek sensu, rozbrzmiał w sali, idealnie komponując się z melodią. Śpiewałam z serca i z duszy… tak jak czułam. Nie starałam się im spodobać, dopasować, chciałam jedynie mieć to z głowy. I nareszcie miałam… Piosnka skończyła się, a ja opuściłam bezwładnie dłoń w której trzymałam mikrofon. Wypuściłam ciężkie powietrze i odwróciłam się do nich z przeświadczeniem, że śmiech trzeba przyjmować z dumą na klatę i w bezpośrednim starciu. Poczułam ich gorący wzrok na swojej skórze i już miałam uciec, gdy w mojej głowie rozbrzmiał ciepły głos Yasu.
- No to mamy wokalistkę.- Stwierdził z ulgą i nieukrywaną satysfakcją. Wytrzeszczyłam na niego oczy.
- Z całą pewnością BLAST jest kompletny.- Dodał Nobu i wyszczerzył w moją stronę szczery uśmiech.
- A nie mówiłem?- Wtrącił się Shin odkładając gitarę i jednocześnie szturchając mnie zalotnie w biodro. Spojrzałam na niego z wdzięcznością.
- Naprawdę tego chcecie?- Mruknęłam. Nobu podszedł do mnie i objął w tali, patrząc mi prosto w oczy.
- My tak, ale to nie jest istotne.- Stwierdził.- Najważniejsze jest to, czy Ty tego chcesz.- Nadal wpatrywał się we mnie wytrwale, a ja poczułam się dziwnie szczęśliwa. Coś się zmieniło, ja się zmieniłam, moje życie, zachowanie i moja samotność. Zyskałam coś pięknego… teraz musiałam trzymać się tego kurczowo i wytrwale.
- Tak chcę.- Odparłam. Tak… to było to…”

- Więc gdyby nie Shin, to nikt by się nie dowiedział o Twoim talencie.- Słowa Tatiany podsumowały moją opowieść, a ja pokiwałam w jej stronę twierdząco głową.
- Tak. Jak widzisz zawdzięczam tym chłopakom, niemal całe swoje dotychczasowe życie. To oni stoją za tym, że jestem teraz taka, a nie inna i jestem im za to niezmiernie wdzięczna.- Spojrzałam na Michaela, który wpatrywał się we mnie płomiennym wzrokiem. Nic nie mówił… jedynie patrzył, chłonął, chciał zrozumieć, poczuć, dostrzec to co ja. Na jego twarzy wykwitł uśmiech… pełen satysfakcji, nadziei i szczęścia. Zobaczyłam też jego rozluźnione ciało i coś czego tak dawno u niego nie gościło, z powodu wszystkich zawirowań życiowych jakie go spotkały. On był po prostu spokojny… Błogi spokój… jak miło. Jak dobrze. Nareszcie. 

niedziela, 11 marca 2012

Czas na kolejną część opowiadania. Przepraszam, że z pewnym poślizgiem, ale wczoraj nie mogłam wstawić:D Ostatnim razem mogliście przeczytać, jak Ashley poznała Nobu, teraz czas na Yasu. Mam nadzieje, że historia się spodoba. Być może trochę to rozjaśni sytuację i pokaże w jakim położeniu znajdowała się Ashley, jeszcze przed poznaniem Michaela. Samemu Michaelowi bardzo odpowiada to, że Ash odkryła mu trochę własnej duszy i uznała go za przyjaciela. Prawdziwego przyjaciela…
Dobra to ja już nic nie piszę, tylko wstawiam nową notkę i czekam z niecierpliwością na Wasze opinie. Mam nadzieję, że przeczytacie to z zaciekawieniem. ZAPRASZAM!!!

       *****************

- Panie Jackson…- Uśmiechnięta starsza pani, weszła do salonu i zwróciła się w stronę Michaela. Ten widząc ją, podszedł do niej szybkim krokiem.
- Jesteś niezastąpiona Cindy…- Pocałował ją w policzek i wziął od niej dwa pudełka pizzy. Kobieta uśmiechnęła się jeszcze szerzej niż poprzednio i zauważalnie się zarumieniła.
- Niech Pan tak nie mówi.- Machnęła dłonią i już chciała mu pomóc, gdy zauważyła jak napoje, które stały na pudełkach zaczęły się niebezpiecznie kołysać, jednak Mike postanowił zgrabnie nimi balansować pomiędzy krzesłami, iście tanecznym krokiem.- Uważaj kochanieńki…- Zaśmiała się szczerze, a ja miałam okazje dostrzec na własnej skórze z jakim uczuciem wszyscy do wszystkich odnoszą się w Neverlandzie. Michael położył pizzę i napoję przede mną i przed Tatianą, po czym znów odwrócił się do Cindy.
- I jak ja mam Ci dziękować.- Zakręcił się dookoła niej, po czym uścisnął ją tak ciepło i szczerze.
- Nie przymilaj się tak. Ostatni raz pozwalam Ci na pizzę…- Zachichotała po czym zwróciła się w stronę drzwi.- Zostawiam Was.- Kolejny ciepły uśmiech musnął nas jak letni wiaterek, a ona po chwili wyszła.
- Czy Cindy przypadkiem nie zagroziła mi, że to moja ostatnia pizza?- Spojrzał się na nas przerażonymi oczami, jednocześnie chichocząc pod nosem. Wyglądał jak bardzo przystojne dziecko, które ma niezły ubaw.
- No Królu Popu! Przyznaj się jak często jesz pizzę?- Uniosłam do góry brew i zachichotałam widząc jak zaczyna liczyć na palcach, częstotliwość z jaką zamawiał ostatnio te pyszne włoskie danie, prosto do domu. Spojrzałam na rozbawioną Tatianę i szturchnęłam ją, wskazując palcem na Michaela.
- Czy codziennie to dużo?- Odparł w końcu, a my buchnęłyśmy śmiechem, łapiąc się za brzuch. Rozbawił nas do łez…
- Nic dziwnego, że Cindy ma pewne obiekcje co do twoich przyzwyczajeń żywieniowych.- Tatiana z ledwością wydobyła z siebie głos. Mike pokręcił przecząco głową i zgrabnym ruchem, przyciągnął do stołu fotel na którym wcześniej siedział. Kiedy nareszcie stwierdził, że już bardziej wygodnie się nie da usiąść, rozdał nam napoje i otworzył pierwsze pudełko.
- Wegetariańska z podwójną ilością sera…- Mruknął, a my chłonęłyśmy pizzę samym wzrokiem. Niesamowity zapach unosił się w powietrzu, a sam wygląd zachęcał do natychmiastowej konsumpcji.- Częstujcie się.- Nakazał, jednak nie musiał długo czekać na reakcje. Najpierw Tatiana wzięła jeden kawałek ignorując jakiekolwiek maniery, a ja widząc to jak pociesznie zajada swoją porcję, postanowiłam pójść w jej ślady.
- Miam.- Stwierdziłam, krótko i zwięźle. Mike spojrzał się na mnie z ukosa i zaśmiał uroczo, jednocześnie walcząc z serem, który postanowił pobić rekord Guinnesa w ciągnięciu się.
- Ach i jak tu jej nie lubić? Cindy nigdy mnie nie przekona, żeby z niej zrezygnować… Wiecie, miło tu się nam gada…
- Kto gada to gada…- Odparłam, zabawnie kręcąc głową i oblizując palce.
- No tak, dzisiaj wyjątkowo mówisz za nas wszystkich. A pro po mówienia…- W jego czekoladowo- czekoladowych oczach zapaliły się ogniki, a ja aż bardziej wtuliłam się w fotel, nie wiedząc co ten cwaniaczek kombinuje.- Nie dokończyłaś opowiadać… Jestem ciekawy, jak na to wszystko zareagował Yasu.
- Yasu, Yasu…- Tatiana zmrużyła oczy i starała się sobie przypomnieć, skąd zna to imię.- Czy to nie przypadkiem ten łysy za perkusją?!- Podniosła dłoń do góry w geście tryumfu, a ja zarechotałam słysząc jej rozbawiony ton.
- Oj…-Mike zmarszczył brwi jakby coś go zabolało.- Tak na przyszłość, gdybyś kiedyś miała okazję rozmawiać z Yasu, lepiej nie mów że jest łysy…
- Bo on nie jest łysy!- Postanowiłam obronić swojego przyjaciela, kawałkiem pizzy wyciągniętym do góry przed sobą. Znów zachichotałam. Ledwo udało mi się dokończyć myśl…- On się po prostu tak goli…- Parsknęłam śmiechem, a Mike długo się nie powstrzymywał, by dołączyć do tej symfonii śmieszków, rechotów i innych form wyrażania ogólnej satysfakcji z życia.
- Muszę to zapamiętać…- Tatiana złapała się za brzuch, po czym względnie się uspokajając, znów spojrzała na mnie zaciekawionym wzrokiem.- Wiec jak to było…
- Ach… jak już wcześniej wspomniałam, Nobu wpadł na wspaniały pomysł ucieczki…

„ – Ej…- Jęknęłam, biegnąc za nim jak szalona. Nie miałam zbytniego wyboru, ponieważ cały czas trzymał mnie za dłoń, ciągnąc za sobą jak jakąś szmacianą laleczkę. Jedyną jego odpowiedzią było spokojne spojrzenie w moją twarz, oraz ciepły uśmiech który przekonałby mnie do absolutnie wszystkiego. Z moich rozważań na temat tego jak fajnie się biegnie z chłopakiem, którego znam dopiero od jakiejś godziny, wyrwało mnie dość mało zgrabne wydarzenie. Mianowicie dotarliśmy na miejsce… on się gwałtownie zatrzymała, a ja z pełną gracją wpadłam na niego. Na całe szczęście złapał mnie w odpowiednim momencie i nie musiałam tarzać się po brudnym chodniku.- Przepraszam.- Odparłam starając się nie patrzeć mu w oczy. Czułam się dziwnie, jednak wolałam być z nim, niż siedzieć na nudnej kolacji i patrzeć na talerz bez żadnego, głębszego sensu.
- Nie masz za co… funkcja bohatera, bardzo mi odpowiada.- Zażartował, sprawiając że moje oczy samoistnie spojrzały na niego. Uśmiechnął się słodko, po czym wskazał drzwi do starego magazynu.- To tutaj… Yasu już pewnie jest.- Weszłam do środka niepewnym krokiem, jakby bojąc się co ujrzę w środku. Z zewnątrz budynek nie zachwycał, a wręcz mówił „ nie wchodzić!”. Obdrapane ściany, odlatujące tynki i gdzie nie gdzie wybite szyby, oto on w kilu słowach. Jednak w środku wszystko diametralnie się zmieniało… Sala odpowiednio przygotowana do prób zespołu, może nie była luksusowa, jednak sprawiała wrażenie przytulnej i w zupełności wystarczającej. Rozejrzałam się dokładnie, kawałek po kawałku. Stare głośniki, statyw mikrofonu, futerał od gitary jak i sama gitara, mnóstwo plakatów różnych zespołów. Z całej tej wyliczanki znacząco wyróżniała się perkusja… piękna i lśniąca, a za nią dość nietypowy człowiek. Ubrany w luźną, białą koszulę, czarną marynarkę i czarne spodnie. Całości dopełniły równie czarne okulary i swobodnie zawiązany krawat. Uszy miał przyozdobione licznymi kolczykami, nawet w nosie miał jedną migoczącą kulkę, dodajmy był ogolony na łyso. W buzi nieodłączny atrybut… palący się papieros. Ustałam z boku i przyglądałam się mu dość uważnie, czekając grzecznie aż sam mnie zauważy… szczerzę powiedziawszy nie miałam odwagi pierwsza do niego zagadać.- Yasu mamy gościa…- Niebieskooki blondyn zawył od progu, podginając w biegu rękawy. Yasu wstał od perkusji i nadal trzymając w lewej ręce obie pałeczki, podszedł do mnie i wyciągnął wolną dłoń.
- Miło mi Cię poznać. Nazywam się Yasu Morrison.- Uścisnęłam jego rękę i odetchnęłam z ulgą, słysząc miły ton i widząc szczery uśmiech na jego przyjemnej twarzy.
- Ashley Fox. Też mi miło… tylko wiesz co? Za bardzo nie wiem, co ja tu robię.- Odparłam dziwnie szczerym głosem, nie do końca pewna, czy mam jeszcze po co wracać do domu. Spojrzał na mnie przyjaźnie, a przynajmniej tak mi się wydawało, ponieważ jego czarne okulary skutecznie przeszkadzały w dostrzeżeniu jego oczu.
- Zapewne Nobu Cię porwał… jak by Ci to powiedzieć, on czasami nie myśli racjonalnie.- Wskazał dłonią salę, sugerując że mogę wejść dalej. Podeszłam do stolika, na którym leżały jakieś papiery, zgrabnym ruchem zepchnęłam je na bok, po czym usiadłam na nim. Pełen wdzięk i kunszt dobrego wychowania…
- Ej, no jakbyś nie zauważył, to ja nadal tu jestem.- Tamten skrzywił się, słysząc dość mało pochlebny komentarz na temat siebie.
-Więc wyjaśnij nam łaskawie, po co ją tu przyprowadziłeś.- Yasu wyjął na moment z ust papieros, po czym spojrzał kolejny raz na mnie.- Oczywiście nie mam nic przeciwko, że tu jesteś.
- Słyszała moją kłótnię z ojcem…- Wymamrotał, mało dumny z powodu tego incydentu.
- Znając Was to pewnie, nie tylko ona ale i cała restauracja to słyszała.
- Jesteś jasnowidzem?- Uniosłam do góry brwi i zachichotałam niewinnie, wielce rozbawiona. Dobrze się czułam prowadząc tak lekką, luźną i mało zobowiązującą rozmowę. Nobu przedrzeźnił go, po czym wziął gitarę i podłączył ją do wzmacniacza.
- Nie, ale blisko.- Uśmiechnął się pod nosem i usiadł za perkusją, nadal kontynuując.- Po skończeniu liceum, chcę iść na prawo.
- Prawo?- Powtórzyłam chyba najtępiej jak potrafiłam.- Ja zaczynam w tym roku medycynę…
- Myślałem, że jesteś od nas młodsza…- Podrapał się z zamyśleniem. Odchyliłam głowę do tyłu i przymknęłam na chwilę oczy.
- Jestem aktualnie w drugiej klasie liceum. Wygrałam olimpiadę medyczną i dzięki temu, zaczynam wcześniejsze studia.- Wymamrotałam niechętnie.- Taki przyśpieszony kurs…- Yasu pociągnął z przejęcia dymem z papierosa, a Nobu podszedł bliżej i spojrzał na mnie zdziwionym wzrokiem.
- Porwałem geniusza…- Sapnął, starając się jednocześnie by nie wypuścić z dłoni kostki do gry. Yasu machnął na niego dłonią i podrzucił pałeczki do góry, tak profesjonalnie i niesamowicie. Zakręciły się w górze i wylądowały ponownie w jego smukłych dłoniach.
- To może coś mi zagracie?- Spytałam, po części chcąc odepchnąć zainteresowanie od mojej osoby. Nobu uśmiechnął się pod nosem i spojrzał na Yasu z cwaniackim uśmieszkiem na twarzy. Ten pokiwał twierdząco głową i wystukał rytm pałeczkami. I się zaczęło… pierwsze dźwięki bębnów, a do tego wspaniała gitara. Melodia szybko wpadała w ucho sprawiając, że nie potrafiłam wyjść z podziwu. Nie spodziewałam się, że spodoba mi się taka muzyka… ostrzejsza i bardziej niegrzeczna, z wyraźną gitarą i sekcją bębnów. Przygryzłam z zadumą wargi i wpatrywałam się w nich jak zahipnotyzowana. Nawet nie wiem ,kiedy ale piosenka dotarła do ostatniego taktu. Zaklaskałam w dłonie wyrażając swój zachwyt.
- I jak?- Nobu spojrzał na mnie pytającym wzrokiem.
- Świetnie! To jest naprawdę dobre… tylko szkoda, że nie macie basisty no i oczywiście wokalu.- Stwierdziłam coś naprawdę oczywistego, spoglądając na nich poważnym i szczerym wzrokiem. Pokiwali oboje głowami, zgadzając się z każdym moim wypowiedzianym słowem. Yasu westchnął i podszedł do czajnika elektrycznego.
- Chcesz kawy?- Spytał.
- Jasne… ale mów o co chodzi, widzę że jest coś nie tak.- Podeszłam bliżej i oparłam się o blat. Uśmiechnął się do mnie i podał kubek.
- Jakoś nie idzie nam szukanie nowych członków…
- A pomyśleliście o odpowiedniej reklamie? – Upiłam łyk kawy i stwierdziłam z satysfakcją, że jest naprawdę dobra.
- Rozdawaliśmy jakieś ulotki…
- Jakieś?- Zaśmiałam się.- Tu trzeba czegoś więcej. Np. plakaty w miejscach gdzie takie zespoły jak Wy występują.
- Widzisz Yasu? Mamy fart, ona się na tym zna.- Nobu podszedł do nas i położył rękę na moich ramionach.
- Nie wątpię, jednak kto zrobi te plakaty? Ja mam teraz egzaminy, a ty się na tym kompletnie nie znasz.
- Wątpisz w moje zdolności plastyczne?- Zmarszczył brwi i zaśmiał się do mnie. Yasu uśmiechnął się pod nosem i pokiwał twierdząco głową.
- Absolutnie tak.
- To ja to mogę zrobić.- Zgłosiłam swoją kandydaturę, mając cichą nadzieję, że dzięki temu będę mogła się z nimi znacznie częściej spotykać. Obaj spojrzeli na mnie pytającym wzrokiem, a ja dla lepszego efektu pokiwałam głową i uniosłam kąciki ust do góry.
- Naprawdę mogłabyś się tym zająć?- Głos Yasu wyrażał niedowierzanie i niepewność. Wcale się mu nie dziwiłam, w końcu znał mnie dopiero od kilkunastu minut.
- Tak. Mój brat studiuje grafikę, więc plakaty będą odpowiednio wyglądać. Napiszemy, że poszukujemy basisty oraz wokalu, a zainteresowani powinni się zgłaszać tutaj w jakiś konkretnych godzinach.- Odparłam jednak szybko sobie uświadomiłam, że za bardzo weszłam w ich życie z buciorami.- Znaczy to Wy poszukujecie…- Poprawiłam się pośpiesznie. Poczułam drugą rękę, która wylądowała na moich barkach. To Yasu postanowił dołączyć do Nobu, który korzystał ze mnie jak ze stojaka. Zaśmiali się oboje, a ja nie wiedziałam o co im chodzi.
- Ashley… razem poszukujemy. Zatrudniamy Cię maleńka.- Yasu wyjaśnił mi jak stoi sprawa i jednocześnie, wyjął z mojej dłoni kubek. Chyba się obawiał, że go upuszczę ze zdziwienia.
- Naprawdę?- Sapnęłam nadal w to niedowierzając.
- Kiedy tu przyszłaś, zapomniałem Ci wspomnieć, że jak tu wejdziesz to już kochana nie wyjdziesz.- Mina Nobu była obłędna. Zmarszczyłam z zamyśleniem brwi.
- Nie wiedziałam, że to transakcja wiązana.
- Jeszcze będziesz się chciała nas pozbyć…- Mruknął Yasu, a jak pokręciłam przecząco głową.
- Nie, na pewno nie…- Czułam gdzieś w środku, że są kimś wyjątkowym i że nasze spotkanie nie jest przypadkowe. Musiałam zrobić wszystko, by wykorzystać tą szansę do końca…”

- Więc Yasu poznałaś przypadkiem… i Nobu zresztą też.- Stwierdził Michael. Z dłoni do dłoni, przerzucał butelkę Fanty, co jakiś czas zderzając się ze mną ciepłym wzrokiem. Uśmiechnęłam się pod nosem na samo wspomnienie tamtego wieczoru.
- Ale gdyby nie ten przypadek…- Zamruczałam, przeciągając się ospale i spoglądając na zadumaną minę Tatiany.
- Mamy Nobu, mamy Yasu… został nam jeszcze Shin.- Stwierdziła, wyliczając wszystko skrupulatnie na swoich zgrabnych paluszkach.
- Nie wypuścisz nas stąd, dopóki nie wyciągniesz z niej całej historii?- Mike rzucił w nią zalotnie poduszką, jednak ona ku jego ogólnemu zaskoczeniu, idealnie ją złapała, a potem jeszcze bardziej idealnie ją odrzuciła.
- Głupie pytanie.- Odparła całkiem poważnym głosem.- To jest leprze niż telenowela… Bardzo bym chciała, żeby Ashley opowiedziała mi absolutnie o wszystkim.- Złapała mnie za dłoń i uścisnęła życzliwie. Być może na moment się przestraszyłam, kompletnie nie wiedziałam jak reagować w takiej sytuacji. Jednak powiem Wam szczerzę, że ta dziewczyna miała coś niesamowitego w sobie… coś co sprawiało, że wybaczałeś jej absolutnie wszystko. I te małe ADHD i ten potok pytań, jakimi nieustępliwie zalewała mnie od samego wejścia. Mimowolnie uśmiechnęłam się do niej i pokiwałam twierdząco głową.
- Opowiem Ci.- Mruknęłam.- Przecież powiedziałaś, że został jeszcze Shin.- Mike przekręcił głowę na bok i spojrzał na mnie rozbawionym wzrokiem. Uważnie obserwowałam jego mimikę i to jak jego usta układały się w co rusz, to nowy uśmiech. Usiadł po turecku i podparł głowę dłońmi.
- Czuję się jak jakaś nastolatka.- Stwierdził z wyrzutem, przygryzając dolną wargę.- Musimy koniecznie skomentować parę, oczywiście męskich gwiazd, oraz ocenić ich wygląd. To będzie idealne zwieńczenie wieczoru.- Teraz jego usta ułożyły się w minę tzw. dzióbek. Jak słodko.
- Tak kochanie, a na pierwszy rzut pójdzie sam Michael Jackson.- Odparła Tatiana, co rusz wysyłając do nas przyjazne spojrzenia i uśmiechy.
- Co to to nie!- Zgłosił swój sprzeciw, podnosząc do góry dłonie. Zamachał nimi zabawnie, a plastry na koniuszkach palców tworzyły niemal jedną linię. Zwykłe złudzenie optyczne, a pozwoliło na dostrzeżenie nawet najmniejszego ruchu samego Króla. Zaśmialiśmy się wszyscy jednocześnie. Zapowiadała się następna godzina zwierzeń, a ja o dziwo wcale nie miałam ochoty uciec stamtąd z krzykiem. Nie poznawałam siebie… Ci ludzie mnie zmienili… pozwolili na otwarcie, na chwilę zadumy, na szczerą rozmowę i wyznanie wszystkiego… tak wszystkiego. Od początku, do końca… cała geneza BLAST wypłynęła na wierzch tego pamiętnego dnia… a słowa tak podstępnie i niezwykle łatwo, wypływały z moich ust. Myślę, że jest dobrze… tak stanowczo tak jest. 

sobota, 03 marca 2012

              ********************
- No więc?- Jej twarz wyrażała zaciekawienie, ale również swoiste współczucie. Współczucie, które nie było aż tak irytujące i denerwujące jak mogłoby się wydawać. Tatiana sprawiała wrażenie, jakby takie rozmowy przeprowadzała na co dzień… jakby często musiałam pomagać swoim przyjaciółkom i znajomym, a do tego robiła to z wielkim oddaniem i chęcią. Przygryzłam dolną wargę i zebrałam się w sobie by zacząć mówić.
- Ja i Nobu byliśmy parą.- Przyznałam to przed nią, co jakiś czas spoglądając niepewnym wzrokiem na siedzącego w rogu Michaela. Milczał, lecz z jego miny można było wyczytać gotowość i chęć pomocy. Gdyby coś było nie tak, zainterweniowałby bez wahania… Opanowanie buchało z niego, patrzył na mnie z zaciekawieniem , zapewne również ciekawy historii, która za chwilę ma wypłynąć z moich ust.
- Tak myślałam.- Mruknęła, lekko się uśmiechając.- Jaki on był?
- Jaki?- Powtórzyłam tępo nie wiedząc, co mam powiedzieć. Nagle zrozumiałam… po prostu powinnam powiedzieć prawdę. Przywołałam sobie w pamięci jego obraz i mimowolnie usta, ułożyły mi się w nieświadomy uśmiech.- On był… człowiekiem, który ciągle mnie zaskakiwał. Był moim przyjacielem, który zawsze starał się byśmy wszyscy byli szczęśliwi… Jego charakter był dość specyficzny i nietypowy. Buntownik z wyboru…
- Czy Nobu był taki zawsze?- Podłapała temat, widząc moją rozanieloną twarz.
- Stał się taki w dniu, kiedy go poznałam. To wtedy jakby pękł, sprzeciwił się wszystkiemu, co tworzyło jego świat do tamtej pory.- Kolejny, zbłąkany uśmiech pojawił się na mojej twarzy. Nie poznawałam samej siebie.
- Brzmi naprawdę intrygująco. Rozbudziłaś moją ciekawość. Opowiedz o tym jak się poznaliście…
- To długa historia…- Szepnęłam, a Tatiana swoją smukłą dłonią, machnęła w powietrzu.
- Mówiłam Ci. Mamy czas. Prawda Mike?- Zwróciła się do niego. Spojrzał na nas przyjaznym wzrokiem i pokiwał twierdząco głową. Jego czarne włosy podskoczyły w powietrzu, a oczy błyszczały tak niesamowicie, że wszystko w tym momencie wydawało się odpowiednie i magiczne.
- Ashley, chętnie posłucham o tym. Chcę poznać Twoją historię…- Odparł głosem, który zarezerwowany był jedynie dla przyjaciół. Głosem, który był zapewnieniem, że w tej chwili nic innego się nie liczy, oprócz mnie, i że jeśli mam ochotę zamęczać go opowiadaniami do rana, to on się na to zgadza.  Kiwnęłam głową.
- Skoro chcecie usłyszeć tą historię… - Westchnęłam, po czym  usiadłam na fotelu po turecku i podparłam głowę o rękę.- To było w liceum. Wygrałam jakiś konkurs biologiczny i z tej okazji moi rodzice zabrali mnie oraz przyjaciół rodziny na kolację. Rodzina Nobu prowadzi sieć wykwintnych  restauracji, więc stwierdzono że to będzie najlepszy wybór na taką okazję. Pamiętam jak dziś… nudziłam się niemiłosiernie. Byłam tam tylko dla prestiżu rodziców i dla ich niepojętej polityki. Wszystko wskazywało na to, że ten wieczór będzie zaliczał się do kolekcji kolejnych, nudnych i wypranych z emocji spotkań. Jednak w rzeczywistości…

„ Wciśnięta w niewygodną sukienkę koktajlową, weszłam do restauracji ze spuszczoną głową. Czułam się jak piesek swoich rodziców… taki wytworny, piękny, wspaniale wychowany, istny champion. Zamknięty w szczelnie hermetycznym świecie, który został skrupulatnie wyreżyserowany przez ludzi, którzy uważali się za dobrych rodziców. Tsa…
Zajęliśmy stolik w głębi sali. Ja, mama, tata i jeszcze dwójka ludzi, których widziałam pierwszy raz w życiu. Rodzice negocjowali z nimi warunki, rozpoczęcia moich wcześniejszych studiów medycznych. Co jakiś czas wysyłałam sztuczny uśmiech w ich stronę, starając się sprawiać wrażenie osoby dystyngowanej, ale jakże szczęśliwej z zaistniałej sytuacji.
- Myślę, że nie będzie problemu z przyjęciem jej na uniwersytet. Z jej osiągnieciami, uczelnie będą się o nią bić zawzięcie i do upadłego.- Kobieta w szarym kostiumie od Gucciego, spróbowała zażartować jednak w moim mniemaniu, raczej jej się nie udało. Mimo tego, że humor kobiety pozostawiał wiele do życzenia, ujrzałam na wypucowanych twarzach rodziców, mniej lub bardziej szczery uśmiech.
- Co podać?- Męski, lecz bardzo znudzony głos, przerwał tą istną sielankę. Uniosłam wzrok do góry. Blondyn o niebieskich oczach, w stroju kelnera, stał przed nami i unikając kontaktu wzrokowego, pokornie czekał na zamówienie. Nie wiem dlaczego, ale zaczęłam się na niego gapić. Trwało to może minutę lub dwie, w każdym razie na tyle długi by zdążył to zauważyć. Nasze spojrzenia zbiegły się. Przyglądaliśmy się sobie przez chwilę i ku mojej uciesze, kąciki jego ust delikatnie uniosły się w górę. Odwzajemniłam ten niepozorny uśmiech.
- Dwa razy nadziewana kaczka i trzy razy kurczak w sosie na ostro. Do tego dobre, czerwone wino.
- Może Pani coś sobie sama wybierze?- Chłopak skinął do mnie głową. Na jego twarzy malował się cwaniacki uśmiech, a w oczach latały nieznane, niebieskie ogniki. Zachichotałam. Ojciec zmierzył go groźnym wzrokiem lecz nadal opanowany odparł:
- Nie. Ja już zamówiłem. Możesz odejść.- Warknął pozornie spokojnie. Blondyn skinął głową i odwrócił się na pięcie.
- Niech żyje wolna wola.- Mrukną na tyle głośno byśmy zdołali go usłyszeć, jednak oprócz mnie inni zignorowali to całkiem szybko. Kolacja ciągnęła się bez końca. Ku mojemu niezadowoleniu, dalsze zamówienia przyjmował już całkiem inny kelner. Nieznany i jakże odważny blondyn, zniknął. Grzebałam widelcem w sałatce mając już wszystkiego szczerze dość. Dorośli rozmawiali o jakiś niemożliwie, ważnych sprawach, a ja czułam że tracę tu swoje życie. Przegrywam je… Z rozmyślań wyrwała mnie kłótnia. Odwróciłam głowę w stronę drzwi prowadzących do kuchni.
- Masz się zachowywać tak jak przystało na syna właścicieli!- Do moich uszu doszedł stłumiony głos, jakiegoś starszego mężczyzny.
- A co Ci się tak wybitnie we mnie nie podoba?- Młody głos, szalenie podobny do głosu tamtego blondwłosego kelnera, odgryzł się szybko z wyczuwalnym wyrzutem.
- Co ty w ogóle odczyniasz!? Jaki zespół?
- Punkowo rockowy. Razem z Yasu zakładamy kapele…- Chłopak nadal odpowiadał zaczepnym i pewnym siebie głosem, jakby już dawno zrozumiał, że z tym drugim nie da się inaczej rozmawiać.
- Z Yasu? Twoją przyszłością jest prowadzenie restauracji, a nie bawienie się w muzyków! Po cholerę kupowałem Ci tą durną gitarę.
- Nie mam zamiaru robić czegoś czego nie chcę.
- Chcesz kochany. Te restauracje to twoja przyszłość.- Warknął i tak już bardzo zdenerwowany.
- Wiesz co? Weź te restauracje i się nimi wypchaj!- Wrzasnął po czym otworzył drzwi z ogromną siłą i wszedł na salę. Stanął na chwilę i rozejrzał się błękitnym wzrokiem po niej, jakby szukając zrozumienia, jednak widząc zdziwione oczy klientów jedynie uśmiechnął się sarkastycznie, pokręcił głową po czym zniknął. Tak po prostu… Po niespełna sekundzie na sale wszedł starszy mężczyzna w idealnie skrojonym garniturze o srebrnych włosach. Uśmiechnął się przepraszająco do wszystkich.
- Bardzo przepraszam za to niemile zajście. Jako drobne zadość uczynienie proponuję deser dla każdego, na koszt firmy oczywiście.- Odparł spokojnie i życzliwie, po czym zniknął. Przyglądałam się temu całemu zajściu z szeroko otwartymi oczami. Nadal w mojej głowie widziałam wyraz twarzy tego chłopaka, zaraz po rozmowie zapewne z jego ojcem.  To była chwila…
- Muszę iść do łazienki.- Stęknęłam bez zastanowienia, po czym szybko wstałam od stołu.
- Ashley…- Głos ojca zapewne miał mnie zmusić do tego bym zaniechała, tak niedorzecznej sprawy jak udanie się do łazienki, w celu załatwienia podstawowych potrzeb fizjologicznych, jednak nie miałam zamiaru się go słuchać.
- Nie długo wrócę.- Rzuciłam jeszcze za nim odeszłam na dobre. Pognałam w stronę wąskiego korytarza, na którego ścianach można było znaleźć drzwi do łazienek. Ja jednak, ku mojemu własnemu zdziwieniu, ominęłam je i wybrałam te na samym końcu… z wielkim napisem EXIT.
Wybiegłam na zewnątrz przy zeru stopniach na dworze i ustałam jak ta głupia rozglądając się dookoła. Czego jak tak naprawdę szukałam? Czy naprawdę liczyłam, że on jeszcze tu jest?
- Dziewczyna od  kurczaka w sosie na ostro.- Ciepły głos, zaatakował mnie z boku aż podskoczyłam z przerażenia, szybko się odwracając. Blondyn o niebieskich oczach, stał podparty o mur spoglądając na mnie zdziwionym wzrokiem. Najwidoczniej zdążył się już przebrać… Nie miał już na sobie tego jednolitego mundurku dla kelnerów. Jego strój był… na luzie. Frywolny i niegrzeczny, pasujący do niego lecz ani trochę nie pasujący do obrazu grzecznego synka, bogatego tatusia. Ciężkie, motocyklowe buty, biała koszulka i skórzana kurtka. Stanowczo łamał schematy. Uśmiechnęłam się pod nosem i oparłam o mur obok niego.
- Może krócej będzie Ashley.- Mruknęłam podając mu dłoń. Już miałam ją opuścić nie widząc żadnej reakcji z jego strony, jednak nie zdążyłam. Uścisnął ją, a ciepło jego ciała rozeszło się po moich zbielałych z zimna rękach.
- Nobu, miło mi Cię poznać Ashley.- Odparł przyjaźnie, po czym zdjął z siebie kurtkę i za nim zdążyłam cokolwiek powiedzieć, założył mi ją na ramiona. Spojrzałam na niego zdziwionym wzrokiem i pokręciłam przecząco głową.
- Wcale nie jest mi zimno.- Zaprzeczyłam, co wcale nie było zgodne z prawdą.
- Twoja dłoń powiedziała mi co innego. Była lodowata… sorry ale nie chcę mieć Cię na sumieniu.- Mruknął wielce rozbawionym głosem, widząc jak robię jakże oburzoną minę.
- Więc grasz na gitarze?- Rzuciłam dla nawiązania rozmowy, dopiero po paru minutach uświadamiając sobie, że tę informację usłyszałam podczas teoretycznie prywatnej rozmowy, pomiędzy jego ojcem a nim. Spuściłam posępnie głowę.- Przepraszam.- Wydukałam. On spojrzał się na mnie po czym zaśmiał się uroczo i szturchnął w ramię, jakby znał mnie z tysiąc lat. To dziwne ale właśnie tak się czułam…
- Nie masz za co przepraszać. Cała sala to słyszała. Z moim ojcem nie da się rozmawiać cicho i potulnie.
- Dlaczego aż tak nie akceptuje Twojej pasji?- Spytałam. Wzruszył bezradnie ramionami i zaśmiał się pod nosem.
- Ponieważ jest ona dla mnie ważniejsza, niż przejęcie tego całego bajzlu po nim. Nie widzę siebie siedzącego w obcisłym garniturze i odwalającym wszystkie te formalności związane z restauracjami.- Odparł spokojnie i tak opanowanie, że gdybym nie słyszała tej wcześniejszej kłótni, wcale bym nie pomyślała że jest w złym humorze.
- Mówisz o tym wszystkim, jakby to się zdarzało codziennie…- Zwróciłam mu uwagę, jednocześnie cały czas uważnie lustrując go wzrokiem. Chyba to zauważył, ponieważ już po sekundzie zmierzył się ze mną spojrzeniem. Nie potrafiłam wygrać z jego błękitnymi oczami… spuściłam głowę w dół.
- Bo tak jest… dzień bez wypomnienia Nobu jakim to bezużytecznym i niewdzięcznym jest synem, byłby dniem straconym.
- Ha… Patrz, mój ojciec dla odmiany mówi mi, że jestem głupia i nie znam się na życiu. Co do niewdzięczności… tu się zgadza.- Tym razem dla odmiany to ja zaśmiałam się pod nosem, przypominając sobie w głowię wyraz twarzy ojca, gdy mi to mówi. Nobu przekręcił zabawnie głowę na bok, jednocześnie wpatrując się we mnie tak intensywnie, że aż poczułam się nie swojo.
- Ten koleś na sali…
- Tsa… da się z nim wytrzymać.- Mruknęłam pocierając dłonią kark.- Mimo wszystko mam ochotę od niego uciec… z krzykiem.
- To ucieknijmy. – Odparł krótko i treściwie, a do tego z tak poważną miną, że mogła bym się założyć że on tak na poważnie.
- Żartujesz, prawda?- Pokręcił przecząco głową, zaprzeczając kolejnym pytaniom, które zamierzałam wystosować w jego stronę.
- Ucieknijmy na tą noc.- Ustał bezpośrednio przede mną i złapał delikatnie za ramiona, zapewne by mnie przekonać. Przygryzłam wargę i zaśmiałam się delikatnie, tłumiąc jednocześnie dziki rechot. Ja i ucieczka?
- A gdzie wodzu?- Postanowiłam być na tyle odważna, by patrzeć mu prosto w oczy. Tak też zrobiłam… kąciki jego smukłych ust uniosły się do góry.
- Posłuchasz jak gram… poznasz mojego kumpla z zespołu.
- Jednego? Myślałam że zespół to trochę więcej…- Udałam rozczarowanie i sprawiałam wrażenie, że naprawdę rozważam by pójść razem z nim. Zabawne…
- Jakby Ci to powiedzieć… jesteśmy w trakcie przesłuchań. Dopiero zaczynamy.- Usprawiedliwił się pośpiesznie, nadal nie spuszczając ze mnie wzroku.- To co idziemy?- Uniósł do góry dłoń i czekał na reakcję z mojej strony. Rozszerzyłam oczy i próbowałam coś wydukać, powiedzieć, wszystko byle by nie stać jak słup… dodajmy głupi słup. Widząc to jak się zastanawiam, postanowił wykorzystać sytuację. Nie czekając na moją odpowiedź, złapał mnie za rękę i pociągnął za sobą w nieznane. Wiatr rozwiewał moje niepokorne włosy, oraz usilnie starał się ze mnie zrzucić kurtkę Nobu. Zacisnęłam wolną dłoń na niej i spojrzałam ukradkiem na rozbawioną twarz mojego towarzysza.
- Ojciec mnie zabije…- Starałam się przekrzyczeć wiatr i pęd wywołany nagłym biegiem. On nawet się na mnie nie spojrzał… jedynie mogłam dostrzec na jego twarzy nie znikający uśmiech, oraz satysfakcję.
- To zginiemy razem… mój też myśli, że zaraz wrócę.- Odparł, a ja po tych słowach, byłam gotowa iść z nim choćby i na koniec świata.”

