Wpisy z tagiem: Michael Jackson
sobota, 12 maja 2012
**************** Weszłam do restauracji i niepewnie ruszyłam do stolika, który pokazał mi miły kelner. Uśmiechnęłam się do niego szczerze i wsunęłam się pomiędzy stolik a fotel. - Co Pani sobie życzy do picia?- Spytał grzecznie i tak dystyngowanie. Jak dla mnie trochę było tu za sztywno i nie w moim guście, jednak to nie mi było dane wybierać miejsce. - Poproszę Cappuccino.- Odparłam. Po sekundzie dostałam upragnioną dawkę kofeiny. Dzień był ciepły, a w restauracji przyjemnie pusto. Wszyscy wybrali z oczywistych względów stoliki na świeżym powietrzu, chłonąc piękno pogody i towarzystwo swoich znajomych. Spojrzałam na zegarek i pociągnęłam łyk kawy. Wczoraj wieczorem zadzwoniła do mnie Tatiana. Koniecznie chciała pogadać, twierdząc że jestem jedyną osobą która ją wysłucha i szczerze poradzi co robić. Nie wyprowadzałam jej z błędu... mimo charakteru wesolutkiej dziewczynki i niesamowitej gadany, lubiłam z nią rozmawiać i przebywać. Podczas pamiętnego dnia, który spędziłyśmy u Michaela na plotach i ogólnym wyciąganiu ze mnie wszystkich możliwych informacji, związało się między nami coś na kształt małej przyjaźni. Mogła na mnie liczyć i vice versa, a to jest najważniejsze. Do środka weszła wysoka brunetka o kręconych włosach. Na nosie miała czarne okulary, a jej szczupłe ciało szczelnie osłaniał płaszcz, najlepszej firmy jaką można było znaleźć w mieście. Powiedziała coś z uśmiechem do kelnera, który wodził wzrokiem po jej obcisłej sukience, którą widać było pomiędzy rozpięciem płaszcza. Po sekundzie słuchania, co kobieta ma do powiedzenia, spojrzał na salę, a później gładkim ruchem wskazał mój stolik. Nie mylicie się... kobieta, która zrobiła tak piorunujące wrażenie na kelnerze to Tatiana. Posłała mu kolejny zalotny uśmiech, po czym pognała lekkim krokiem w moją stronę. - Przepraszam za spóźnienie ale na mieście są straszne korki.- Odparła, jednocześnie całując mnie delikatnie w policzek. - Nic się nie stało.- Uśmiechnęłam się. - Jedno expresso.- Mimochodem powiedziała do tego samego kelnera co wcześniej, który zdążył się zamienić z kolegą obsługującym salę. Najwidoczniej Tatiana wpadła mu w oko. - Już przynoszę.- Zaćwierkał męskim głosem, trochę przesadnie eksponując swoją wspaniałość. - Oni są tacy zabawni.- Szepnęła Tatiana, nachylając się do mnie gdy kelner zniknął z pola widzenia.- Zawsze robią to samo. - Dziwisz się im? Wyglądasz zjawiskowo, nic dziwnego że każdy facet ma ochotę Cię schrupać.- Zaśmiałam się pod nosem. Machnęła dłonią w powietrzu i puściła w moją stronę oczko. - Wiesz jak poprawić kobiecie humor. - W końcu sama nią jestem.- Upiłam łyk swojej kawy.- Teraz lepiej powiedz dlaczego chciałaś się tak nagle spotkać. Mam nadzieję, że nic się nie stało...- Pokręciła szybko przecząco głową i pokazała mi dłonią, że zaraz mi wszystko opowie, tylko poradzi sobie z kelnerem, który właśnie zmierzał do nas z zamówieniem. Po jego minie wnioskowałam, że był ochoczo nastawiony do kolejnego spotkania z Tatianą, a nawet być może odważy się by zaprosić ją na randkę. Podejście pierwsze... - Pani zamówienie.- Odparł uwodzicielskim głosem, wysyłając w jej stronę popisowy uśmiech nr. 12. - Bardzo Panu dziękuje.- Zamruczała mierząc go zaczepnym wzrokiem. Kelner wysłał do niej kolejny uśmiech, przygryzł wargę i najwyraźniej wyszedł z założenia, że raz się żyje i zapyta się o to, o czym marzył od kiedy tylko zobaczył ją w drzwiach restauracji. - Wiem, że jako kelner nie powinienem...