- Jakie to słodkie!- Tatiana podskoczyła niespodziewanie na kanapie, czym lekko mnie przestraszyła. Wiecie… moją jedyną przyjaciółką oprócz Elizabeth jest Finix, która nie wie co to jest lalka Barbie, a to chyba wystarczająco obrazuje jaką jest osobą. Kompletne przeciwieństwo Tatiany… no właśnie.
- Interesujące.- Poprawił ją Mike widząc moje zakłopotanie.- Widzę, że wasze spotkanie było dość nietypowe.
- Masz rację. To był pierwszy raz, kiedy wymknęłam się spod protekcji ojca. Nawet nie wiesz jaki był na mnie wściekły… z pełnym wdziękiem i powagą skazał mnie na miesiąc szlabanu. Wiesz, jakoś nie rozpaczałam za bardzo. I tak całe moje dzieciństwo spędziłam w domu przed książkami. Jednak, coś się zmieniło… Nobu został moim przyjacielem, a ja coraz częściej wymykałam się na potajemne schadzki i spotkania.
- Siłą rzeczy ojciec musiał się kiedyś o tym dowiedzieć…- Zaśmiał się pod nosem, jednocześnie bawiąc się swoimi dłońmi. Zabawnie i tak naturalnie.
- I dowiedział. Jednak do tej pory zdążyłam się już co nie co nauczyć od Nobu i postawiłam mu ultimatum.- Wzruszyłam ramionami z miną istnego diabełka. O tak… stałam się przebiegła i podstępna.
- Jakie?- Mina Michaela była cudowna. Zdziwienie pomieszane z podziwem i nieukrywanym rozbawieniem. Uniósł do góry smukłe brwi, zachęcając do odpowiedzi.
- Powiedziałam, że jeśli chce bym dalej kontynuowała studia i grzecznie robiła co mi karze, mam mieć pozwolenie na wychodzenie i spotykanie się z Nobu i resztą. Z oporami ale się zgodził…
- Podstępna bestyjka…- Mruknął spoglądając na mnie figlarnym wzrokiem. Zaśmiałam się odruchowo, widząc to jak sobie ze mną pogrywał. Z ulgą stwierdziłam, że znów wszystko wskoczyło na właściwy tor. Ja i Mike też…
- Umie walczyć o swoje.- Usłyszałam poważne stwierdzenie Tatiany, która dobrała się do wielkiego, czerwonego jabłka. Ugryzła je z pełnym wdziękiem i spojrzała na mnie wymownie.- Wiesz, że jakoś nie mogę sobie wyobrazić ciebie jako potulną kujonkę.
- Niestety, kiedyś taka byłam. Myślę, że na całe szczęście już nigdy nie wrócę do tamtego życia.- Napiłam się łyk orzeźwiającego soku i spojrzałam na jej zaskoczoną minę.
- Zadziwiasz mnie… proszę…
- Co proszę?- Zrobiłam wielce zdziwioną minę, słysząc jej nietypowe słowa.
- Opowiedz mi, co było dalej.- Dokończyła, a ja wypuściłam powietrze dziękując w duchu, że chodzi jej o taką błahostkę. Usłyszałam rozbawiony chichot Michaela, który podniósł słuchawkę od telefonu i wystukała jakiś numer.
- Zamówię coś do jedzenia. Zapowiada się, że jeszcze trochę tu posiedzimy. Nie chcę niczego stracić wychodząc po pizzę lub Fante.- Spojrzał na mnie figlarnym wzrokiem, a ja pokręciłam z rozbawieniem głową. Ale się wpakowałam…. Ale najwyraźniej to był dzień przesłuchiwania Ashley Fox. Jeśli chcecie mnie poznać zapraszam… usiądźcie i posłuchajcie, Michale właśnie zamawia coś do jedzenia. :D

Witam wszystkich. Teraz moje opowiadanie trochę cofnie się w czasie. Tatiana jest bardzo ciekawską osóbką i chce wypytać Ashley absolutnie o wszystko. Mike korzysta na tym, bo dzięki temu poznaje swoją przyjaciółkę z całkiem innej strony. Być może dzięki temu, sam w niedługim czasie zdobędzie się na noc wyznań. Sam na sam z tą, która zmieniła jego dość zamknięty świat… no cóż ale nie wyprzedzajmy faktów i wydarzeń. Zobaczycie sami jak to się potoczy, jeśli tylko zechcecie nadal śledzić moje opowiadanie. Mam nadzieję, że tak będzie, więc zapraszam i zachęcam do pozostawiania komentarzy. Do zobaczenia za tydzień, gdy dostarczę Wam kolejną notkę:””) 

sobota, 25 lutego 2012

Miło mi Was kolejny raz powitać na moim blogu. Jestem szczęśliwa, że znów tu powróciliście aby zagłębić się w kolejnej części tego dość osobliwego opowiadania. Ostatnio dużo rozmyślałam, nad tym w jakim kierunku mam poprowadzić wydarzenia… Wbrew pozorom, wpadnięcie na coś oryginalnego, a zarazem w miarę mądrego, nie jest takie proste. Chciałabym, żebyście czytając moje opowiadanie, mogli choć na chwilę wyrwać się z szarej rzeczywistości i poczuć się częścią wydarzeń w nim zawartych. Ułatwiają mi sprawę Wasze ciepłe komentarze. Czytam je z uwagą i rozmyślam, co mogło by wpłynąć na Waszą wyobraźnię. Ach… Ciężki orzech do zgryzienia, lecz staram się jak mogę. Tak więc zapraszam na kolejną część opowiadania i mam nadzieję, że nie zawiodłam moich drogich czytelników. Pozdrawiam i zapraszam! :D


    **************
- Oooo… to to jest Ashley!- Dziewczyna o ciemnych, mocno kręconych włosach i długich nogach, uśmiechnęła się przyjaźnie, żywiołowo przytulając mnie do siebie. Jej niebieska sukienka, szczelnie przylegająca do nad wyraz idealnego ciała, sprawiała że każdy miał ochotę pożreć ją wzrokiem.  Stałam sztywno z opuszczonymi rękami, nie wiedząc jak mam się zachować. Uciec z krzykiem, wyrwać się z uścisku, czy może grzecznie poczekać aż skończy. Tyle możliwości i jakoś żadna nie wydawała się na tyle rozsądna by wprowadzić je w życie. Z żalem stwierdziłam, że jednak bardziej dostojnie będzie, poczekać grzecznie, aż wszystko w końcu się samo rozwiąże. Ach no to czekałam. Nagle cudownie przypomniałam sobie o obecności jeszcze jednej, dość znaczącej osoby.  Resztką sił, wysunęłam głowę ponad nią i spojrzałam pytającym wzrokiem na Michaela, który stał z boku i uważnie się nam przyglądał. Kręcone włosy błyszczały czernią, a plastry na koniuszkach palców zabawnie migotały gdy przebierał nimi, wystukując tylko jemu znany rytm. Nasze spojrzenia zwarły się ze sobą i dostrzegłam, że jego oczy migoczą. Migoczą tak niesamowicie, że gdyby nie nieznana osoba, która zawzięcie się do mnie przytulała, zapewne mogłabym wpatrywać się w niego godzinami. Otrząsnęłam się szybko i znów postanowiłam dowiedzieć się, o co w tym wszystkim chodzi. Poruszyłam ustami w bardzo oczywistym pytaniu:
- Kto to jest?- Odparłam bezgłośnie. Nie zdążył mi nic odpowiedzieć, jedynie wysłał w moją stronę szczery i uwodzicielski uśmieszek, wzruszając bezradnie ramionami.
- Naprawdę nie mogłam się doczekać, by Cię poznać.- Na całe szczęście, kobieta postanowiła zaniechać próby zaduszenia mnie na śmierć, na rzecz dokładnego obejrzenia mojej osoby dookoła. Czułam się jak szmaciana lalka, obracana i potrząsana. Nagle Michael pojawił się bliżej nas i spojrzał na mnie rozbawionym wzrokiem. Jego delikatne dłonie musnęły moje ramię, a słodki zapach perfum doleciał do moich nozdrzy, sprawiając że odetchnęłam czując się trochę bardziej pewnie.  Tsa… normalnie ubaw po pachy. Może to wszystko nie byłoby takie dziwne, gdybym choć wiedziała kim jest ta kobieta!! Ach najwyraźniej nie jest mi to dane w tym stuleciu… A może jednak…
- Ashley, przedstawiam Ci Tatianę. Jest moją koleżanką i aktorką. Zagrała w moim nowym teledysku do piosenki „ The way you make me feel”.- Odparł przyjaznym głosem, cały czas trzymając mnie w tali, a ja odetchnęłam z ulgą. Nareszcie wiem kto mnie tak zażyle przytulał, jeszcze przed paroma minutami. Wyciągnęłam do niej dłoń i uśmiechnęłam się odważnie, by nawiązać kontakt. Tatiana była piękna. Cudowna dziewczyna o zgrabnej sylwetce, która promieniuje życiem i chęcią do działania. Uśmiech nie schodził z jej niezwykłej twarzy ani na moment. Także teraz, uścisnęła moją dłoń i przechyliła zabawnie głowę na bok, obdarzając mnie ciepłym uśmiechem.
- Ashley Fox, cieszę się że Michael nas sobie przedstawił.
- Wiele mi o Tobie opowiadał. Mówił o Tobie tak serdecznie i ciepło… widać, że jesteście dobrymi przyjaciółmi.- Mruknęła szturchając Mike’a z wdziękiem w bok. Zachowywała się tak naturalnie… Michael przygryzł nieśmiało wargę i oddał jej kuksańca z pełnym wdziękiem i gracją, godną Króla Popu.
- Naprawdę, aż tyle mówił?- Spytałam rozbawionym głosem, lustrując go przenikliwie wzrokiem. Wzruszył powabnie ramionami i pokazał rządek białych ząbków.
- Tatiana jak zawsze trochę koloryzuje.- Zarechotał podstępnie, puszczając w stronę mojej oburzonej twarzy oczko. Oblizałam usta, po czym przygryzłam dolną wargę.
- Jakiś ty uroczy…- Spojrzałam w rozbawione oczy Tatiany, która najwyraźniej była w niebo wzięta całą tą sytuacją.
- On tak zawsze!- Zachichotała, po czym złapała mnie pod rękę i pociągnęła w głąb domu Michaela. Neverland był oszałamiający. Wszystko było tam naj… najlepsze sprzęty, najpiękniejsze meble, najnowocześniejsze cuda techniki… Weszliśmy do przytulnego salonu, gdzie panowała atmosfera wielce rodzinna. Ujrzałam przy oknie przyjazną twarz Billy’ ego.
- Witaj stary druhu.- Przywitałam się serdecznie. Dostrzegłam jak momentalnie na jego poważnej i groźnej twarzy, pojawia się blogi uśmiech sympatii. Uwielbiałam jego i jego małe żarciki.
- Ash! No już myślałem, że mnie nie odwiedzisz! Mówię Ci, z nim nie ma w ogóle zabawy… nudziarz i tyle.- Wskazał kciukiem na Michaela, który oparł się zalotnie o komodę. Tatiana rozsiadła się na kanapie, a jej roziskrzone oczka biegały po całym pomieszczeniu. Billy podszedł do mnie i już po paru sekundach, tonęłam w uścisku jego potężnych ramion.- Miło, że jesteś…
- Też się cieszę.- Odparłam, zaciskając drobne dłonie na jego idealnie dopasowanym garniturze. Jak zawsze elegancki i aż do bólu profesjonalny. Odsunął się lekko by móc na mnie spojrzeć, jednak nadal trzymał mnie w objęciach. Jego oczy lekko posmutniały, a słowa z wielką trudnością wychodziły z pełnych ust.
- Jak się trzymasz…- Szepnął, a ja słysząc te słowa, opuściłam wzrok i westchnęłam ciężko, uświadamiając sobie o co mnie pyta. Pytał o Nobu…
- Jakoś…- Stwierdziłam ponuro, jednak szybko zadałam sobie sprawę, że nie mogę obarczać go ciężarem, swojego paskudnego humoru. Spojrzałam na niego i uśmiechnęłam się, by poczuł że nie musi się o mnie martwić. To, co się stało było moim problem i tylko wyłącznie ja mogłam się zmagać z tym bólem. Nikt inny… Nie chcę, by prze zemnie musieli czuć się źle, nieswojo, ponuro… Pogłaskałam jego spięte ramiona dłonią.- Uśmiechnij się wielkoludzie.
- Jesteś urocza malutka, nawet z tą swoją punkową fryzurką.- Poczochrał mnie z wielką gracją, po czym posuwistym krokiem skierował się w stronę drzwi.- Idę zrobić mały rekonesans.- Sapnął, wielce nie szczęśliwie. Zapewne wolałby zostać tu z nami i poplotkować przy smacznej herbatce, jednak nie było mu to dane. Jako szef ochrony samego Michaela Jacksona, musiał spełniać swoje obowiązki z największą dbałością i dokładnością. Westchnęłam, rozanielona jego ciepłym głosem, po czym moja dłoń powędrowała w stronę włosów. Zaczęłam je macać kurczowo, marszcząc brwi.
- „Nawet z tą swoją punkową fryzurą”? Czy nie powinnam się poczuć dotknięta?- Stwierdziłam ,a moje niewinne rozważania przerwał niekontrolowany wybuch śmiechu Tatiany i Michaela.
- Jak widać maleńka, Billy Cię ubóstwia…- Mike podał mi szklankę z sokiem i wskazał fotel. Usiadłam i upiłam łyk, orzeźwiającego płynu.
- I vice versa.- Mruknęłam mrużąc oczy. Było mi tu dobrze… naprawdę dobrze.
- Więc jesteś piosenkarką?- Nagłe pytanie Tatiany, wyrwało mnie z zamyślenia, jednak o dziwo ta kobieta wcale mnie nie irytowała. Wręcz przeciwnie… jej dobry humor i przyjazne nastawienie, dziwnie mi się udzielało.
- Tak. Śpiewam w punkowo- rockowym zespole Black Stones.
- BLAST! Nawet nie musisz mi mówić. Dobrze Was znam. Jesteście fenomenalni.- Podskoczyła zabawnie do góry, a jej kręcone włosy, tak podobne do włosów Michaela, podrygiwały razem z nią. Spojrzałam na Jacksona z rozbawieniem i uniosłam do góry jedną brew. Zaśmiał się niewinnie i wzruszył ramionami. Było to dla mnie znakiem, że ta dziewczyna naprawdę taka była. Nie było w tym fałszu, ani taniej gry na pokaz… Zaczynałam ją naprawdę lubić.
- Nie spodziewałam się, że słuchasz takiej muzyki.- Zdziwiłam się nie na żarty. Co jak, co ale ta delikatna kobietka bardziej wygląda na fankę Madonny niż mnie.
- Patrz ja też. Tatiana, jesteś jedną, wielką niespodzianką!- Michael uśmiechnął się uwodzicielsko, wywołując u mnie stłumiony śmiech. Jakiż on pocieszny i taki… słodki. Zwykł T-shirt wyglądał na nim wspaniale i nie ujmował mu z urody, ani trochę. Wręcz przeciwnie. Zdawał się być taki normalny i przyjazny, że niemal każdy atom mojego ciała, pragnął by już na wieki został moim bliskim przyjacielem. Pragnęłam by po prostu był…
- Wielką?- Spytała słodkim głosikiem.- Fakt, muszę iść w tym tygodniu na siłownie. Ten pączek wczoraj z Tobą przy kawie, to był stanowczo zły pomysł.- Odparła rozbawiając nas do łez.
- Tak jasne. Dziewczyno, niedługo będziesz ubierać się w ubrania w rozmiarze dziecięcym.- Mike pokiwał ironicznie głową, a ja przyznałam mu rację. Figura Tatiany była… co tu dużo mówić. FENOMENALNA.
- Widzisz, jaki on potulny.- Zarechotała, patrząc na mnie wnikliwym wzrokiem. Dołączyłam się do niej i również postanowił się pośmiać. Śmianie lekarstwem na wszystko… tak to szło??? – A wracając do BLAST. Fakt, może ta muzyka do mnie nie pasuję ale naprawdę mi się spodobała. Otóż byłam na waszym koncercie. Moja przyjaciółka kupiła sobie bilety, jednak z przyczyn osobistych nie mogła pójść, więc wcisnęła mi twierdząc, że będę się świetnie bawić. To prawda… na początku nie byłam zbytnio z tego powodu szczęśliwa, jednak postanowiłam pójść… i teraz tego ani trochę nie żałuje. Macie niesamowitą energię. Wasze koncerty są wspaniałe, a piosenki na żywo są jeszcze lesze niż na płycie!
- Bo się zarumienię…- Machnęłam dłonią w powietrzu, uśmiechając się pod nosem. Ach… niesamowity, wspaniały i lepszy… i to wszystko w jednym zdaniu o nas! Wspaniale!!! Miło było słyszeć tyle ciepłych słów na nasz temat. Naprawdę ciężko pracowaliśmy, żeby dość tam gdzie teraz byliśmy, jednak nie żałowaliśmy ani minuty spędzonej na próbach i w salach nagraniowych.- Przekażę to chłopakom, na pewno się ucieszą.
- Właśnie!- Klasnęła z wdziękiem swoimi smukłymi dłońmi.- Uważam, że macie świetny styl. A chłopcy po prostu do schrupania.
- Tsa…- Zachichotałam pod nosem, wyobrażając sobie minę Shina gdy mu o tym powiem. Yasu zapewne również nie pozostanie obojętny.
- Ten o niebieskich włosach jest naprawdę słodziutki. Perkusista taki opanowany i zarazem… wrrr niegrzeczny.- Zaczęła.
- Niegrzeczny Yasu na pewno się ucieszy.- Stwierdził Michael spoglądając na mnie rozbawionym wzorkiem.
- Jednak całą stawkę wygrywa blondyn.- Mruknęła rozmarzonym głosem. Moje oczy się rozszerzyły, a serce mimowolnie zaczęło bić szybciej.
- Tatiana…- Mike próbował jej przerwać widząc moją minę. Pokręciłam przecząco głową, spoglądając na niego porozumiewawczo.
- Jak on się nazywa Ash?- Zwróciła się do mnie, całkiem niczego nieświadoma. Nie mogła wiedzieć… Gdybym nie była na swoim miejscu, być może stwierdziłabym , że jej blogi stan nieświadomości zdawał się słodki i taki uroczy. Jednak siedząc przed nią i starając się uniknąć brutalnego ciosu, ze strony wspomnień, jakoś tego nie dostrzegałam. Najnormalniej w świecie, Tatiana mnie zaskoczyła. Moje usta zadrgały, a oczy posmutniały.
- Nobu Robinson.- Odparłam, starając się by mój głos nie zabrzmiał żałośnie. Tsa… złudna nadzieja… pewnie żałosność, wylewała się ze mnie strumieniami, a ja nie mogłam nic na to poradzić. Westchnęłam ciężko, zbierając w sobie spokój, opanowanie… Spojrzała na mnie, a jej rozbawione oczy nagle się powiększyły i posmutniały. Otworzyła usta i podniosła dłoń do góry, po czym ją opuściła. Coś do niej dotarło…
- Ten Nobu…- Szepnęła.- Mówili o nim w wiadomościach… ach… o Tobie też.- Mówiła coraz ciszej i z coraz większym współczuciem. Przełknęłam ogromną gulę w gardle, która nie pozwalała mi przez chwilę powiedzieć czegokolwiek.
- Mówili o naszym wypadku. Szukają sensacji i tyle…- Wzruszyłam ramionami.
- Ale mówili też, że Nobu…
- … on zginął w nim.- Dokończyłam za nią, widząc jej poruszenie. Nie mogłam jej za to winić. Nigdy nie chciałam by cały świat się o tym dowiedział, więc od dłuższego czasu nie udzielaliśmy żadnych wywiadów. Cisza… pogrzeb był mały i kameralny, bez kamer i fotoreporterów. Wszystko odbyło się w raczej spokojnie i bez sensacji… dziękowałam w duchu za tą mały uśmiech szczęścia.
- Ashley tak mi przykro…- Dotknęła delikatnie mojej dłoni, a ja poczułam jak jej ciepło rozchodzi się po moim ciele w zastraszającym tępię. Uśmiechnęłam się, by sprawić jej przyjemność i rozwiać wyrzuty sumienia jakie się w niej pojawiły. Spojrzałam na Mike, który przyglądał się nam bez słowa, co jakiś czas porozumiewawczo zwierając swój wzrok z moim. Chciał kontrolować sytuację, by nie pozwolić na niepotrzebne wystawianie mnie na rozstrzał.
- Nie przejmuj się… Jakoś sobie radzę.- Mruknęłam głosem, który  zmusiłam do tego by brzmiał na silny i opanowany. Kolejny raz wysłałam w jej stronę uśmiech, a ona z całą swoją gracją go odwzajemniła. Przygryzła dolną wargę i przekręciła głowę na bok, spoglądając na mnie z sympatią. Odniosłam dziwne wrażenie, że w jej oczach była również chęć pomocy. Pomocy z uporaniem się z pozostałym żalem i bólem. Postanowiłam poddać się tej małej terapii, dla złamanych serc. Dla złamanych ludzi… Być może ta kobieta mnie wyleczy? Być może sprawi, że spojrzę na to wszystko z odmiennej perspektywy. Ujrzę to, czego moje zapłakane oczy nie potrafiły dostrzec bez chamskiego, wskazania palcem.
- Kim byliście dla siebie?- Spytała odważnie, co sprawiło natychmiastową reakcję Michaela. Wstał, pośpiesznie podchodząc do naszej dwójki.
- Tatiana, proszę Cię przestań. To nie czas na takie rozmowy…- Zaczął, ja jednak przerwałam mu, kładąc dłoń na jego ręce. Spojrzał się na mnie pytającym wzrokiem, a jego usta ułożyły się w jakieś słowa. Kąciki ust zadrżały mi nieznośnie, jednak uniosłam je do góry.
- Nie, Mike. Wszystko jest Ok. Dobrze mi zrobi rozmowa o tym… BLAST zamierza wrócić do gry. Prędzej, czy później prasa zacznie pytać… jeśli nic nie powiemy, znajdą sobie własną prawdę, nie koniecznie zgodną z tą prawdziwą. Nie chcę tego… muszę nauczyć się o tym mówić.- Pokiwałam głową dla potwierdzenia własnych słów. Michael niepewnie, ale zgodził się na to. Wycofał się na fotel i po prostu postanowił posłuchać.
- Skoro tego chcesz, to nie będę Ci tego zabraniał. Mogę zostać i również posłuchać twojej opowieści?
- Tak Mike. Wręcz pragnę tego…- Odparłam, uśmiechając się do niego dość blado, jednak bardzo szczerze. Czułam, że to ten czas. Czas na spowiedź przed przyjacielem i kompletnie obcą osobą na raz. Michael starał się jak mógł, by pomóc mi w każdym momencie i najlepiej jak tylko potrafił. Nie był nachalny, nie zmuszał mnie do spotkań, robił wszystko z wyczuciem i wrodzoną delikatnością. Więc naturalną rzeczą było to, że zasługiwał na szczerość. A ja naprawdę chciałam mu to dać… Naprawdę chciałam żeby ze mną został. Nie miałam zamiaru niczego przed nim ukrywać, ponieważ stanowił część mnie… a przecież to nie wypada, okłamywać samą siebie.- Wracając do twojego pytania, Tatiana…
- Mów kochanie, mamy mnóstwo czasu.- Szepnęła powabnym głosem, który zapewniał mnie o swoich przyjaznych zamiarach. Nie bałam się mówić… o nie. Wręcz pragnęłam, by świat usłyszał o Nobu jakiego znałam tylko ja i jego najbliżsi. To śmieszne, lecz cały nasz zespół stworzył sobie pewien wizerunek, który istniał jedynie dla świata. Oni znali nas takich jakich, podaliśmy im na tacy… Teraz, gdy gitarzysta zespołu zmarł, nie chciałam żeby zaczęły się spekulację i denne domysły na temat jak do tego doszło. Zapewne oskarżyli by go o narkotyki, uzależnienie od alkoholu i wmówili by wszystkim, że to on spowodował ten cholerny wypadek. Moja gotowość na wyjawienie, całej prawdy aż we mnie wrzała… nie… nie bałam się rozmowy. Bałam się jedynie bólu, jaki może wywołać ta spowiedź i nagłe wspomnienia, przed osobą którą poznałam dopiero przed paroma minutami. Jednak patrząc w jej wielkie oczy, które mówiły mi „zaufaj”, obawy powoli, powoli odlatywały… pozostawała jednie satysfakcja. Satysfakcja z możliwości wyżalenia się… więc zaczynajmy.

sobota, 18 lutego 2012

        **************
- Sala jest do waszej dyspozycji.- Założył na głowę swoją czarną „Fedorę” i zaprezentował wnętrze zgrabnym ruchem dłoni.- Bawcie się dobrze…- Dodał, a ja spojrzałam na niego dziwnym wzrokiem.
- Myślałam, że zostaniesz.- Odparłam z nieukrywanym zawiedzeniem. Odwrócił się do mnie i uśmiechnął, jakby był tylko do tego stworzony. Tak… uśmiech Michaela jest jego wielkim atutem.
- Nie chciałem wam przeszkadzać w nagraniu.- Stwierdził nieśmiało.
- Potrzebujemy widowni.- Mocny głos nastrajanego basu rozniósł się po Sali. Mike uśmiechnął się do Shina.
- Widzę Shin, że koncert to twój prawdziwy żywioł.
- No jasne! Dlatego musisz zostać i choć trochę pokrzyczeć nazwę zespołu.- Odwzajemnił uśmiech i znów uderzył kostką do gry w napięte struny gitary. Spojrzałam na zagadkową minę Jacksona, który najwyraźniej rozważał wszystkie za i przeciw. Po minucie ciszy, w której odbijały się uderzenia bębnów Yasu i nuty gitary, w końcu nasz gość specjalny przemówił. Wzruszył bezradnie ramionami.
- Skora tak się sprawa przedstawia… z przyjemnością zostanę waszą osobistą widownią.
- No to bajka!- Odparłam poprawiając rękawiczki na nadgarstkach. Chwyciłam mikrofon i odwróciłam się w stronę Japhrimiela, który nadal usilnie kontemplował obecność swojej nowiuśkiej gitary elektrycznej. Posadę w zespole przyjął bez zastanowienia, a wręcz cieszył się jak małe dziecko. Obiecał, że zrobi wszystko by grać tak dobrze jak Nobu, a nawet i lepiej. Uwierzyliśmy… nikt z taką determinacją w oczach nie może kłamać.- Braciszku gotowy?- Mruknęłam widząc jak zawiązuje niesforne dredy do tyłu.
- Od urodzenia maleńka.- Uśmiechnął się zawzięcie i stanął obok mnie zajmując miejsce gitarzysty. Poczułam się pewniej gdy ta pustka po Nobu, choć w tak małym stopniu została zapełniona. Westchnęłam, odganiając nadchodzącą migrenę, po czym spojrzałam się najpierw na Shina, a potem do tyłu na Yasu.
- Gotowi?
- Zacznijmy zabawę…- Mruknął Shin, a w powietrzu uniósł się rytm, wystukiwany przez Yasu. To był spontan… pierwsza piosenka po tych wszystkich wydarzeniach… pierwsza piosenka bez Nobu.

- To było naprawdę świetne!- Usłyszeliśmy szczery głos Michaela, który z przejęciem klaskał nam brawo. Spojrzałam na Yasu i przesłałam mu uśmiech błogiej satysfakcji. Z chwilą grozy czekałam na jego reakcję… ku mojej uciesze i wewnętrznemu spokojowi, odwzajemnił uśmiech… tak szczerze.
- Japh, jestem pod wrażeniem. Ty naprawdę umiesz grać.- Zażartował Shin, klepiąc mojego, osobistego brata w plecy. Ten zmrużył złowieszczo oczy i zawiesił ramię na nim, przyciągając jego chude ciało do siebie.
- Przepraszam, ale czy to nie było oczywiste?!- Mruknął, uśmiechając się pod nosem jak największy cwaniak pod słońcem.
- Wszyscy jesteśmy w szoku.- Dodał Yasu, zapalając papierosa. Zachichotałam, słysząc tą lekko i jakże normalną rozmowę.- Oficjalnie należysz do BLAST.
- Ale mnie zaszczyt kopnął!- Wzniósł do góry dłonie, a ja posłałam mu kuksańca w bok.
- Żebyś wiedział.- Warknęłam.
- Zamierzacie nagrać nową płytę?- Spytał się Mike, podchodząc do nas posuwistym krokiem. Jego czarne włosy przyjemnie falowały, a biel koszuli lekko kontrastowała z karmelowym zabarwieniem skóry. Czarne spodnie z różnymi paskami i licznymi klamrami, niczym wyjęte z teledysku do „Bad”, oraz ciężkie buty motocyklisty, sprawiały wrażenie niegrzecznego chłopca.
- Czas otrząsnąć się i wziąć do pracy. Dostaliśmy wiele listów z pytaniami, co dalej. Nasi fani dali nam do zrozumienia, że mimo wszystko czekają… jednogłośnie postanowiliśmy, że ich nie zawiedziemy.- Odparł Yasu, zgrabnie wywijając w dłoniach pałeczkami. Grał od małego. A tak w ogóle, zaczął przez przypadek… Jego opiekunowie od dawna rozmyślali nad tym, co mu kupić na zbliżające się urodziny. Wielokrotnie pytany Yasu, odpowiadał że nie potrzebuje niczego. Że jest dobrze, tak jak jest, jednak oni byli nieustępliwi. Pewnego dnia, gdy kolejny raz padło owe pytanie, Yasu przeglądał akurat magazyn muzyczny… odpowiedział bez namysłu i bez zastanowienia. Po prawdzie jedynie dla zaspokojenia pragnienia swoich opiekunów. Powiedział, że chciałby mieć perkusję… no i ją dostał. Yasu nie byłby sobą, gdyby pozwolił żeby tak kosztowny sprzęt, stał bezczynnie i zarastał brudem. Tak też zaczął uczyć się tej pięknej profesji, aż jego umiejętności zaczęły przewyższać niejednego, zawodowego perkusistę.
- Fani… to oni nas napędzają. Bez nich byśmy nie istnieli.- Stwierdził Michael.- Nowa płyta będzie dla nich najlepszym prezentem i podziękowaniem za wsparcie.
- Też tak pomyśleliśmy. Mamy nawet parę kawałków, które świetnie się nadadzą.- Yasu przyznał mu rację, a ja uśmiechnęłam się cwaniacko pod nosem.
- Nobu jak dostawał weny, to pisał tak długo aż nie mógł już patrzeć na pięciolinię. Dzięki temu mamy całkiem niezłą kolekcję… piosenek bez słów.- Mruknęłam nie tracąc animuszu. Skończyło się użalanie nad sobą i wieczne biadolenie, jaka ta Ashley jest biedna i nieszczęśliwa. Otóż od jakiegoś czasu, nasza mała Ash nie ma zamiaru płakać i roztrząsać tego co było. Nobu na wieki pozostanie we mnie i nic tego nie zmieni.- Na długi czas będzie miał wkład w naszą twórczość.
- No dobra to, co zwijamy się?- Zawył Shin, szturchając mnie zalotnie jak małe dziecko. Zmrużyłam złowieszczo oczy.
- Ale się napracowałeś!- Stwierdziłam widząc jak zdążył już schować bas do futerału. Najwyraźniej gdzieś mu się strasznie śpieszyło…
- Śpieszę się.- Podszedł do mnie i przekręcił zabawnie głowę. Prychnęłam nieznacznie i uniosłam wzrok do góry.
- Co ty nie powiesz? No w ogóle po Tobie nie widać.
- Ironizujesz, prawda?- Sapnął nazbyt mądrze, jak na jego naście lat.
- Mów.- Nakazałam, dając mu jednocześnie do zrozumienia, że jeśli nie zacznie gadać to stąd na pewno nie wyjdzie.
- Z nią nie wygrasz, młody.- Wtrącił się Yasu, a ja wskazałam w jego stronę palcem i pokiwałam twierdząco głową. Niebieskogłowy westchnął teatralnie i mlasnął ustami, jakby właśnie w tym momencie pogodził się z faktem dokonanym.
- Idę na randkę.- Wymamrotał szybko i dość nie wyraźnie… wcale nie chciał, żeby ktokolwiek go zrozumiał. Cała sala wytężyła słuch, nawet delikatna rozmowa pomiędzy Yasu i Michaelem, ucichła. Wysunęłam głowę do przodu.
- Nie dosłyszałam…
- Aleś ty uparta! Idę na randkę. Muszę Cię zmartwić maleńka, ale nie jesteś jedyną kobietą w moim życiu.- Stwierdził wielce rozbawionym głosem.
- I dzięki Bogu.- Odetchnęłam z ulgą. Naprawdę poważnie zaczynałam się o niego martwić. Jest przystojny, młody, gra w zespole rockowym… powinien przyciągać panienki jak magnes, jednak w tym osobliwym przypadku było inaczej. Shin nie miewał dziewczyn i nie odczuwał głębszej potrzeby, znalezienia takowej. Nobu od czasu do czasu, drażnił się z nim i sugerował, że nasze maleństwo woli wysokich brunetów. Z wiadomych przyczyn, przestał tak żartować. Śliwa pod okiem jest mało wyjściowa…- Może zaprosisz ją do nas na jakąś kolację lub coś?- Zasugerowałam delikatnie, a chłopcy zachichotali w oddali jak małe stadko hien.
- Eeee…- Westchnął, co mogło oznaczać raczej tylko jedną odpowiedź. Ach te dzieci.- Mała, odczuwam dziwne wrażenie, że zaczął Ci się włączać instynkt macierzyński.
- Dobra! Pasuje! Ostatni raz, próbowałam być miła.- Uniosłam do góry ręce w teatralnym geście, a niebieskogłowy jedwabistym krokiem, podszedł bliżej i złożył na moim policzku jakże soczysty pocałunek. Na jego twarzy wykwitł uśmiech… tak dawno go nie widziałam.- Tylko nie szalej…
- Będę grzeczny mamusiu.- Mruknął.
- Spadaj.- Warknęłam, jednocześnie uśmiechając się pod nosem. Odwzajemnił uśmiech i już po sekundzie zniknął, zostawiając nas z całą masą pytań.
- Shin się zakochał.- Stwierdził Yasu, podrzucając do góry pałeczki. Spojrzałam na Michaela, który rozmawiał po cichu z Japhrimielem jak starzy kumple. Pamiętam ich pierwsze spotkanie… stanowczo nie należało do udanych.
- Najwyraźniej… Jeszcze go takiego nie widziałam. Leci do niej jak na skrzydłach… mam tylko nadzieję, że ta dziewczyna nie wyrwie mu ich jak małej, bezbronnej muszce.
- Cóż za kwieciste porównanie.- Poprawił okulary, sprawiając wrażenie lekko rozbawionego. Ach… jeśli mam być szczera, to rzeczywiście… cała ta sytuacja z boku wyglądał trochę zabawnie. Młody chłopak najnormalniej w świecie, biegł na spotkanie ze swoją dziewczyną, a ja jak stara i gderliwa mamuśka, zrzędziłam mu nad uchem. Gdybym była na jego miejscu, zapewne też bym się zirytowała.- Musimy poczekać jak to się dalej rozwinie. Wiesz, że jest mu bardzo trudno nawiązywać nowe kontakty. To dość specyficzny chłopak…
- Mnie to mówisz? Dobrze pamiętam, jak musieliśmy dać popalić tym gościom z jego dawnej szkoły. Czepiali się jego stylu i niebieskich włosów… Jak Boga kocham, zero tolerancji.
- Nie możliwe, ktoś gnębił Shina? On wcale nie wygląda na chłopaka, który by się przejmował takimi rzeczami.- Zdziwienie Michaela było całkiem uzasadnione.
- Ach… powiem Ci, że to dość skomplikowana sprawa. Shin na samym początku nie wyglądał tak jak teraz. Był małym, biednym chłopcem, który szukał swojego miejsca na ziemi. Nie wiedział czego chce, a jego oryginalny gust często nie odpowiadał jego rówieśnikom.- Potarłam kark i spojrzałam porozumiewawczo na Yasu, Japhrimiela i Michaela. Ten ostatni zmarszczył brwi i pokręcił z niesmakiem głową.
- Shin jest świetnym chłopakiem. Nienawidzę, gdy ludzie oceniają drugich ludzi, jedynie po wyglądzie lub odrzucają ich za to, że lubią coś innego niż wszyscy. Dobrze, że trafił na Was…
- Po prostu postanowił robić to, co kocha. A kocha grać na basie… to jego pasja i miłość aż po grobową deskę.- Yasu schował pałeczki do torby i wyłączył wzmacniacze od gitar, które mruczały jak koty.
- Tak.- Przyznał rację, a jego kręcone włosy podskoczyły zabawnie do góry, a czekoladowo czekoladowe oczy zaświeciły w półmroku jak dwie gwiazdy.- Przyglądałem mu się dzisiaj na próbie. Gdy zaczyna grać, przenosi się do całkiem innego świata. Przestaje się przejmować błahymi sprawami, ignoruje żal, ból, problemy, po prostu zaczyna uderzać w struny, a wszystko to co złe znika jak za dotknięciem magicznej różdżki. Najprzyjemniej jest przyglądać się jego twarzy… tak spokojnej, szczęśliwej, na której profesjonalizm i pasja są wyryte jak w kamieniu. Na zawsze… i zawsze.
- Ładnie to powiedziałeś…- Mruknęłam, bezwiednie opierając się o ścianę, pokrytą szarą boazerią.- Żeby dostrzec piękno jakie w sobie kryję trzeba go poznać, jednak większość ludzi zaczyna go oceniać na pierwszy rzut oka, nie fatygując się by zamienić z nim choć słowo.- Moje słowa były gorzkie, lecz prawdziwe. Tak było z nami wszystkim… Wszyscy jakby boją się do nas podejść i spróbować zrozumieć to co czujemy. Najgorsze jest to, że takich ludzi jest miliony. Myślę, że każdy nie pokazuje swojej prawdziwej twarzy, bojąc się że zostanie odrzucony przez swoje środowisko. Trzeba się nieźle napracować, by znaleźć kogoś przy kim można być naprawdę sobą.
- Ludzie są powierzchowni.- Stwierdził Japhrimiel, pocierając brodę. Jego oczy dobrze wiedziały o czym mowa.- Często nawet nie próbują poznać, bo uważają to za wygodne i jakże odpowiednie. Nie potrafią zrozumieć i spróbować.
- No, ale chyba Shin znalazł w końcu kogoś po za wami, komu może zaufać. Widzieliście z jaką moną do niej leciał?- Mike wzruszył ramionami i posłał do nas przyjazny uśmiech, który tłumaczył wszystko. Tak. Mogliśmy być pewni, że nasz mały chłopczyk doroślał, a sam Król Popu dostrzegł to dając nam nadzieję, że ten niepokorny chłopak znajdzie to czego tak wytrwale szukał od samego początku… miłości.
- To była mina zakochanego…- Odparłam, szczerze ciesząc się tą oczywistością w duchu. Słyszysz Nobu? Shin się zakochał…

Wiatr przyjemnie muskał nasze ciała, a ciepłe promienia słońca łaskotały policzki dając znak, że nadchodzi wiosna. Szliśmy alejką w parku, ciesząc się spokojem i tym, że nikogo nie było. Pustka aż dziwiła… Wydawało by się park… piękna pogoda, wszystko tak idealne, że niemalże magiczne, a jednak nie było żadnych świadków tego tajemniczego przedstawienia. Tylko ja i Michael.
- Dziękuje, że mnie odprowadzasz.- Mruknęłam, nieśmiało spoglądając na niego z boku. Czarna marynarka, subtelnie okalała klatkę piersiową skąpaną w bieli zwykłego T-shirtu. Nagle czekoladowe oczy, obdarzyły mnie swoim spojrzeniem i nagle poczułam, że jest lepiej.
- Cała przyjemność po mojej stronie. Nie dziwie się, że wolałaś wracać na piechotę niż tłuc się w dusznym samochodzie. Mamy piękną pogodę…
- Tak… Już dawno nie zwracałam uwagi na takie rzeczy. Za dużo się działo… stanowczo za dużo.- Odparłam, skacząc figlarnie po kostce brukowej. Taka zabawa… nie można ustać na złączeniu. Małe dziecko wyrywało się ze mnie niemiłosiernie, chcąc zniwelować obciążenie dorosłego świata.
- Na pewno chcesz nagrać płytę teraz? Może lepiej żebyś odpoczęła i porozmyślała…
- Nie. Mam dość myślenia o tym wszystkim. Każdego wieczoru leżę w łóżku, gapiąc się bezsensu w sufit. I wiesz co robię? Michael ja myślę. Non stop rozważam wszystkie możliwości. Durne pytanie, które na okrągło lata w mojej głowie „ Co by było gdyby?!”.- Pokręciłam delikatnie głową i westchnęłam z nieukrywaną ulgą.- Praca mnie wyleczy. Muzyka i chłopcy również… BLAST mnie wyleczy.
- Są dla ciebie ważni.- Stwierdził, coś tak oczywistego, co jednak wywołało u mnie błogie zdziwienie. Uśmiechnęłam się tępo sama do siebie, a przed oczami przeleciały mi twarze moich wiernych przyjaciół. Na samym końcu tej parady pojawiła się twarz Nobu. Jak zawsze piękna i roześmiana. Jednak był jeszcze ktoś… Podniosłam wzrok do góry i napotkałam ciepłe, czekoladowo czekoladowe oczy, które zawisły nade mną jak dwie gwiazdy. Do grona przyjaciół z całą pewnością mogłam również zaliczyć Michaela, który mimo wszystko co się zdarzyło, nie postanowił uciec z krzykiem, a wręcz przeciwnie. Został i postarał się by nikt nie odczuł jakiegokolwiek dyskomfortu z jego strony.
- Jesteście…- Poprawiłam go pośpiesznie.- Jesteście dla mnie ważni. Razem i każdy z osobna.- Tym razem to na jego twarzy, rozkwitło zdziwienie. Patrzył się na mnie pytającym wzrokiem i co jakiś czas, potrząsał powabnie głową jakby nie dowierzając.
- Jesteśmy?
- Tak Michael. A co? Myślałeś, że nie zaliczasz się do tego grona? Muszę Cię rozczarować.- Zachichotałam, chcąc trochę rozluźnić całą sytuację.
- Dziękuje Ci.- Sapnął dziwnym głosem, a ja nie wiedziałam za co to. Ostatnio za dużo osób, mówiło te słowa w moją stronę. Najgorsze w tym wszystkim było to, że ja ani trochę nie czuję bym na to zasługiwała. Co jak takiego niby zrobiłam żeby mi za cokolwiek dziękować. Potrząsnęłam przecząco głową. Czas przerwać ten zaklęty krąg.
- Nie, to ja Ci dziękuje. Dziękuje Ci za to, że tu nadal jesteś. Że pomogłeś nam i że nadal mogę rozmawiać z tobą jak z przyjacielem. To dla mnie bardzo ważne…- Poczułam jak jego ciepła dłoń splata smukłe palce z moimi palcami. Uśmiechnął się tak szczerze i niewinnie, a ja zrozumiałam że będzie wszystko dobrze. Dotarło to do mnie i uderzyło z taką siłą, że aż zaniemówiłam.
- Uznajmy, że jesteśmy kwita.- Przechylił głowę na bok, a kosmyk czarnych włosów, który zdołał się oswobodzić z pozornie mocnego upięcia, powiewał na wietrze w rytmie nieznanej muzyki. Odwzajemniłam uśmiech. To była ta chwila… Nie potrzebowaliśmy niczego więcej. Odwróciliśmy się od siebie i z nadal splecionymi dłońmi poszliśmy dalej w nieznane. Zostawiając przeszłość za sobą. Czas zacząć nowy rozdział. Czas coś zmienić i sprawić by żal i ból po stracie, nie zawładnął naszymi umysłami do końca. Zaczynamy od początku…
Show musi trwać…

Witam wszystkich serdecznie!!! Co tam u Was, jak się miewacie? U mnie no cóż… Dużo roboty. Mhhh… na szczęście mogę się od czasu do czasu, zrelaksować się przed laptopem i napisać coś co wewnętrznie mnie ucieszy. O tak… pisanie sprawia mi nieziemską przyjemność i dzięki temu mogę wyrazić to co czuję. Gdy mam beznadziejny dzień i myślę sobie, że zaraz zwariuję, włączam muzykę i siadam przed laptopem. Otwieram nowy dokument, zamykam oczy i przez chwilę głęboko oddycham. Czekam… i przychodzi. Znienacka i bez zapowiedzi, zmusza moje palce do pozornie chaotycznego uderzania w klawiaturę. I nagle dostrzegam, że coś napisałam. Najważniejszy jest pomysł, co nie?
Dobra nie ględzę już więcej. Mam nadzieję, że nowa część się podobała. Zapraszam serdecznie na kolejne i zachęcam do pozostawiania komentarzy. Bardzo dziękuję czytelnikom, którzy regularnie mnie odwiedzają i podnoszą na duchu. Honto arigatou!  :P

sobota, 11 lutego 2012

Czas mija więc siłą rzeczy wstawiam nową notkę. Najwyższy czas zważywszy na to, że minął już tydzień. Myślę, że warto od czasu do czasu zatrzymać się na trochę i pomyśleć nad tym co nas nurtuje, zachwyca lub przeraża. Ostatnio mam mało czasu na przemyślenia, głównie z powodu zbliżającej się matury. Wiecie jak to jest nauka, nauka i jeszcze raz nauka. Ach jednak czuję, że to nie jest dla mnie najważniejsze… że wcale nie pragnę dostać Nobla( No chyba, że literackiego; ) i nie marzę by odkryć coś nowego. Wolałabym siedzieć w małym domku nad morzem i pisać, rysować i cieszyć się wszystkimi małymi przyjemnościami razem z ukochaną osobą. Czy jest mi do życia potrzebne coś więcej??? Dobra koniec moich smętów na tematy bardzo przyziemne… proponuję znów zagłębić się w kolejnej części opowiadania o Michaelu i Ashley. Serdecznie zapraszam i polecam w zestawieniu z dobrą muzyką :P.
Dla lepszego zrozumienia notki odsyłam do obejrzenia filmu „Sid & Nancy- Love Kills”, bez obejrzenia też się obejdzie lecz z filmem niektóre fakty będą jaśniejsze. Ostrzegam film dość specyficzny i nie na każde nerwy. Lecz z pięknym zakończeniem, które całkowicie zmieniło moje spojrzenie na cały film. ZAPRASZAM!!!


  **************
- Wejdź… przepraszam trochę tu bałagan… - Spojrzałam na niego przepraszająco jednocześnie zgarniając porozrzucane ubrania, które przyznacie ale wyglądały dość mało efektownie. W ciągłym biegu i motłochu tych wszystkich zdarzeń nie miałam nawet czasu i okazji by posprzątać. Jeśli mam być do końca szczera nie miałam na to siły, ani jakichkolwiek chęci… Człowiek tracąc coś cennego zupełnie zapomina o wszystkim innym, a w zamian zatraca się w czarnej rozpaczy i jeśli nie otrzyma znikąd pomocy, może to być tragiczne w skutkach. Potrzebna jest iskierka nadziei… a ja na szczęście miałam tych iskierek całkiem sporo.
- Nic nie szkodzi.- Uśmiechnął się przyjaźnie wręcz rozbawiony moimi staraniami, by przywrócić ten pokój do stanu używalności. Może i jestem kobietą ale wcale, a wcale nie umiem powstrzymać mocy, która sprawia że bałagan rozprzestrzenia się w zastraszającym tempie. Odwzajemniłam uśmiech przygryzając nieśmiało wargę. Zgrabnym ruchem zrzuciłam na podłogę stertę „czegoś” by było gdzie usiąść. Wskazałam mu miejsce i zrobiłam wielce niewinną minę.- Oryginalnie.- Przekręcił zabawnie głowę i zachichotał sprawiając, że sytuacja wydała się jakby bardziej naturalna i taka prawdziwa. Usiadł, a ja wybrałam sobie miejsce naprzeciwko niego, na skrawku łóżka.
- O czym chciałeś porozmawiać? Co to za tajemnice pomiędzy Tobą, a Yasu?
- Słuchaj Ash…- Przypomniał sobie po co tu przyszedł i najwyraźniej wcale mu się to nie spodobało.
- Tak?- Dopytałam się chcąc wiedzieć o co w tym wszystkim może chodzić. Przygryzł z zakłopotania wargę i wyciągnął tajemniczy pakuneczek z kieszeni czarnej marynarki.
- Yasu prosił mnie żebym ja to zrobił. Dla niego jest to również trudne…
- Co zrobił?
- Żebym Ci to oddał.- Wyciągnął dłoń na, której leżało pudełeczko. Grzecznie i bez żadnych sprzeciwów. Wskazał je podbródkiem zachęcając bym je od niego wzięła. Moja na początku pewna dłoń na moment zadrżała chwytając w swoje objęcia ten tajemniczy przedmiot. Uśmiechnęłam się niepewnie kompletnie nieświadoma tego co może znajdować się w środku. Otworzyłam je, a moje oczy powiększyły się w szczerym geście niedowierzania. Wyciągnęłam niepewnie ze środka kłódkę na łańcuchu i przyjrzałam jej się uważnie, nie wierząc że to może być to co widzę. Nie wierzę… po prostu nie wierzę. To…
-To jest wisior Nobu.- Wydukałam skrupulatnie oglądając go  w ręku. Metaliczna kłódka tak ukochana przez niego… nie zdejmował jej nigdy. Żeby jej się pozbyć trzeba było mieć kluczyk… kluczyk powierzył mi.
- Yasu dostał to od policjantów… powiedział, że jest to ważna rzecz dla Ciebie i żebym Ci to oddał.- Oparł się o swoje kolana i zakrył dłoniami usta. Przyglądał mi się uważnie i w ciszy czekając, aż sama zdecyduję czy mu powiedzieć, czy nie. Poczułam jak niedorzeczne łzy kolejny raz napływają do moich oczu. Wszystkie wspomnienia wróciły…
- Myślałam, że…- Przełknęłam ogromną gulę w gardle.- … że albo zaginął w wypadku, albo nadal wisi na jego szyi. – Dokończyłam głosem, który o mały włos się nie załamał. Wydobyłam z siebie blady uśmiech.
- O co w tym wszystkim chodzi… Dlaczego akurat kłódka?- Jego głos był ostrożny i czuły. Nie chciał wyciągać ze mnie informacji nachalnie i brutalnie, by nie otworzyć niepotrzebnych ran. Westchnęłam ciężko i uśmiechnęłam się przypominając sobie tą historię.
- To jest kłódka Sida.- Mruknęłam.
- Sida?- Wyprostował się zaskoczony, a ja kiwnęłam twierdząco głową.
- Tak. Sida Viciousa.
- Skądś kojarzę to nazwisko…- Prychnęłam uśmiechając się pod nosem słysząc jego zadumane słowa. Wątpiłam, że od razu domyśli się o kogo chodzi.
- Nie przejmuj się… nie każdy go zna. To trochę nie twoje klimaty.- Zaczęłam się bawić kłódką, czując jej zimno.- Sid Vicious był basistą punk rockowego zespołu Sex Pistols.
- Sex Pistols? Fakt trochę nie moja bajka.- Przyznał mi rację.- Ale jaki ma to związek z tą kłódką?
- Bardzo prosty. Oglądałeś może film „ Sid & Nancy- Love kills”? – Pokiwał przecząco głową. Wcale się nie zdziwiłam… Jest to film dość specyficzny, ale pod skorupą nieładu i szalonego życia jakie prowadzili tytułowi bohaterowie, można dostrzec wspaniałą historię dwojga ludzi… zakochanych w sobie bez pamięci.- Jest to film biograficzny o życiu Sida i jego narzeczonej Nancy. Dość szalonym i niegrzecznym życiu… Sid nigdy nie wpisywał się w żadne schematy i można by rzec że był prawdziwą gwiazdą punk rocka mimo tego, że nie za bardzo umiał grać na basie. Wiesz… wyglądał stylowo… czarne włosy postawione na żel, prawie zawsze skórzane spodnie z różnymi ćwiekami, paskami, łańcuchami, lub zwykłe wycieraki z milionem dziur. Do tego charakterystyczna skórzana kurtka, przeważnie zakładana na gołe ciało i ulubione ciężkie, motocyklowe buty. Nobu w pewnym sensie go podziwiał, choć bardziej interesował go cały zespół. Był wielkim fanem Sex Pistols i ich szalonego stylu.
- Widziałem kiedyś ich nagranie… zaraz jak się nazywała ta piosenka…- Podrapał się z zamyśleniem po głowie.- A wiem… „ God save the Queen”. Byli szaleni…
- Taki styl i taka kultura punków. Nie przejmowali się tym co jest teraz, wyrażali to co myślą prosto z mostu choć przyznam, że za brutalnie i dziko jak dla mnie. W każdym razie Sid był drugim basistą w historii Sex Pistols. W tym okresie poznał Nancy… mimo miłości jaka między nimi była to uważam, że lepiej dla niego by było gdyby jej nie poznał.
- Dlaczego?
- Ponieważ to ona doprowadziła do jego kompletnej destrukcji. Zanim ją poznał również dużo pił, palił, rozrabiał… jednak nie brał narkotyków. Pod tym względem był czysty. To przez Nancy wziął pierwszy raz i to ona pociągnęła go na dno. A on ją po prostu kochał i nie potrafił powiedzieć nie. Skończyło to się tak, że Nancy znaleziono w ich mieszkaniu martwą. Wykrwawiła się na śmierć przez ranę zadaną nożem. Sid był w ciężkim szoku… Zamknęli go do więzienia, podejrzewając że to on ją zabił. Postawiono mu zarzuty… groziło mu od 15 lat do dożywocia.
- Groziło? Uniewinnili go?- Mike spojrzał na mnie pytającym wzrokiem, a ja smętnie pokiwałam głową.
- Nie… po pewnym czasie wyszedł za kaucją. Najwidoczniej nie umiał poradzić sobie z tym wszystkim co się stało. W przed dzień procesu zmarł z przedawkowania heroiny. Znaleziono przy nim list, w którym krótko tłumaczy swoje życie… do dziś nie wiadomo czy przedawkował specjalnie, czy przypadkiem. Wielu twierdzi, że po prostu nie potrafił żyć dalej bez Nancy…
- Rzeczywiście w tym przypadku naprawdę „miłość zabija”.- Słuchał mnie z uwagą i zaciekawieniem. Widziałam satysfakcję na jego przystojnej twarzy, zapewne wywołana faktem, że postanowiłam mu szczerze opowiedzieć jak to było…
- Tak. Smutne ale w pewnym sensie romantyczne…- Przygryzłam wargę i na chwilę zamilkłam.- Nancy dała Sidowi wisior z kłódką w prezencie. Kluczyk miała ona, a Sid już nigdy nie zdjął owego prezentu. Był kluczowym elementem jego wyglądu… wręcz Sid bez kłódki wyglądał obco.- Zaśmiałam się niewinnie przypominając sobie ten jeden dzień. Dzień w którym postanowiłam być Nancy, a Nobu Sidem. Mieliśmy jednak nadzieję, że nasza historia znacznie będzie się różnić od ich… tak tragicznej a zarazem niezwykłej.
- Rozumiem… dlatego powiedziałaś, że to kłódka Sida.- Odwzajemnił uśmiech patrząc na mnie z zafascynowaniem. Pragnął poznać tą historię do końca… tak jak to było naprawdę.- Opowiedz mi jak to było…
- Po tym jak postanowiłam być z Nobu, pewnego wieczoru zrobiliśmy sobie seans filmowy. Nobu jako fan Sex Pistols wyszperał go i bardzo chciał obejrzeć. Postanowiłam się zgodzić…

„ Za oknem pogoda była paskudna. Deszcz lał, a nieznośny wiatr wiał jak oszalały. Siedziałam wtulona w ramiona Nobu i otarłam jedną łzę, która spłynęła po moim policzku.
- Świetnie zakończyli ten film.- Stwierdziłam i zgrabnym ruchem wyjęłam kasetę z video.
- Martwa Nancy przyjechała po Sida w taksówce i odjechali razem w nieznane…
- Jak myślisz, to on ją zabił?- Spytałam zagadkowym głosem widząc jak zalotnie czochra swoje nieposkromnione włosy. Zmrużył oczy i przez chwilę myślał nad odpowiedzią.
- Myślę, że to nie było tak jak sądzą wszyscy dookoła.  O ich związku można było mówić wiele… prochy, wieczny haj i niekończąca się impreza, lecz jednego jestem pewny.
- Czego?
- Kochali się jak wariaci. Gdyby tak nie było, to przy charakterze Sida i jego stylu życia miałby już dziesięć innych dziewczyn, a Nancy zostawił by przy pierwszej lepszej okazji.- Spojrzał się na mnie swoimi błękitnymi oczami, a ja uśmiechnęłam się zalotnie. Miał racje… - Jeśli film mówi prawdę to Nancy sama go prosiła, żeby ją zabił. Niby Sid później tego nie chciał… lecz nie wiemy jak było naprawdę. Być może pod wpływem alkoholu i prochów zdobył się na to, lub było tak jak w filmie i stało się to przypadkiem gdy się kłócili. Prawdę Sid i Nancy zabrali do grobu…
- Ach… miłość miłością, jednak prawdą jest to że Sid stoczył się przez nią.- Przekręciłam zabawnie głowę na bok.
- Miłość zabija…- Mruknął przyciągając mnie do siebie.
- Hej wodzu, co to za czarne myśli? U nas nie przewiduję takiego zakończenia.- Zgłosiłam swój sprzeciw po czym klapnęłam go z wielką gracją w kolano.- I żadnych dragów.
- Maleńka, moimi dragami jest miłość… żadnych więcej nie potrzebuje.- Splótł swoje smukłe palce z moimi i przez chwilę milczeliśmy jakby sama nasza obecność dawała nam pełnię szczęścia.
- Już rozumiem dlaczego tak szalejesz na punkcie Sex Pistols. Piosenka „ This is not love song” jest fenomenalna, naprawdę wersję z koncertu mogę słuchać godzinami.
- I nawet już Ci nie przeszkadza wkurzający głos wokalisty?- Podniósł jedną brew do góry, a ja prześmiewczo pokręciłam głową.
- Powiem Ci, że to kwestia przyzwyczajenia się… co gorsza jego przekleństwa z brytyjskim akcentem, nawet zaczęły mnie trochę fascynować.  Ach no i sam fenomen Sida. Człowiek, który nie umiał grać na basie został basistą w zespole, którego był wielkim fanem oraz stał się legendą i prekursorem Punk Rocka. No boki zrywać.- Mruknęłam.
- Widzisz! Facet wiedział jak zarobić i się przy tym nie narobić. On i jego legendarna kłódka, do której kluczyk pozostał na wieki w rękach Nancy.
- Romantycznie…- Westchnęłam bawiąc się zwisającym z szyi wisiorkiem.
- Myślałem, że raczej patetyczne…- Stwierdził.
- Sam jesteś patetyczny.- Fuknęłam złowieszczo. Zamknął mnie w swoich ramionach i przycisnął usta do mojej skroni. Poczułam ciepło i przyjemność rozchodzącą się po moim ciele. Tak to było szczęście…
- Kłódka… ciekawa alternatywa.- Mruknął i zatopił się w pocałunkach. Z wiadomych przyczyn nasza rozmowa nie miała prawa bytu. Z tym uczuciem rozmowa nie miała szans wygrać…
… dwa dni później…
- No chodź!- Ciągnęłam go usilnie by poszedł ze mną do pokoju. Miałam dla niego prezent i nie mogłam się do czekać jego miny gdy go dostanie. Idealny plan… zaszokować własnego, osobistego chłopaka. Posadziłam go posłusznie na moim łóżku i podeszłam do komody by znaleźć szare pudełko z prezentem. Przyglądał mi się badawczym wzrokiem.
- O co chodzi maleńka?- Spytał.
- Aleś ty niecierpliwy…- Mruknęłam stając przed nim i trzymając w dłoni prezent. Wyszczerzyłam zęby by podkreślić powagę sytuacji. Trochę mi nie wyszło bo spowodowałam u niego dziki chichot… typowe. Faceci w dziewięćdziesięciu dziewięciu koma dziewięciu procentach absolutnie nie umieją się wczuć w moment i sytuację. Nie pomagają żadne znaki dawane przez kobietę, ani subtelne aluzje w postaci gniewnego wzroku i nerwowego chrząkania. W tą jedną setną procenta wpisują się geje i nieliczne wyjątki, które jakimś cudem ( nie pytajcie mnie jakim) wiedzą jak się zachować.
- Ja?- Ponownie się zaśmiał skubiąc moją rękę, zapewne bym w końcu dała mu ów podarek. Zmarszczyłam brwi w akcie lekkiej irytacji jednak napędzana chęcią zobaczenia jego reakcji postanowiłam nie ciągnąć dłużej teatrzyku pt. „ Jak wkurzyć swojego partnera- wersja tysięczna”. Wyciągnęłam dłoń prosto przed jego rozbawioną twarz, co spowodowało zmianę jego mimiki. Otóż zaskoczyłam go! Przyznałam sobie w myślach punkt za elokwencję i za wspaniały efekt zaskoczenia. Po otrząśnięciu się z szoku spojrzał podejrzanie na pudełko jakby spodziewał się, że jest w nim co najmniej bomba.
- Podpowiem Ci: Masz to otworzyć.- Syknęłam zniecierpliwiona.
- Co ty nie powiesz słonko.- Mruknął uwodzicielskim głosem, po czym zabrał się za rozbrojenie prezentu. Przyglądałam się temu z uciechą, licząc w myślach do dziesięciu. Jeśli nie uda mu się go otworzyć po tym czasie, wtedy wkroczę do akcji! Mimo wszelkich nadziei, że zostanę jego wybawczynią i super bohaterką pudełko otworzył sam. Dostrzegłam jak jego oczy zabawnie się powiększają, a na twarzy wykwita cudowny wyraz niedowierzania.- Nie.- Pokręcił przecząco głową, a ja dla odmiany pokiwałam swoją twierdząco.
- Tak.- Zabawa naprawdę przednia! Mina Nobu bezcenna. Wyciągnął z pudełka gładkim ruchem łańcuch na którym wisiała srebrna kłódka.
- Kłódka Sida…- Mruknął dokładnie ją oglądając. Pokiwałam z dumą głową i spojrzałam na jego rozradowany wyraz twarzy.- A gdzie kluczyk?- Jego oczy wyrażały rozbawienie i zaczepkę. Podniosłam do góry dłoń w której trzymałam kluczyk. Uśmiechnęłam się niewinnie, a on przyciągnął mnie do siebie i pocałował zmuszając jednocześnie bym usiadła na jego kolanach.
- No i Co z tym fantem zrobimy drogi  panie gitarzysto?- Mruknęłam unosząc brwi do góry czekając na jego odpowiedź. Założenie kłódki było równoznaczne z tym, że nie będzie jej mógł zdjąć… nigdy. A dlaczego? Ta prosta odpowiedź zapewne już każdemu zdążyła się sama nasunąć… Nie zdejmie jej ponieważ to ja będę miała kluczyk :D
Po chwili intensywnego zastanawiania uśmiechnął się szeroko po czym odchylił głowę na bok.
- Dajesz.- Odparł, a mi te słowo wystarczyło za wszystkie obietnice i deklaracje jakie mógł by mi złożyć. Wzięłam od niego kłódkę i otworzyłam ją kluczykiem. Zgrabnym ruchem założyłam łańcuch na jego szyję po czym patrząc mu głęboko w oczy zapięłam kłódkę. Stało się…
- Teraz już nie ma odwrotu.- Mruknęłam bawiąc się nią i zachwycając tym jak bardzo pasuje ona do jego smukłej szyi.
- Nie mam zamiaru z ciebie rezygnować i z niczego się wycofywać. Jesteś moja…
- O nie kochany.- Pokręciłam przecząco głową, a jego czoło zmarszczyło się w geście zdziwienia. Pociągnęłam za kłódkę tak, że siłą rzeczy musiał zbliżyć swoją twarz do mojej. Uśmiechnęłam się delikatnie i odparłam całkiem poważnie i na serio:- To ty jesteś mój.- Nie czekał długo. Jego odpowiedzią był soczysty i namiętny pocałunek. Liczyło się tylko to co jest teraz… tyko to, że razem potrafiliśmy pokonać wszystko.”

- I tak to było.- Spojrzałam w rozmarzone oczy Michaela, który z wielką uwagą słuchał mojej opowieści. Ścisnęłam kłódkę w dłoni mając nadzieję, że poczuję coś więcej oprócz bólu i żalu. Nic. Żadnej ulgi…
- Historia jak z filmu.
- Bo po prawdzie taka była. Jak Sid i Nancy, tak Nobu i ja… Obie miałyśmy ich pod kluczem…- Zaśmiałam się z własnego żartu i o dziwo przyniosło mi to niepojęty spokój i być może… ulgę. Głupi żart, a podziałał jak odtrutka. Mike również zachichotał, po czym przygryzł dolną wargę i przez chwilę jedyne co robił to przyglądał mi się. Wnikliwie… dokładnie i nieustępliwie… czule.
- Cieszę się, że go poznałaś. Że ktoś taki jak Nobu sprawił, że poczułaś się szczęśliwa… i kochana. Będę mu za to wdzięczny do końca życia.- Odparł poważnym lecz jakże ciepłym i czułym głosem. Jego przenikliwe słowa oplotły moje serce i podniosły duszę. Duszę, która bez pomocy nie potrafiłaby sama wstać i dalej żyć… duszę która nigdy nie potrafiła być sama. Potrafiła się jedynie dobrze maskować… 

sobota, 04 lutego 2012

 *************

Słowa nie mogą oddać tego co człowiek czuje w takich chwilach. Stoisz nad świeżo zasypanym grobem, w jednej ręce trzymasz bukiet białych lilii, a w drugiej pęczek kostek do gry na gitarze. Jego ulubionych… Gdzieś w oddali jakiś ptak zawodzi smętną melodię pozbawioną jakiegokolwiek sensu, zapełniając tą głuchą ciszę jaka pozostała. I mogło by się wydawać, że ból i złość uśpiły swoją czujność dając odetchnąć skołatanym myślom i pękniętemu sercu… nie to tylko złudzenie. Ból nadal kół a złość jęczała żałośnie w głowie nie chcąc odejść. W takiej chwili wszelkie siły opuszczają człowieka na dobre… Poczułam jak moje bezwładne ciało osuwa się i zaczynam klęczeć jak ta głupia na ziemi. Ostatkiem woli zmusiłam się by położyć bukiet i kostki na grobie. Spojrzałam na napis wyryty w zwykłym kamieniu.
                                                       Nobu Robinson
                                                            żył lat 27
                       A dźwięk gitary nadal rozbrzmiewa w powietrzu…

Ukryłam twarz w dłoniach nie mogąc pogodzić się z tą tak bolesną stratą. Co można czuć stojąc nad grobem ukochanej osoby? Ja czułam pustkę, tak ogromną że omal przez chwile myślałam że nie dam rady dalej żyć. Zaczęłam żałować, że przeżyłam… Potrząsnęłam głową otrząsając się z tych niedorzecznych myśli. Objęłam się skostniałymi dłońmi i zamknęłam oczy. Przypomniałam sobie tamte wydarzenie i ten jeden moment zanim straciłam przytomność… te błogie ciepło, które otuliło mnie przed samym końcem. To był Nobu… Yasu wszystko mi opowiedział. Jego słowa utkwiły mi w głowie i nie pozwalały ani na moment zapomnieć. „ Gdy was znaleźli Nobu leżał na tobie, a jego ręce sztywno cię obejmowały. On chciał Cię osłonić… osłonił cię sobą.”  Nie mogę myśleć o śmierci… Nobu zrobił wszystko żebym przeżyła i nie miałam zamiaru sprawić, że jego poświęcenie pójdzie na marne. Do ostatniego momentu chronił mnie… Otarłam łzy, które znów wypłynęły bez pozwolenia pokazując światu moją słabość. Być może to co się stało było jakimś bożym planem, miało jakiś głębszy sens lub miało doprowadzić do stania się czegoś lepszego, jednak na ten moment żadna z tych wymówek mnie nie obchodziła. Obchodziło mnie to, że odebrano mi część mnie. Obchodziło mnie to, że przez jakiegoś idiotę, który nie przestrzegał przepisów zginął tak dobry człowiek jak Nobu. I chyba to najbardziej bolało… Z odmętu rozmyślań i ogólnego rozczulania się nad własną osobą, wybudziła mnie ciepła dłoń, która dotknęła mojego ramienia. Być może przez moment miałam złudną nadzieję, że gdy uniosę wzrok do góry to ujrzę przyjazną twarz blondyna w poszarpanej koszulce. Ha… jak nadzieja potrafi być ślepa i głupia… i naiwna. Spojrzałam w górę i ujrzałam poważną twarz Michaela. Jego smutne oczy wyrażały współczucie, żal i nie moc. W tym momencie wielki Król Popu stał się malutki i nie wiedział jak ma mi pomóc. Wstałam by nie wyglądać żałośnie klęcząc przed grobem Nobu i wzięłam Mike’ a pod rękę, by czuć się bezpieczniej i stabilniej. Nie wierzyłam swoim nogom… w każdej chwili znów moje moce mogły być skradzione, a kolejne osunięcie się w dół nie było by wskazane.
- Ashley tak mi przykro.- Jego słowa były szczere. Na pogrzebie nie rozmawialiśmy, po wypadku również nie było okazji. Zresztą aż do teraz nie dało się ze mną rozmawiać…  Najpierw w szpitalu potem w swoim pokoju, leżałam i płakałam. Od czasu do czasu przerywałam by popatrzeć się ślepo w ścianę lub odpowiedzieć coś tępo na pytania Yasu, Shina i Finix. Zacisnęłam dłoń i przełknęłam gorzkie łzy. Koniec z płaczem, nie mogę całe życie płakać…
- Los jest cholernie zabawny. Wyczuł moment, kiedy już wszystko zaczęło się układać. Na prawdę czułam, że to może się udać, że razem z Nobu czeka nas wspaniała wspólna przyszłość. Jednak ten pieprzony los musiał mi go odebrać… - Warknęłam z wyrzutem patrząc na szare litery wyryte w kamieniu.
- To prawda. On zawsze wie kiedy się wtrącić…- Przyznał mi rację jednocześnie łapiąc mnie za dłoń. Obie splecione, dawały poczucie bezpieczeństwa i wsparcia, którego potrzebowałam aktualnie w ilościach hurtowych.- Pamiętasz gdy byliśmy razem. Kiedy wszystko było jak w bajce Brooke uknuła swoją małą intrygę, która zniszczyła prawie wszystko.
- Ja naprawdę czułam, że będę… ha! Że jestem z nim szczęśliwa. Wierzyłam, że może się nam udać…- Mruknęłam przypominając sobie wszystkie chwile jakie z nim spędziłam. Od dawien dawna gościł w moim życiu i nie raz pokazał, że zawsze mogę na niego liczyć. Gdy zakładaliśmy zespół nie liczył się fakt by zdobyć sławę lub by bić na tym kasę, liczyło się to, że będziemy grać razem. Zespół był swoistym klubem, lub kółkiem wzajemnego adorowania. Przychodziliśmy na próby by pogadać, by się wyżalić, by wyrzucić wszystkie swoje uczucia w muzykę.
- Byliście szczęśliwi. Może te szczęście nie trwało długo, a wręcz stanowczo za krótko lecz pamiętaj. Miałaś okazje być z takim kimś jak on. Mogłaś z nim dzielić swój świat i patrzeć jak jego pozytywne nastawienie i upór byś była szczęśliwa sprawiał, że każdy kolejny dzień stawał się jeszcze piękniejszy. Nigdy o tym nie zapomnij… nie pozwól by smutek i żal przysłonił to wszystko, co Nobu dla ciebie zdziałał.- Jego słowa tak lekkie, jakby otworzyły mi oczy. Te dni, które spędziłam z Nobu były błogosławieństwem… Wiem, że tęsknota nigdy nie przeminie, a jego radosna twarz już na wieki będzie ukazywać mi się przed oczami gdy będę je zamykać, jednak to dobrze. Chcę pamiętać.
- Mike ja nie chcę zapomnieć… Chcę pamiętać każdy dzień, który z nim spędziłam, chce pamiętać każdy jego ruch i minę, każde słowo, każdy czyn. Chcę pamiętać to co się stało tamtego wieczoru i…- Głos mi się załamał, a serce zabiło szybciej. Zacisnęłam dłoń na jego dłoni.- … chcę pamiętać jak mnie chronił własnym ciałem. Chcę to wszystko pamiętać. Jeśli o tym zapomnę to wtedy on naprawdę umrze…- Michael był świetnym towarzyszem takich rozmów. Byłam mu niezmiernie wdzięczna, że wtedy był przy mnie i wspierał mnie jak mógł.
- Chodź, odwiozę Cię do domu.- Objął mnie w pół, ja jednak nie czułam się jeszcze gotowa by odejść. Dziwne poczucie, że zostawiam tu Nobu samego nie chciało zniknąć, siejąc niepotrzebny niepokój w sercu.
- Nie przypuszczałam, że strata kogoś bliskiego tak boli.
- Zawsze boli tak samo. Okrutnie i przeraźliwie… ale zawsze tak samo.- Odparł i po tych słowach postanowiłam zrobić co mi każe. Stanie nad jego grobem nic nie zmieni… Nic nie zmieni tego, że Nobu już nie wróci.
                                           Nic.

- Wejdź…- Otworzyłam drzwi do mieszkania i wskazałam mu palcem drogę. Dobrze wiedziałam, że w mieszkaniu jest i Finix i Yasu, Shin, a nawet Carlos lecz w tle nie było słychać ich obecności. Żadnych śmiechów, żartów, głośnych rozmów i codziennej kłótni pomiędzy Nobu a Shinem o mało istotną rzecz. Głucha cisza, która sprawiała ból brzęcząc bez sensu w głowie domowników. W człapałam się razem z Michaelem do salonu i ujrzałam ich wszystkich porozrzucanych w różnych kątach ze spuszczonymi głowami. Moja obecność natychmiast przykuła ich przenikliwe spojrzenia, które szybko powędrowały w moją stronę szukając kontaktu.
- Cześć Mike…- Mruknęła smętnie Finix opierając bezsilną głowę o ramię Carlosa. Oboje są ze sobą i jest im dobrze. Ta nieprzewidywalna dziewczyna posłuchała się mojej rady i przejęła inicjatywę. Teraz mogą się sobą nawzajem cieszyć…
- Cześć wszystkim.- Podniósł do góry zgrabną dłoń i usiadł na wolnym miejscu koło Yasu. Ja nadal stałam jedynie co jakiś czas odbijając się od okna do szafki by zająć czymś splątane myśli. Wzrok Shina spotkał się z moim… Nie mógł długo wytrzymać wstał pośpiesznie i przytulił się do mnie jak najprawdziwszy mężczyzna. Wydoroślał…
- Co tam u niego?- Sapnął wtulając twarz w moją szyję. Zacisnęła mimowolnie dłonie na jego plecach i westchnęłam zbierając się by jakkolwiek odpowiedzieć.
- Ucieszył się z kostek. Będzie miał czym grać na gitarze…- Szepnęłam zdobywając się na nutkę żartu w swoim głosie. Poczułam jak jego uścisk się powiększa. Zachichotał nieznacznie, po czym spojrzał na mnie wzrokiem pełnym wdzięczności. On mi dziękował… za co Shin? Za co…  Ciepłe dłonie ujęły moje policzki, a wspaniały uśmiech niebieskogłowego pokrzepił moje skołatane serce.
- Będzie dobrze mała.
- No jasne, że będzie.- Wtrącił się Yasu, który wypalał już czwartego papierosa, od momentu gdy weszliśmy. Spojrzałam na niego z lekkim uśmiechem na ustach, czując wsparcie z jego strony.- Mike…- Michael zrobił zaskoczoną minę. Nie spodziewał się, że akurat w takim momencie Yasu zwróci się do niego.
- Tak?- spojrzał na niego pytającym wzrokiem nie wiedząc czego się spodziewać. Zresztą ja też nie wiedziałam o co mu może chodzić. Usiadłam niepewnie na kanapie ciągnąc za sobą potulnego Shina.
- Chcę Ci podziękować. Bardzo nam pomogłeś w ciągu tych paru dni.
- Przestań, nawet nie ma o czym mówić.- Mike machnął od niechcenia dłonią, ale Yasu nie chciał tego słuchać. Jego słowa były naprawdę szczere, a on sam buchał opanowaniem i powagą jakiej dotąd jeszcze u niego nie widziałam. Dużo przeszedł… Wszyscy zawsze mogliśmy na niego liczyć, lecieć do niego z kłopotem i smutkiem, a on rozwiązywał to wszystko w pięć minut. Starał się by zespół prosperował na odpowiednim poziomie i żeby nasza paczka nadal była nierozłączna. Jako filar BLAST robił co mógł byśmy doszli do tego co teraz mamy… Przyjaźnił się z Nobu od dziecka. Razem się wychowywali i razem chodzili do tej samej szkoły. Nawet mimo tego, że Yasu postanowił studiować prawo, a Nobu kulturoznawstwo nie powstrzymało ich przed tym by nadal żyć ze sobą w niesamowitych zażyłościach. Nobu dla Yasu stał się niemal jak brat, którego ten nigdy nie miał. Sam Yasu nie miał łatwego dzieciństwa. Został adoptowany przez pewne miłe małżeństwo, które same nie mogło mieć dzieci. Mimo tego pokochał ich ze wzajemnością… stał się ich ukochanym synem i zawsze starał się być wielkim w oczach swoich opiekunów. Patrząc na to z boku wręcz niemożliwością było to, że w poukładanym życiu idealnego dziecka pojawił się taki ktoś jak Nobu. Zwariowany, niepokorny, robiący na złość swoim bogatym rodzicom chłopak, o specyficznym spojrzeniu na świat. Różnili się między sobą jak ogień i woda jednak to co ich połączyło nie zważało na jakiekolwiek przeciwności, czy też błahe argumenty na nie.
- Jest Michael, jest.- Pokręcił głową, po czym kolejny raz zaciągnął się dymem z papierosa.- Wszystko zorganizowałeś szybko i bez jakichkolwiek problemów. Trudno było mi się skontaktować z rodzicami Nobu, koniec końców i tak pojawiła się wyłącznie jego siostra.- Spuścił smętnie głowę, a ja wybałuszyłam na niego oczy. Na pogrzebie jedynie płakałam siedząc w kącie, nad jego trumną. Nie rozglądałam się, nie zastanawiałam się kto przyszedł i kim są ci wszyscy ludzie. Jednak wydało mi się czymś naturalnym, że rodzice powinni być na pogrzebie własnego syna… a jednak.
- Nie było ich?- Sapnęłam czując jak moje oczy znów gotują się do płaczu.
- Nie. Angelika powiedziała, że nawet nie chcieli o tym słyszeć. Matka płakała, a ojciec bez słowa zajął się codziennym życiem. – Spojrzał na mnie, a ja nie mogłam uwierzyć w to co słyszałam. Po chwili jednak przypomniałam sobie swoich rodziców i to jakby oni się zachowali. Ze smutkiem doszłam do wniosku, że zapewne tak samo… Pojawił by się jedynie Japhrimiel…
- Nobu…- Szepnęłam sama do siebie.- Dlaczego nic mi nie powiedziałeś?- Spuściłam głowę. Przerażał mnie fakt, że Nobu musiał sobie z tym wszystkim radzić sam. Zawsze… i z tym samym pięknym i czystym uśmiechem. Poczułam ciepłe ręce Shina, które nadal twardo mnie przytulały, by choć na chwilę zdjąć z nas obojga ciężar jaki odczuwaliśmy.
- Mimo wszystko, jego rodzina była przy nim.- Stwierdzenie Michaela wywołało u nas wszystkich lekkie zdziwienie. Nasz pytający wzrok wystarczył by skłonić go do dalszego kontynowania tej niecodziennej myśli.- Chodzi mi o to, że Wy staliście za nim jak mur… jego najbliższa i najlepsza rodzina. Myślę, że właśnie tym dla niego byliście. Przecież nie siedział smutny, nie miał depresji, nie wydawał się osowiały ani dziwny. Zawsze śmiał się, wygłupiał i po prostu był sobą. Nie odczuwał jakiekolwiek pustki ponieważ wszystko co kochał miał na wyciągnięcie ręki. Przyjaciół, zespół, muzykę…- Jego wzrok powędrował na mnie, a ja słuchałam jego słów jak zahipnotyzowana. - … i Ciebie Ashley.- Dokończył przyciszając głos sprawiając, że wszystkim serce zabiło mocniej. On miał rację…  Przygryzłam wargę i poczochrałam i tak już mocno poczochrane włosy. Zawsze to robiłam… Nobu też.
- Masz rację.- Mruknęłam spoglądając na każdego by choć na chwilę pokazać, że jest już lepiej. Że znów potrafię wziąć się w garść i prężnie pójść do przodu. By pokazać całemu światu, że mimo tego co się stało, że mimo tak wielkiej straty Ashley Fox nadal istnieje… że BLAST nadal istnieje.- Musimy wziąć się w garść.
- A co z zespołem?- Niebieska głowa podniosła się gwałtownie i spojrzała na mnie swoimi wielkimi oczami, które mimo lat jakie minęły nadal były takie same jak w tym momencie gdy mały Shin przyszedł do nas jedynie z basem w ręku. Uśmiechnęłam się smutno i przełknęłam ślinę, by zmusić swoje gardło do doniosłego i mocnego głosu. Głosu BLAST.
- Show most go on , Black Stones nadal trwa.- Zacisnęłam pięść, naprężając się jak struna.
- Nie mamy gitarzysty.- Dość trafnie zauważył ja jednak miałam już w głowie gotowy plan. Nie mogłam zaprzestać tego co tak ukochał Nobu. Zespół był dla niego wszystkim…
- Ale będziemy mieć. Nawet wiem już kogo…
- Kogo?- Chórek mężczyzn zawył przepięknym głosem patrząc na mnie ze zdziwieniem. Pokręciłam ironicznie głową widząc, że nawet Yasu wciągnął się w to wszystko. Dobra nasza.
- Tak się właśnie składa, że mój osobisty brat również umie grać na elektryku.- Wzruszyłam powabnie ramionami dla lepszego efektu.
- Mówisz o Japhrimielu?- Carlos tak cichy i nieobecny, uniósł z niedowierzaniem brwi nadal wtulając się w Finix, a ja potaknęłam twierdząco głową.
- Chodził na lekcje gry, a swojego czasu nawet Nobu pokazał mu parę chwytów. Myślę, że jeszcze coś powinien pamiętać…- Podrapałam się z zamyśleniem po głowie. Z ulg zauważyłam, że na twarzy Yasu zagościło zrozumienie. Nadzieja rozrastała się do niewyobrażalnych  rozmiarów.
- To może się udać…- Wymruczał Yasu pocierając dłonią podbródek, zapewne w geście rozmyślań.- Zadzwonię do niego… - Chwycił telefon i już miał wyjść gdy nagle przystanął na chwilę obok Michaela i spojrzał na niego przyjaźnie.- Liczę na Ciebie w tej sprawie. Oddaj jej to…- W dłoni miał jakiś pakunek i nawet nie zdążyłam mu się przyjrzeć jak jedwabistym ruchem podał go Michaelowi, który wziął go z pokorą i pokiwał głową ze zrozumieniem. Po chwili Yasu wyszedł.
- O co chodzi?- Spytałam nieświadoma tego, co czaiło się za chmurą tajemnicy i ciszy jaka nastała. Mike podszedł do mnie i chwycił mnie za dłoń.
- Chodź do twojego pokoju. Chciałbym pogadać z tobą na osobności.- Odparł delikatnym głosem, ale jakże poważnym i emanującym spokojem. Spojrzałam na równie zdziwione miny Finix, Carlosa i Shina, po czym wzruszyłam ramionami i nie świadoma niczego pokiwałam twierdząco głową.
- Jasne…- Rzuciłam i skierowałam się do swojego pokoju. Mike bezszelestnie podążył za mną jednak nie wydawał się być zadowolony, szczęśliwy czy też rozluźniony… Był przestraszony. Bał się czegoś co ma zrobić… lecz dobrze wiedział, że tylko on temu podoła. Postanowiłam poddać się i po prostu… zaufać.