- Zaczął.- ...ale czy nie poszłabyś ze mną na kawę?- Dokończył patrząc się na nią odważnym wzrokiem. Tatiana spojrzała się na mnie z ukosa i oblizała powoli usta. Wyprężyła się na krześle, założyła nogę na nogę i zrobiła przepraszającą minę. - Przepraszam, ale mam już kogoś.- Wytrzeszczyłam na nią oczy. Czyżby to właśnie o tym chciała mi tak usilnie powiedzieć? Kelner wypuścił powoli powietrze z płuc, uśmiechnął się nietęgo i pokiwał głową. - Rozumiem, musiałem spróbować. Jakby co jestem do usług.- Po koszu oddalił się na zaplecze. Zmarszczyłam brwi i nachyliłam się nad stołem. - To o tym chciałaś mi powiedzieć? Masz chłopaka? - Można tak to ująć... znaczy...- Zaczęła plątać się w zeznaniach. - Mów, naprawdę mamy czas. Tylko proszę, po kolei.- Nakazałam uśmiechając się pod nosem. Wyglądała naprawdę potulnie... jeszcze parę sekund temu, była żyletą która nie bała się nikogo ani niczego, a teraz jej oczy były niepewne, trochę zagubione... całkiem inna osoba. Napiła się swojego expresso i odetchnęła z uśmiechem na ustach. - Zakochałam się.- Wyrzuciła z siebie spokojnym głosem, a z jej ust nadal nie schodził dziki uśmieszek podniecenia. Uniosłam do góry brwi i zaplotłam ręce na klatce piersiowej. - To już kochana zdążyłam wywnioskować z Twojego zachowania.- Mruknęłam, powstrzymując się od śmiechu. Poprawiła zgrabnym ruchem swoje czarne włosy, uśmiechając się jeszcze szerzej. - Za szybko mnie przejrzałaś...- Poskarżyła się. - Poproszę o szczegóły. Naprawdę jestem ciekawa, kto jest tym szczęśliwcem. - Na początku to była tylko przyjaźń...- Zaczęła, jednak nadal nie zdradzała imienia chłopaka, który aż tak zamieszał w jej życiu. Postanowiłam grzecznie poczekać, aż sama mi powie, wtedy albo grzecznie jej wyperswaduje całą tą miłość albo pobłogosławię i kupie obrączki, w końcu jestem jej przyjaciółka co nie?- Świetnie mi się z nim rozmawia, zawsze mogę na niego liczyć... po prostu anioł, nie człowiek. - Z Twojego opisu wnioskuje, że albo trafiłaś na ideał, albo go sobie wymyśliłaś...- Zaśmiałam się przyjaźnie, a ona dołączyła się potakując porozumiewawczo głową. - Raczej pierwsza opcja... choć czasem myślę, że to sen. Jest wspaniały i taki wyjątkowy, a gdy jest blisko zapominam o bożym świecie. - Hah!- Prychnęłam, uważnie się w nią wpatrując.- Kurczę, a może ma on brata?- Puściła do mnie oczko. - I to nie jednego.- Pomachała przed moją twarzą, swoim zgrabnym palcem. - No to już wiemy, co zrobisz w pierwszej kolejności... - Co?- Spytała zaciekawionym głosem. - No jak to co? Szybciutko przedstawisz mnie jednemu z nich!- Zarechotałam, a ona ledwo nie spadła z krzesła, zakrywając roześmianą twarz. Absolutnie nie przejmowaliśmy się tym, że dwóch chłopaków, którzy siedzieli w rogu sali, przez cały czas przyglądali się nam nieprzerwanie coś do siebie szepcząc. - Ashley jesteś naprawdę niemożliwa!- Klepnęła mnie w ramię, a ja spojrzałam z ukosa na tamtą dwójkę i pomachałam im z nieukrywanym uśmieszkiem. Czy oni naprawdę myśleli, że nie zauważymy ich zachowania? Ach ci faceci... A tym najwyraźniej, moja uwaga bardzo się spodobała, ponieważ uśmiechnęli się do mnie uwodzicielsko i kiwnęli w moją stronę podbródkiem.- Widzę, że Ty mnie w roli swatki, to raczej nie potrzebujesz. - Mówisz o nich? Nie mogłam się powstrzymać...- Przygryzłam wargę i upiłam łyk cappuccino.