Witam Was wszystkich. Wiem, że ostatnio moje opowiadanka zrobiły się trochę smutne ale no cóż… Powiem szczerze, że chce nimi wywoływać różne emocje. Od śmiechu po łzy, od irytacji, aż po zachwyt. Najgorsza jest chyba obojętność…  Co po opowiadaniu, które nie wywołuje u czytelnika żadnych sensownych uczuć oprócz znudzenia? Mam nadzieję, że jednak nuda Wam nie grozi i że mimo dość smutnego klimatu, który zapanował na te parę części nadal czytacie moje opowiadanie z zaciekawieniem. Wyrażajcie co czujecie w swoich komentarzach ;P Każdy jest mile widziany i każde pytanie dostanie szczerą odpowiedź. ZAPRASZAM!!! 

sobota, 28 stycznia 2012

Czas mija nieubłaganie i w moim opowiadaniu i w prawdziwym życiu, co niestety nie dziwi. Koniec końców nadeszła pora kolejnej części, więc z dozą niepewności ale również podekscytowania wstawiam ją i czekam na wasze zdanie na jej temat. Zapraszam serdecznie do czytania i komentowania!!! :D

Polecam czytając tą część słuchać w tle piosenkę zespołu ONE OK ROCK „ Wherever you are”. Myślę, że idealnie wpisuję się w klimat tej części… Dla lepszego zrozumienia piosenki: Aishiteru yo po japońsku znaczy kocham cię. Kończę z głupotkami i wstawiam notkę ;P

ffd

***********

- No myślę, że to naprawdę wygląda dobrze.- Finix jak zawsze próbowała przekonać mnie do mojego „ galowego” stroju, który postanowiłam założyć na Grammy. Wyszłam z założenia, że muszę utrzymać swój styl niegrzecznej dziewczynki, tak też uczyniłam. Czarna sukienka z dopasowanym gorsetem gładko tworzyła na dole piękną warstwę tiulu i koronek. Postawione włosy w gotowości i koniecznie ostry ale jakże przyzwoity makijaż, który dopełniał całości.

- Maleńka jest wspaniale.- Dodał Yasu już od jakiejś godziny siedzący w swoim odświętnym garniturze. Spojrzałam błagalnie na Shina, który o dziwo miał na sobie czarne spodnie, białą koszulę i marynarkę prawdziwego punkowca. Wzruszył powabnie swoimi zgrabnymi ramionami.

- Skoro łysy prawnik i dredowa księżniczka tak mówią, to musisz w to uwierzyć.

- Nie jestem łysy… ja się golę.- Warknął Yasu.

- Dredowa Księżniczka?- Finix łypnęła na niego dziwnym wzrokiem i przez jeden krótki moment wszyscy mieliśmy wrażenie, że zapewne mu przywali. Ale pomyłka…- Cool! Muszę to zapamiętać.- Stwierdziła zabawnie kręcąc głową, sprawiając że tytułowe dredy podskakiwały w rytmie Jamesa Browna wypływającego z głośników już dość starego radia.

- Pasuje! To będzie ostateczna wersja. Już się nie przebieram.- Zastrajkowałam i z pełnym wdziękiem i gracją usiadłam na kanapie, wcale nie zważając czy wcześniej wspomniana sukienka ulegnie jakiemukolwiek pognieceniu. Zresztą chyba już bardziej pognieciona nie może być, no cóż pewnie to kwestia sporna. Do pokoju wtoczył się Nobu w całej swojej okazałości.- No i widzisz… jak chcesz to potrafisz.- Przekręciłam zabawnie głowę na bok i podziwiałam jego strój. No… wyglądał bardziej porządnie niż zazwyczaj. Brak dziur w spodniach naprawdę działa cuda!

- No nareszcie jakaś pozytywna wypowiedź. Nie na widzę się przebierać… co ja jakaś lalka Barbie??

- Nie marudź! Od razu było się w to ubrać… Myślałeś, że puścilibyśmy Cię przed kamery w twoich dziurawych spodniach i w tym poszarpanym T-shirt’ cie???- Finix zaczęła coś jęczeć jednak on jej wcale nie słuchał. Wolał zająć się czymś bardziej przyjemnym, a tak konkretnie to mną. Wziął mnie w objęcia i przejechał wzrokiem po mojej osobie uważnie mnie oglądając. Yasu pokręcił z dezaprobatą głową, zapewne chcąc nam przypomnieć, że już powinniśmy się zbierać.

-Wiecie, że to nie ładnie się spóźniać?- Wstał i zarzucił na siebie płaszcz, po czym dla utrzymania zwyczaju zapalił papierosa o moim ulubionym, wiśniowym aromacie. Nobu odkleił się ode mnie na pełną grozy minutę i podszedł do swojego drogiego przyjaciela.

- Jedź razem z Shinem, a ja pojadę z Ash.- Poklepał go po ramieniu i zmusił wzrokiem niebieskogłowego do ruszenia szanownych czterech liter. Delikatny brzdęk łańcuszka przewieszonego od wargi do ucha dał znać, że Shin go posłuchał.

- Ach mała, weź coś z nim zrób.- Mruknął puszczając do mnie zalotne oczko, po czym złapał swoją kurtkę i zamaszystym ruchem pociągnął za sobą Yasu wychodząc.

- Tylko się nie spóźnijcie!- Yasu zdążył jeszcze nas pouczyć jednak po chwili jednoznacznego spojrzenia już go nie było. Ziewnęłam i sama też postanowiłam idąc za przykładem Shina, zaciągnąć swojego lubego do samochodu. Chciał być samcem i zawieźć mnie całkiem sam na imprezę?! OK, to niech się teraz wywiąże z tej jakże heroicznej obietnicy.

- Idziesz?- Spojrzałam się na niego zalotnym wzrokiem. Uśmiechnął się promiennie i już po sekundzie stał obok mnie pomagając założyć mi płaszcz.

- Z Tobą choćby i na koniec świata…- Mruknął mi do ucha, omiatając mnie swoim ciepłem i jakże uwodzicielskim zapachem. A ja… po prostu mu uwierzyłam.

Przyjemny pęd powietrza wpadający przez otwarte okno w samochodzie, buchał w moją twarz. Na moich włosach nie robiło to dużego wrażenia, ponieważ stały one na baczność usztywnione super mocnym żelem. Jak to pięknie określają fryzjerzy… kontrolowany nieład. Nobu prowadził pewnie ale i ostrożnie. Spoglądałam na niego co jakiś czas z pewną dozą przyjemności i dzikiej satysfakcji. Dzisiejszy dzień zapowiadał się naprawdę wspaniale… Gala Grammy, światła reflektorów i ja razem ze swoją wspaniałą paczką przyjaciół, wspólnie świętując sukces jaki udało nam się osiągnąć.

- Trochę się denerwuję…- Mruknęłam bawiąc się swoimi palcami na których spoczywały przeróżne pierścionki. Oczywiście jak mogłam się spodziewać mój ukochany zadrwił ze mnie podstępnie rechocząc.- Tsa… mogłam spodziewać się takiej reakcji z twojej strony.

- Tylko się nie obrażaj…- Dyskretnie dotknął dłonią mojego kolana.- Po prostu nie mogę uwierzyć, że taka kobieta jak ty się czegoś boi.

- Nie powiedziałam, że się boje…- Fuknęłam marszcząc czoło w akcie protestu.

- Fakt. Ty słońce jedynie się denerwujesz.

- Właśnie… widzisz jak chcesz to potrafisz.- Oparłam się wygodnie o oparcie i pozwoliłam sobie na ty by odetchnąć i przekalkulować w głowie wszystko to co dotąd miałam okazję przeżyć.

- Ashley… wiem, że to może nie jest odpowiedni moment na zadawanie takich pytań, ale nie mogę już się dłużej powstrzymywać.- Jego głos nadzwyczajnie drżał, jakby obawiał się, że może dostać odpowiedź która nie będzie zgadzała się z jego oczekiwaniami. Uniosłam do góry głowę i spojrzałam na niego zdziwionym wzrokiem. Nie wiedziałam o co mu chodzi i czy to o co chce mnie zapytać jest dobre. Jego twarz była skupiona i zamyślona. Być może to kwestia sytuacji, ale przez moment pomyślałam że zaraz limit moich i tak już napiętych nerwów się skończy. Czekałam cierpliwie…

- Tak?- Ponagliłam go.

- Zamieszkamy razem?- W końcu wyrzucił to z siebie, a ja odetchnęłam z ulgą zdając sobie sprawę, że nie chodzi o zerwanie lub coś bardziej kwiecistego. Zamieszkać razem… Pamiętam Mike kiedy byliśmy razem poprosił mnie o to samo jednak wtedy wynikło z tego powodu wiele zawirowań. Na początku zgodziłam się jednak szybko zdałam sobie sprawę z tego, że nie jestem gotowa na tak wielki krok. W gruncie rzeczy moje obawy i strach przed straceniem niezależności były śmieszne i banalne. Mimo wszystko nie zamieszkaliśmy razem… Często myślałam o tym, że gdybym wtedy jednak to zrobiła, to może mój związek z Michaelem wyglądałby inaczej. Zacisnęłam dłoń i uśmiechnęłam się pod nosem… Nie miałam zamiaru popełnić drugi raz tego samego błędu.

- Tak.- Odparłam krótko, a on najwyraźniej mi nie uwierzył, ponieważ pokręcił nerwowo głową nadal patrząc z uwagą na drogę.

- Nie ja się chyba przesłyszałem…- Zbliżaliśmy się do skrzyżowania na Mensa Street, samochodów było mnóstwo, jednak szczęście trwało ponieważ trafiliśmy na tzw. Zieloną falę. Nie musieliśmy stać w gigantycznych korkach…

- Kochanie, chcę z tobą zamieszkać. To nie żart….- Tym razem to ja dyskretnie dotknęłam jego dłoni, która spoczywała powabnie na skrzyni biegów.- Miałeś nadzieje, że odmówię?

- Nie… raczej bałem się tego, że odmówisz. Jednak kolejny raz pozytywnie mnie zaskoczyłaś…

- Zaskoczenie to moja specjalność.- Mruknęłam zawadiackim głosem.

- Ale Michaleowi koniec końców odmówiłaś…- Poruszył ten dawny temat, który i tak wcześniej czy później pewnie by wypłynął.

- I to może był błąd… Teraz jestem mądrzejsza. Nie chcę zmarnować szansy jaką daje nam los… skoro chcesz tego to i ja też chcę. Proste prawda?- Na jego twarzy pojawił się piękny uśmiech wyrażający zadowolenie i nieokreśloną radość. Wjechaliśmy na skrzyżowanie. Zielone światło dopiero co pojawiło się na czarnej sygnalizacji… jego piękna twarz na moment odwróciła się w moją stronę. Spojrzał na mnie swoimi błękitnym i oczami, a z twarzy nie schodził tak subtelny i wspaniały uśmiech.

- Jestem taki szczęśliwy… Kocham Cię.- Odparł, a ja patrzyłam na niego jak zahipnotyzowana. Odwzajemniłam uśmiech i powstrzymałam się by po moich policzkach nie pociekły łzy szczęścia.

- Ja też Ciebie…- Nie zdążyłam dokończyć gdy mój wzrok przykuło światło zbliżające się do nas w zastraszającym tępię. Moje serce zabiło szybciej, a przerażenie mieszało się ze strachem. Dotarło do mnie co się dzieje…- Nobu uważaj!!!!- Wrzasnęłam. Boże jak on się starał… jego głowa szybko odwróciła się by spojrzeć na nadjeżdżający samochód z prawej strony, który wcale nie zważał na to, że ma czerwone światło. Gnał prosto na nas… Nobu starał się coś zrobić… nacisnął nerwowo na gaz… zaczął skręcać… Światła migotały, cały świat jakby się zatrząsnął. Tamte auto uderzyło w nas… Ciemność ogarnęła mnie, a jakieś ciepło otuliło zbolałe ciało. Nie mogłam się ruszyć… świadomość odpływała… Boże jak to się mogło stać… mnie już nie było. To koniec.

Nie, uważaj! NIE! Kręciłam głową w nerwowym geście. Zimny pot oblewał moje ciało, a przed oczami migotały niepokorne światła. Znów to samo… On w nas uderzy! NIE!!!...

Otworzyłam oczy z prędkością światła i rozejrzałam się dookoła po szpitalnym pokoju w którym leżałam całkiem sama. Czułam się strasznie poobijana, a strach po koszmarze jeszcze nie odszedł na dobre nadal czając się w każdym kącie mojej świadomości. Mój wzrok niemal bolał gdy szurałam nim po całym pomieszczeniu szukając jakiejś znajomej twarzy… kogokolwiek. Nagle światło z jarzeniówki zamigotało wściekle oślepiając mnie … zimny pot zalał moje ciało, a do mojej świadomości doszło to co się stało. Zakryłam z przerażeniem usta dłonią i pokręciłam przecząco głową.

- Nie możliwe… naprawdę mieliśmy wypadek.- Sapnęłam sama do siebie czując jak narastający strach wyciska ze mnie ostatek powietrza jaki został w moich płucach. Wiedziałam jedno… nie mogłam zostać sama…- Ktokolwiek…- Zachrypiałam cicho jednak szybko zrozumiałam, że w taki sposób nikt mnie nie usłyszy.- KTOKOLWIEL!- Wrzasnęłam, czując jak do oczu napływają mi łzy. Musiałam dowiedzieć się co z Nobu… Do mojej głowy zaczęły napływać przerażające wspomnienia, które jak szpilki kuły mnie dotkliwie zadając ból … Drzwi zaskrzypiały, niespokojny wiatr zawiał, a do pokoju wbiegł Yasu, a zaraz za nim Shin nadal w odświętnych ubraniach. Musieli tu przyjechać prosto z Gali. Spojrzeli na mnie dziwnym wzrokiem, po czym Shin rzucił się na mnie przytulając się tako mocno jak nigdy dotąd. Pogładziłam jego głowę i przygryzłam wargę.- Już dobrze… nic mi nie jest.

- Ash… tak się bałem….- Wychlipał przez łzy, a je nie mogłam zrozumieć dlaczego jest w aż takiej rozpaczy. Przecież żyje prawda?! Nobu też żyje… musi żyć. Przecież jak ja przeżyłam to i on, nawet nie ma innej możliwości…

- Co z Nobu?- Gdy nabrałam odpowiednią ilość powietrza zdołałam wyrzucić z siebie owe pytanie. Poczułam jak Shin jeszcze mocniej wtula się we mnie, choć sądziłam że to już nie jest możliwe. A Yasu… Boże Yasu zdjął okularynie proszę nie zdejmuj tych cholernych okularów! Spojrzałam w jego oczy i ujrzałam napływające łzy…

- Ashley…- Zaczął jednak musiał na chwilę odetchnąć. Przełknął nerwowo ślinę po czym usiadł obok mnie i wtulającego się we mnie Shina.- Wjechaliście na skrzyżowanie prawidłowo na zielonym, jednak jakiś samochód z prawej który miał czerwone… zignorował je… Uderzył w Was z ogromną siłą.

- Yasu…- Pokręciłam głową nie chcąc dopuścić do swojej świadomości tego co próbował mi powiedzieć.- Proszę powiedz mi co z Nobu…- Dotknął mojej ręki nadal nie spuszczając ze mnie wzroku. Znów usłyszałam łkanie Shina…

- Nobu nie żyje.- Słowa te uderzyły mnie jak prawy sierpowy… brutalny, mentalny policzek wymierzony w moją osobę. Świat stanął na tą jedną przerażającą minutę. Nic… zupełna pustka… strach, ból… płacz Shina odbijający się od pustych ścian szpitalnego pokoju i Yasu, który natychmiast przytulił mnie do siebie. Mój wzrok wciąż tępo patrzący przed siebie…

- Nie…- Wychrypiałam przez łzy. Moje oczy nieznośnie drgały, a zmęczony umysł nie chciał zakodować tej niedorzecznej informacji.- Nie kłamiesz! Proszę powiedz, że kłamiesz!- Nie mówiłam ja wrzeszczałam… Boże jak ja chciałam, żeby to wszystko okazało się jakimś głupim żartem. Odepchnęłam się od niego. Patrzyłam na Yasu i Shina mokrym wzrokiem, zakrywając z przerażenia usta. Straciłam go… teraz gdy wszystko zaczęło się układać, gdy wybrałam właśnie jego…

- Nawet nie wiesz jak bardzo chciałbym powiedzieć, że to tylko żart.- Smutek jaki pałał z jego oczu sprawiał, że ostatnia nadzieja opuściła mnie niczym pękając bańka mydlana. Szybko i boleśnie… Dłonie trzęsły mi się jak osika, a łzy niepohamowanie spływały ciurkiem po bladych policzkach.

- Dlaczego teraz… On poprosił mnie o to bym z nim zamieszkała…- Potok żalu nie chciał przestać płynąć zalewając mnie bólem i nie pohamowanym wyrzutem do świata. Do świata, który zabrał mi mojego Nobu…- Zgodziłam się… On się tak cieszył…- Kolejny raz zakryłam usta powstrzymując się by nie ryknąć z bólu. Ciepłe dłonie Yasu objęły mnie i zmusiły bym położyła głowę na jego klatce piersiowej. Zacisnęłam rozedrgane dłonie na jego marynarce, czując jak paznokcie wbijały mi się w skórę. Ten ból przy bólu jaki czułam w sercu był realną odskocznią, która choć na moment wyrwała mnie z agonii w jaką wpadłam.- Dlaczego on… Dlaczego mi go zabrali… teraz gdy byliśmy naprawdę szczęśliwi…

- Uspokój się proszę… Ashley…- Yasu nadal gładził moją głowę starając się sam sprawiać pozory spokoju. Czułam drżące ciało Shina, który nadal trzymał się blisko nas. On również potrzebował wsparcia i ciepła. Nobu dla nas wszystkich był kimś ważnym i jego odejście dla każdego z nas razem i z osobna było okropnym przeżyciem. On i Shin stracili najlepszego przyjaciela… ja straciłam również osobę którą szczerze kochałam. Przypomniałam sobie z żalem jak poprzedniego wieczoru rozmawiałam z Finix. Powiedziałam jej wtedy, że czuję że ten dzień będzie niezapomniany. Boże… nigdy nie zapomnę tego dnia… nie zapomnę dnia w którym straciłam swoją miłość, swojego przyjaciela i cześć swojego serca. Ten dzień stał się przeklęty i pragnęłam z całych sił by go zapomnieć i wyrzucić z pamięci jak najszybciej jest to możliwe… jednak tak się nie da. Moja pamięć o tym dniu zagnieździ się w głowie i sercu i co jakiś czas przypominając o sobie. Boleśnie i brutalnie… brutalnie i bez ostrzeżenia… bez ostrzeżenia wbije nóż w plecy. Pozostanie ze mną do końca przypominając mi twarz Nobu gdy mówił mi swoje ostatnie słowa… „ Jestem taki szczęśliwy… Kocham Cię.”

 

 

A po jego głosie pozostała pustka… a po ciepłym dotyku przerażający chłód.



sobota, 21 stycznia 2012

 

WAŻNE LUDZIE WAŻNE!!!!!!

Nie dla ACTA !

Nie dla cenzury internetu !

Polski rząd podpisze ACTA 26 stycznia 2012!

Czym dokładnie jest ACTA ?

ACTA (Anti-Counterfeiting Trade Agreement) - Międzynarodowe porozumienie, które już niebawem może zmienić także Twoje życie. ACTA w założeniach ma walczyć z podrabianiem towarów i piractwem. W rzeczywistości sprowadza się do tego, że każdy Twój ruch w internecie będzie śledzony przez dostawcę Twojego internetu oraz rząd, a ewentualne naruszenie (nawet nieświadome) praw autorskich będzie wiązało się z odcięciem dostępu do internetu, oraz karą.

Ponadto Twój dostawca internetu będzie miał możliwość, a nawet obowiązek blokować wszelkie strony na których znajdują się materiały naruszające prawa autorskie. Do takich stron można zaliczyć np. YouTube. To nie przypadek, że do tej pory nie słyszałeś o ACTA. Jej tworzenie jak i podpisanie odbywa się za plecami społeczeństwa.

Już w czwartek - 26 stycznia rząd Polski podpisze porozumienie ACTA.

SPRZECIWMY SIĘ TEMU ZAREAGUJMY!!!!!!!!!! Tu są przydatne linki, tam dowiecie się jak walczyć ! Wstawiajcie notki na swoje blogi!!!!

http://www.anty-acta.org.pl,

http://niedlaacta.pl,

http://www.facebook.com/nieACTA

 

*************

- Nie mam Ci tego za złe… jednak muszę Cię o coś prosić.- Jego głos był lekki i nie wyrażał złości czy też zdenerwowania, czego się spodziewałam w takiej sytuacji. Z jego czekoladowych oczu buchało opanowanie, którego tak mu zazdrościłam, gdyż ja sama w środku byłam jednym wielkim emocjonalnym wrakiem.

- O co?- Spytałam niepewnym głosem. Uśmiechnął się do mnie słodko i chwycił moją dłoń, tak delikatnie i subtelnie że niemal tego nie zauważyłam.

- Bądźmy nadal przyjaciółmi. Nie zrywajmy naszej znajomości…

- Nawet mi to nie przeszło przez myśl.- Mruknęłam uśmiechając się niepewnie. Naprawdę nie potrafiłam odciąć się od tego człowieka. Michael już na zawsze stał się ważną częścią mojego życia i choćby nie wiem co nie chciałam wyrzucać go z serca przez parę głupich nieporozumień. Odetchnął spokojnie i wyciągnął się w fotelu samochodu.

- Dziękuje… Teraz jestem spokojny.- Jego subtelne słowa musnęły moją skórę i naprawdę poczułam spokój.

- Jesteś naprawdę nieznośny.- Szturchnęłam go w bok rechocząc pod nosem. Zaryzykowałam, by odbudować cienką nić przyjaźni pomiędzy nami… i się opłaciło. Jego mina znów była taka jak na samym początku. Znów się śmiał i oddał mi kuksańca z zawrotną szybkością.

- Być może to nam było pisane.- Roześmiał się szczerze i zaczął się bawić moją dłonią. Wcale mi to nie przeszkadzało… Nie przeszkadzała mi jego bliskość, jego zapach i ciepło. Być może to głupie ale dawał mi siłę i nadzieję. Nadzieję, że mimo wszystko cuda się zdarzają, a to co wydaję się skazane na porażkę może odżyć na nowo. Jak fenix z popiołów narodziła się nowa Ashley Fox i nowa przyjaźń. Przyjaźń pomiędzy dwojgiem ludzi, którzy teoretycznie nigdy już nie powinni mieć ze sobą nic wspólnego.

- Było lub nie, to nie jest teraz ważne. Ważne jest to, że po tym wszystkim co się stało potrafimy jeszcze ze sobą normalnie rozmawiać. Bez kłótni, przekleństw lub wypominania sobie co było w nas złe.

- Masz rację.- Kiwnął głową, a jego czarne loki podskoczyły zabawnie do góry. Uśmiechnęłam się szczerze.- To dziwne, ale cieszę się, że skończyło się to tak a nie inaczej. Myślę, że Nobu naprawdę cię kocha szczerze… tak jak ja. Jestem spokojny z tego powodu.

- Na pewno mnie kocha… udowodnił mi to wielokrotnie. Mike…- Zaczęłam jednak musiałam dać sobie chwilę by ukoić oddech i splątane myśli, które bezwiednie krążyły po mojej głowie.- Muszę spróbować. Chcę zobaczyć czy te uczucie między mną a nim jest prawdziwe… czy poczuje się spełniona.

- Nie musisz nic mówić… rozumiem.- Westchnął uśmiechając się słodko. Naprawdę mówił szczerze i zgłębi serca. Poczułam, że mam w nim oparcie…- To spotykamy się na Grammy.

- Tak na Grammy. To już jutro.- Westchnęłam chwytając za swoją torbę.- Znów będę musiała się wbić w jakąś niewygodną kieckę. Achhhh… Szaleństwo.

- A ja w smoking lub coś.- Szturchnął mnie w bok, a ja się roześmiałam. Rozmawialiśmy jak kiedyś… Boże, czy już teraz będzie lepiej?- Zobaczysz założę coś odlotowego!

- Nie wątpię, potem pół LA będzie chodzić ubrane tak jak ty!- Szepnęłam nachylając się nad jego uchem. Zachichotał przyjaźnie, a ja za te ciepło którym mnie obdarzył pocałowałam go w policzek.- Dziękuje.- Dodałam i wysiadłam z samochodu nie oglądając się za siebie. Stare życie pozostało w tyle, nowe się dopiero zaczęło. Nowa miłość, nowy przyjaciel lecz nadal ci sami ludzie na których mimo wszystko co się stało, zawsze mogę liczyć.

Wpadłam do mieszkania i z radością odetchnęłam. Wszystko w końcu zaczęło się układać, nareszcie. Zdjęłam skórzaną kurtkę i rzuciłam torbę na szafce w przedpokoju. Pierwsze czego zapragnęłam, to rzucenie się beztrosko na moją ukochaną kanapę, która przeszła już chyba wszystko. Jak pomyślałam tak też zrobiłam. Moje ciało rozpostarło się na niej. Przymknęłam oczy i po prostu… nie myślałam. Napajałam się jedynie spokojem, jaki zapanował na ten krótki czas. Nagle z tego błogiego stano wybił mnie czyjeś usta. Tak usta… Otworzyłam jedno oko, by się upewnić że to Nobu skorzystał z okazji. Ujrzałam jego uśmiechniętą twarz i migoczący wzrok. Pociągnęłam go delikatnie do siebie i już po sekundzie poległ obok, trzymając mnie mocno w objęciach.

- A jednak ja…- Mruknął z niemałą satysfakcją, a ja prychnęłam lekceważąco.

- Wyczułeś od razu sprawę, co?

- Ha… po prostu po raz pierwszy od pewnego czasu widzę cię kompletnie spokojną i wyluzowaną. Nie masz już tego zmartwionego wyrazu twarzy… To mogło znaczyć tylko jedno. Musiałaś wybrać.

- A skąd taka pewność, że to akurat Ty zostałeś szczęśliwym zwycięzcą?- Uniosłam prowokująco brwi i ułożyłam usta w klasyczny dziubek.

- Bo gdy Cię pocałowałem nie dostałem po mordzie.- Odparł wzruszając ramionami, a ja nie mogłam się powstrzymać by parsknąć śmiechem. Jego ciepłe dłonie dotykały mnie delikatnie, co wprawiało mój umysł w bardzo przyjazny nastrój. Chyba naprawdę byłam spokojna. Położyłam głowę na jego ramieniu, napajając się tą chwilą.

- Ryzykowny z Ciebie facet…- Mruknęłam czując jak wtula twarz w moje włosy.- Będziesz musiał wbić się w jakieś odświętne wdzianko…

- Ach… Nasze kochane Grammy.- Pokręcił głową dla lepszego efektu.- Może na nie i zasłużyliśmy, ale te cyrki z tym całym strojeniem to przeginka.

- Nie wymigasz się kochany. Skoro ja muszę założyć sukienkę, to ty przynajmniej marynarkę i białą koszulę.- Zagroziłam, a jego smukłe kąciki ust wygięły się do góry w geście zadowolenia.

- Ashley Fox w sukience… miam.- Oblizał wargi i pocałował mnie tak namiętnie, że cała aż się rozpływałam pod napływem uczuć które atakowały mnie z każdej strony. Naprawdę cieszyłam się każdą chwilą spędzoną z tym niezwykłym człowiekiem. Nie wiedziałam czy to co nas łączy przetrwa i czy kiedyś nie pożałuje że jednak wtedy nie wybrałam Michaela, jednak wiecie co? W tym momencie nawet nie myślałam o tym… a wręcz przeciwnie z każdym dotykiem i pocałunkiem Nobu przekonywałam się że mój wybór jest prawidłowy.

- Mam nadzieję, że Shin też ma jakieś odświętne ubranie… O Yasu akurat się nie martwię.

- Fakt, on to codziennie mógłby odbierać Grammy.- Stwierdził znów ukradkiem muskając moje skronie ustami. Usilne majstrowanie przy drzwiach wejściowych mogło oznaczać tylko jedno. Finix łaskawie wróciła do mieszkania. Wtoczyła się do salonu i padła bez życia na fotelu, marszcząc nos na widok nas gruchających na kanapie.

- Jesteście popaprani… a Carlos to już w ogóle.- Rzuciła groźnie jakby jeszcze nadal była w ciężkim szoku, po czymś bliżej niezidentyfikowanym.

- Co Ci zrobił i dlaczego wrzucasz nas do jednego worka?- Mruknęłam spoglądając na nią badawczo. Od wieczoru gdy zostawiła mnie i Nobu samych, nie było jej w domu. Być może trochę się martwiłam jednakże w jej skomplikowanym przypadku to norma. Często gdzieś znika, potem tajemniczo pojawia i tak w kółko. Naprawdę można dostać oczopląsu.

- Właśnie gdzie się podziewa ten stary krętacz Carlos?- Wtrącił się mężczyzna, który stanowczo za dużo używał dłoni w szczególnie nie odpowiednich momentach. Szturchnęłam go lekko łokciem dając mu do zrumienia, że nie czas na czułości. Zrobił wielce niepocieszoną minę, jednak odwzajemniłam się miną mówiącą głośno i wyraźnie „Oj jakoś to przeżyjesz!”.

- On jest po prostu niereformowalny!- Wrzasnęła Finix gwałtownie podnosząc i upuszczając ręce. Wyglądała jak marionetka, którą władał bardzo złośliwy lalkarz.

- Finix, gadaj albo stracę cierpliwość…

- Powiedział, że mnie kocha! Czaisz?!- Przybliżyła swoją twarz do mojej, a ja zdębiałam. Tak naprawdę nie wierzyłam w to, że Carlos w końcu odważy się jej powiedzieć co czuje do niej, a tu taka niespodzianka. Jednak najwidoczniej nie wszystko poszło tak jak miało pójść w założeniach. Zero happy endu, ani ochów i achów. Najwyraźniej Finix… trochę się przestraszyła.

- To chyba dobrze.- Stwierdziłam wzruszając bezradnie ramionami. Naprawdę oni byli jak dwójka małych, rozwydrzonych dzieci. Jak paluszkiem nie wskażesz to w życiu się nie domyślą co mają robić.

- Dobrze! Kurde nie. Fatalnie i mega źle. On jest moim przyjacielem, po co to do jasnej ciasnej psuje.- Warknęła łapiąc się za głowę. Najwyraźniej nie bardzo wiedziała co ma zrobić, a ja odczuwałam nie możną potrzebę żeby szybko jej wskazać odpowiedni kierunek.

- Ale przecież ja i Nobu też byliśmy, jesteśmy… no wiesz. I jakoś żyjemy.- Odparłam potrząsając ironicznie głową.

- I to jeszcze jak!- Dodał Nobu, a ja spojrzałam na niego wymownie. Ach zapomniałam mu kiedyś wcześniej wspomnieć o tym że jak kobiety rozmawiają, to facet nie może się wtrącać. Jest to wybitnie nie wskazane. Jakoś Mike mógł to pojąć gdy raz mu się dostało podczas moich pogaduch z Liz. Komedia.

- Przecież wszystko było dobrze… po co to psuć zawieraniem głębszych znajomości. Myślę, że to jest wielce i wybitnie beznadziejna sprawa.- Kolejny raz rzuciła ten niezbyt trafiający do mnie argument.

- Ty się po prostu boisz.- Rzuciłam krótko wywołując tym u niej falę oburzenia. Zmarszczyła groźnie brwi i spojrzała na mnie jakby zaraz miała mi przywalić i to bez żadnych oporów.- Nie patrz się tak na mnie. Przerażasz mnie…- Sapnęłam wtulając się w Nobu. Co jak co ale chciałam jeszcze trochę pożyć.

- Widzisz to nie ja się tu boje tylko ty.

- Oj weź się przymknij. Carlos już długo się w sobie nosił żeby coś Ci powiedzieć, ale ty skutecznie odwodziłaś go od tego pomysłu. No koleś ma stalowe nerwy! Ciągle na niego wrzeszczałaś, naskakiwałaś, a on po godzinach żalił mi się że nie może z tobą dojść do porozumienia. Pomyśl co robisz?! Ten koleś mówi Ci że mimo twoich wszystkich wad i twojego wrednego charakteru, kocha Cię! A Ty co?! Dywersja?!- Nie wytrzymałam i wygarnęłam jej całą prawdę w żywe oczy. Musiałam sprawić by ten jej mózg w końcu zaczął pracować tak jak trzeba bo inaczej nie ma dla niej ratunku.

Spojrzała na mnie dziwnym wzrokiem i przez jeden straszny moment miałam wrażenie, że chce mi zdrowo przywalić. Wykrzywiłam usta i odchyliłam się do tyłu by w razie czego móc uniknąć ciosu wymierzonego jakąś twardą rzeczą. Na przekład lampką nocną. Słyszeliście, że nią można zabić? Wzdrygnęłam się na samą myśl o tym. Być moje ostre lecz prawdziwe słowa do niej dotarły, ponieważ spuściła smutno głowę i westchnęła ciężko.- A ty co do niego czujesz?- Dodałam, czując że jeśli teraz z niej nie wyciągnę wszystkiego, to już nigdy nie zdobędzie się na taką szczerość wobec mnie. Nobu domyślił się, że nie powinien nam przeszkadzać. Wstał i pocałował mnie w policzek.

- Będę w twoim pokoju. Może znajdę cos ciekawego…- Mruknął z cwaniackim uśmieszkiem i wyszedł po drodze czochrając głowę Finix, która lekko się oburzyła jednak gdy tylko przypomniała sobie moje pytanie znów wróciła do poprzedniego stanu niemiłego zawieszenia.

- No i???

- Też chyba go kocham.- W końcu wyrzuciła to z siebie, jakby sama myśl o tym była dla niej niewyobrażalnym ciężarem. Od kiedy pamiętam Finix zawsze była niezależna. Carlos był jedynie facetem, który nie uciekł od niej. Jednak nie potrafiła obchodzić się z nim jak z resztą debili, którzy próbowali się do niej zbliżyć. Ku zdziwieniu wszystkich stali się nie rozłączni i to właśnie stało się początkiem tej niesamowitej znajomości, której naprawdę im zazdroszczę.

- Więc co jest nie tak? Co Cię tak wkurza?

- Może ja nie potrafię… lub naprawdę się boje. Jego tak długo niebyło, zniknął a ja zamartwiałam się jak jeszcze nigdy dotąd. Myślałam, że jak się tylko pojawi to pierwszym uczuciem jakie poczuje będzie wściekłość jednak… poczułam ulgę. Zamiast mu przywalić rozpłakałam się jak jakaś lalunia i przytuliłam go. Czy to nie chore?- Spojrzała na mnie takim wzrokiem, że aż poczułam dziwne ukucie w sercu. Naprawdę pierwszy raz widziałam ją w takim stanie.

-Ani trochę. Po prostu ach… jakby Ci to powiedzieć… jesteś dość specyficznym stworzeniem. Nie jest z tobą łatwo.

- Ej myślałam, że zadaniem przyjaciółki jest pocieszanie, a nie dobijanie.- Szturchnęła mnie w bok, a ja zarechotałam widząc jej oburzoną minę.

- Mam dla ciebie idealną radę.

- Aż się boję spytać…- Pokręciła z politowaniem głową jakby wcale nie wierzyła w moje dobre intencje.

- Pójdziesz teraz grzecznie do Carlosa.

- No…- Ponagliła mnie kręcąc dłonią w powietrzu jakby odganiała natrętną muchę.

- Zapukasz… on ci otworzy.

- Dość prosty plan.- Stwierdziła.

- Możesz nie przerywać?- Syknęłam na nią.- Gdy otworzy drzwi masz go pocałować, a potem to już możecie wcielać różne scenariusze. Najbardziej polecam dziki seks przez całą noc. To naprawdę zacieśnia więzi.- Wzruszyłam ramionami i spojrzałam na nią wymownie. Wspominałam… jej trzeba prosto z mostu, bez żadnego owijania w bawełnę. Chyba mi się udało ;D

- I twoim zdaniem to lek na wszystko?- Uniosła jedną brew jak oprych sprawiając wrażenie jakby ta ciekawa alternatywa nie bardzo do niej trafiała.

- Prościej się nie da. Kochasz go?- Przybliżyłam się do niej łapiąc jej spojrzenie swoim wzrokiem. Kontakt oko oko to podstawa idealnie przygotowanej perswazji. Zacisnęła z zacięcia usta i przez chwilę przetwarzała wszystkie informacje jakie do niej trafiały. W końcu jej ramiona opadły bezwładnie, a twarz złagodniała.

- Tak…- Mruknęła, a moje usta mimowolnie ułożyły się w przyjazny uśmiech ulgi.

- Gwarantuje Ci, że on też ciebie kocha. Nie zmarnuj takiej szansy na szczęście…

- Myślisz, że to może się udać?- Szturchnęła mnie w bok, a ja pokiwałam przyjaźnie głową. To że może im się udać… wierzyłam w to jak cholera. Zresztą jak mogłoby być inaczej, skoro sama zawierzyłam swoje serce przyjacielowi?

- Cieszę się, że mogłam z tobą o tym porozmawiać. Idę się z nim spotkać… i powiedzieć o wszystkim.- Mruknęła wstając i całując mnie soczyście w policzek. Usłyszałam w jej głosie ulgę i przekonanie w to co mówi. Mam nadzieję, że tej dwójce naprawdę się uda.- Idę, a ty się strój. Jutro wielki dzień dla BLAST!

- Hah! Grammy!- Pisnęłam puszczając do niej zalotne oczko.- Mam dziwne wrażenie, że to będzie wyjątkowy dzień, którego nie zapomnę do końca życia…- Zachichotałam czując jak ekscytacja i podniecenie wypełnia moje ciało. Sny się spełniają… Grammy, miłość, przyjaźń, szczęście i nareszcie święty spokój. Czego można chcieć więcej?

- Będzie Ash, będzie!- Pomachała do mnie dłonią na której było pełno przeróżnych pierścionków, po czym zniknęła zostawiając mnie samą w pokoju. Oparłam głowę o oparcie i mimowolnie, sama do siebie posłałam uśmiech.

- Czuję to w kościach… na pewno będzie.- mruknęłam z wielkim rozbawieniem. Będzie.

 

 th

Mam nadzieję, że mimo tego że na razie Michael zszedł na boczny tor nie przestaliście czyta mojego opowiadania. Zapewniam, że Mike jeszcze wróci do gry ale na razie nie zdradzam szczegółów ;D Muszę się również podzielić z Wami tym, że ZDAŁAM PRAWO JAZDY!!! 3 X TAK!!!!! Nawet nie wiecie jaki mi kamień z serca spadł :p Zapraszam do czytania i komentowania. Polecajcie mój blog znajomym będę za to bardzo wdzięczna :) Pozdrawiam serdecznie buziaczki :*:*:*



sobota, 14 stycznia 2012

Czas wstawić kolejną część opowiadania. Dzisiaj moja studniówka, więc wstawiam to między fryzjerem a kosmetyczką :D Mam nadzieję, że jeszcze znajdujecie czas na wchodzenie na mojego bloga. No dobra nie rozwodzę się nad tym i powiem tylko jedno ZAPRASZAM!!!! ( proszę też o komentarzyk;)

 sfsf

*******************

Założyłam szlafrok i pognałam cała w skowronkach do kuchni. Oj nie mylicie się Ashley Fox ma zamiar coś ugotować, a konkretnie jajecznicę. Nobu jeszcze nie zdążył zwlec się z łóżka, a przyjemny chłód poranka owiewał moją szyję. Otwarte okno było błogosławieństwem, dla duszy i ciała. Nalałam czarnego płynu zwanego kawą do dwóch kubków i sprawnym ruchem zamieszałam jajka na patelni. Idealne danie gotowe w zaledwie pięć minut. Czego chcieć więcej???

- Nobu!- Zawyłam nakładając danie i podśpiewując pod nosem. Czułam się wyjątkowo dobrze i najwyraźniej do mojej głowy nie zaczęły jeszcze wpadać realia tego świata. Kłopoty i zmartwienia siedziały na razie gdzieś głęboko zamknięte, a ja cieszyłam się błogim spokojem. Już miałam iść do Nobu i własnoręcznie zwlec go z łóżka, jednak powstrzymał mnie dzwonek do drzwi. Zrobiłam zdziwioną minę i zaczęłam przetwarzać w głowie, kto mógł o tej godzinie tłuc się tu by zobaczyć moją uroczą mordkę. Przesadziłam z tą uroczą mordką… Zresztą nie ważne. Ważne jest to, że w końcu zawlekłam swoje leniwe ciało by otworzyć. Nie pytałam kto to, nie sprawdzałam w Judaszu, kompletne zaufanie. Głupiutka Ashley, a jeśli tam stoi Kuba Rozpruwacz to co zrobisz? Powiesz muoch skoro już otworzyłam, to proszę wejdź i wypatrosz mnie jak rybę! Czuj się jak u siebie w domu!. Jakiś głupi głos rozbrzmiał w mojej głowie, a ja fuknęłam na niego złowieszczo.- Kuba Rozpruwacz…- Mruknęłam potrząsając głową ze śmiechu i jednocześnie otwierając drzwi. Ku uciesze mojej wybujałej wyobraźni w drzwiach nie ujrzałam Kuby. Co za szkodaGłos znów się odezwał lecz szybko go odpędziłam, zajmując się wpatrywaniem w czekoladowo- czekoladowe oczy mojego niespodziewanego gościa.

- Dzień dobry Ash.- odparł uwodzicielskim głosem i oparł si o futrynę. Jego biały T-shirt wystawał zalotnie spod czarnej marynarki, a idealna twarz śmiała się do mnie uroczo. Odruchowo odwzajemniłam uśmiech jednocześnie, zakrywając się szczelniej szlafrokiem. O Boże to MichaelStwierdziłam z rozpaczą przypominając sobie o nagim Nobu pałętającym się po mieszkaniu i tym co się z tym wiązało.

- Och…- Wydałam z siebie te mało eleganckie westchnięcie i potargałam dłonią swoje włosy.- Co cię sprowadza?- Sapnęłam jednocześnie obmyślając jak wyjść z tej sytuacji z twarzą. Myśl… Myśl… MYŚL!!!

- Nie pamiętasz?- Spytał rozbawionym głosem, a ja otworzyłam szeroko oczy, po czym klepnęłam się z wdziękiem w czoło.

- Mieliśmy iść dzisiaj do Liz…- Odparłam odkrywczo, a on zaśmiał się uroczo. Był taki piękny i przystojny, a jego idealne włosy wspaniale układały mu się na głowie. To wcale nie pomagało w skupieniu, ani trochę!!!

- Widzę, że dopiero wstałaś. Przepraszam, że jestem tak wcześnie…- Zaczął niewinnie szurać stopą jak mały chłopiec. Był taki swobodny, jakby wszystkie zmartwienia trapiące jego odeszły wraz z otwarciem drzwi do mojego mieszkania. Odetchnęłam głęboko i w końcu zebrałam się w sobie, żeby zaprosić go do środka. Trudno i tak kiedyś się dowie, może i lepiej żeby to było teraz.

- Wejdziesz? Przebiorę się w coś bardziej wizytowego i będziemy mogli do niej jechać.- Odsunęłam się na bok robiąc mu miejsce. Wskazałam wejście do kuchni i modliłam się w duchu, by Nobu chociaż trochę wyglądał na ubranego. Ku mojej uciesze siedział nad jajecznicą i miał na sobie swój ulubiony

T-shirt z Sex Pistole oraz bokserki. Zawsze lepsze to niż nic i to dosłownie nic.

- Nie spodziewałem się maleńka, że umiesz robić tak wyborną jajecznicę! Mi jakimś cudem nigdy nie wychodzi…- Zaczął coś do mnie mówić, gdy nagle spostrzegł Michaela. Mam być szczera… Dobra. Wcale nie wyglądał na szczęśliwego, zresztą na twarzy Michaela również pojawił się lekki grymas.- O kogo to moje piękne oczy widzą…- Mruknął upijając łyk swojej kawy.

- Też się cieszę, że Cię widzę…- Mike odpowiedział mu dość sarkastycznym głosem, a ja rozmyślałam jak iść się przygotować do wyjścia, tak by nie zostawić ich samych. Mike i Nobu sam na sam. Dwóch facetów, zakochanych w jednej dziewczynie… Sam na sam. Nie, to się nie może udać.

- Wiecie co…- Zaczęłam jednak pustka w głowie wcale nie ustępowała. Tik tak czas leciał, a sytuacja stawała się coraz bardziej… dziwna. Nagle Nobu spojrzał na zegarek i zrobił przerażoną minę.

- O rany!- Sapnął i w mgnieniu oka dojadł jajecznicę i dopił kawę. Szybkim ruchem poleciał szybko do pokoju po rzeczy by się ubrać. Dobrze wiedziałam, że Mike zaczął poważnie analizować dlaczego Nobu nie mieszkając tutaj, chodził po domu w samych bokserkach. Czyżby tutaj spał?

- Ashley…- Zaczął, a ja pokręciłam przecząco głową.

- Proszę Mike później odpowiem na wszystkie twoje zapewne kłopotliwe pytania.- Odparłam uważnie się przyglądając pewnemu blondynowi, który wpadł znów do pokoju i z pełną gracją podszedł do mnie, stając ze mną twarzą w twarz. Jego błękitne oczy wpatrywały się w moje, a kąciki jego smukłych ust uniosły się do góry w uśmiechu. Być może to był uśmiech tryumfu… pięknie. Czułam, że zaraz urządzi tu niezłe przedstawienie… wcale się nie myliłam. Mike przyglądał się nam uważnie i jak na razie wcale nie interweniował. Gdybym nie wiedziała co do mnie czuje, mogłam bym się pokusić o stwierdzenie, że ma z nas niezły ubaw. A może miał? Nobu ujął mój policzek i przechylił niewinnie głowę w bok.

- Muszę lecieć słońce. Spóźnię się do pracy, a to nie wróży niczego dobrego…- Mruknął i nachylił się do przodu, a ja nadal jak wryta stałam w osłupieniu. Nobu błagam… Za późno. Jego ciepłe wargi zatopiły się w moich w krótkim, ale bardzo namiętnym pocałunku. Oderwał się w końcu i wyszeptał mi do ucha na pożegnanie: Kocham Cię.- Po chwili już go nie było, a ja nadal stałam. Stałam i błagałam wszystkich świętych by mnie stamtąd zabrali. Bym nie musiała mierzyć się wzrokiem z Michaelem i nie musieć mu tego wszystkiego tłumaczyć. Co do jasnej, ja mam mu powiedzieć? Przespałam się z Nobu, ale nadal nie wiem kogo wybrać? Uzna mnie za idiotkę. Prościej, ja jestem idiotką. Podniosłam głowę do góry i z wielkim wysiłkiem spojrzałam na Michaela. Moja dłoń pogładziła nader spięty kark. Westchnęłam ciężko.

- To może się czegoś napijesz?

 

Głuche milczenie nie dawało mi spokoju, jedynie mruk luksusowego samochodu Michaela zakłócał tą pustkę. Mike nie mówił nic, nie komentował, nie roztrząsał… Tak jakby tłumił w sobie wszystkie zebrane jak dotąd emocje. Próba rozmowy w mieszkaniu spełzła na niczym… Milczenie mnie przytłaczało, milczenie ściskało moje gardło, milczenie sprawiało że nie potrafiłam zebrać myśli. Kątem oka spojrzałam na jego zamyśloną twarz. Nie wyrażała ona złości, ani żadnych podobnych uczuć. On po prostu myślał.

- Nie potrafię tak.- W końcu wypaliłam z siebie zaciskając z przejęcia powieki i pięści.- Zrób cokolwiek! Nawrzeszcz na mnie, wyrzuć z samochodu, powiedz że mnie nienawidzisz, ale na miłość boską NIE MILCZ!- Wrzasnęłam uciszając swoje pogmatwane myśli. Poczułam jak zjeżdża na pobocze, a przed oczami od razu stanęła mi opcja „ wyrzuć z samochodu”. Otworzyłam powoli oczy i przygotowałam się na to psychicznie. Zasłużyłam sobie na to… Nadal milczał, a cisza wierciła mi w głowie ogromną dziurę. Przełknęłam ślinę i chwyciłam swoją torbę, która leżała na tylnym siedzeniu, po czym otworzyłam drzwi by wyjść. Już moja noga ustała na zielonej trawie pobocza, gdy nagle jego ciepła dłoń zacisnęła się na moim łokciu.

- Nie idź.- Odparł krótko, a ja potrząsnęłam przecząco głową.

- Po co mam zostać? Chyba już dość zrobiłam…- Szepnęłam cierpko. Stałam się bezsilna. Faktem było to, że przespałam się z Nobu, więc jak niby miał to odebrać Mike? Mam wrażenie, że nie potrafię zrezygnować z żadnego z nich. Każdy stoi na równi… To była chwila… nawet nie zdążyłam zamknąć oczu. Szybkim ruchem odwrócił mnie do siebie i naj zwyklej w świecie pocałował mnie. Moje oczy nieznośnie drgały, a żadne konstruktywne zdanie nie chciało przejść przez zaciśnięte gardło. Słodycz jego warg rozeszła się po moim ciele, a zmysłowy dotyk gładził moje ramiona.- Ale… dlaczego?

- Bo Cię kocham? Bo nie potrafię być na ciebie zły? A może dlatego, że gdy nie ma Cię przy mnie to wariuję.

- Jak to jest możliwe…- Warknęłam przepełniona odrazą do samej siebie. Jeśli miałam odzyskać szacunek do samej siebie, musiałam w końcu zdecydować.- Postawmy sprawę jasno.- Zaczęłam starając się opanować drżenie dłoni i zachować choć pozory stanowczości.- Spałam z Nobu.

- Domyśliłem się gdy nazwał Cię kochaniem, oraz zademonstrował swoje umiejętności w całowaniu na moich oczach.- Odparł ironicznie, a ja zmarszczyłam brwi z zakłopotania. Niech to wszystko jasny szlak trafi! Jak byłam sama to przynajmniej nie miałam takich kłopotów jak teraz. Muszę się użerać z dwoma facetami…

- Jakiś ty spostrzegawczy.- Oburzyłam się na poważnie widząc z jaką lekkością on do tego podchodzi. Ja tu robię z tego aferę roku, a on rozmawia o tym jak o anegdotce usłyszanej na przyjęciu.- Naprawdę Cię to nie rusza?- Jego wzrok posmutniał, a dłoń lekko zacisnęła się w pięść. Mógł mówić co chciał jednak ja wiedziałam już wszystko.

- Jakoś musisz wybrać.

- Jakoś… wiesz co? Jedźmy już do Liz, na pewno już się o nas martwi.- Zamknęłam szybko drzwi ze złością i spuszczając wzrok w dół, zaplotłam ręce na klatce piersiowej.

- Ashley…- Zaczął ja jednak pokręciłam przecząco głową. Jego pozorna i udawana obojętność na to wszystko co się dzieje sprawiała mi ból. Pozwalał na to wszystko, myśląc że mi ułatwia sprawę.

- Nie Michael. Jeśli myślisz, że będąc tak pobłażliwym i obojętnym dla mnie i moich poczynań sprawisz, że ułatwisz mi wybór to się mylisz. Przez to wszystko mam tylko wrażenie że wcale nie jestem dla ciebie ważna… Spałam z Nobu, a ty powiedziałeś, że jakoś muszę wybrać i przyjąłeś to z takim spokojem.- Przełknęłam nerwowo ślinę i zacisnęłam dłoń na ramieniu.- A Nobu przynajmniej się postarał… Zrobił coś bym nie zapomniała o tym że mnie kocha. Jedźmy już.- Mruknęłam, a on nadal wpatrywał się we mnie swoimi czekoladowo- czekoladowymi oczami. Chciał coś powiedzieć jednak spojrzałam na niego smutnie i westchnęłam ciężko.- Proszę jedźmy…- Michael przygryzł nerwowo dolną wargę i po minucie zamyślenia przekręcił kluczyk i ruszyliśmy. Ruszyliśmy w milczeniu i dziwnej zadumie. Skoro przestałam być dla niego ważna to jaki jest sens dalej to ciągnąć?

Dom Elizabeth jak zawsze zapierał dech w piersiach. Piękna posiadłość rozciągająca się po LA zawsze była obiektem westchnień wszystkich przyjezdnych, oraz gwiazd. To Liz udało się zagospodarować tą przestrzeń w taki sposób, że nawet najmniejszy kąt został wygospodarowany do ostatniego centymetra. Piękny ogród dopełniał całości i podkreślał niezwykłość i dostojność domu. Stanęliśmy na progu w milczeniu. Mike bezgłośnie zadzwonił do drzwi, a ja znów posmutniałam. Nie chciałam żeby nasze spotkania, wspólne wyjazdy czy rozmowa tak właśnie wyglądała. Wiedziałam jedno, że nie mogę być z Michaelem dopóki postępuje w taki sposób. Od pozornej obojętności wolę, że by się na mnie złościł, żeby wykrzyczał mi że się nie zgadza, że to z nim mam być. A on co? Biernie przygląda się z boku, uzasadniając tak kolej rzeczy tym że muszę wybrać. Nie, Mike tak to nie działa i z pewnością nie zadziała.

Drzwi otworzyły się po paru minutach i ukazała nam się rozradowana mina Elizabeth. Ubrana w kwiecistą sukienkę wyglądała nadzwyczajnie, pogodnie i tak… normalnie. Gdy tylko jej przyjazne oczy spoczęły na mnie od razu włączył mi się dobry humor. Odwzajemniłam uroczy uśmiech i przytuliłam ją szepcząc do ucha.

- Przepraszam Liz…- Mruknęłam, a ona poklepała mnie po plecach.

- Wiem kochanie, wiem. Nie musisz nic mówić.- Odparła biorąc moją twarz w dłonie. Zaśmiałam się ciepło nie wiedząc jakie znaleźć słowa by określić to co właśnie w tym momencie czułam. Jej migoczący wzrok, przez dłuższą chwilę dodawał mi otuchy, po czym przeniosła go na Michaela. Ten nieśmiało uśmiechnął się do niej i z wdziękiem pocałował w policzek. Zachichotała uroczo i przytuliła go do siebie.- Mój mały Michael…- Mruknęła, a mnie zalała nagła fala ciepła i całkowitego spokoju.- Wejdźcie do środka, herbatka już czeka.- Złapała nas pod ręce i za wlokła niemalże siłą, oczywiście nie przyjmując żadnych sprzeciwów. Przecież Elizabeth Taylor się nie odmawia! Rozejrzałam się po pięknym wnętrzu, zachwycając się nim za każdym razem gdy je widzę. Usiadłam na wiklinowym fotelu, obok Liz, a naprzeciwko Mike. Nalała nam płynnym ruchem herbaty, do niesamowitych filiżanek. Ich drobne zdobienia sprawiały wrażenie niemal że żywych. Przyłożyłam filiżankę do ust i pociągnęłam łyk aromatycznej herbaty. Westchnęłam trochę się rozluźniając.

- Brakowało mi takiego spokoju…- Wymamrotałam, podpierając głowę dłonią. Liz uśmiechnęła się przyjaźnie i pogłaskała wolną rękę, sprawiając że od razu poczułam się jeszcze lepiej.

- Jak rozumiem, po sprawie z Brooke wszystko się już unormowało…- Odparła spoglądając raz na mnie raz na Mike, który natomiast ciągle próbował złapać kontakt wzrokowy ze mną. Westchnęłam ciężko.

- Brooke była tylko wierzchołkiem góry lodowej. Teraz już nic i nikt nie jest takie samo jak było.

- Jak mam to rozumieć? Zaraz na Was na krzyczę, ponieważ już o niczym mi nie mówicie.- Skarciła nas pośpiesznie, a ja uśmiechnęłam się ponuro.

- O jeden raz za dużo zachowałem się jak idiota, co zaważyło na tym co będzie.- Odezwał się Michael głosem spokojnym, ale przepełnionym żalem. Spojrzał się na mnie przepraszająco lecz spuściłam wzrok. Chyba już zdecydowałam z kim będę…

- Być może za bardzo chciałeś być w porządku w stosunku do wszystkich, zapominając o tym co jest najważniejsze.- Sapnęłam nadal nie patrząc mu w oczy. Nie potrafiłam mierzyć się z nim, teraz gdy moje nerwy były na granicy możliwości. Nie chciałam urządzać scen, ani nic z tych rzeczy.

- Myślałem, że robię dobrze… że dając wybór i swobodę, uszczęśliwiam tą drugą osobę.

- Nie Mike. Ty nie dawałeś wyboru i swobody. Ty stałeś się nie czuły na wszystko co się działo, a wręcz ignorowałeś przeróżne sytuacje, które powinny wzbudzić w tobie złość i zazdrość. Bierność nie jest oznaką uczucia…- Mruknęłam cicho, bawiąc się jak dzieciak dłońmi, kręcąc młynki i co jakiś czas zginając palce.

- Czułem się winny całej tej sytuacji. Myślałem, że nie mogę robić uwag, zważywszy na to co zrobiłem sam.- Usprawiedliwił się, a ja zrozumiałam o co mu chodziło. Myślał, że skoro wycierpiałam tyle przez niego, to nie ma prawa mi zwracać uwagi w sprawie Nobu. Nigdy nie zrobił żadnej sceny zazdrości…

Liz milczała starając się przeanalizować całą sytuację. Jej oczy przenikliwie wpatrywały się w nas, szukając odpowiedzi na wszystkie nurtujące pytania. Ale ona wiedziała… Nie znała szczegółów, powodów, wyjaśnień… ona po prostu wiedziała…

 



sobota, 07 stycznia 2012

 

************

- Mhhhh…- Mruknęłam zjadając ostatni kęs kolacji. Uśmiechnął się do mnie wyraźnie zadowolony i napił się łyk czerwonego wina. Jego niebieskie oczy ani na moment nie spuszczały ze mnie wzroku jednak wcale mi to nie przeszkadzało. Wyjątkowo dobrze się czułam w takiej sytuacji. Moje życie uczuciowe jest pogmatwane jednak od czasu do czasu chciałabym poczuć w nim nutkę romantyczności i tego czegoś.- Kolacja była naprawdę przepyszna.

- Cieszę się, ale wieczór trwa dalej. Nie wypuszczę Cię tak łatwo…- Odparł tajemniczo wyginając kąciki ust do góry w bardzo uwodzicielskim i zarazem niezwykle pięknym uśmiechu. Przekręciłam głowę na bok i zmarszczyłam brwi zastanawiając się co on jeszcze mógł wymyśleć. Zachichotałam pod nosem i napiłam się wina, którego przyjemny smak rozszedł się po moich kubkach smakowych w zastraszającym tępię.- Widzę, że ani trochę we mnie nie wierzysz, maleńka.- Mruknął dostrzegając moje lekkie rozbawienie. Potrząsnęłam przecząco głową, a kosmyki moich włosów zabawnie podrygiwały w tą i z powrotem.

- Nie no wierze Nobu, wierze.- Powtórzyłam pod nosem. Moje wywody przerwała mi delikatna muzyka, która nagle rozproszyła się po pokoju otaczając mnie z każdej strony. Spojrzałam na niego pytająco, a on nadal z wielkim uśmiechem na ustach wstał i podszedł do mnie. Wyciągnął swoją smukłą rękę, a ja przyglądałam mu się jak zahipnotyzowana. Światło świec migotało, nadając chwili przyjemną atmosferę.

- Mogę prosić do tańca?- Spytał powabnym głosem, a ja aż na moment przestałam oddychać. Czy to ten sam Nobu? Nic nie mówiąc położyłam swoją dłoń na jego ciepłej dłoni i dałam się porwać do tańca. Jego delikatny dotyk spoczął na moich biodrach, ja natomiast położyłam dłonie na jego klatce piersiowej. Jego migoczące oczy wpatrywały się w moje nie pozwalając mi bym straciła z nimi kontakt.

- Nie poznaję Cię Nobu.- Odparłam po cichu by nie spłoszyć tej wspaniałej chwili. Z moich ust nie znikał uśmiech, a serce miarowo biło do taktu piosenki.

- Jestem romantykiem… po prostu nie miałem jeszcze okazji by Ci się pokazać od tej strony.- Przycisnął mnie do siebie, a moje ciało zadrżało. Zalała mnie fala ciepła, a mina wyrażała błogi stan w którym nie wiem co mam robić. Właśnie co mam robić? Dać się porwać chwili, czy może przerwać to? Jakże mam przerywać marzenie? Sen, który śni mi się na jawie? Nie mam odwagi zniszczyć czegoś takiegoMoje myśli błądziły, jednak moja dusza już całkowicie przestała walczyć. Unosiłam się lekko tańcząc w jego ramionach.

- Śnię…- Stwierdziłam przymykając delikatnie powiek i mrucząc pod nosem melodię piosenki unoszącej się w powietrzu. Poczułam ciepły oddech na moich policzkach i otworzyłam oczy. Ujrzałam jego twarz tak promienną i czułą. Dotknęłam dłonią jego policzka i uśmiechnęłam się nieśmiało. Ujął moją dłoń swoją i odwzajemnił uśmiech.

- Muszę Cię przekonać, że to jednak nie sen.- Mruknął i nachylił się nade mną. Moje ciało przeszedł przyjemny dreszcz, a wargi posmakowały słodyczy jego pocałunku. Nasze pocałunki nie miały końca, a muzyka rozbrzmiewała nadając sytuacji swój własny niepowtarzalny klimat. Mogło by to trwać godzinę lub dwie, lecz mi wydawało się że nasz pocałunek trwał krótko. Z niechęcią odkleiłam się od jego ust i zrobiłam niepocieszoną minę.

- Już? Jakoś to do mnie nie trafiło.- Pokręciłam zabawnie głową i zmarszczyłam brwi. Lubiłam się z nim droczyć. Nobu zaśmiał się i ujął moją twarz w dłonie. Jego błękitne oczy nieustannie wpatrywały się we mnie sprawiając, że moje ciało zalewało się przyjemnym dreszczem.

- Nawet nie wiesz jak mocno Cię kocham. Po raz pierwszy zrozumiałem to gdy zadzwoniłaś do nas w sprawie reaktywacji BLAST. Ucieszyłem się niezmiernie, a serce zabiło mocniej. Naprawdę jechałem tu z przekonaniem, że wyznam Ci to co czuję.- Znów zachichotał, ja jednak słuchałam tej opowieści w skupieniu. Nigdy mi wcześniej o tym nie mówił, nawet raz… Tłumił w sobie to wszystko po to bym była szczęśliwa…- Jednak gdy przyjechałem… Ujrzałem Ciebie i Michaela, to jak twoje oczy cieszyły się za każdym razem gdy go widziały i to jak byłaś z nim szczęśliwa. Nie potrafiłem zburzyć świata, który udało Ci się tak niedawno zbudować.

- Nobu…- Zaczęłam, jednak słowa jak zawsze nie chciały przybrać takiej formy jaką chciałam.

- Milczałem… Wmawiałem sobie, że kiedyś mi przejdzie, że to tylko chwilowe. Nawet mi to dobrze wychodziło, jednak…

- To nie twoja wina.- Odparłam pośpiesznie widząc jego smutniejący wzrok. Absolutnie nie obwiniałam go za to co czuje.- Nigdy nie miałam Ci za złe, że powiedziałeś mi o tym. Powiem więcej, miałam tylko jedną pretensję do ciebie…

- Ash…- Mruknął, a ja uśmiechnęłam się łagodnie.

- Byłam zła, że nie wyznałeś mi tego przed moim wyjazdem do LA.- Spojrzał się na mnie ze zdziwieniem, a ja dotknęłam dłonią jego twarzy.- Być może wtedy potoczyło by się to całkiem inaczej…

- Przepraszam, że nie miałem odwagi. Bałem się, że zniszczę to co udało nam się stworzyć. Nie chciałem stawiać na szali naszej przyjaźni.- Wtulił twarz w moją dłoń i przez chwile wyglądał tak bezbronnie jak małe dziecko.

- Mały Nobu, który zawsze stawia szczęście przyjaciół ponad swoje.- Szepnęłam, kołysząc się w takt piosenki.- Dlatego jesteś wyjątkowy…- Dodałam coraz bardziej zapadając się w całą tą sytuację. Przestawałam myśleć, spekulować, oskarżać, żałować i wycofywać się. Liczyło się to co jest teraz, to że jest mi tak cholernie przyjemnie. Wzruszył zabawnie ramionami, po czym przybliżył swoją twarz do mojej.

- Wyjątkowy…- Mruknął słodkim głosem. Długo nie trwało to jak delikatnym ruchem zatopił się w moich ustach. Nasz pocałunek był wyjątkowy i taki jakiego jeszcze nie doświadczyłam. Może to nie odpowiednie w tym momencie porównywać Michaela do Nobu, lecz z Mikem było inaczej. Oczywiście inaczej nie znaczy gorzej… jednak to był inny rodzaj całowania. Pocałunki z Michaelem były dyskretne, zarezerwowane tylko dla nas, całkowicie przesiąknięte namiętnością. Nigdy nie był natarczywy, do niczego mnie nie zmuszał, wręcz zachęcał do rozsmakowywania się. Nobu jest zaczepny i zalotny. Każdy jego pocałunek prowokuje mnie i zachęca do następnego. To on przejmuje inicjatywę, ja mogę tylko posłusznie zatracić się w tym bezmiarze przyjemności. Poczułam jak jego dłonie gładzą moje biodra. Były takie ciepłe i delikatne. Wplotłam palce w jego krótkie włosy i przymknęłam oczy by pozwolić ponieść się chwili. Jego dłoń szybkim ruchem przyciągnęła moje biodra do swojego ciała. Czułam jego bliskość i idealnie napięte ciało. Nagle jego usta przestały całować, co spotkało się z moim niezadowoleniem. Jednak to co się stało później, w znacznym stopniu mi to zrekompensowało. Słodkie pocałunki zasypywały moją szyję. Moje ciało coraz bardziej płonęło, a świadomość z każdym jego dotykiem uciszała się. Z mojego wahania i niepewności nie pozostało nic… A niby jak mam wybrać? Najpierw muszę wypróbować towar, za nim go kupięMój mózg podsunął mi te marną wymówkę, jednak zmysły górowały nad rozsądkiem i poczuciem moralności. Po raz kolejny zatopił się w moich ustach, jednocześnie podnosząc mnie do góry. Oplotłam się wokół jego tali nogami. Bezszelestnie zaczęliśmy się przesuwać w stronę mojej sypialni. Położył mnie delikatnie na łóżku, a jego ciało przyległo do mojego. Przejechał dłonią po moich nogach i spojrzał z nieukrywaną przyjemnością na czerwone szpilki. Zamruczał z satysfakcją i zdjął je.- Nie będą nam potrzebne.- Dodał nadał gładząc moje ciało. Dłoń szybko prześlizgnęła się do sukienki. Gdzie on się tak szybko nauczył rozpinać damskie zamki!?- Ona raczej też.- Zdjął ją ze mnie i pozostałam w samej koronkowej bieliźnie. Pożerał mnie wzrokiem nie mogąc się do czekać, gdy znów zatopi się w moich ustach. Odwzajemniłam spojrzenie i uwodzicielskim uśmiechem dałam mu do zrozumienie, że czekam. Przycisnął mnie do siebie namiętnie całując. Każdy kawałek mojego ciała drżał pragnąc jego niesamowitej czułości. Moje ręce błądziły po jego napiętych mięśniach torsu i nagle zapragnęłam pozbyć się jego koszuli. Drobne guziczki odpadły w zastraszającym tępię i moim oczom ukazała się idealna klatka piersiowa. Rzuciłam koszule w kąt i powiem szczerzę, że raczej nie będzie się już do niczego nadawać. Cóż…

- Przepraszam za koszulę…- Mruknęłam mu do ucha chichocząc. Na jego twarzy pojawił się nieprzyzwoity uśmiech, a ja aż przygryzłam wargę powstrzymując rozchodzącą się przyjemność.

- Jesteś moja… a tej koszuli i tak nie lubiłem.- Odparł, a ja otworzyłam szeroko oczy. Jesteś mojaTe słowa odbijały się w mojej głowie, jednak nie miałam zamiaru akurat w tej chwili roztrząsać ich znaczenia. Gładziłam dłońmi jego plecy przyciągając go do siebie. Nie chciałam już czekać i z czegokolwiek się wycofywać. Jego usta, tak ciepłe i soczyste niemal przesuwały się po moim ciele. Każdy kawałek mógł odczuć uczucie, gdy delikatnie składał na nich pocałunki. Najpierw szyja, dekolt, ramiona, rowek między piersiami, brzucho… Palce u stóp zwijały mi się z przyjemności, a ciało chciało znacznie więcej. Znacznie więcej … Moje dłonie powędrowały w dół i próbowały z taką samą sprawnością jak jego ręce, rozbroić suwak od spodni. Już po chwili leżeliśmy w swoich objęciach w samej bieliźnie, całując się namiętnie i pieszcząc dotykiem. Jego dłonie tak delikatne, dotykały mnie tam gdzie jeszcze nie miały okazji a ja zadrżałam przymykając oczy z rozkoszy. Spojrzał na mnie błękitnym wzrokiem i na chwilę jego mina stała się poważna i stanowcza.- Jesteś pewna? Nie chcę cię do niczego zmuszać…- Odparł, a ja zatopiłam się w jego szczerym spojrzeniu. Ujęłam dłonią jego gładki policzek i zmrużyłam przyjaźnie oczy.

- Czy tak twoim zdaniem wygląda kobieta, która jest do czegoś zmuszana?- Spytałam uśmiechając się zalotnie i jednym sprawnym ruchem odpięłam zamek od stanika. Zakryłam gołe piersi i moje policzki zalał niespodziewany rumieniec. Jego oczy zaiskrzyły się połykając mnie żywcem. Teraz to on trzymał moją twarz w ramionach, a usta układały się w dwa znaczące słowa.

- Kocham Cię.- Wyszeptał i zanim zdążyłam cokolwiek odpowiedzieć przyłożył swoje miękkie usta do moich. Poczułam rozlewające się ciepło w mojej duszy. To nie pierwszy raz gdy słyszałam z jego ust te stwierdzenie, jednak dopiero dzisiaj sprawiły, że moje serce zaczęło szaleć. Wiedziałam, że za długo byłam sama, wiedziałam że nie potrafię być sama. Wiedziałam również co czuje do Michaela i chyba to mnie najbardziej przerażało. Mimo tego co działo się teraz w tym momencie, nadal nie potrafiłam go wymazać z mojego serca. Nie teraznie terazUciszyłam w sobie chęć nagłych rozmyślań. Może zabrzmię samolubnie ale wcale nie chciałam przerywać tej chwili z Nobu. Czułam się jak w niebie i pragnęłam by ta mała chwila zapomnienia trwała przez wieczność. Wbiłam lekko paznokcie w jego skórę, a on zamruczał uwodzicielsko. Przyjęłam do wiadomości, że lubi takie rzeczy więc przyciągnęłam go bliżej siebie. Całowałam go łapczywie i samolubnie, nie chcąc by przestawał. Jego dłonie namiętnie jeździły po moim rozgrzanym ciele szukając dostępu do jego najskrytszych miejsc. I znalazł… wiłam się z przyjemności, a jego słodkie usta pieściły moją szyję. Nie wahałam się i nie bałam… Chciałam z nim to zrobić… Zaplotłam nogi na jego tali a on dotknął dłonią mojego policzka, po czym zaczął mnie całować i konsumować kawałek po kawałku. Jego biodra zaczęły poruszać się miarowo, a ja jakby w odpowiedzi robiłam to samo. Chłonęłam go całego nie zważając na to co przyniesie jutro. Nie zważając na to czy będą mnie nękać wyrzuty sumienia i czy będę potrafiła wybrać jednoznacznie tego jedynego… Nie liczyło się nic tylko ja i Nobu unoszący się w chmurzę namiętności i pożądania i …

. miłości.

Leżałam w objęciach Nobu wtulając się w jego ciepłą klatkę piersiową. Czułam jego miarowy oddech i delikatne bicie serca. Nasze dłonie razem splecione palcami dawały poczucie spokoju i bezpieczeństwa. Uniosłam głowę do góry by spojrzeć na jego przystojną twarz. Blond włosy nieziemsko i całkiem uroczo sterczały w różne strony, tak jakby przed chwilą sam je tak ułożył specjalnie. Oczy lekko uchylone twardo przyglądały się mojej osobie, a usta ułożone w błogi uśmiech satysfakcji i spełnienia, spływał na mnie jak objawienie. Studiowałam jego rysy z zacięciem, a on pogłaskał moje włosy z czułością.

- Jesteś tak piękna…- Wydał z siebie przyciszony lecz pełen pewności i uczucia głos. Uśmiechnęłam się anielsko. Nigdy nie lubiłam słuchać komplementów na swój temat jednak w tej chwili postanowiłam całkowicie nie zważać na takie głupotki.

- Ten wieczór…- Zaczęłam jednak naprawdę nie wiedziałam co mam powiedzieć. Głupio było powiedzieć oczywistą oczywistość, jednak nic innego nie przychodziło mi do głowy.- Był wspaniały.

- Starałem się. Naprawdę nie wiesz jak dobrze jest czuć twoją obecność. Marzyłem o tym od tak dawna… teraz zastanawiam się, czy to aby nie sen…- Mruknął, a ja zrobiłam pełną oburzenia minę. Podniosłam się odrobine by zatopić usta w jego wargach i przekonać go, że jednak nie śni. Odlepiłam się po paru sekundach, a on oblizał wargi i westchnął całkiem rozanielony.

- Nadal uważasz, że to sen?

- Nie stanowczo nie. Jesteś naprawdę tutaj ze mną i naprawdę mam cię w swoich ramionach. Teraz mam tylko cichą nadzieje, że pozostanie tak na zawsze…- Odparł, a ja nagle posmutniałam. Na zawsze… czy właśnie robiąc to z nim wybrałam po między nim a Michaelem? Czy potrafię powiedzieć z całym przekonaniem w głosie i sercu, że Nobu jest tym z którym chcę spędzić resztę swojego życia? Oparłam policzek o jego klatkę piersiową i na moment zamknęłam oczy rozmyślając.

- Nigdy nie spodziewałabym się, że to wszystko się tak potoczy.

- Szczerze ja też. Gdy byłem młodszy myślałem, że zawsze będziemy mieszkać w naszym miasteczku. Że nigdy nie przestaniemy trzymać się razem, a nasza przyjaźń będzie umacniana dzięki zespołowi.

- Może nie wszystko się zgadza, jednak jest tak jak mówisz. Nadal ty, Yasu, Shin i ja jesteśmy paczką przyjaciół, a nasza przyjaźń jest tym mocniejsza im dłużej ze sobą gramy.- Pogłaskałam jego rozluźniony bark, a on pocałował czubek mojej głowy.

- Masz rację.- Przyznał, a ja zachichotałam pod nosem.

- Od kiedy jesteś taki potulny?- Mruknęłam zaczepnie.

- Od kiedy w moich ramionach leży kobieta moich marzeń. Przy tobie czuję, że potrafię zrobić wszystko. Po co mam grać twardziela i niegrzecznego chłopca…- Zniżył się do mnie, tak że jego twarz zrównała się z moją. Jego czoło oparło się o moje, a błękitne oczy wpatrywały się nie dając mi szans na ucieczkę. Wcale jednak nie chciałam uciekać…- Ty znasz mnie takiego jakim jestem.