- Lepiej jednak wróćmy do tematu... dowiem się w końcu o kogo chodzi? - Znasz go.- Poinformowała mnie, a ja jak na zawołanie zaczęłam śledzić w myślach wszystkich naszych wspólnych znajomych, których powiem szczerze ale nie było dużo. Zmarszczyłam brwi... - To jakaś gwiazda? - Zgadza się. - I ja go znam? - Zgadza się.- Na te słowa rzuciłam w nią serwetką. - Powiedz to jeszcze raz, a użyję czegoś twardszego.- Ostrzegłam, widząc jej cwaniacki uśmieszek.- Poproszę imię i nazwisko... - Michael Jackson.-... BACH! Kulka między oczy, chwila zamroczenia, ogólnej nostalgii. Pierwsza myśl, może jednak się przesłyszałam, potężne i bolesne uderzenia serca. - Mike?- Powtórzyłam sucho, starając się usilnie powstrzymać przerażony wyraz twarzy. Nie... to jakieś szaleństwo, absurd, który zakrawał o śmieszność. Dlaczego to tak zakuło? Przecież dobrze wiedziałam, że między mną a Michaelem w tym momencie jest tylko przyjaźń, że nasze relacje ograniczają się do długich spotkań i namiętnych rozmów... żartów... o matko, czy ja byłam zazdrosna? - Tak, wiem że to śmieszne... ale naprawdę się w nim zakochałam.- Potwierdziła, a ja zauważyłam z rozżaleniem, że ta odpowiedź wcale nie przyniosła mi ulgi. - Nie, to nie jest śmieszne...- Zaprzeczyłam. Wypuściłam dyskretnie powietrze by się uspokoić.- Mówiłaś mu o swoim uczuciu? - Nie, jeszcze nie było okazji...- Spuściła rozmarzone oczy, rysując coś bez sensu na blacie stolika. - Musisz z nim o tym porozmawiać...- Palnęłam cokolwiek, by nie wyjść na bezduszną. Starałam się jak mogłam by myśleć trzeźwo i by wyprzeć z głowy i ust gorzki posmak zazdrości. - Wiem i mam zamiar to zrobić jak najszybciej. Nawet mam już niezły pomysł na to jak to zrobić. - Jaki?- Spytałam odruchowo. - Zobaczysz, na razie to niespodzianka, na pewno się o tym dowiesz, bo będzie o tym głośno.- Zaklaskała radośnie w dłonie, a ja zmusiłam się do uśmiechu i do względnej uwagi.- Tylko mam do Ciebie prośbę... - Jaką? - Nie mów o niczym Michaelowi.- Złapała mnie za dłonie, a ja aż podskoczyłam do góry. Otrząsnęłam się z tego nieznośnego otępienia i pokiwałam twierdząco głową. - Jasne... możesz na mnie liczyć.- Mruknęłam.- Wiesz, muszę już lecieć...- Wyjęłam portfel i zapłaciłam za obie kawy.- Dziś ja stawiam. - Odprowadzę Cię.- Rozpromieniona Tatiana wstała za mną pośpiesznie i złapała mnie pod rękę. Posłałam jej blady uśmiech. Kierowałyśmy się do drzwi, gdy nagle dwójka wcześniej wspomnianych chłopaków, podeszła do nas odważnie. - Cześć dziewczyny.- Zaczął ten o długiej blond grzywie. - Cześć.- Powtórzył za nim jego kolega, o idealnie wystylizowanych, długich, brązowych włosach i lekkim, męskim zaroście. - Cześć. Tatiana już Wam nie przeszkadzam.- Wymamrotałam i żwawo popchnęłam drzwi restauracji, szybko wysuwając się z uścisku Tatiany. Dobrze wiedziałam, że to o nią im chodzi, więc wcale nie miałam ochoty słuchać jak spławia ich tym samym tekstem, co tego biednego kelnera. Wyszłam na zewnątrz i pomachał w górze dłonią, by szybko złapać taksówkę. Na całe moje szczęście jakaś po sekundzie się przy mnie zatrzymała. Złapałam za klamkę i już miałam wsiąść, gdy nagle ktoś chwycił mnie za ramię. - Tatiana, naprawę się...- Zaczęłam, żwawo się odwracając, jednak ku mojemu ogólnemu zdziwieniu za mną stał brunet z restauracji, a nie moja przyjaciółka. Uśmiechnęłam się dziwnie i zmarszczyłam brwi.- Tak... ty stanowczo nie jesteś Tatiana. - Twoja znajoma, postanowiła poznać się z moim kolegą. - Myślałam, że ty też na to liczysz...