- Naprawdę chcesz być z taką kobietą jak ja? Mimo tego, że nawet teraz leżąc tu z tobą moje serce jest podzielone?- Posmutniałam nie chcąc go okłamywać. Wiedziałam jak stoi sprawa. Idąc z Nobu do łóżka wcale nie zadecydowałam, że to z nim chce być. To była chwila uniesienia, coś pięknego jednak… gdyby to był Michael nie wydaję mi się, że bym się powstrzymała. Jestem wręcz pewna, że skończyłoby się to tak samo. Poczułam ciepłą dłoń Nobu na piersi w miejscu serca. Spojrzałam się na niego zdziwionym wzrokiem i nie wiedziałam co mam powiedzieć. Błękit jego oczu spoczął na mnie, a mi aż zabrakło tchu.

- Wystarczy mi, że choć kawałek twojego pięknego serca mnie kocha.- Wyszeptał, a moje oczy zaszkliły się od łez. Naprawdę mu wystarczy? Pragnęłam usłyszeć takie słowa nie raz… nie dwa… a on mi je dał. Zapewnił mnie, że mnie kocha. Czy powinnam chcieć czegoś więcej?

 

Co tam u Was? Jak się miewacie??? Mam dużo roboty ostatnio, jednak wieczorkiem usiadłam i napisałam tą część. Może nie ma tu dużo akcji… no cóż tak wyszło. Słowa same się pisały, a pomysł wypłynął z głowy więc nic nie mogłam zrobić. Mam nadzieję, że mimo wszystko przeczytaliście to z miłą chęcią :D Zapraszam serdecznie na nowe notki :DDD POZDRAWIAM!!!!

 

 

 

sd

sobota, 31 grudnia 2011

Po tygodniu znowu wstawiam kolejną notkę i mam nadzieję, że się Wam spodoba. Trochę nad nią siedziałam lecz myślę, że nie żałuję ani jednego słowa w niej napisanego. Co tu dużo pisać, zapraszam do czytania i komentowania! :D

 

 

***************

 

Po chwili otępienia moje ciało nareszcie zaczęło mnie słuchać. Podbiegłam szybko do Michaela, który nadal leżał na podłodze opierając się o kanapę. Wyciągnęłam z kieszeni chusteczkę i przyłożyłam do jego krwawiącego nosa, po czym spojrzałam ze złością w stronę Japhrimiela, który miotał się w uścisku Yasu.

- Co Ty robisz?!- Wrzasnęłam, a on przestał się szarpać i pokazał Yasu, że już jest spokojny po czym wskazał oskarżycielsko palcem na Michaela.

- Ten gnojek Cię zranił.- Odparł krótko, a ja poczułam nadciągającą migrenę.

- O czym ty mówisz?

- Yasu mi opowiedział o tej aferze z niejaką Brooke.- Teraz mój wzrok spoczął na Yasu, a ten zrobił przepraszającą minę i od razu przeszedł do wystosowania odpowiedniej mowy obronnej.

- Nie zdążyłem dojść do najważniejszego Japh… Brooke wrobiła Michaela i oszukała nas wszystkich. On jest niewinny…

- Ale…- Zaczął i spojrzał w moją stronę. Kiwnęłam twierdząco, a jego twarz wyrażała zdziwienie pomieszane z błogim stanem niewiedzy.

- Zanim doszedłem do końca wszedł Mike i się na niego rzuciłeś. Na przyszłość kiedy krzyczę „ Japh przestań, nie skończyłem!” to to znaczy dokładnie to co powiedziałem, czyli żebyś PRZESTAŁ!- Rzucił Yasu zapalając papierosa by uspokoić siebie. Westchnęłam, po czym pomogłam wstać Michaelowi.

- Kochany braciszku następnym razem daj sobie wszystko do końca wyjaśnić, bo jeszcze kogoś kiedyś niechcąco zabijesz.

- Jak usłyszałem o tym wszystkim, to włączyła mi się automatycznie funkcja „starszy brat”. Co ja poradzę, że od razu pięść mi się zacisnęła… no i jakoś tak wyszło…- Spojrzał żałośnie na Mike’a który powoli dochodził do siebie. Pokręciłam z dezaprobatą głową.

- Jakoś tak wyszło!- Prychnęłam i podałam Michaelowi drugą chusteczkę. Ten uśmiechnął się przyjaźnie i westchnął rozmasowując zbolały kark.

- Dobrze go rozumiem. Bardzo cię kocha więc postanowił bronić cię przed wszelakim złem. Trochę gorzej że tym złem akurat w jego mniemaniu okazałem się ja, no ale cóż. Przynajmniej Nobu się upiekło.

- Michael…- Japh zaczął niepewnie lecz gdy tylko dostrzegł przyjazny uśmiech na jego karmelowej twarzy odetchnął z ulgą i podał mu rękę w ramach przeprosin.- Przepraszam za to, że Cię uderzyłem. Następnym razem najpierw pomyślę, a potem coś zrobię…

- I tego się trzymaj braciszku!- Poklepałam go po ramieniu, chichotając z ulgą pod nosem. Przestraszyłam się nie na żarty widząc go w tak rozjuszonym stanie i naprawdę po głowie chodziły mi różne makabryczne sceny. Jednak w głębi duszy ucieszyłam się z tego, że mimo wszystko martwi się o mnie.

Obróciłam się zawadiacko na pięcie i płynnym ruchem zgarnęłam leżącą na blacie w kuchni kopertę. Obejrzałam jej tył i ujrzałam ręcznie napisane imię i nazwisko.- Elizabeth Taylor…- Przeczytałam na glos i zmarszczyłam ze zdziwienia brwi. Kawał czasu się z nią nie widziałam przez to wszystko co się stało. W duchu sobie powtarzałam, że kiedyś zbiorę w sobie na tyle dużo odwagi by zadzwonić do niej jednak nigdy mi się o nie udało. Chodziły po mojej głowie różne myśli, a ich ostateczna wersja brzmiała, że Liz się na mnie obraziła. Wcale bym się tym nie zdziwiła…

- Liz?- Spytał Mike nieznacznie się do mnie zbliżając. Potwierdziłam kiwnięciem głowy i otworzyłam kopertę.

- Przyszło to dzisiaj, lecz myślałem że to jakiś żart… Nie wiedziałem, że moja siostra zna Elizabeth Taylor.- Odparł Japh spoglądając mi przez ramię na różową papeterię i piękne pismo na niej.

- Jeszcze dużo o mnie nie wiesz…- Mruknęłam i zatopiłam swój wzrok w tym co napisała do mnie Liz.- Droga Ashley…- Zaczęłam czytać na głos.- Pewnie spodziewasz się, że jestem na Ciebie zła lub coś w tym stylu kochaneczka, nic bardziej mylnego! Wiem ile ostatnio przeszłaś i powiem szczerzę, że ja to bym tych dziennikarzy wszystkich co do jednego powybijała… Nie mówiąc już co bym zrobiła z Brook… ale może nie psujmy tego listu tak makabrycznymi obrazami.

- Specyficzna kobieta z tej Elizabeth…- Przerwał mi na chwilę Yasu zapalając kolejnego papierosa jednocześnie uśmiechając się pod nosem. Zachichotałam głupio i pokręciłam głową. Cała Liz ona nigdy nie owija w bawełnę. Chce kogoś zabić? Wcale nie będzie się zbytnio z tym kryła.

- Długo myślałam nad tym by w jakiś zgrabny sposób przyciągnąć Cię do mnie i w końcu stwierdziłam, że list będzie wystarczający.

- I do tego jaka pomysłowa! List! No nigdy bym nie wpadł na to!- Skomentował Japhrimiel najwidoczniej bawiąc się w najlepsze razem z chichoczącym Yasu. Mike spojrzał na nich z ukosa przyjaznym wzrokiem i też wcale się zbytnio nie powstrzymywał przed śmiechem.

- Koniecznie i bez żadnych wymówek, zjawiasz się u mnie jutro na długą rozmowę. Achhh… Oczywiście weź ze sobą Michaela skoro już tak stoi i patrzy się na ciebie tymi swoimi maślanymi oczkami. Jeszcze pomyśli, że go zaniedbuje. Michael nie rób takiej zdziwionej miny! - Gdy przeczytałam te słowa poważnie zaczęłam rozważać to, że jesteśmy w ukrytej kamerze. Rozejrzałam się ostrożnie po pomieszczeniu i dostrzegłam pytający wzrok Mike’a. Wzruszyłam ramionami dając mu do zrozumienia, że również nie mam pojęcia o co w tym wszystkim biega.

- Ty Yasu ona naprawdę jest niezła!- Japh klepnął Yasu w plecy, a ten aż się zakrztusił.

- Jest jasnowidzem, czy co?- Wydukał uderzając się lekko pięścią w klatkę piersiową.

- Kończę i nie przyjmuje żadnych sprzeciwów. Ps. Nie byłabym Elizabeth Taylor gdym nie potrafiła takich rzeczy! Całuski kochana!- Skończyłam czytać i schowałam w pełnym osłupieniu różową kartkę do koperty. Ona nigdy nie przestanie mnie zadziwiać.

- Widzę, że kwestię jutra mamy już omówioną.- Stwierdził Mike śmiejąc się do mnie zalotnie, a ja pokiwałam twierdząco głową. Wcale, a wcale taki rozwój wypadków mi nie przeszkadzał, a wręcz powiem że spadł mi kamień z serca. Myśl o tym, że Liz jest na mnie zła przyprawiała mnie o ciarki.- Wpadnę po ciebie około południa i razem pojedziemy do niej. Jestem bardzo ciekawy co tym razem wymyśliła!- Podszedł i objął mnie w tali swoją smukłą i przyjazną ręką. Zadrżałam przez chwilę przypominając sobie jego dotyk i czując słodki zapach w nozdrzach, tak charakterystyczny dla jego osoby. Jak naiwna owieczka, bez żadnych oporów poszłam za nim do holu pod pretekstem zwykłego odprowadzenia do drzwi. Oparłam się o ścianę obok nich i zmierzyłam go wzrokiem od góry do dołu. Jak zawsze coraz dłuższe, czarne loki opadały mu zabawnie na twarz, a idealna marynarka okalała jego zgrabne ciało. Na koniuszkach palców miał przylepione białe plastry, które od czasu płyty Bad tak notorycznie zaczął nosić. Sam kreował swój styl i wyznaczał nowe nurty w modzie. Nieraz idąc ulicą widziałam grupki młodzieży w czarnych Fedorach lub w rękawiczkach bez palców.

- Dziękuje, że przyszedłeś i jeszcze raz cię przepraszam za Japha. On już taki jest…

- Nie przepraszaj, naprawdę nie ma za co. Nos jest cały więc uznajmy, że sprawy nie było.- Zabawnie dotknął nosa i zmarszczył brwi, tak jakby go zabolało. Poklepałam go po ramieniu i zachichotałam radośnie.

- Myślę, że jakoś to przeżyjesz.- Odparłam i nawet nie zdążyłam zauważyć jak zbliżył się do mnie tak blisko, że nasze oddechy mieszały się, a spojrzenia wpadały na siebie bezwładnie.- Mike…- Zaczęłam, a on przyłożył palec wskazujący do moich ust i uśmiechnął się uroczo. Nic nie mówiąc przybliżył swoja twarz do mojej i… po prostu mnie pocałował. Tak zwykle, a zarazem nieziemsko, tak pospolicie, a jednak gwiazda. Jego dłoń delikatnie trzymała mnie za podbródek, gdy skończył, a ja oblizałam niepewnie wargi i westchnęłam z ulgą. Dlaczego z ulgą? Dlaczego akurat to uczucie?!

- Pamiętaj bądź jutro gotowa.- Szepnął i najzwyczajniej w świecie wyszedł pozostawiając mnie w zupełnym osłupieniu. Stałam tak przez jakiś czas, a kolana ugięły mi się jak wata.

- No takiego Jacksona jeszcze nie znałam…- Szepnęłam pod nosem z dziwnym uśmieszkiem na twarzy. Czy nie powinnam być choć troszkę oburzona?

Otworzyłam lodówkę i ujrzałam jedną, wielką pustkę. Białe światło makabrycznie podkreślało ten tragiczny obraz.

- Finix!!!- Wrzasnęłam na cały głos. Jej przyjazna głowa wysunęła się zza futryny i spojrzała na mnie zbolałym wzrokiem.- Fi…

- Co!?- Uderzyła mnie tym pytaniem, a ja bezradnie wskazałam na naszą WSPÓLNĄ lodówkę. Nie na darmo podkreślam słowo wspólną.

- Znów nie zrobiłaś zakupów. Nie wiem jak ty ale ja nie zamierzam przez następne trzy dni żywić się powietrzem!- Wystosowałam to oskarżenie, a ona wzruszyła lekceważąco ramionami i zaczęła się zbierać do wyjścia. Zmierzyłam ją wkurzonym wzrokiem i zatrzymałam łapiąc za skórzaną kurtkę.

- Kochanie ty dzisiaj nie będziesz potrzebowała żadnych zakupów.

- Jaśniej!- Ponagliłam ją niecierpliwie stukając nogą o podłogę. Finix przewróciła oczami i spojrzała zniecierpliwiona na zegarek.

- Jaśniej to jak przyjdzie ten kto ma przyjść i Ci to już tak naprawdę jaśniutko przedstawi.- Odparła a ja aż zapiałam ze złości.

- I to twoim zdaniem było jaśniej?- Mruknęłam pocierając czoło z irytacji. Ta mało zwracając na to uwagę uśmiechnęła się do mnie przyjaźnie i miała już coś powiedzieć lecz przerwało jej otwieranie drzwi wejściowych. Domyślałam się, że to któryś z BLAST się tak szamocze ponieważ oni już dawno zapomnieli co to jest dzwonek do drzwi. Dla nich moje mieszkanie było domem otwartym… wcale, a wcale się nie krępowali i dosłownie wpadali o każdej porze dnia i nocy.

- No nareszcie!- Usłyszałam dzikie westchnięcie Finix.- To ja Was już zostawiam…- Mruknęła myśląc pewnie, że jej nie słyszę i wyszła. Wychyliłam głowę z kuchni by zobaczyć który z wielkiej trójcy uraczył mnie swoją obecnością. Moje oczy dostrzegły Nobu ubranego w biała poszarpaną koszulę, czarna marynarkę z podgiętymi rękawami i dżinsami z dziarami. Na biodrach zwisał mu pasek dwa razy okręcony dookoła. Oczywiście poza tym jak zawsze towarzyszyła mu punkowa biżuteria i blond włosy postawione na żel. Wyglądał wspaniale, a moje oczy pożerały go kawałek po kawałku. Uśmiechnął się do mnie zalotnie i wepchnął do salonu jakiś wózek. Zmarszczyłam brwi i nie zastanawiając się długo szybko poszłam zobaczyć o co w tym wszystkim chodzi.

- Maleńka dziś znów moja kolei.- Odparł słodko i szybkim ruchem zdjął białą chustę zakrywającą to coś co stało na wózku. Wytężyłam wzrok i moim oczom ukazała się pełna kolacja dla dwojga. Wykwintne danie które pachniało niesamowicie, sałatka, czerwone wino, świece, czerwona róża…

- Kurczę…- Mruknęłam i podrapałam się po głowie. Powoli domyślałam się intencji mojego drogiego przyjaciela…

- Lepiej bym tego nie ujął. Masz maleńka piętnaście minut. Ja tu wszystko przygotuje, a ty idź się przebierz w coś bardziej uroczystego.- Spojrzałam na swój ulubiony sweter i pociągnęłam czarne leginsy.- Wyglądasz prześlicznie jednak doceń to, że wbiłem się w marynarkę i białą koszule.

- A powiesz mi o co chodzi?

- Dzisiejszy wieczór spędzisz w moim, nie będę ukrywał, wspaniałym towarzystwie. Zapraszam cię na romantyczną kolacje przy świecach i na niezapomniane wrażenia.- Puścił do mnie oczko, a ja wysunęłam głowę do przodu i zachichotałam pod nosem.

- Nobu i romantyczna kolacja. Ciekawe zestawienie…

- Nie marudź tylko idź się przebrać! Czekam!- Wepchnął mnie do mojej sypialni i zanim zaczęłam protestować zamknął mi drzwi przed oczami. Fuknęłam ze złością i odwróciłam się do szafy.

- Bardziej uroczystego?- Mruknęłam otwierając szafę.- Będzie trudno…

Zanim wyszłam ostatni raz spojrzałam w lustro dokładnie się sobie przyglądając. Mała czarna szczelnie przylegająca do mojego ciała, dyskretnie marszczona na bokach z szerokimi ramiączkami, a na nogach wysokie, czerwone szpilki dla przełamania czerni. Westchnęłam ciężko i w końcu zebrałam w sobie na tyle chęci i odwagi by wyjść. Otworzyłam drzwi i ujrzałam Nobu, który stał przy oknie i patrzył się na padający deszcz. Jego twarz była poważna, a błękitne oczy tak słodko rozmarzone.

- Przepraszam, że tak długo mi to zajęło…- Odparłam zmieszanym głosem, a on szybko odwrócił się w moją stronę. Po chwili lustrował mnie wzrokiem od góry do dołu, sprawdzając każdy centymetr mojego ciała. Na jego twarzy pojawił się szczery uśmiech. Podszedł do mnie i wyciągnął dłoń, nie zastanawiając się długo postanowiłam ponieść się chwili. Chciałam poczuć się wyjątkowo i chyba tak było… Blask świec zapewniał nastrój i dyskrecję, a jego ciepła dłoń poprowadziła mnie do stołu.

- Wyglądasz wspaniale.- Nareszcie się odezwał nie odrywając ode mnie swoich błękitnych oczu. Podziękowałam szerokim i najbardziej dostojnym uśmiechem jaki potrafiłam z siebie wykrzesać. Nobu otworzył wino tak jakby robił to codziennie i nalał mi go do kieliszka. Patrzyłam na jego dłonie i ruchy, które były całkowicie przemyślane. Bardzo starał się i to było widać na pierwszy rzut oka.

- Nobu…- Zaczęłam jednak głos nieznośnie uwiązł mi w gardle.

- Chcę by dzisiejszy wieczór był idealny. Długo myślałem jak mogę ci pokazać, że nie jestem tylko wiecznie dziecinnym chłopakiem, brzdąkającym na gitarze. Chcę byś zobaczyła, że jestem ciebie wart, że potrafię stanąć w twojej obranie, ale też że potrafię być romantyczny i czuły.

- Nigdy nie postrzegałam cię jako jak ty to ująłeś „wiecznie dziecinnego chłopaka, brzdąkającego na gitarze”. Wiele razu już mi pokazałeś, że zawsze mogę na ciebie liczyć.- Słysząc to jego oczy rozszerzyły się w zdziwieniu jednak po minucie znów na jego twarzy pojawił się błogi uśmiech.

- Jak widzisz staram się.- Wyszczerzył swoje białe ząbki, a ja zachichotałam pod nosem delikatnie zakrywając usta dłonią.

- No właśnie widzę…- Wskazałam podbródkiem na pięknie nakryty stół, a on machnął ręką w powietrzu i pokręcił przecząco głową.

- Kochanie to jeszcze nic. Muszę się przyznać, że kolację zamówiłem iż jak wiesz czasami gotowanie mi nie wychodzi…

- Nobu ono ci nigdy nie wychodzi.- Wtrąciłam się robiąc bardzo poważną minę. Nadymał śmiesznie policzki, po czym westchnął z ulgą i przygryzł dolną wargę.

- Fakt. Potrafię nawet wodę przypalić…

- Liczą się intencję. Wszystko wygląda na bardzo smaczne i wcale mi nie przeszkadza to, że to nie ty gotowałeś.- Uśmiechnęłam się nachylając nad daniem i wdychając jego nieziemski zapach. Naprawdę wyglądało smakowicie…

- Ashley…- Zaczął podnosząc kieliszek z winem do góry. Spojrzałam mu się głęboko w oczy, które skrzyły się nieznaną mi jak dotąd magią. Jego miękkie rysy, wspaniale wystające kości policzkowe i zmysłowe usta… Wpatrywałam się w jego idealną twarz dobre parę sekund zanim załapałam, że również powinnam podnieść swój kieliszek. Zrobiłam to pośpiesznie, a on zachichotał widząc moją zabłąkaną minę. Nie często miałam okazję brać udział w jakichkolwiek wykwintnych kolacjach, tym bardziej takich przy świecach. Zgromiłam go groźnym wzrokiem.

- No co?!- Spytałam niewinnie prostując się jak struna i teatralnie przeciągając swoje ruchy. Nasze kieliszki zetknęły się ze sobą cicho pobrzękując. Jego oczy świdrowały moje i nie potrafiłam już uciec od pułapki jaką na mnie zastawił. Błękit jego oczu zalewał mnie przyjaźnie, dając ukojenie i tak odległy w moim życiu spokój.

- Żebyś zawsze pozostała sobą…- Mruknął zalotnie, a ja wpatrywałam się w niego jak w obrazek. Chwila stała się magią, nasze uczucie nicią łączącą serca.

- Żebyśmy MY zawsze pozostali sobą…- Poprawiłam go delikatnie, a kąciki jego ust poszybowały powabnie do góry.

- Dziękuje…- Odparł, a ja nie wiedziałam za co on mi dziękuje. Wpatrywałam się na tego niezwykłego chłopaka ze wzrokiem pełnym zdziwienia, szukając w myślach choć jednej rzeczy za którą mógłby mi podziękować. Za co? Nobu powiedz mi za co mi dziękujesz? Za to że moje niezdecydowanie i niemoc rozrywa twoje dobre serce na drobne kawałeczki? Czy może za te wszystkie cyrki i wykorzystywanie cię, kiedy jest mi to na rękę? Moje usta lekko się rozchyliły, a zdziwienie nie schodziło z mojej twarzy. Serce krwawiło mi na samą myśl ile przeze mnie przecierpiał…. A on mi dziękuje.

Tak po prostu. Dziękuje.



sobota, 24 grudnia 2011

************

Przeciągnęłam się, rozciągając swoje kości i starając doprowadzić się do stanu używalności. Dopiero co zwlekłam się z łóżka zbudzona jak zawsze przeraźliwie głośnym dzwonkiem do drzwi. Poczłapałam by otworzyć i ujrzałam Michaela stojącego na klatce schodowej. Uśmiechnął się niewinnie, a jego czekoladowo- czekoladowe oczy bacznie mnie obserwowały. Nagle zatrzymały się na moich kapciach w kształcie króliczków. Spojrzał się na mnie pytająco, a ja wzruszyłam bezradnie ramionami.

- Nie mogłam się powstrzymać by je kupić.- Prychnęłam i odsunęłam się by mógł wejść do środka. Poprowadziłam nas do kuchni i poległam na stoliku usilnie podpierając głowę i co jakiś czas ziewając.

- Jak coś to jak uważam, że to bardzo ale to bardzo ładne kapcie.- Wypalił w końcu wywołując u mnie dziki rechot.

- I tak trzymaj. Innej odpowiedzi nie uznaje. Jeśli chcesz kawy to za tobą stoi ekspres.- Wskazałam palcem uśmiechając się chytrze. Leniwe ze mnie stworzenie. Mike odwzajemnił uśmiech i nalał do dwóch kubków brunatnego napoju, który zawsze umiał postawić mnie na nogi.

- Widzę, że Ashley Fox powinno się budzić dopiero grubo po dwunastej.- Zaśmiał się podając mi kubek. Nasze dłonie przez przypadek się musnęły, a ja aż zadrżałam. Przyłożyłam szybkim ruchem kubek do ust i powoli sączyłam ciepłą kawę.

- Wczoraj trochę za długo świętowaliśmy z chłopakami…- Mruknęłam mrużąc oczy z przyjemności ciepła jakie rozchodziło się po moim ciele.

- Świętowaliście…- Powtórzył i na chwile spuścił głowę. Nagle znów na mnie spojrzał rozpromienionym wzrokiem, a kąciki jego smukłych ust poszybowały do góry. Pociesznie…- Gratulacje nominacji.

- Wiedziałeś? Ty mały oszuście.- Pogroziłam mu zabawnie palcem przed nosem, a on puścił w moją stronę zalotnie oczko. Zachichotałam i postukałam jak zawsze paznokciami w blat wystukując jakiś rytm.

- Cieszę się z twojego sukcesu. Naprawdę na to zasłużyłaś.

- My wszyscy zasłużyliśmy. Nawet nie wiesz jak ciężko pracowali chłopacy nad naszą płytą. Codzienne próby, nagrania i potem wspaniałe koncerty. Cały BLAST postarał się o to by o nas usłyszeli.- Odparłam spoglądając na niego wzrokiem, który był szczery i taki… spokojny. Naprawdę teraz czułam spokój i szczęście, które wypełniało koniuszki moich palców sprawiając przyjemne mrowienie.

- Masz rację… To Wasza ciężka praca. Będziemy mogli już nie długo wszyscy razem spotkać się na gali.

- No właśnie. Ty też dostałeś mnóstwo nominacji. Gwiazda Króla Popu nadal świeci.

- Mam wrażenie, że już nie tak jasno jak kiedyś. Bad to jednak nie Thriller.- Mruknął trochę smutniejąc. Dobrze go znałam i wiedziałam o co mu chodzi. Michael był perfekcjonistą w każdym calu. Wszystko starał się wykonać jak najlepiej by być jeszcze lepszym niż wcześniej. Marzył o tym by płyta Bad przebiła ogromny sukces Thriller’ a, jednak wiedział że postawił sobie bardzo dużą poprzeczkę.

- Ja tam wole Bad… Jest bardziej w moim stylu.- Szturchnęłam go zalotnie wyciągając rękę przez cały blat.- A do tego w tym teledysku wyglądasz…- Zagwizdałam zabawnie i uniosłam lekko brwi do góry.- … no obłędnie.

- Hah… Lubisz niegrzecznych chłopców?- Mruknął nachylając się do przodu, a ja prychnęłam lekko się podśmiewując.

- Skóra i ćwieki zawsze mnie kręciły…- Szepnęłam i w tym właśnie momencie do kuchni wszedł Japhrimiel w samym dole od piżamy. Potarł zaspane oczy i o dziwo wcale nie zauważył Michaela siedzącego na stołku i badawczo mu się przyglądającego. Podrapał się po głowie i już bez żadnej zapowiedzi przylepił się do mnie od tyłu i przyłożył swój policzek do mojego, nadal przymykając oczy z zaspania.

- Ash…- Mruknął i pocałował mnie w policzek, a ja nerwowo postukałam palcami po blacie. Spojrzałam ukradkiem na minę Mike’ a która krótko mówiąc była… Hmmm… Złość, zazdrość i zdziwienie mieszały się na jego twarzy.- Słońce… wybacz mi to co wtedy gadałem. Mówię czasem to co mi ślina na język przyniesie nie licząc się z Twoim delikatnym serduszkiem.- Gdy to usłyszałam zakrztusiłam się kawą. Oj braciszku chyba jeszcze do końca nie wytrzeźwiałeś… Michael spojrzał na mnie pytająco, a ja westchnęłam zagryzając dolną wargę.

- Japhrimiel…- Zaczęłam jednak ten jeszcze bardziej się przytulił, jednocześnie znów przylepiając swój policzek do mojego.

- Wiem, wiem kochanie… Nie byłem miły, ale Ci to wynagrodzę. Może mały wypad do restauracji?

- Ehem…- Dał o sobie znać Michael najwyraźniej mocno zmieszany całą tą sytuacją. Trzeba przyznać była dość dwuznaczna. Jakiś facet, dodajmy pół nagi, całował mnie w policzek, przytulał się, mówił kochanie i wspominał o jakieś randce.

- O.- Odparł odkrywczo Japh na moment odklejając się od mojej osoby.- Hejka!- Uniósł przyjaźnie do góry rękę i pomachał radośnie do siedzącego naprzeciwko Mike’a. Ten uśmiechnął się mało szczerze i niepewnie odmachał. Boże co za durna sytuacja!!!!!- Hej… ja Cię chyba skądś znam…- Nagle Japh odparł odkrywczo badawczo gładząc swoją nie ogoloną brodę. Klepnęłam się lekko w czoło w akcie kompletnego załamania i ubolewania nad głupotą mojego brata. Dobra sama też kiedyś nie wiedziałam kim jest Michael Jackson… wspaniałomyślnie odpuszczę mu i przy najbliższej możliwości nie wytknę mu tego.

- Dobra koniec tego cyrku.- Zawyłam wstając z przejęcia i stając pomiędzy nimi obok blatu.- Japhrimiel to jest Michael Jackson. Mówi Ci to coś?- Podsunęłam mu podpowiedź, a on zrobił minę w stylu „nagłe oświecenie”.

- Aaaaa…- Zawył jednak jego entuzjazm znów opadł, a na twarzy pojawił się tak częsty wyraz niezrozumienia.- Ej, dlaczego Król Popu siedzi w twojej kuchni i popija kawkę?- Spytał całkiem na poważnie. Jejku czy on nie ogląda telewizji?- Słonko?- Dodał, a ja zawarczałam jak pies, którego się drażni łapiąc za ogon.

- Kiedyś to ci w szczegółach opowiem, a na razie powiedzmy że jest bardzo dobrym przyjacielem.- Teraz przerzuciłam wzrok na Michaela, który cierpliwie czekał na swoją kolej w wyjaśnieniach.- Mike, to jest Japhrimiel mój starszy brat.

- Brat?- Powtórzył tępo, jednak na jego twarzy szybko pojawił się obraz zrozumienia. Co oni dzisiaj tak wolno kapują? A to podobno mężczyźni są mądrzejsi! Taaaa jasne.- Aaaa brat!

- Jak z dziećmi.- Mruknęłam i napiłam się ciepłej kawy. Japhrimiel spojrzał się na niego badawczo i zabawnie przekręcił głowę na bok, tak że jego brązowe dredy bezwładnie zwisały w dół.

- Michael, a ty przepraszam myślałeś, że kim ja niby jestem?- Spytał marszcząc brwi, a ja już drugi raz dzisiejszego dnia zakrztusiłam się kawą. Jakim cudem on się dostał na studia!!!??? Kapuje wolniej niż Nobu jak się napije.

- Wiesz, jak Ci to powiedzieć…- Mike podrapał się w głowę i wzruszył powabnie ramionami. Kąciki jego smukłych ust podniosły się do góry w niepewnym uśmiechu, a ja westchnęłam bezsilnie.- Zdajesz sobie sprawę jak wygląda facet z gołą klatą, klejący się do dziewczyny i mówiący do niej per słonko i kochanie.- Odparł, a ja mimowolnie zachichotałam pod nosem widząc jak mina Japha zmienia się jak w kalejdoskopie. Gdy usłyszał słowa Michaela, obdarzył mnie dziwnym spojrzeniem po czym z wielkim wdziękiem wzdrygnął się wykrzywiając swoją twarz w grymasie obrzydzenia. Odpowiedziałam wzrokiem pełnym oburzenia.

- No wiesz co! Dzięki bardzo…- Warknęłam.

- Nie bierz tego do siebie siostra, ale wiesz jak to jest…

- Nie martw się. Ja też gdy próbuje to sobie zmaterializować w myślach, zalewają mnie dreszcze. Ja i ty parą… - Przyznałam z całkiem poważną miną. Wiecie jak to jest z rodzeństwem :D – Błe. – Dodałam marszcząc nos. Szturchnęłam Japha w bok, a on rzucił się na mnie w akcie zemsty, łaskotając bez jakichkolwiek pohamowań. Śmiałam się jak obłąkana, a Mike patrzył na nas z nieukrywanym uśmiechem. Przypomniało mi się jak kiedyś byłam u niego w rodzinnym domu. Siedzieliśmy w salonie gdy nagle znikąd pojawiła się Janet. Już po paru minutach przekomarzała się z Michaelem tocząc bitwy na kuksańce i łaskotki. Wtedy im bardzo zazdrościłam tych relacji. Miłości i beztroskości jak wypływała z ich pozornie normalnego zachowania. Wiele razy rozmyślałam wtedy gdzie może być Japhrimiel i czy w ogóle o mnie pamięta.- Dobra ja pasuję!- Zaśmiałam się unosząc w geście kapitulacji obie dłonie do góry. Japh łaskawie zaprzestał jakichkolwiek działań i spojrzał się na mnie z nieukrywanym tryumfem w oczach.

- Victoria!- Zawył i przeciągnął się naprężając mięśnie.

- Raz dam Ci tą satysfakcję.- Prychnęłam i ku zdziwieniu Michaela złapałam go za rękaw satynowej koszuli i delikatnie, ale zarazem stanowczo pociągnęłam go za sobą w stronę mojego pokoju. Chciałam z nim porozmawiać. Wcale tego nie ukrywałam :)- Chcę z nim porozmawiać.- Odparłam więc stanowczo zostawiając Japhrimiel zajadającego ostatniego rogalika z dżemem. Ten obdarzył nas jedynie lekceważącym spojrzeniem i machnął w powietrzu ręką.

Weszliśmy do mojego pokoju i z prędkością światła zatrzasnęłam za sobą drzwi by nikt nam nie przeszkadzał. Spojrzałam na Michaela, który przysunął się do mnie zalotnie i szturchnął mnie delikatnie palcem wskazującym w biodro.

- Ashley…- Odparł, a ja mimowolnie się zarumieniłam. Moje ciało drżało, a jego bliskość i nieodparty urok osobisty, działał na mnie jak czerwona płachta na byka.

- Mike…- Odpowiedziałam durnie, dopiero po sekundzie zdając sobie sprawę z tego jak głupio ta rozmowa wygląda z boku.- Przyszedłeś po coś konkretnego…- Wymamrotałam wreszcie otrząsając się z amoku jego czaru. Czułam w nozdrzach jego słodki zapach, dzięki czemu mogłam choć na chwilę się rozluźnić.

- Tak. Janet mnie przysłała.- Odparł przechadzając się lekkim krokiem po sypialni. Zmrużyłam oczy i zmarszczyłam brwi. Janet? O co mogło chodzić tej zwariowanej, w pozytywnym tego słowa znaczeniu, dziewczynie? Nie widziałam się z nią już od bardzo dawna. Boże z Elizabeth też. Jak mogłam aż tak zaniedbać osoby, które od zawsze stoją za mną murem!? Jestem okropna…

- Co u niej słychać?- Spytałam z dozą wyrzutów sumienia. Mike uśmiechnął się podnosząc z ziemi starego pluszaka. Nazwijcie mnie dziecinną.. no cóż byłam dzieckiem, zamkniętym w ciele dorosłej kobiety.

- Nagrywa swoją płytę. Już nie może się doczekać, by jej klip ukazał się w MTV.

- To świetnie!- Rozweseliłam się słysząc tak dobre wieści. Janet naprawdę ma talent i całkowicie popieram ją w tym by zaczęła swoją karierę muzyczną pełną parą.

- Jest coś jeszcze…- Zaczął a mnie aż przeszedł zimny dreszcz. Co jak co ale Michael umiał budować napięcie.- Wychodzi za mąż.

- CO?- Stęknęłam stojąc w całkowitym usposobieniu.- Chyba nie mówimy o tej samej małej Janet!?

- Janet Jackson wychodzi za mąż.- Powtórzył unosząc kąciki swoich smukłych ust do góry. Przekręciłam głowę na bok, a moja grzywka zwisała bezwładnie w dół. Bezlitosna grawitacja działała na nią nieustannie.- Zaprasza Cię na ślub. Oczywiście nie możesz odmówić…

- No jasne, że przyjdę!- Wrzasnęłam przytykając dłonie do ust. Nasza mała Janet… Nawet nie zdążyłam zobaczyć jak dorosła. Gdy spotkałam ją pierwszy raz, była rozwrzeszczaną nastolatką o przemiłym i dość nadpobudliwym usposobieniu. Często wtedy z nią rozmawiałam, o mnóstwie rzeczy i dostrzegałam jej niezwykłą osobowość. To niesamowite jak jest podobna do Michaela. Ich rysy, ruchy, reakcje, śmiech, czy momentami nawet głos. Wszystko to łączy się w jedną całość. Są związani nierozerwalną więzią, której im zawsze zazdrościłam.- Powiedz mi tylko jedno…

- Tak?- Odparł Michael szczerzę się do mnie uśmiechając. Spuściłam na moment wzrok i westchnęłam ciężko.

- Czy ona jest szczęśliwa?- Wypaliłam mając nadzieję, że moje banalne pytanie nie wywoła u niego dzikiego śmiechu z mojej dziecinności. Co mnie obchodziło jak wygląda i kim jest jej ukochany. Mógł być wysoki ale też i niski, mógł mieć czarne, blond ale i rude włosy, nawet jeśli byłby łysy też nie zgłaszałabym żadnych sprzeciwów. Musiał być spełniony tylko jeden warunek… Janet ma być szczęśliwa. Mike przygryzł wargę i przez chwilę zastanawiał się na odpowiednią odpowiedzią. Nareszcie spojrzał się na mnie, a jego usta lekko się rozchyliły, ukazując rząd białych ząbków.

- Nigdy nie była szczęśliwsza. Z jej ust nawet na moment nie znika promienny uśmiech, a gdy jest ze swoim ukochanym… Wyglądają na naprawdę szczęśliwych. Uwierz mi.

- Jestem spokojna. Możesz przekazać Janet, że na pewno pojawię się na jej ślubie. Nie mogę przepuścić takiej okazji. Janet w sukni ślubnej!- uniosłam do góry ręce i zaśmiałam się szczerze, czując ciepło rozchodzące się po moim ciele. Nagle dobiegł z kuchni dźwięk jakby coś się zbiło. Chwilowy huk, ucichł jednak niepokój pozostał.- Co się tam dzieje…- Mruknęłam i szybkim ruchem popędziłam zobaczyć co się stało. Wbiegłam do kuchni gdzie Yasu stał przy blacie z rozłożonymi dłońmi jakby uspokajał zszarganego nerwami Japhrimiela. Japh stał cały roztrzęsiony i oddychał głęboko i miarowo. Dłonie zaciśnięte w pięść drgały niespokojnie, a pusta skorupa kubka leżała na podłodze.- Co się stało!?

- Ash…- Powiedział z lekkim przerażeniem Yasu przenosząc wzrok z Japha na mnie. Za moimi plecami pojawił się Mike. Gdy tylko Japhrimiel go zauważył, warknął niebezpiecznie odwracając się w jego stronę.

- Ty…- Zaczął, a jego pięści ciągle drgały.

- Japh daj mi to wszystko do końca wytłumaczyć…- Zaczął Yasu jednak tamten zdawał się wcale go nie słuchać. Wściekle łypał wzrokiem na zdezorientowanego Michaela, marszcząc przy tym groźnie nos.

- Najpierw Ty a potem Nobu!-Wrzasnął, a ja stałam jak ta idiotka w całkowitym osłupieniu. Wszystko działo się jak w zwolnionym tępię. On biegnący w stronę Mike’a, smukła dłoń Yasu która nie zdążyła go zatrzymać. Pięść Japha musnęła twarz Michaela na tyle mocno by ten padł do tyłu. Mój wzrok wszystko spowalniał, a słowa jakby na złość wydłużały się w nieskończone potoki liter.

- Japh!- Wołałam na próżno. I tak uderzył Michaela i jedynie upór i szybka interwencja Yasu powstrzymała go przed kolejnymi ciosami. Nie mogłam uwierzyć w to co właśnie tutaj się stało. Jak do tego doszło? Co miało znaczyć” Najpierw Ty a potem Nobu”?! Myśli kotłowały się w mojej głowie oznajmując przybycie potwornego bólu w czaszce. Co mogłam zrobić? Mogłam dużo. Co zrobiłam? Absolutnie nic. Stałam bezradna jak małe dziecko, przyglądając się wielkimi oczami na to wszystko. Widziałam szarpiącego się Japha z wściekłością wypisaną na twarzy, widziałam Yasu usilnie trzymającego go za ramiona i widziałam Mike’a opierającego się o kanapę i przytykającego dłoń do nosa. Czerwona krew pociekła po jego złocistej skórze kapiąc na koszulę. A ja stałam. Nic innego nie potrafiłam z siebie wykrzesać… Czy jestem aż tak beznadziejna?