- Zamruczałam obojętnym głosem, chcąc jak najszybciej wsiąść do taksówki i odjechać. Miałam jedynie w głowie słowa Tatiany i jej promienne wyznanie miłości. Chłopak uśmiechnął się przyjaźnie i pokiwał przecząco głową... - Ja w restauracji patrzyłem na Ciebie, a nie na nią. - Słuchaj...- Zaczęłam, ale tak naprawdę nie wiedziałam co mu mam powiedzieć. Znów pokiwał głową. - Nic nie mów. To moja wizytówka, będę naprawdę szczęśliwy jak zadzwonisz...- Zamknął mi w dłoni białą kartkę, uśmiechnął się nieśmiało i wkładając dłonie do kieszeni odszedł. Stałam tak przez chwilę, nie wiedząc co właściwie się stało... Chodziło mu o mnie... to jakiś żart. Moje myśli nadal nie dowierzały. Wsiadłam do taksówki i dziwnym głosem powiedziałam kierowcy adres, po czym zaczęłam wnikliwie lustrować wizytówkę. - Renier Valentine.- Przeczytałam. - Coś Panienka mówiła?- Taksówkarz zwrócił się do mnie. - Nie, ja tak tylko do siebie.- Zorientowałam się, że jak na mówienie coś pod nosem, zrobiłam to dość głośno.- Ren...- Wyszeptałam, obracając wizytówkę w palcach. Zaśmiałam się.- Po japońsku, kwiat lotosu. ... Pogłaskałam ją po brzuchu i uśmiechnęłam się pogodnie, widząc jej rozanieloną minę. Od czasu kiedy dowiedziała się, że jest w ciąży stała się całkiem inną osobą. Oczywiście nadal przejawia wiele cech prawdziwej punkówy, jednak starała się powstrzymywać kiedy to było konieczne, a czasem wręcz niezbędne. Tak więc wspaniałomyślnie zrezygnowała z imprez oraz spożywania alkoholu pod jakąkolwiek postacią. - Jak się czujesz?- Mruknęłam ciepłym głosem. - Ach, na szczęście mdłości już ustąpiły, bo gdyby trwało to o chociaż jeden dzień dłużej, zwariowałabym i w końcu trafił by mnie jasny szlak. - Ale wytrzymałaś, teraz będzie łatwiej.- Spojrzałam na kanapę, na której rozpostarł się Carlos, uważni oglądając jakiś durny teleturniej. Uniosłam do góry brwi i zawarczałam zaczepnie, siadając koło niego. Wskazał palcem na ekran i pokiwał z uznaniem głową. - Świetne, naprawdę świetne. - Tsa... A Ty to widzę, że się już na dobre tu zadomowiłeś.- Odparłam.- Lepiej powiedzcie mi jak stoi sprawa, a Ty Carlos łaskawie zacznij się dokładać do czynszu. - Zauważyłaś... - Podrapał się z zakłopotaniem po głowie. - Zauważyłam?- Prychnęłam przyjaźnie.- Rano wstaje, jesteś. Wychodzę, jesteś. Przychodzę, jesteś. Kładę się spać, jesteś. Albo jestem głupia, albo już dawno zamelinowałeś się w pokoju Finix. Więc? - Carlos...- Finix go ponagliła. - Dobra... Można ująć to tak, że się wprowadziłem. Wczoraj jak Cię nie było, przerobiliśmy nieco pokój Finix, tak byśmy się tam jakoś pomieścili... oczywiście dołożę się do czynszu i w ogóle... - Carlos...- Zaczęłam, jednak on dostał istnego słowotoku. - Wiem, Ash jak tylko trochę zarobię, znajdę jakieś lokum dla mnie i dla Finix...- Wybałuszyłam oczy i pokręciłam przecząco głową. - Nie, coś ty możecie tu mieszkać ile chcecie... naprawdę, nie musicie się śpieszyć...- Perspektywa tego, że zostanę w tym mieszkaniu sama jak palec, trochę mnie przerażała. - Kochanie prędzej, czy później i tak by do tego doszło. Jeden pokój to za mało dla dwójki dorosłych i dziecka.- Finix objęła mnie czule i przyłożyła swój ciepły policzek do mojego. - Kiedy?- Spytałam nieswoim głosem. - Góra dwa tygodnie. - Ja Cię ... ach... muszę znaleźć lokatora.- Mruknęłam zawiedzionym głosem. Wszystko wskazywało na to, że w niedługim czasie będę musiała zostać w tym mieszkaniu sama jak palec... codziennie... w pustym mieszkaniu.- Tak, stanowczo muszę kogoś znaleźć. - Tylko nie jakiegoś psychopatę.- Wtrącił się Carlos, a ja zmarszczyłam brwi i pociągnęłam żałośnie nosem. - Dzięki za wskazówkę... jeszcze jakieś zastrzeżenia? - Nie, myślę że jak nie będzie to psychopata, to wszystko inne będzie ok. - Przymknij się.- Finix uderzyła go z miłością w głowę, a on niestety ale nie zdążył uniknąć ciosu.- Ash pomogę Ci kogoś znaleźć, zobaczysz będzie to jakiś przystojniak. - Ona ma już jednego adoratora...- Carlos grzecznie przypomniał, starannie zakrywając się przed kolejnym ciosem. Nadymałam policzki i poczochrałam włosy. - A kto powiedział, że sam adorowany nie ma kilku adoratorek?- Sapnęłam z bezsilnością, czując jakiś dziwny uścisk pod mostkiem. Tak... do kompletu przypomniało mi się, jak moja przyjaciółka wyznała mi miłość do kogoś, do kogo i ja czułam coś więcej niż przyjaźń. Carlos przybliżył się do mnie i szturchnął w bok, puszczając jednocześnie oczko. - Zazdrosna?- Spytał zaczepnym głosem. - A ty nie masz nic do roboty w tej chwili, Carlos?- Już bardziej ironicznie nie mogłam brzmieć. - Właśnie kochanie... może idź do sklepu po bułki.- Finix poklepała go przyjaźnie po plecach i pocałowała w usta. - Ach... od kiedy jest w ciąży nie potrafię jej odmówić.- Zamruczał, po czym zwlókł się z kanapy i zwrócił się w stronę drzwi. Po chwili wyczekującej ciszy już go nie było. Finix odwróciła się do mnie i uśmiechnęła się przyjaźnie. - Mów, co się stało. - To naprawdę nic... - Jasne. Mów, pamiętaj że jestem w ciąży i nie można mnie denerwować. - Teraz będziesz to wykorzystywać ile wlezie, co?- Zachichotałam, widząc zaciętą minę mojej kochanej siostry. - No jasne, wszystkie chwyty dozwolone.- Ponagliła mnie gładkim ruchem podbródka, bym zaczęła w końcu mówić. - Rozmawiałam z Tatianą.- Wymamrotałam.- Chciała mi powiedzieć jak przyjaciółce, że się zakochała. - Po pierwsze w kim, a po drugie dlaczego aż tak Cię to zmartwiło?- Zmrużyła oczy i przyjrzała mi się uważnie, a ja ukryłam twarz w dłoniach. - A jeśli powiem, że zakochała się ona w Michaelu?- Podniosłam na nią wzrok. - To powiem Ci, że masz przerąbane.- Zawsze wiedziała, co powiedzieć... - To mi nie pomaga wiesz? - Wiem kochanie, przepraszam. Zacznijmy od początku...- Rozsiadła się na kanapie.- Co czujesz do Michaela?- Odetchnęłam głęboko. - Myślę...- Zaczęłam, jednak bałam się tego co usłyszę.- Nasze uczucie zmieniało się wraz z biegiem tych wszystkich wydarzeń. Nie umiem powiedzieć na ten moment, czy to jest tylko i wyłącznie przyjaźń, czy może coś więcej... ja nie wiem.- Mruknęłam bezsilnie. - Musisz się szubko dowiedzieć... Tatiana jest piękną kobietą. Nie wiemy jak zareaguje Mike na jej wyznanie miłości. Jeśli nie chcesz stracić szansy na miłość, powinnaś uporządkować swoje uczucia i zdecydować.- Pogładziła mnie po policzku. - Wiem... Finx dziękuje Ci. Mam nadzieję, że mieszkając z Carlosem będziesz szczęśliwa.- Przyciągnęłam ją do siebie i pocałowałam w policzek. Uśmiechnęła się przyjaźnie.- Nie musisz się o mnie martwić, w parę dni znajdę jakiegoś lokatora i wszystko pozałatwiam. - Jesteś pewna, że dasz sobie radę? Może, któryś z BLAST z Tobą zamieszka?- Rzuciła luźną propozycję, jednak szybko pokręciłam przecząco głową. - Coś ty... oni mają już mieszkanie. Nie ma sensu robić zamieszania... - Dasz sobie radę, siostra.- Szturchnęła mnie w bok, a ja zmarszczyłam brwi. - Tak, dam...