 

Moi drodzy mam nadzieję, że kolejna część przypadła Wam do gustu. Ostatnio mam coraz mniej czasu na pisanie, jednak staram się z tego nie rezygnować. Po prostu nie potrafię odstawić laptopa na półkę! :D Napiszcie w komentarzach co u Was. Jak tam Wasze sprawy, co aktualnie porabiacie, czytacie, oglądacie, słuchacie. Może macie do polecenia coś ciekawego? Podzielcie się ze mną i z innymi swoimi skarbami :D ZAPRASZAM! :D:D:D

NO i oczywiście są Święta, a co za tym idzie chcę Wam złożyć serdeczne życzenia:

Życzę Wam spełnienia wszystkich marzeń, przychylności wszechświata, siły w ramionach i czystego ognia w sercu, co zapali wszystko wokół Was szczęściem i radością. Niech wszystko czego się dotkniecie, stanie się pomocne w spełnieniu marzeń, a każda najdrobniejsza nawet czynność przybliża Was do bycia najszczęśliwszymi i najbardziej uśmiechniętymi osobami spośród wszystkich ludzi. Z okazji Świąt Bożego Narodzenia oraz Nowego Roku życzę wszystkiego tego, co od Boga pochodzi. Oby skrzydła wiary przykryły kamienie zwątpienia i uniosły serca ponad przemijanie - życzenia.

sobota, 17 grudnia 2011

Siedziałam przykuta do biurka, nawałem zadań i testów do przerobienia. Tylko ja i stara lamka, która brzęczała nieznośnie od kiedy pamiętam. Nagle z odmętu bezsilności wyrwało mnie pukanie.

- Mogę wejść?- w szparze w drzwiach ukazała się roześmiana głowa z dredami i zielonymi oczami. Odwzajemniłam uśmiech i pokiwałam przyjaźnie głową, zamykając prędko tak znienawidzone podręczniki.

- Jasne Japh! Jak zawsze ratujesz mnie przed za uczeniem się na śmierć.- Wymamrotałam przeciągając się i ziewając. Ku mojemu zdumieniu mój brat przyciągnął za rękę do mojego pokoju pewną dziewczynę. Drobna blondyneczka o długich włosach, grzywce na prosto i błękitnych oczach spoglądała na mnie co chwila uśmiechając się przyjaźnie. Jej kwiecista sukienka zdawała się być już stara lecz dziewczyna wyglądała w niej nadzwyczaj olśniewająco.

- Szarona nie możesz całego życia spędzić nad książkami, słonko!- Odparł zaczepnie, a ja zrobiłam w jego stronę wzrok zabójcy i trafiłam mu w głowę moim ulubionym Panem Misiem.- Ała!- Stęknął z wyrzutem gładząc się po wyimaginowanym guzie.

- Nie rób mi wstydu przy gościu! Nie nazywaj mnie Szarona!- Wrzasnęłam jednocześnie puszczając oczko do nieznajomej. Ona zachichotała słodko i podniosła Pana Misia z podłogi.- Może bądź tak miły i przedstaw nas sobie.- Zasugerowałam Japhrimielowi, który buchał z radości, a duma aż go rozpierała.

- Obowiązkowo! Przedstawiam ci drugą, zaraz po tobie kochana siostrzyczko…

- Nie podlizuj się.- Warknęłam unosząc kąciki ust ku górze.

- Też Ciebie kocham. Drugą zaraz po tobie najważniejszą kobietę w moim życiu.- Wyprostowałam się z przejęcia i związałam włosy gumką.- Ashley to jest Lucy, moja dziewczyna. Lucy to jest Ashley, moja niezastąpiona młodsza siostra.

- Miło mi cię poznać.- Zamruczała delikatnym głosikiem i podała mi pewną i silną dłoń. Dłoń, która należała do dziewczyny znającej realia i nie bojącej się ciężkiej pracy. Uśmiechnęłam się i ujęłam jej dłoń swoją dłonią.

- Lucy możesz do niej mówić Szarona.- Wtrącił się Japh, a ja zmierzyłam go kolejną serią morderczych spojrzeń.

- Zamknij się Japh!- Syknęłam i zwróciłam się do Lucy.- Jak możesz z nim wytrzymywać? Mi się udaje tylko dlatego, że jesteśmy rodziną, a i czasem więzy krwi nawet nie pomagają.- Odparłam szczerząc białe ząbki i wskazując kciukiem na niego. Ona zachichotała zakrywając powabnie usta ręką i poprawiła kwiecistą sukienkę.

- Jesteście wspaniałym rodzeństwem… Jestem szczęśliwa, że Japhrimiel ma w Tobie takie wsparcie.- Jej głos zaszumiał mi w głowie, a usta same układały się w uśmiech. Spojrzałam to na Japha to na Lucy i wiecie co? Naprawdę zobaczyłam tą czerwoną nić przeznaczenia pomiędzy tymi dwojga.

- Ona go kocha…- Szepnęłam przypatrując się im z boku jak gruchali pod oknem czule szepcąc sobie coś do ucha i przytulając się.- Mój brat się zakochał…- Zachichotałam. Jeszcze nigdy nie widziałam go tak szczęśliwego…”

Spojrzałam na jego smutną minę i mimowolnie podeszłam do niego by go przytulić. Objęłam go delikatnie, a na jego twarzy pojawiło się zaskoczenie, które po chwili ustąpiło pierwszeństwa błogiemu uśmiechowi. Poczułam ulgę widząc, że mimo wszystko nadal mogę zobaczyć u niego szczery uśmiech.

- Japh…- Zaczęłam jednak ucichłam. Poczułam, że ta cisza wyraża wszystko to co czuję. Nie musiałam obsypywać go bezsensownymi słowami pociechy, które i tak nic w zaistniałej sytuacji by nie zmieniły. Ta cisza mogła by trwać wieczność, wyczuwałam tylko jego płochliwy oddech i delikatne bicie serca. Nagle do mieszkania wpadli jak burza chłopacy, momentalnie rozbiegając się wszędzie oczywiście jakby byli u siebie. Oderwałam się od Japha i otarłam szybko jedną zabłąkaną łzę, która jak zawsze nie mogła się powstrzymać by ukazać się światu. Yasu wszedł pełen spokoju do kuchni i zapalił papierosa jak to miał w swoim zwyczaju. Spojrzał na mnie uśmiechając się przyjaźnie gdy dostrzegł w końcu Japhrimiela dopijającego swoje piwo.

- O proszę, a kogo moje stare oczy widzą…- Odparł podchodząc do niego i poklepując go po ramieniu. Japh uśmiechnął się przyjaźnie i podał mu rękę jednocześnie gładząc jego błyszczącą łysą głowę.

- Yasu nic się nie zmieniłeś.

- No właśnie widzę, że ty też. Mógłbyś łaskawie przestać?- Mruknął strącając jednocześnie jego dłoń.- Co Cię tu sprowadza Japh?

- Przyjechałem odwiedzić moją ukochaną siostrzyczkę!- Wskazał w moją stronę podbródkiem, a ja pokręciłam ironicznie głową.- Nie wiedziałem, że jak tu przyjadę to zobaczę ją w takim stanie.

- Czyli?- Yasu poprawił czarne okulary i zaciągnął się dymem z papierosa.

- Zostawiłem ją jako grzeczną i poukładaną dziewczynkę, a zastałem jako gwiazdę punk- rocka. Przyznasz, że to dość duża zmiana.- Yasu spojrzał na mnie badawczo, jakby dopiero odkrył moją zewnętrzną przeminę. Przywróciłam go szybko do pionu, sprawnym kuksańcem w bok i zarechotałam pod nosem.

- Nie jestem obiektem muzealnym, żebyście mogli mnie tak dokładnie oglądać.- Syknęłam zaplatając ręce na piersi. W tej samej chwili do kuchni weszli Nobu i Shin przepychając się od progu.

- Shin jak Boga kocham daj mi święty, anielski… o Japhrimiel!- Wrzasnął Nobu stając jak wryty na środku kuchni. Jego twarz wykrzywiła się zapewne w uśmiechu pomieszanym z nutką zdziwienia i błogim stanie ogólnej niewiedzy. Zresztą niebieskogłowy zareagował podobnie, więc miałam w tamtym momencie dwa niesamowite okazy, zdziwionych posągów. Przyłożyłam dłoń do czoła i przymknęłam oczy w geście zażenowania.

- Już możecie przestać…- Sapnęłam i usiadłam na krześle kuchennym.

- Japhrimiel we własnej osobie! No nie wierzę… co Cię tu przywiało?- Spytał Nobu otrząsając się z letargu zdziwienia.

- Przypadek kochany, przypadek.

- Tak mianowicie to wpadł na mnie na ulicy.- Odparłam mrużąc zawzięcie oczy. Właśnie sobie coś uświadomiłam.- Ej a ty w ogóle miałeś zamiar odwiedzić siostrę, czy ta wizyta wynika tylko i wyłącznie z owego przypadku?

- Ba.. Mhhh… No wiesz.

- Nie żadne „Ba..Mhhh” tylko gadaj.

- Kiedyś na pewno miałem to w swoich planach.- W końcu z jego ust wypłynęła odpowiedź, która choćbym nie wiem jak się starała, ale mnie nie usatysfakcjonowała.

- Miło słyszeć.- Warknęłam gwałtownie wstając i kierując się do drzwi.- No to kwestie rodzinne mamy rozstrzygnięte.- Dodałam i wyszłam by udać się do swojego pokoju, w akcie ogólnego strajku. Mój własny brat nie miał zamiaru mnie odwiedzać, gdy by nie fakt wpadnięcia na mnie przypadkiem. Uroczo.

- Słońce ty się tak łatwo nie obrażaj!- Zawył za mną Japh jednak nie zawróciłam. Kości i całe ciało wołało o odpoczynek, a taktyczny odwrót w tym wypadku był najlepszym pomysłem.

- Bujaj się…- Mruknęłam jakby sama do siebie i weszłam do mojej sypialni. Tam szybkim ruchem zgarnęłam z łóżka jakieś ciuchy porozrzucane w nieładzie. Jutro będę się o nie martwić. Dzisiaj sen… Sen mi pomoże prawda? Przypomniała mi się dziwna rozmowa z Mike’ m. Kwestia wyboru i domniemane bycie „nagrodą” w boju o moje serce. Chora sytuacja… Położyłam się na łóżku, a moja pozycja była pozbawiona jakiekolwiek gracji czy nawet ciupki stylu. Ledwo przymknęłam oczy, a do pokoju ktoś wszedł. Myśląc, że to Japh rzuciła w stronę drzwi moim ulubionym Jaśkiem. Trzeba było coś poświęcić… sorry Janie padło na ciebie. Spojrzałam ukradkiem na mężczyznę w czarnym garniturze.

- Ładnie mnie witasz.- Odparł Yasu odrzucając całkiem zgrabnie poduszkę. Mlasnęłam głośno ustami i znów przyłożyłam głowę do poduszki.

- Mogłam przekręcić ten cholerny kluczyk.- Syknęłam zdeformowanym głosem, bowiem miałam przyłożoną twarz do poduszki.

- Aż tak Cię wkurzył?

- Może w innych okolicznościach, nie podziałało by to tak na mnie, ale nie dzisiaj. Dzisiaj jestem całkowicie wyprana z siły, oczy kleją mi się niemiłosiernie i jestem po ciężkiej rozmowie z Michaelem. Czy mnie wkurzył? Tak. Ma nieludzkie wyczucie czasu, kiedy dolać oliwy do ognia.- By wygłosić ten monolog uniosłam lekko głowę, po czym znów buchnęłam nią na dół. Poczułam rozchodzący się w powietrzu wiśniowy aromat i zamruczałam z ulgą. Jak zawsze ten zapach mnie rozluźniał, znów mogłam poczuć się jak w domu.

- Hmmm masz w tym trochę racji.- Stwierdził zaciągając się słodkim dymem. Kolejny raz zastanawiałam się co mogą skrywać te jego czarne okulary. Dobrze znałam każdy milimetr jego twarzy, lecz nie to jak patrzył w danej sytuacji.

- Po coś zapewne przyszedłeś.- Przypomniałam grzecznie i usiadłam po turecku, ściskając z całych sił poduszkę. Kąciki jego smukłych ust uniosły się ku górze w miłym uśmiechu satysfakcji.

- Rozmawiałem z Motown.- Zaczął tajemniczo sprawiając, że na mojej skórze zagościła gęsia skórka. Wiele myśli przeszło mi w tej chwili przez głowę, jednak jakimś cudem żadna nie miała pozytywnego charakteru.

- I?- Ponagliłam go nachylając się subtelnie w jego stronę. Jego pokerowa twarz była przyozdobiona tylko kolejnym uśmieszkiem, a mnie dopadała kolejna porcja irytacji. Tak dla równowagi…

- Zostaliśmy nominowani.

- Nominowani… Do czego?- Irytacja powoli wzrastała. Nominowali nas do wylania?

- Do nagród Grammy Ashley! –Odparł radośnie, a ja przez jeden piekielnie długi moment przetwarzałam wszystkie informacje jakie dostałam w tym krótkim zdaniu. Powoli na mojej twarzy zagościł uśmiech w rozmiarze XXL, a w oczy rozjarzyły się szczęściem. Podskoczyłam z przejęcia, podrzucając do góry jaśka.

- Nie, to jest spełnienie marzeń!- Wrzasnęłam tańcząc jakiś głupi taniec radości.

- Nawet dwa spełnienia. Mamy dwie nominacje: Najlepszy debiutancki album i najlepszy rockowy zespół roku!- Poprawił mnie łaskawie, a ja myślałam że śnię. Czort niech trafi wygraną, nawet jeśli nie zdobędziemy żadnej statuetki to same nominacje stawiają nas w szeregu najlepszych! W przypływie emocji rzuciłam się na Yasu i razem polegliśmy na łóżku, śmiejąc się i kotłując.

- jesteśmy najlepsi!- Wyszeptałam przez zęby zaciśnięte ze śmiechu. Jego czarne okulary zleciały mu z nosa i mogłam spojrzeć prosto w jego przenikliwe oczy. Zaśmiał się pocieszne i objął mnie rękami. Nagle do pokoju wszedł Japhrimiel oczywiście bez pukania i oczywiście w najmniej odpowiednim momencie. Ustał w drzwiach wielce zdziwiony i wytężył swój orli wzrok, bacznie analizując zastałą sytuację.

- Eeee… Hmmmm…Tsa.- Wyjąkał i podrapał się po głowie, najwidoczniej coś przetwarzając. Odwrócił się lekko do tyłu.- To w końcu kto z kim jest bo trochę nie kumam.

- Tłumaczyłam Ci to bardzo jasno. Czego nie zrozumia…- W drzwiach pojawiła się Finix, która zapewne zdążyła już wrócić z zajęć.- … łeś.- Dokończyła i przekręciła zabawnie głowę na bok.- Shin!- Wrzasnęła i po chwili obok niej stanął niebieskogłowy.

- Czego chcesz kobieto.

- Wytłumacz mi to proszę…- Wskazała na mnie i na Yasu. Zastygliśmy w bezruchu patrząc z wielką przyjemnością na ten kabaret. Shin zamaszyście odwrócił głowę spodziewając się, że zobaczy coś bardziej normalnego. Jakby to powiedzieć… trochę się zdziwił.

- Echhh… No więc…- Zaczął całkiem dobrze, tylko z końcówką mu się trochę nie udało.- Wiesz… Nobu!- Przybył i ostatni z czwórki cyrkowców. Wkraczając przeciągał się ospale i oparł zmęczoną głowę o ramie Shina. Ten szturchnął go łokciem i wskazał na nas brodą. Mina Nobu była bezcenna.- Wytłumacz.- Sapnął Shin spoglądając na niego z ukosa.

- Czy tam na łóżku leży Yasu, a na Yasu Ashley, czy mam jakieś zwidy ze zmęczenia?- Znowu ziewnął, a ja razem z Yasu buchnęliśmy śmiechem. Gdy w końcu się uspokoiliśmy, Yasu zgrabnym ruchem posadził mnie na swoich kolanach i już w miarę w pozycji siedzącej znów spojrzeliśmy badawczym wzrokiem na ten cały tłum sterczący w drzwiach mojej sypialni.

- O widzisz… No teraz to już na przykład nie leżą.- Stwierdziła Finix potrząsając z uznaniem głową. Przewróciłam oczami i w błagalnym geście podniosłam i upuściłam z klapnięciem rękę.

- Jesteście dziwni wiecie?- Mruknęłam ciągle chichocząc pod nosem. Stadko trochę wzburzyło swoje miny, zapewne chcąc okazać oburzenie.

- No tak. To my jesteśmy dziwni.- Mlasnął Nobu, a ja wstałam i podeszłam do niego nadal śmiejąc się jak głupi do sera. Ustałam przed nim i spojrzałam prosto w jego niebieskie oczy. Stał jak wryty, a ja miałam dziką radochę z tego faktu. Przejechałam palcem wskazującym po jego barku i westchnęłam.

- Powiem tylko jedno.- Nachyliłam się mu do ucha, a jego wzrok wyrażał zdziwienie. Poczułam jego przyśpieszony oddech…- BLAST został nominowany do Grammy.

- Co?- Sapnął nadal jeszcze nie dowierzając temu co usłyszał. Shin podskoczył do góry, po czym przybił piątkę z Finix.

- Grammy skarbie… docenili nas.- Mruknęłam przyglądając się jak jego kąciki ust powoli szybują do góry.

- Grammy!!! JEST!!! Tak, tak, tak!- Zawył podskakując i łapiąc mnie w objęcia. Po paru minutach śmialiśmy się wszyscy i tańczyliśmy świętując tryumf BLAST. To było coś… promyk szczęścia w tym pogmatwanym życiu… Kurde TO naprawdę było coś!

Trochę się rozpisałam, ale nie chciałam urywać końcówki, a potem dokańczać jedno czy dwa zdania w następnej części. Więc jest tak jak jest i tak być musi. Albowiem jak to powiedziała Ash „TO naprawdę było coś!” :D Pozdr. i zapraszam do czytania!!!!!!!!!!!!!!



*************

Zdawał się być nieobecny, jedynie jego zielony wzrok co jakiś czas szukał mojego spojrzenia by być pewnym, że nadal przy nim jestem. Przechylił niepewnie szklankę i wypił ostatni łyk piwa. Podsunęłam mu pod nos talerz spaghetti i przyjaźnie pociągnęłam za jeden z jego cienkich dredów. Uniósł zalotnie brew i szturchnął mnie delikatnie w biodro.

- Jedzeniem się nie bawi…- Odparłam widząc jak niemal wywierca widelcem dziurę w talerzu.

- Mówisz jak mama.- Stwierdził uśmiechając się cwaniacko pod nosem. Pokręciłam przecząco głową nalewając sobie piwa i szybko go wypijając.

- Nie jestem jak ona.- Syknęłam dobrze wiedząc, że nie przejdzie mi przez usta słowo „mama”. Już dawno moi rodzice pokazali, że mają w życiu znacznie inne priorytety niż inni zwykli rodzice.

- Masz rację. Jesteś całkiem inna.- Powiedział przepraszająco nadal bawiąc się widelcem.- Cieszę się, że nie udało im się zepsuć Ci do końca życia… tak jak mojego.

- Japh…- Mruknęłam i położyłam delikatnie dłoń na jego ramieniu i uśmiechnęłam się szczerze.- Twoje życie nadal się toczy. Pamiętasz? Obiecałeś, że jak wrócisz to wszystko mi wyjaśnisz…

- Obiecałem…- Prychnął pod nosem.- Pamiętasz, gdy chodziłaś jeszcze na studia spotykałem się z pewną dziewczyną.

- Zaraz...- Podrapałam się z zamyśleniem po głowie i zmrużyłam oczy. Szukałam w pamięci tego jednego imienia.- Lucy!- Odparłam tryumfalnie, jednak mój zapał ucichł gdy ujrzałam smutniejącą minę Japhrimiela gdy tylko usłyszał jej imię.

- Tak, Lucy.- Potwierdził nalewając sobie piwa.- Spotkałem ją w restauracji. Pracowała dorywczo by zarobić na utrzymanie siebie oraz swojej młodszej siostry. Nie przelewało się u niej lecz zawsze pięknie się uśmiechała… Spodobała mi się od pierwszego wrażenia więc postanowiłem do niej zagadać. Na początku myślałem, że mnie spławi lecz ona…- Westchnął, a kąciki jego ust poszybowały w górę.- … ona się uśmiechnęła. Potem wszystko potoczyło się szybko. Zakochałem się w niej bez pamięci… Naprawdę byliśmy szczęśliwi. W końcu oświadczyłem się jej…

- Co?- Mruknęłam z niedowierzaniem.- Nic o tym nie wiedziałam.

- Bo rodzice postarali się o to by nikt się o tym nie dowiedział.- Syknął ściskając dłoń w pięść i uderzając lekko nią w stół.

- Co oni zrobili?

- Przyprowadziłem do nich Lucy by mogli ją poznać. To był największy błąd w moim życiu. Nie spodobało się im, że Lucy nie studiuje, że nie ma odpowiedniego pochodzenia… że nie ma rodziny. Wszystko im się nie podobało… Stwierdzili, że nie jest odpowiednią partią dla mnie i zabronili mi się z nią spotykać. Oczywiście nie posłuchałem ich…- Spuścił smętnie wzrok, a ja złapałam go szybko za rękę.- Pewnego dnia jak co dzień poszedłem do Lucy by ją odprowadzić do pracy. Zapukałem, a w drzwiach stanęła jakaś kobieta. Gdy spytałem ją o Lucy… Powiedziała, że wyjechała. Wymówiła najem mieszkania z samego rana i słuch o niej zaginął.

- Nie możliwe… Czy ty myślisz, że…- Pokręciłam z niedowierzaniem głową i omal nie strąciłam szklanki ręką.

- To oni mieli coś wspólnego ze zniknięciem Lucy. Jestem tego pewien, dlatego też wyjechałem by ją znaleźć. To dlatego tyle czasu mnie nie było…- Odparł smętnie i podparł dłonią głowę. Moje źrenice się powiększyły, a usta uchyliły jak u małego dziecka. Czy rodzice byliby do czegoś takiego zdolni?

- Udało ci się?- Spytałam lecz wiedziałam, że to najgłupsze pytanie jakie mogłam zadać. Na pierwszy rzut oka widać było, że Japhrimiel wcale nie wygląda na kogoś kto znalazł swoją ukochaną. Jego smutne oczy mówiły wszystko.

- Przepadła… żadnych śladów, nikt nic nie wie lub nie chce wiedzieć. Straciłem ją na zawsze i to tylko przez to, że według nich nie była odpowiednią partią dla mnie.- Wysyczał uderzając ze złością pięścią w stół. Patrzyłam się na mojego brata i czułam się tak beznadziejnie bezradna. Nie mogłam nic zrobić by mu pomóc, ulżyć, by znów na jego twarzy zagościł taki sam uśmiech kiedy przedstawił mi Lucy. Dobrze to pamiętam…



sobota, 03 grudnia 2011

**************

- Mogłem przewidzieć, że prędzej czy później Cię tu przywieję…- Mruknął sarkastycznie odwracając się i stając oko w oko z Michaelem. Ich idealnie naprężone postawy dawały znać o nici rywalizacji przewieszonej pomiędzy nimi. Zrobiłam krok do przodu, lecz dłoń Nobu zatrzymała mnie lekko. Dobrze wiedziałam o co chodzi. Chcą to załatwić między sobą, ale przecież też jestem w to wmieszana! Nie mogą decydować za mnie… już nikt nigdy nie będzie za mnie decydować…

- Jak zamierzasz teraz rozwiązać tą sytuację? Narobiłeś jeszcze większego bałaganu niż był…- Michael podsumował jego zachowanie dość oschle, co jakiś czas spoglądając w moją stronę. Jego czekoladowo-czekoladowe oczy pieszczotliwie śmiały się do mnie.

- A co miałem stać i patrzeć jak ją obrażają? Sam słyszałeś jakie głupoty gadali… Ta twoja Brook nieźle obrobiła Ashley tyłek, przypinając jej łatkę zazdrośnicy,  która za wszelką cenę chcę odbić swojego byłego chłopaka.

- Z Brooke już dawno nic mnie nie łączy…- Odparł spuszczając lekko głowę, a jego idealny kosmyk włosów opadł niewinnie na twarz. Moje oczy zrobiły się ogromne. Przyglądałam się temu co się działo, a serce krajało na samą myśl jak to może się skończyć.- Już udzieliłem wywiadu w którym wyjaśniam całą sytuację, oczyszczając Ashley z zarzutów.

- Tak łatwo się tego nie załatwi. Mówiłem Ci już wcześniej, że nie pozwolę znów jej skrzywdzić…- Wskazał na mnie palcem. Moje nogi stały się miękkie, nieznośnie drążyły i uginały się pode mną.

- Zachowujesz się tak jakby to tylko tobie na niej zależało!- Uniósł głos Mike rozkładając gwałtownie ręce i ostrożnie się zbliżając w moją stronę.- Nie jesteś sam w tym by ją chronić… Jest Yasu, Shin, Finix i przede wszystkim ja!

- No ty to akurat już pokazałeś, jak ją potrafisz chronić.- Syknął sarkastycznie przygryzając dolną wargę z przejęcia. Potrząsnęłam z niedowierzaniem głową… Miałam jeden wielki mętlik w głowie, a jedyne uczucie jakie z minuty na minutę potęgowało się w mojej głowie była wściekłość. Wściekłość na tych dwóch idiotów, którzy w odmęcie kłótni zapomnieli dawno o mnie. Miałam wrażenie, że tu najważniejsze było udowodnienie swojej racji, a nie jak to na pierwszy rzut oka wyglądało, by mnie na siłę uszczęśliwić. Nie mogłam tak…

- A ty znów to samo!- Mike uniósł do góry dłonie i teatralnie je opuścił.- Nie masz prawa się w to wtrącać… Nie wiesz jak jest…

- Dobrze wiem. Może i jej nie zdradziłeś, ale dopuściłeś do tego durnego programu i do tego by Brooke kłamała w żywe oczy! Ze strachu nawet jej nie wspomniałeś o zaistniałej sytuacji, mimo tego że dzwoniłeś do niej przed programem!

- Nie wiedziałem, że to wyciągną w programie na żywo. Chciałem jej powiedzieć po wszystkim…- Bronił zawzięcie swojego zdania, a mnie już normalnie zalewała krew. Dłonie mimowolnie zacisnęły się z przejęcia, a grzywka opadła bezwiednie na moją twarz.

- To przecież media człowieku! Oni wszystko wyciągną!

- DOSYĆ!- Wrzasnęłam na cały głos, zmuszając ich by się zamknęli i na moment posłuchali dla odmiany, co ja mam do powiedzenia. Ich oczy spoczęły na mnie. Wzięłam parę głębszych oddechów dla odwagi i lepszego efektu.- Mam tego serdecznie dość. Wam wcale nie chodzi o moje dobro, szczęście czy co tam paplaliście przez ten cały czas. Dla Was najważniejsza jest idiotyczna wygrana… Rzucacie w siebie oskarżeniami usilnie chcąc udowodnić winę tego drugiego, a tu nie o to tak naprawdę chodzi! Nie obchodzi mnie czyja to wina… Przez kogo płakałam…- Tu spojrzałam na Michaela.- … i przez kogo nie mogłam spać w noc zżerana przez okropne wyrzuty sumienia.- Mój wzrok przeniósł się na Nobu.- Dajcie mi święty spokój…- Mruknęłam już nieco ciszej.

- Ash...- Zaczął Nobu. a Michael jak wierszyk powtórzył zaraz za nim.

- Ashley…

- Idźcie już sobie oboje. Zostawcie mnie…- Warknęłam kierując się do swojego ukochanego pokoju. Pokoju, który był moją fortecą, w której nikt mi nie miał prawa przeszkadzać i w której czułam się naprawdę bezpieczna. Przeszłam przez salon omijając Shina, Finix i Yasu trwających w poważnym osłupieniu. Nawet nie łudziłam się, że nic nie słyszeli. Ta cienka ściana dzieląca przedpokój od salonu ani trochę nie stanowi przeszkody dla dźwięków. Spojrzałam na nich z ukosa i prychnęłam lekceważąco, po czym weszłam do pokoju i trzasnęłam drzwiami. Chwyciłam klamkę mocno od drugiej strony i przekręciłam kluczyk z breloczkiem „I LOVE NY”. Odbijał się przez chwilę od drzwi dając tępy stukot, który jednocześnie wymierzał bicie mojego serca. Bam… Bam… Bam… Wypuściłam powoli powietrze z płuc i rzuciłam się na swoje niezasłane łóżko. Przed wyjazdem do Stonebridge nawet nie zawracałam sobie głowy tym by go posłać czy coś w tym stylu. Zresztą jakie to miało teraz znaczenie? Myślenie o takiej błahostce jest zwykłym zapychaczem myśli… Gdy nie chcesz o czymś myśleć, to zaczynasz analizować największe pierdółki. A że łóżko nie zasłane, a że piesek sobie biegnie i że merda ogonkiem! Wszystko jest lepsze niż roztrząsanie tego co sprawiało, sprawia i będzie sprawiać ból. Przymknęłam zmęczone oczy, przed którymi pojawiła się ciemność, która niestety nie dała takiej ulgi jakiej oczekiwałam otrzymać. Nic jej nie dawało…- Życie naprawdę mnie nie lubi…- Mruknęłam pod nosem sama do siebie… Sama dla własnej nic nie znaczącej satysfakcji.

- Chyba wczoraj dość wyraźnie się wyraziłam…- Warknęłam do siedzącego przy stole kuchennym Nobu. Spojrzał na mnie smętnym wzrokiem, a ja szybko odwróciłam wzrok. Nie ma mowy… żadnej litości.- Jackson widzę zrozumiał.

- Musiał iść bo ma dzisiaj nagranie…

- A Ty nie masz? Nic? Żadnego małego nagranka? Nie? Jaka szkoda…- Wymamrotałam dziwnie oschle i całkiem nie podobnie do siebie. Naprawdę nie wiedziałam co mam począć ze swoim i tak już pogmatwanym życiem, a oni mi tu kłótnie będą urządzać! Nalałam sobie zielonej herbaty do kubka, tak dla uspokojenia zszarganych nerwów.

- Ashley wiesz, że to wcale nie chodzi o to kto wygra…- Odezwał się nieśmiało ale pewnie, pisząc coś bezsensu palcem na blacie.

- Dobrze wiecie, że kłótnią nic nie zdziałacie… Mam teraz jeden wielki mętlik w głowie i nie wiem co mam robić.- Spuściłam smętny wzrok i westchnęłam ciężko, czując jak żołądek fika mi koziołki w brzuchu.

- Nie naciskamy.- Odparł bawiąc się swoimi pierścionkami na smukłych palcach. Jego poszarpana bluzka podkreślała jego buntowniczość, a ciężkie skórzane buty wybijały klasyczny rytm 4/4.- Wiem, że nadal coś do niego czujesz…

- Wiesz jak to jest…- Mruknęłam zaczepnie.- Nie jest tak łatwo wyleczyć się z miłości.

- Podstawowe pytanie jest całkiem oczywiste. Czy nadal chcesz ciągnąć znajomość z Michaelem?- Spytał, a ja całkiem niekontrolowanie otworzyłam usta z przejęcia. Kurde… czy ja tego chcę? Michael jest dla mnie ważny, ale jednak część mojego serca należy również do Nobu. Czy można kochać dwoje mężczyzn na raz?

- Nie potrafię sobie odpowiedzieć.- Z moich ust wydobyły się te durne słowa, a oczy zaszkliły się sprawiając, że obraz przede mną rozmył się nieubłaganie. Poczułam ciepłą dłoń dotykającą mojego policzka. Mrugnęłam przywracając ostrość widzenia i ujrzałam przyjazną twarz Nobu przede mną. Wypuściłam powoli powietrze z płuc.

- Dzisiaj to moja kolej żeby Cię przekonać do siebie…

- Zrobiłeś sobie z Michaelem rozpiskę?- Mruknęłam lekko unosząc kąciki ust do góry. On prychnął przyjaźnie, a jego kciuk rytmicznie  głaskał mój rozgrzany policzek.

- Można tak powiedzieć.- Odparł lekko i zawadiacko. Moje ciało zaczęło się rozpływać, a umysł stawał się coraz bardziej spokojny.

- I w tym momencie powinnam się zdenerwować…- Stwierdziłam przymykając do połowy oczy. Jego twarz zbliżyła się jeszcze bardziej do mojej. Teraz nasze oddechy razem wiły się po naszej skórze, a spojrzenia wbijały się w siebie nawzajem. Nie miałam siły by się opierać przed jego czarem i subtelnym uwodzeniem. Jego delikatne wargi musnęły moje sprawiając, że zapomniałam o jakichkolwiek oporach na ten moment. Dzisiaj jego kolej… Pomyślałam zatapiając się dogłębnie w nieskończonej liczbie pocałunków. Jedna jego ręka błądziła po mojej tali, a druga nadal dotykała mój policzek. Moje palce wczepiły się w jego blond włosy, łapiąc je delikatnie w prowokacyjny sposób. Namiętność i to coś unosiło się w powietrzu, pchając nasze ciała ku sobie. Siedziałam na krześle a on jednym ruchem ręki zmusił by moje drobne nogi zaplotły się wokół jego talii. Uniósł mnie do góry i przeniósł do salonu, ciągle nie przestając namiętnie całować. Robił to łapczywie, tak jakby bał się że zaraz mu ucieknę lub obudzi się z tego dość nieprawdopodobnego snu. Położył mnie na kanapę. Jego ciało przylegało do mojego, a silna dłoń pewnie trzymała moje biodro. Oddychaliśmy szybko i zdawkowo czując swoją bliskość i rodzące się pożądanie. Nagle w mojej głowie odezwał się wszechobecny glos sumienia… Przymknęłam lekko oczy i odwróciłam głowę na bok by nie mógł mnie całować. Zagryzłam dolną wargę, a po moim policzku popłynęła jedna łza. Tylko jedna…- Nobu nie możemy.- Szepnęłam, a on zawisł nade mną patrząc się ciepłym wzrokiem. Wcale się nie zdenerwował ani nie zirytował. Na jego twarzy pojawił się delikatny uśmiech poparty zrozumieniem w błękicie oczu.

- Wiem maleńka.- Odparł wstając i siadając obok mnie, gdy ja leżałam nadal wbijając w niego wzrok. Zachował się naprawdę w porządku, umacniając pokładane w nim uczucie.- Wiem, że najpierw musisz sobie to wszystko poukładać.

- Dopóki definitywnie nie zerwę z którymś z was to nie zasługuję, na żaden pocałunek ani uścisk z waszej strony. Nie chcę Was zranić… Jesteście dla mnie za ważni.- Wymamrotałam powoli podciągając się do pionu i opuszczając zawiniętą bluzkę. Jego westchnięcie było śpiewem w moich uszach. Dawało mi ulgę i zapewnienie. Zapewnienie, że mnie rozumie i że będzie czekał aż nadejdzie odpowiedni moment.

- Tylko dobrze to przemyśl… Tu nie chodzi o to, żebyśmy my byli szczęśliwi…- Mruknął ostatni raz nachylając się nade mną.-… tu chodzi o to żebyś TY była szczęśliwa.- Dodał po czym pocałował mnie na do widzenia i łapiąc po drodze skórzaną kurtkę wyszedł. Siedziałam patrząc na białą ścianę wzrokiem jakże obojętnym i smutnym.

- Ale jakim kosztem…- Odparłam sama do siebie. Mętlik w głowie urósł do zastraszających rozmiarów. Objawiał się nieznośnym kołataniem serca i częstymi migrenami. Chęć rozwiązania problemu tak, żeby wszyscy byli szczęśliwi była bardzo trudna, a nawet jak by to niektórzy powiedzieli niewykonalna. Ostatnio mało co w moim życiu się udawało. Szczęście rozsypywało się jak domek z kart, a miłość dawała znacząco w kość. Mnóstwo ludzi czekało, aż tylko podwinie mi się noga i nareszcie wpadnę w czeluści zapomnienia. Starałam się jak mogłam… Powoli moje marzenia zaczynały  się spełniać. Wspaniali fani, którzy na każdym możliwym kroku dawali mi powód do dalszej walki oraz rozkręcająca się kariera jak z bajki. Jak to w bajkach bywa pojawił się książę… Jakże ja z tym księciem byłam szczęśliwa. Było na tyle idealnie, że nawet przez myśl by mi nie przeszło, że coś może się zepsuć, a mogło. Mogło i to na wiele paskudnych sposobów. Czas na rozmowę w cztery oczy… Czas to wszystko sobie wyjaśnić.

Przedarłam się niepostrzeżenie pod tylną bramę Neverlandu. Rozejrzałam się skrupulatnie szukając choć cienia fotoreporterów. Byli oni ostatnią rzeczą jakiej teraz potrzebowałam. Nacisnęłam na mały, biały guzik intercomu, a w moich uszach rozległ się brzęczący syk urządzenia.

- Posiadłość Michaela Jacksona, o co chodzi?- Gruby, donośny głos strzelił we mnie pytaniem, sprawiając że na moment odebrało mi mowę. Przywróciłam się do porządku wmawiając sobie, że po drugiej stronie siedzi dobry, stary Billy. On tylko tak strasznie wygląda… Pomyślałam i przełknęłam cały strach i niepewność.

- To ja Ashley…- Wymamrotałam podpierając białą ściankę ramieniem. Coś zatrzeszczało i sprawiło wrażenie poruszenia.

- Już ci otwieram. Wejdź Ash.- Odparł, a ja już na sto procent byłam pewna, że to Billy. Bardzo rzadko nazywano mnie Ash. Robili to tylko ludzie do których miałam absolutne zaufanie. Usłyszałam długi brzdęk, a brama zaczęła się otwierać. Westchnęłam dodając sobie jednocześnie trochę więcej odwagi i za nim brama otworzyła się do końca, wsunęłam się przez powstałą przestrzeń i pobiegłam do tylnych drzwi. Tam czekał na mnie już wielki i czarnoskóry mężczyzna ubrany w dobrze skrojony garnitur. Omiótł wzrokiem wszystko dookoła mnie ostrym wzrokiem, który po paru sekundach spoczął na mnie. Jego oczy na powrót zrobiły się przyjazne i tak znajome.- Dawno Cię u nas nie było.

- Nie było okazji…- Odparłam uśmiechając się do niego przyjaźnie. On odwzajemnił ten zwykły gest sprawiając, że moje ciało choć na chwilę się rozluźniło. Otworzył drzwi i zaprosił mnie do środka. Wnętrze wyglądało tak jak zawsze… Tak jak to zapamiętałam. Bogato ale ze smakiem, odpowiednio dla Króla Popu.

- Mike jest w swojej sypialni. Raczej wiesz gdzie to jest…- Szturchnął mnie zalotnie, a ja mimowolnie się zarumieniłam. Nie byłam w jego domu od tego czasu gdy zrobiliśmy to, choć wtedy zadowoliliśmy się salonem. Odchrząknęłam znacząco i łypnęłam na niego odwzajemniającym zaczepkę wzrokiem.

- Bardzo śmieszne Billy… powinnam trafić.- Rzuciłam na pożegnanie i wbiegłam na ogromne schody prowadzące na górę. Złota poręcz wiła się jak wąż, a czerwony dywan sprawił że poczułam się wyjątkowo. Ten dom był prawdziwym pałacem, który zapierał dech w piersiach. Każda jego część była dokładnie przemyślana i dopracowana, nie pozwolono sobie na jakąkolwiek niedoskonałość lub pomyłkę. Idealna perfekcja sama w sobie. Stanęłam przed wielkimi drewnianymi drzwiami, które jakby zapraszały mnie do środka swoją smukłą rzeźbą i ciepłym kolorem dębu. Przymknęłam lekko oczy i wzięłam głęboki oddech. Nie miałam pojęcia co mu powiem, co zdecyduje i jak to się skończy. W mojej głowie był ogromny mętlik, który nie pozwalał na skonstruowanie choćby najmniejszego planu działania. Położyłam dłoń na klamce i nacisnęłam ją otwierając drzwi. Zrobiłam to szybko za nim mój umysł zaczął by zgłaszać jakiekolwiek sprzeciwy. Weszłam niepewnie do środka. Rozejrzałam się i spostrzegłam Michaela leżącego na łóżku. Jedna ręka bezwładnie zwisała mu w dół, a druga zakrywała niezbadaną twarz. Czarne loki układały się idealnie na pościeli, a czerwień koszuli kontrastowała z karmelowym odcieniem jego skóry. O wiele bledszym niż jak go poznałam, przez chorobę zmieniał się. Przez moment przyglądał się mu jak zahipnotyzowana, a jego niepowtarzalny zapach otoczył mnie miło. Dopadły mnie wyrzuty sumienia z powodu tego, że byłam zmuszona do przerwania tej chwili. Odchrząknęłam nieznacznie dając o sobie znać i uśmiechnęłam się z czułością. Jego czekoladowe oczy wyłoniły się spod smukłego przedramienia. Gdy dostrzegł moje spojrzenie i ciepły uśmiech, zerwał się natychmiast na równe nogi i obdarzył mnie tym czego brakowało mi najbardziej. Kąciki jego idealnych ust uniosły się do góry, a oczy rozpromieniły się w niezbadanym szczęściu którego przez moment nie pojmowałam.

- Ashley…- Mruknął robiąc krok w moją stronę, a ja spuściłam wzrok nie wiedząc co mam zrobić. Nasza rozmowa… Na czym ma ona polegać? Mam na niego nakrzyczeć, mam go przeprosić, mam mu powiedzieć co zaszło między mną a Nobu? Może najlepiej zacząć od początku? Jakiś głosik rozbrzmiał w mojej głowie, a ja westchnęłam z ulgą.

- Tak od początku…- Wyszeptałam pod nosem, ledwo słyszalnie dla jego uszu. Ta chwila była dla nas. To od niej zależało to co będzie dalej, zależała nasza przyszłość i to czy w ogóle jakakolwiek wspólna przyszłość nas czeka… wszystko na jedną kartę… Czas rozegrać tą ostatnią partię i nie ma szans na pas.

 wqew

 

Witam serdecznie. Mam nadzieję, że u Was wszystko w porządku? Jak sobie radzicie i co myślicie o kolejnej części? Piszcie o sobie, o tym co czujecie i o tym co byście chcieli poczytać. Na wszystkie pytania odpowiem. ZAPRASZAM do odwiedzania mojego skromnego świata, w który możecie choć na chwilę zapomnieć o szarości życia ;D Zapraszam.



sobota, 26 listopada 2011

Tydzień minął i czas wstawić następną część opowiadania o Michaelu Jacksonie i Ashley Fox. Mam nadzieje, że znów uda mi się zatrzymać waszą uwagę na czas czytania tej części i sprawię, że nie będziecie się mogli doczekać następnej! Mam nadzieję, że się uda, no to czas spróbować! Zapraszam! ;D

*****************

Podniosłam zamaszystym ruchem słuchawkę i wypaliłam lekkim głosem jak jakaś dzierlatka:

- Tak słucham?- Sama nie poznałam tego głosu. Był pozbawiony żalu i uprzedzeń i tak jakbym otrząsnęła się z koszmaru jaki ostatnimi czasu ciągle mnie nawiedzał.

- Ashley? To ja Michael.- Jego głos był taki delikatny, a zarazem męski. Ostrożnie ważył słowa zabawnie pomrukując co jakiś czas.

- Cześć…- Odparłam tępo tak jakbym wstydziła się przed rozmową z super przystojnym chłopakiem. Nie mogę przecież zachowywać się jak jakaś nastolatka! Nie mogę prawda!?- Coś się stało, że dzwonisz?

- Kiedy wracasz?- Spytał, zbywając moje pytanie. Nie przejęłam się tym zbytnio i zaczęłam się zastanawiać nad odpowiedzią. Tak naprawdę nie miałam jakoś bliżej określonego terminu powrotu, więc westchnęłam cicho i podrapałam się z zamysłem po głowie.

- Nie myślałam jeszcze nad tym…- Wypaliłam w końcu pocierając nadgarstkiem biodro. Mimowolnie kąciki moich ust wygięły się do góry. Naprawdę cieszyłam się, że zadzwonił do mnie. Ostatnio nie mieliśmy szansy porozmawiać, a cała ta sytuacja robiła się coraz dziwniejsza. Tajemnicze zachowanie oraz ciągłe niedopowiedzenia Yasu też wcale nie pomagały.- Mike?

- O co chodzi?- Mruknął niewinnie, a jego głos sprawiał że na mojej skórze budziła się gęsia skórka. Kochałam jego głos, ten miękki szelest słów jakie wydobywały się z jego idealnych ust. Być może za bardzo go idealizowałam, ale miałam to naprawdę gdzieś bo dla mnie był ideałem.

- Naprawdę cieszę się, że dzwonisz.- Wreszcie wydusiłam to z siebie, zdając sobie sprawę z tego że ani trochę już nie jestem na niego zła. Wmawianie sobie że zostaniemy przyjaciółmi zdawało mi się lepszym pomysłem niż wieczna uraza. Usłyszałam lekki chichot w słuchawce.

- Cieszę się, że ty się cieszysz.- Zagrał słowami, a ja pożałowałam że jestem taka miła. Teraz jeszcze będzie się ze mnie naśmiewał! Zaśmiałam się trochę ironicznie, ale bardziej przyjaźnie niż chciałam.- Muszę Cię ostrzec…- Nagle jego ton uległ zmianie. Nadal był przyjazny, ale jednocześnie pełen obaw i cienia poczucia winy. Moja mina zmieniła się w zastraszającym tępię, a za drzwiami usłyszałam ożywiony ruch i stukanie butów.

- Michael, co się stało? Przed czym ostrzec?- Zadawałam coraz więcej pytań, a gwar coraz bardziej się podnosił.

- Brook kłamała i nadal…- Zaczął jednak w tej samej chwili do domku wpadł Yasu z resztą chłopaków, którzy rozproszyli się po pokoju. Zaczęli chaotycznie i w pośpiechu pakować nasze rzeczy. Przycisnęłam słuchawkę do piersi i spojrzałam na nich przerażonym wzrokiem. Yasu podszedł do mnie i wziął po czym krótko do niej mruknął:

- Zajmę się nią. Już tu są..- I odłożył ją, a ja stałam w osłupieniu nie wiedząc co się dzieje. Serce waliło mi niesamowicie, a skóra zalała się zimnym potem.- Musimy wracać. Jak najszybciej… w samochodzie Ci wszystko wytłumaczę. Szybko się spakuj…- Nie musiał mi powtarzać dwa razy. Nie miałam pojęcia co się dzieje, lecz widząc go tak poważnego nie mogła lekceważyć tego stanowczego rozkazu. Coś się stało, a tu już nie byliśmy bezpieczni…

Auto Yasu mknęło niezauważenie autostradą, a my siedzieliśmy milcząc. Nie mogłam tak dłużej… Uciekałam ale nie wiedziałam przed czym, ani Mike ani Yasu nie zdążyli mi niczego wytłumaczyć. Zmarszczyłam groźnie brwi i w końcu zapytałam:

- Może mi nareszcie wyjaśnicie co się takiego stało?- Cisza tak jakby się powiększyła, a zamyślenie na twarzach chłopaków stawało się nie do zniesienia. Yasu westchnął ciężko i poprawił swoje czarne okulary.

- Michaelowi udało się wszystko wyjaśnić.

- Jak to!?- Aż usiadłam do niego przodem poprawiając niewygodnie wbijający się w ciało pas.

- Brook kłamała. Kłamała, że jest w ciąży i kłamała że spała z nim.- Serce zacisnęło mi się niebezpiecznie, a oczy powiększyły się niesamowicie. Nie wierzyłam w to co słyszę…

- Kłamała? Ale…- Jąkałam się kręcąc przecząco głową. Spojrzałam na Shina, a potem na Nobu którzy potwierdzili słowa Yasu kiwnięciem na tak.

- Upiła go, a potem upozorowała tą całą historię.- Dokończył.

- Jak ona mogła coś takiego zrobić. Ale jeśli wszystko się wyjaśniło… zaraz.- Zmarszczyłam brwi i potargałam jeszcze bardziej swoje krótkie włosy.- Mike dzwonił powiedział, że chce mnie przed czymś ostrzec… Yasu o co chodzi?!

- Brook nie ma zamiaru tak łatwo odpuścić. To że my znamy prawdę to nie znaczy, że cały świat ją pozna. Wykrzyczała, że do niczego się nie przyzna i że zniszczy ciebie.

- Mnie? Co ja do cholery jej takiego zrobiłam?

- Zabrałaś jej Jacksona.- Wtrącił się Nobu patrząc na mnie swoimi wielkimi i błękitnymi oczyma.

- Ale przecież oni nie byli razem gdy go poznałam. Słyszysz!? Nie byli…

- Wiemy o tym, lecz w jej oczach wygląda to nieco inaczej. Mniejsza o to… Po kłótni z Michaelem poleciała od razu do wszystkich możliwych gazet i do telewizji. Tam naopowiadała głupot…

- Jakich Yasu! Proszę przestań owijać w bawełnę!- Wrzasnęłam, a napięcie gromadzące się w mięśniach sprawiało tępy ból.

- Że rozstała się z Jacksonem i że to wszystko twoja wina. Że pokłóciłaś się z nią, a ona przez nerwy spowodowane twoją osobą…

- Nie proszę cię nie mów że…- Zakryłam usta z przerażenia i pokręciłam jeszcze mocniej głową. Ona nie mogła przecież tego zrobić, każdy ma jakieś hamulce… każdy!

- … straciła dziecko.- Wymamrotał ponuro, a ja poczułam jak moje serce staje. Skórę przeszedł zimny dreszcz, a dłonie zacisnęły się nerwowo w pięść. Całe LA przez nią będzie mnie uważać za najgorszą… Boże co ona najlepszego zrobiła.- Musieliśmy wyjechać ze Stonebrige ponieważ dziennikarze już nas namierzyli. To była kwestia czasu, kiedy się tam zjawią i zaczną natarczywie zadawać miliony bolesnych pytań.

- Ludzie mnie znienawidzą… Każdy uwierzy zranionej dziewczynie, która niby poroniła, niż tej przez którą się to stało.- Mój głos zadrżał, a grunt powoli osuwał mi się spod nóg.

- Jakoś to wyjaśnimy, przecież nie uda jej się okłamać całego świata.- Odparł Shin dotykając delikatnie kciukiem mojego ramienia. Spojrzałam na niego smutno i przygryzłam nerwowo dolną wargę. W złą godzinę powiedziałam, że już nic gorszego mnie nie może spotkać. Szybko los mi przypomniała o swojej ciemnej stronie, boleśnie doświadczając. Ze zdrady jakoś się podniosłam, ale jak podniosę się z czegoś takiego? Moje dobre imię ucierpi na tym niesamowicie, a wiara w ludzkość poważnie się nadwyręży.

- Wystarczy by ludzie w LA jej uwierzyli… Ona naprawdę mnie zniszczy…- Mruknęłam smętnie i założyłam na nos czarne okulary, spostrzegając że zajeżdżamy pod moje mieszkanie.- Zostaniecie dzisiaj u mnie?- Spytałam z nadzieją spoglądając jednocześnie na Finix. Znalazłam w jej twarzy aprobatę i pocieszające zrozumienie.

- No jasne maleńka…- Odparł słodko delikatnym głosem Nobu, a ja westchnęłam z ulgą otwierając drzwi. Wysiedliśmy zbierając się do zebrania pakunków. Shin,Finix i Yasu wystrzelili piersi zabierając o dziwo wszystko, a mnie i Nobu pozostawiając w tyle. Wcale mi to nie przeszkadzało i leniwym krokiem zmierzałam ku głównym drzwiom. Nagle znikąd pojawili się fotoreporterzy i otoczyli nas z każdej strony nie dając żadnej drogi ucieczki. Nerwowa panika rozeszła się po moim ciele w zastraszającym tępię, a blask oślepiających fleszy wywoływał ból głowy i ogólną złość. Jakby tego było mało zalała nas fala pytań i innych spekulacji, które były wymierzone w moją kruchą psychikę.

- Jak Pani się ustosunkuje do słów swojej rywalki?- Jakiej rywalki? Kręciłam z niedowierzaniem głową.

- Czy była Pani świadoma tego, że jest ona w ciąży z Jacksonem?- Następne pytanie, które padło jak strzał z karabinu maszynowego.

- Jak mogła Pani zniszczyć ich związek?- Ja zniszczyłam? Ludzie, co za głupoty ona wam na opowiadała.

- Czy to Pani spowodowała ich rozstanie oraz poronienie Brooke?- To pytanie przeszło mnie na wylot, przebijając moje serce na wskroś. Co ja mogłam odpowiedzieć? Byłam potencjalnym powodem rozpadu związku Michaela i Brooke, o ile jakikolwiek istniał, który przychodził na myśl każdemu. Żadnego usprawiedliwienia… Co miałam powiedzieć żeby uwierzyli w moją niewinność…

- To nie tak…- Mamrotałam cicho powoli cofając się do tyłu, przytłaczana tym wszystkim… Światła fleszy wirowały, a czas jakby stanął w miejscu…

- Po co miała niby rozbijać czyjś związek, skoro sama ma chłopaka?- Nagle Nobu stanął obok mnie i objął swoim silnym ramieniem. Nie wiedziałam co się dzieje i tylko oddychałam powoli by uspokoić samą siebie. Przed oczami miałam jedną wielką plamę światła.

- Kogo? Jak to?

- Kto to jest?

- Od kiedy?- Padł dziki deszcz pytań, jednak Nobu zaśmiał się pod nosem i westchnął teatralnie.

- Ashley Fox po rozstaniu z Michaelem Jacksonem związała się ze mną. Jesteśmy parą od kilkunastu tygodni i to było by śmieszne, gdyby moja dziewczyna rozbiłaby związek swojego byłego. Wyjechaliśmy do domku letniskowego należącego do mojej rodziny. Tam nie kontaktowaliśmy się ani z Jacksonem, ani z tą całą Brooke. Jej słowa są pomówieniami…- Wystosował te wyjaśnienia, a ja nie wierzyłam w to co słyszę. Ten człowiek właśnie ratował mi tyłek…

- Jaki macie na to dowód?

- A może to wy kłamiecie?- Wrzask ich oślizgłych głosów przyprawiał mnie o mdłości, a syk aparatów coraz bardziej doprowadzał do szału. Chciałam stamtąd zniknąć… Miałam gdzieś dowody… Jak im miałam udowodnić, coś co było do połowy zełgane? I tu odpowiedź spłynęła na mnie w postaci Nobu. Zbliżył się do mnie powoli, a nasze twarze były naprzeciwko siebie. Poczułam jego ciepły oddech omiatający moją szyję. Jego niebieskie oczy wpatrywały się we mnie dając znak, o tym co zamierza właśnie zrobić. I zrobił to… Nasze usta zetknęły się w pocałunku… Pocałunku dwóch kochanków. Poczułam się przez moment jakbym zdradzała Michaela, jednak to uczucie szybko wyparowało. Przecież nie jestem z nim teraz… Serce biło mi jak szalone, a fala przyjemnego ciepła rozniosła się po moim ciele. Wszyscy wpatrywali się w nas z osłupieniem, a paparazzi cykali mnóstwo zdjęć. Gdy wreszcie zakończyliśmy ten niespodziewany pocałunek, stałam przez kilka sekund w kompletnym szoku. Boże coś ty zrobił Nobu…

- Ojej…- Wydusiłam z siebie głupio, a on uśmiechnął się do mnie po czym złapał za rękę i pociągnął za sobą, rzucając reporterom na do widzenia:

- Koniec przedstawienia. A lepszego dowodu nie dostaniecie.- Wszyscy osłupieli i gapili się na nas gdy wbiegaliśmy do budynku. Jego ciepła ręka ściskała moją dłoń, a w głowie miałam jeden istny mętlik. Weszliśmy do mieszkania, a ja szybkim ruchem zamknęłam drzwi za sobą. Oparłam się o nie bezwładnie, a on stał naprzeciwko mnie. Co ja mam zrobić? On mnie pocałował, powiedział całemu światu, że jesteśmy parą… Cała ta sprawa zrobiła się jeszcze bardziej pogmatwana niż przedtem. Brook kłamie, że nie kłamała, oraz kłamie że to ja jestem wszystkiemu winna. Nobu kłamie, że jesteśmy parą by ratować mój tyłek… Podsumowując wszystko jest jednym wielkim kłamstwem.

- Nobu…- Zaczęłam dość głupio i bardzo przewidywalnie. Mój głos nie był pewny, ani silny przez co zdawałam się być poddenerwowana. Być może i byłam…- Może i załatwiliśmy jeden problem… ale jakim kosztem!

- Jakim?- Podniósł nieznacznie głos niezauważalnie zbliżając się do mnie. Westchnęłam ciężko i mimowolnie oblizałam usta.

- Przecież… Tak nie można.

- A można gadać takie głupoty? Można oskarżać kogoś o takie rzeczy? Przecież ona powiedziała, że to przez nią straciłaś dziecko.- Odparł stanowczo, ale zarazem delikatnie i opiekuńczo. Nawet nie zauważyłam, jak po krótkiej chwili stał ze mną twarzą w twarz, a moje serce biło jak szalone. Co ja miałam zrobić? Odepchnąć go i zranić jego delikatne serce, czy może zignorować uczucia jakie żywię do Michaela i pozwolić ponieść się chwili? Każde rozwiązanie ponosi za sobą jakieś konsekwencje, które nie wyjdą nikomu na dobre.- Nie mogłem stać z boku i pozwalać im tak cię oczerniać… Widziałem jak się boisz, jak nie wiesz co masz zrobić. Twoje dłonie drżały, a oczy pełne były strachu.- Wyszeptał omiatając mnie swoim zapachem. Spuściłam głowę nie umiejąc patrzeć mu w oczy… Ta chwila naprawdę pod wieloma względami była magiczna i niepowtarzalna. To co czułam w takich momentach przy Michaelu, różniło się tym co czuję teraz. A co ja tak właściwie czułam? Ciepły i rozluźniający spokój rozlewał się po moim ciele, a umysł płatał nieznośne figle. Podsuwał złośliwie pierwsze lepsze rozwiązanie…. Jego palce musnęły mojej brody zmuszając bym na niego spojrzała. Para niebieskich oczów wpatrywała się we mnie lekko drżąc. Pocałuj go… Jakiś głos podsunął mi to bezwstydnie, a ja aż zadrżałam z przejęcia. Czy to ma się tak skończyć?- Ashley wiesz, że będę na Ciebie czekał tak długo jak to będzie potrzebne. Może nie przemyślałem tego co zrobiłem lecz… Nie żałuje niczgo. Nawet nie wiesz jak cholernie dobrze mi było, gdy mogłem poczuć słodki smak twoich ust.

- Ja nie wiem… Ja nic już nie wiem, to wszystko dzieje się zbyt szybko…- Powtarzałam, kręcąc niespokojnie głową, czując jak do oczu napływają mi łzy. Nie umiem teraz zdecydować. Nie potrafię postawić na jednej szali uczucie do Nobu i uczucie do Michaela. Jego palce znów delikatnie otarły się o moją skórę.

- Spokojnie…- Szepnął a nasze twarze były tak blisko. Centymetry dzieliły nasze usta, a spojrzenia splatały się w niezbadanym spojrzeniu. Klamka wbijała mi się pod żebra, a plecy stabilnie opierały się o drzwi. Mam ulec tej chwili? Pocałuj go… Znów ten sam głosik co poprzednio zabrzmiał w mojej głowie.

- I co teraz?- Mruknęłam ochrypłym głosem, a kąciki jego smukłych ust wygięły się do góry, w dość wymownym uśmieszku.

- Właśnie i co teraz?- Nagle z odmętu tej sytuacji obudził nas poważny i niezadowolony głos Michaela. Stanął swobodnie opierając się o futrynę. Splótł swoje ręce na piersi i patrzył się na nas przenikliwym wzrokiem. Moje serce przyśpieszyło niemal do granic możliwości. Jasne niech los mi jeszcze dokopie… Mam nadzieję, że nie zaczną się teraz bić.

- Michael…- Mruknęłam cicho pod nosem wyglądając zza ramion Nobu. Atmosfera wyraźnie się zagęściła… Nobu stał tak jak stał możliwie najbliżej mnie, odwrócony twarzą do mnie. Jego głowa lekko opadała w dół, a Michael wiercił w jego plecach dziurę. Stałam osłupiała nie mogąc uwierzyć jak mogłam dać się wciągnąć w taką sytuację… Oddychałam nerwowo, durnie przyglądając się im obojgu… Ja a pomiędzy mną dwaj mężczyźni… i obaj kochają mnie jak wariaci.

. . . A ja którego tak naprawdę kocham?



sobota, 19 listopada 2011

     ***************

Ile czasu potrzeba by uleczyć złamane serce? Sekundy, minuty, godziny, dni, miesiące, lata? Czas jest pojęciem względnym i nigdy nie jest taki jaki się wydaje. Mówią, że nigdy się nie zapomina zdrady, ani jej się nie wybacza. Zapomina się o niej chwilowo, by wyciągnąć ją jako argument w najmniej odpowiednim momencie.

Siedziałam na starej drewniane altanie przed domem, okryta szczelnie starym kocem w kratę i sącząc ciepłą herbatę z kubka. Wdychałam nozdrzami świeże powietrze tego miejsca, czując drobną ulgę jaka stępowała na moje serce. W głowie analizowałam wszystkie wydarzenia związane z Michaelem. Jego słowa „Będę o Ciebie walczył, to już niedługo się skończy…”. Czy to jest możliwe, czy naprawdę istnieje jakakolwiek szansa na to by było tak jak wcześniej? Tak bardzo chciałam czuć jego ciepły dotyk i delikatne wargi na moich policzkach. Tęskniłam za nim i to było faktem, który nie chciał ustąpić. Być może gdybym zapomniała, gdybym spróbowała żyć bez niego to wtedy to coś w środku przestałoby tak cholernie boleć. Znów zaciągnęłam się nieskazitelnym powietrzem lasu, jednocześnie czując lekko przebijającą się woń wiśniowego dymu. Jak cień, cicho i bez zbędnych słów mężczyzna w czarnej marynarce i w czarnych okularach usiadł koło mnie. Przytuliłam się do jego boku czując ciepło od niego płynące.

- Jak tam maleńka?- Spytał tajemniczo patrząc przed siebie. Jego wzrok był dla wszystkich zagadką, mało kto przecież miała zaszczyt ujrzeć jego oczy. Zawsze czerń okularów i papieros w ustach. Ja jednak znałam go na wskroś… Zaczęłam bawić się jego srebrnym sygnetem oddychając miarowo i uciszając swoje zbłąkane myśli.

- Dobrze…- Skłamałam dobrze wiedząc, że on w to nie uwierzy. Kąciki jego smukłych ust delikatnie wygięły się w nieznacznym uśmieszku.

- Muszę Ci o czymś powiedzieć.

- Wal Yasu, już nic mnie nie zaskoczy.

- Rozmawiałem z Michaelem.- Odparł poważnym tonem spoglądając na mnie z ukosa. Przymknęłam delikatnie oczy i westchnęłam przełykając ciężko ślinę.

- Po co?- Wydyszałam beznamiętnie.

- To on chciał rozmawiać. Prosił mnie żebym się tobą zaopiekował, dopóki nie wyjaśni tej sprawy.

- Zaopiekował?- Prychnęłam poprawiając głowę na jego miękkim, ale stabilnym ramieniu.- Przecież ty zawsze to robisz…

- Nie potrafię inaczej. Mówił, żebyś nie przestała w niego wierzyć.- Mruknął wsuwając ramię za plecy i obejmując mnie.

- A czym jest wiara?- Spytałam tak jakby samą siebie.- Jak długo mam wierzyć, w to że  to jakaś pieprzona pomyłka?

- Mówił dość sensownie…

- Wierzysz mu? O czym mówił tak sensownie?- Wyrwałam się z jego objęć i otworzyłam szeroko oczy.

- Coraz bardziej skłaniam się do jego wersji, jednak na razie nie mogę Ci jej przedstawić.- Odparł zduszonym głosem.

- On też tak mówił… Yasu i ty też chcesz mieć przede mną tajemnicę?

- Tu nie o to chodzi słonko…- Wymamrotał odkręcając się w moją stronę.- Wszystko może się wymknąć z pod kontroli… Pozostaw na razie wszystko takie jak jest…

- I tak nie miałam zamiaru robić cokolwiek. To jest sprawa Michaela i to on powinien ją załatwić.- Stwierdziłam upijając jeden ale za to porządny łyk napoju, który rozgrzewał moje zbolałe kości.- Co on musiał Ci powiedzieć, że tak nagle zmieniłeś zdanie w tej sprawie?- Mruknęłam poprawiając koc, który niefortunnie zsunął się z moich nóg narażając je na przerażające zimno.

- Udowodnił mi, że jesteś dla niego tak samo ważna jak dla mnie.- Potarł z zakłopotaniem czoło jakby ciężkość tych słów była nie do zniesienia. Mimo wszystko na jego przyjaznej twarzy zagościł nieśmiały uśmiech skierowany tylko dla mnie.

- Kocham Cię ty mój osobisty aniele stróżu…- Wyszeptałam wykrzesując z siebie jak najbardziej miły i szczery uśmiech.- Chodź do środka, bo któreś z nas zamarznie. Nie chcę wskazywać palcem, ale raczej to będę ja!- Dodałam wstając jednocześnie ciągnąc go za czarną marynarkę.

- Też Ciebie kocham maleńka.- Mrukną po cichu wchodząc za mną do środka domku. Być może nie chciał bym to usłyszała jednak mój słuch wyłapał te ciepłe słowa.  W środku Shin i Nobu siedzieli przy stole grając w Makao, krzycząc i machając rękami jakby bili się o życie. Włączony odbiornik telewizyjny syczał w tle, a Finix krzątała się po kuchni robiąc obiad. Tak nie mylicie się… Punk’ ówa w czarnej bluzce i różowej spódniczce, spiętych do tyłu dredach i ciężkich buciorach na nogach. Dość niecodzienny widok…

- Shin na natychmiast masz przestać oszukiwać!- Wrzasnął wściekły Nobu rzucając swoje nieciekawe karty na stół. Niebiesko-włosy  zrobił wielce oburzoną minę i pokręcił przecząco głową, tak że jego łańcuszek przewieszony od ucha aż do wargi, zadyndał złowieszczo.

- Nie oszukuje! To ty nie umiesz przegrywać z godnością!- Wypalił tasując ponownie talię kart. Nobu prychnął lekceważąco i szybkim ruchem wyrwał mu karty oglądając je uważnie z każdej strony. Zapewne sprawdzał swoją teorię…

Rozsiadłam się na kanapie i wlepiłam wzrok w zmieniające się na ekranie obrazki. Jakaś panienka zapowiadała pogodę, oraz zapraszająca na program rozrywkowy o gwiazdach. Mlasnęłam z niesmakiem i już miałam przełączyć kanał, nie chcąc widzieć żadnych durnych materiałów na mój temat,  jednak mój palec zawisł w powietrzu. Jaskrawo ubrana blondyneczka na tle zdjęcia Michaela zaświergotała radośnie nowinkę ze świata gwiazd.

- Moi mili sielanka zaczyna się psuć, a zupa była zasłona.- Wysunęła te dość kwieciste porównanie, a mną aż wzdrygnęło na samą myśl o jej głupocie. Głosy chłopaków ucichły i po minucie już wszyscy wpatrywali się w odbiornik.- Nowo upieczona narzeczona Jacksona z tragiczną miną wyjechała z Neverland’ u oświadczając chwilowy brak pożycia.

- Nie no jak ona nie zacznie normalnie mówić to jej przyłożę…- Warknęłam czochrając swoje krótkie włosy. Brooke wjechała…  co do jasnej cholery to miało znaczyć?

- Z pewnych źródeł wiadomo, że Jackson rozstał się w dość kontrowersyjny sposób z…

- Proszę tylko tego nie mów…- Mruknęłam złowieszczo marszcząc brwi.

- … Ashley Fox, a dokładnie przez program telewizyjny na oczach milionów, po czym oświadczył się Brooke! Szalony!- Odparła przesadnie przewracając oczami i gestykulując znacząco. Blond fale podskakiwały jej na głowie, a kusa spódniczka jak na złość za bardzo podwijała się jej do góry.

-… no i powiedziała!- Syknęłam zakrywając dłonią oczy i oddychając głęboko. Super, jeśli jakimś cudem wszyscy już zapomnieli o moim telewizyjnym praniu brudów, to ta wesoła turkaweczka szybko im o tym przypomniała. Shin szybko zareagował za nim zdążyłam rozwalić telewizor na strzępy i zamaszystym ruchem wyłączył go. Wszystkie oczy znajdujące się w pokoju spoczęły na mnie, błagalnie prosząc bym wygłosiła jakieś podniosłe orędzie. Nadymałam policzki powietrzem i zaczęłam bawić się swoimi smukłymi palcami. Brooke wyjechała… Ta myśl latała mi po głowie z kąta w kąt nie dając spokoju. Nie możliwe by Mike wyrzucił ją lub coś w tym stylu. Może za bardzo chciał wyjaśnić tą całą sprawę, co poskutkowało tym że się obraziła. Jak na razie mogłam jedynie snuć pokrętne przypuszczenia… przez moment nawet zaczęłam pluć sobie w twarz, że mam na tyle mało odwagi by zadzwonić do Michaela i wyjaśnić tą sytuację. W ostatniej chwili się powstrzymałam przed tym pomysłem… w końcu przyjechałam tu by odciąć swój umysł od tego co było tam. Od całej tej absurdalnej sytuacji i od tego tępego bólu w klatce piersiowej.- Koniec przedstawienia.- Odparłam wstając i kierując się do kuchni po jakiś procentowy umilacz, by jakoś poszło.

- Ta prezenterka miała stanowczo za krótką spódniczkę.- Stwierdziła Finix po minucie bardzo zastanawiającej ciszy. Zachichotałam żałośnie pod nosem, wyjmując puszkę mojego ulubionego piwa Rafinee.

- Zauważyliście, że ciągle miała taki nerwowy tik…- Zawył Nobu demonstrując go na sobie. Zapewne chciał ukazać jak ta dziwna dziewczyna ciągle obciągała kusy pasek materiału usilnie udający spódniczkę.

- Czepiacie się jej… Miała na pewno jakiś atut…- Zaoponował Yasu, a wszyscy spojrzeli się na niego dziwnym wzrokiem.

- Tsa, a niby jaki?- Spytała się sarkastycznie Finix.

- Bogate słownictwo i barwne przenośnie?

- Jasne „Moi mili sielanka zaczyna się psuć” i najlepsze : „ a zupa była zasłona.”!- Odparł Nobu starannie akcentując te kwieciste wypowiedzi. Wypiłam porządny łyk napoju i znów poległam na niewygodnej kanapie cioci Nobu. Moje kości zaczęły poważnie tęsknić za naszą, starą poczciwą kanapą. Po moich kubkach smakowych rozszedł się cierpki smak po chwili mile rozluźniając zmęczone ciało. Kąciki moich ust wygięły się w błogim uśmiechu, który nawet nie wiem skąd się u mnie wziął. Ostatnio rzadko gościł na mojej twarzy, a jeśli już to nie był szczery, a wręcz wymuszony.

- Wiecie co? Coś jest ze mną nie tak…- Mruknęłam, bezsilnie bawiąc się puszką. Finix poległa koło mnie, a chłopcy zmarszczyli jednocześnie brwi wyrażając swoje zdziwienie.

- Coś nie tak?- Powtórzył tępo Yasu i opuścił okulary na chwilę na koniec nosa. Jego przenikliwe i wielkie oczy badały mnie zawzięcie.

- Moje serce przestało czuć… Ten cyrk w telewizji powinien wywołać u mnie jakiekolwiek uczucie. Strach, niepewność, złość lub choćby nadzieję. Kompletna pustka, równie dobrze mogli mówić o promocji w supermarkecie.- Stwierdziłam dopijając piwo i wstając by włączyć jakąś muzykę. Muzyka lekiem na wszystko… ta głucha cisza przyprawiała mnie o ból głowy i ciągle irytowała.

- Kompletna pustka mówisz?- Odparł Yasu zapalając z powagą papierosa i spoglądając z ukosa na mnie.- To dlaczego twoje dłonie są mocno zaciśnięte w pięść? Tak mocno, że aż paznokcie wbijają ci się w skórę, a ręka drży?- Dodał, a ja spojrzałam w dół by ujrzeć trzęsące się jak osika dłonie zaciśnięte do granic możliwości.

- Chcesz być silna, to fajnie…- Wtrącił się Shin przymykając lekko oczy i nachylając się nad stołem. Jego zapalniczka zawieszona na szyi, zabrzęczała głucho przerywając tą nieznośną ciszę.- Jednak nie możesz tłumić w sobie uczuć. W końcu zeżrą cię od środka i zostanie tylko pusta skorupa na zewnątrz.- Podszedł do mnie i wziął moje dłonie w swoje, ciepłe i tak kojące. Jednym ruchem, powoli rozplątał zaciśnięte palce po czym przyciągnął do siebie moje bezwładne ciało i przytulił. Westchnęłam cicho, dając mu do zrozumienia że ma absolutną rację. Dotarło do mnie, że nie można przestać czuć. Uczucia są częścią naszego życia i bez nich nie można było by normalnie funkcjonować. Uczucie miłości to najpiękniejsze jakie możesz odczuć, ale też i zdrada jest częścią składową twojej osobowości. To one kształtują nasz charakter i osobowość. Nie mogłam odciąć się od tego ciepła rozchodzącego się po moim sercu gdy myślałam o Michaelu, Nobu, Finix, Yasu czy Shinie. Nawet te złe uczucia, które powodowały ból robiły to po coś. Robiły to po to bym się czegoś nauczyła, bym została zmotywowana do pracy, bym wstała. Dotąd leżałam… Leżałam i odcięłam się od całego świata. Coś się działo wokół mnie, a ja przyglądałam się temu biernie myśląc, że to mój koniec. Wtedy dostałam kopa w postaci Brook, która raczyła mnie odwiedzić. Przyznam, że jeszcze nigdy nie czułam się tak źle jak po spotkaniu z nią, lecz dzięki temu w mojej głowie zagościła nikła nadzieja i chęć do dalszego życia. Może była spowodowana chęcią zrobienia jej na złość ale zawsze to było coś.

- Od kiedy ty tak mądrze mówisz?- Mruknęłam jak mały kotek, który prosi o trochę mleka. Być może to było żałosne, ale rozczuliło mojego niebieskogłowego przyjaciela. Przekręcił z zadumą głowę na bok i przymknął jedno oko.

- Od kiedy pamiętam, tylko stanowczo za rzadko mnie słuchacie.- Odpowiedział, gdy wysłałam mu zalotnego kuksańca w bok. Roześmiał się słodko, a jego młodzieńcza ale już dosyć przystojna twarz rozpromieniała.

- Ale ckliwe przedstawienie.- Skwitowała nasze dość dziwne zachowanie Finix, patrząc na to wszystko z boku.  Dodam, że ciągle chichotała i spoglądała porozumiewawczym wzrokiem na Nobu i Yasu.

- Bardzo śmieszne…- Syknęłam siadając przy stole i chwytając za karty. Zupełnie nie umiałam tasować, jedynie przekładałam je w dłoniach dla własnej niepojętej satysfakcji.

- Wiesz, że Jackson prawie odkrył co tak naprawdę się stało.- Rzucił Yasu, najwyraźniej nie mogąc się powstrzymać.

- A co tu jest do odkrywania Yasu?- Warknął Nobu czochrając niepokorne włosy.

- Jest i to dużo. Nie bądź dla niego aż tak krytyczny…

-A jaki mam być? Zdradził ją, a ona przez to wylała tyle niepotrzebnych łez. To jest wystarczający powód bym go nie lubił.- Stwierdził spoglądając na mnie z ukosa. Spuściłam wzrok, czując zażenowanie i wyrzuty sumienia. Co ja mogłam mu dać? Co mogłam zrobić, by znów zaczął się śmiać, a nie tak cholernie się martwić o mnie?

- Ważne jest by poznać wszystkie fakty, przed osądem.- Wyjaśnił Yasu zapalając kolejnego papierosa. Shin rozłożył się na kanapie i przymknął lekko oczy, kręcąc głową. Rozmowa coraz mniej była przyjazna.

- I kto to mówi. Na samym początku sam go oceniłeś. Nie pozostawiłeś na nim suchej nitki, a teraz gadasz takie głupoty.- Syknął smutniejąc, a jego wzrok błądził by spotkać się z moim. I spotkał… Wpatrywałam się w te niebieskie oczy widząc w nich współczucie, smutek i miłość. 

- Wiem i teraz się tego wstydzę.

- Nie mówcie już o tym…- Poprosiłam uśmiechając tępo jakby to miało by coś zmienić. Nie chciałam, żeby z mojego powodu dwaj najlepsi przyjaciele skakali sobie do gardeł.- Czy to teraz jest ważne? Przyjechaliśmy tu by zapomnieć… a przynajmniej ja po to tu przyjechałam. Zróbcie coś by to się udało, bo jak na razie rozmawiając o tym tylko mi przypominacie…- Przełknęłam ślinę i spojrzałam niepewnie na ich twarzy. Spodziewałam się absolutnie każdej reakcji od okropnego wrzasku aż po dziki śmiech. I na moje szczęście doczekałam się tego drugiego. Cała trójka wybuchła obłędnym rechotem, który sprawił że z mojego serca spadł jakiś wielki kamień. Znów było dobrze, znów wszyscy się śmieli, znów mogłam odetchnąć.

- Nie bój się nie tak łatwo jest nas skłócić.- Odparł Yasu i uśmiechnął się szczerze pod nosem. Chyba domyślił się o co się tak bałam. Wzruszyłam niewinnie ramionami czując narastający spokój w mojej zbolałej duszy. To co na ten moment w moim życiu było najważniejsze to byli oni. Herosi, którzy zawsze stali za mną murem, którzy śmieli się ze mną i podtrzymywali gdy płakałam. Zawsze mogę na nich liczyć. Jednak w moim sercu jest miejsce jeszcze dla jednej osoby. Mimo tego co się stało i mimo tego jak bardzo zabolała mnie jego zdrada, to on liczy się z nim prawie na równi. Może nie wpisują się w te same kategorie, a ich charaktery w niczym siebie nie przypominają, ale kocham ich na równi i nie potrafię żadnego wykreślić z mojego życia. Czterej najważniejsi faceci w moim dość nietypowym życiu. Czwórka wspaniałych, którzy mnie naprawdę kochają… mimo wszystkich wad jakie w sobie posiadam. Yasu, Nobu, Shin i mimo wszystko Michael.

 

Naprawdę, ale to naprawdę z głębi serducha dziękuję Wszystkim, którzy pozostawili po sobie ślad w postaci tak wspaniałych komentarzy. Wasze słowa motywują mnie do działania i wiem, że robię to dla kogoś a nie tylko dla własnego widzi mi się :D Dziękuje stałym czytelnikom, którzy zawsze pamiętają o moim blogu. Zapraszam do czytania! 



 
1 , 2 , 3
avatar Dodaj do ulubonych Sblogi.pl - ranking blogów - toplista blogow Fajne blogi .::Blogi nastolatek::. Strony z Michaelem Jacksonem ! <3 Najlepsze Blogi michaeljackson.pl Create your own banner at mybannermaker.com!
Make your own banner at MyBannerMaker.com! Zareklamuj bloga! Blogowisko.org @@@@@@@@@@@@@@@@@
SUBskrypcj@
NOWA CZĘŚĆ OPOWIADANIA

Twój email



dowiedz się więcej >>