- Nie mam innego wyboru. Dodałam w myślach, czując w kościach że nadchodzą kolejne przeciwności. Znów moje życie odwróci się o sto osiemdziesiąt stopni, zmieniając moje dotychczasowe ustalenia nie do poznania. Może zmieni się na leprze, może na gorsze, a może koniec końców wszystko pozostanie takim jakie jest, jednak wiem jedno... tak, czy siak będzie mnie to kosztowało mnóstwo zdrowia i nerwów... Taka jedna, wielka psychoterapia, tylko nie wiem czy nie wyjdę z tego z gorszą psychiką niż na początku... I tak zakończyła się kolejna część mojego opowiadania. Ostatnio pisze mi się łatwiej, ponieważ już trochę moich stresów odeszło w niepamięć... Kolejne tygodnie mijają i powoli wszystko układa się w jedną, niepowtarzalną całość. Mam nadzieję, że nadal będziecie wpadać na mojego bloga, by zobaczyć co u Ash i Michaela. Serdecznie Zapraszam! ;)
sobota, 05 maja 2012
Cześć wszystkim!!! Jak tam, co tam? Wszystko u Was dobrze? Jak się czujecie, może zdarzyło się coś ciekawego w Waszym życiu o czym chcielibyście opowiedzieć? Śmiało piszcie... może coś związanego z Michaelem? Naprawdę będzie mi miło, gdy będę mogła poczytać wasze wpisy;) Dobra, a teraz zapraszam serdecznie na kolejną część mojego opowiadania. Mam nadzieję, że sprostam waszym oczekiwaniom;) ZAPRASZAM! **************** - Naprawdę nie wiem, co powiedzieć...- Mruknęłam, wpatrując się wielkimi oczami w bilet na koncert leżący na mojej dłoni. Mike stał koło mnie z uśmiechem w rozmiarze XXL, starając się przekonać mnie do swojego wspaniałego pomysłu. - Powiedz tak.- Zasugerował, zabawnie zachęcając mnie spojrzeniem. Posłałam mu kuksańca w bok i pokręciłam ironicznie głową. - Ty już sobie to wszystko, wcześniej zaplanowałeś, co?- Spytałam. Zaśmiał się powabnie, robiąc jednocześnie minę niewiniątka. Zamaszystym ruchem poprawił klapy od marynarki i przygryzł zalotnie wargę. - Bardzo chciałbym, żebyś zobaczyła mój koncert na żywo. - Bad Tour... bilety rozchodzą się jak ciepłe bułeczki.- Mruknęłam, ostrożnie ale również uważnie oglądając bilet. Nagle mój wzrok zatrzymał się na jednym, lecz dość ważnym szczególe...- Loża VIP? - Dla najważniejszych gości. Będziesz mogła obejrzeć cały koncert w spokoju i na pewno nic Cię nie ominie.- Potaknął głową, a ja wpatrywałam się w jego zdeterminowaną twarz. Nie mogłam wyjść z podziwu, jak bardzo jest to dla niego ważne. Miałam dziwne wrażenie, że jakbym powiedziała nie, to mogła bym złamać mu tym serce. - Wystarczyłoby zwykłe miejsce pod sceną. Lubię koncerty... panuje na nich taka niesamowita atmosfera. - Czy Ty właśnie się zgodziłaś?- Złapał mnie za ramiona, a jego delikatne a zarazem tak męskie dłonie, ciepło zacisnęły się na moim ciele. - Dobrze... powiem, to głośno i wyraźnie. Z wielką chęcią pójdę na Twój koncert, Mike.- Odparłam pewnym siebie głosem. Jego twarz rozpromieniła się niesamowicie, jak małemu dziecku które dostało prezent na gwiazdkę. Nagle złapał mnie w ramiona i podnosząc, zakręcił dookoła. Oplotłam ręce wokół jego szyi, by zapobiec potencjalnemu upadkowi jaki mógł mnie czekać. Wtuliłam twarz w miękkie loki na głowie Michaela...- Wariacie... - Nawet nie wiesz jak się cieszę!- Nadal trzymał mnie w ramionach i wcale nie okazywał chęci mnie wypuszczenia. - Oj chyba jednak wiem! Zaraz mnie udusisz, królu.- Zarechotałam. Odłożył mnie grzecznie na ziemie, jednak z jego twarzy nadal nie schodził uśmiech.- A teraz opowiedz mi, co mnie czeka na tym wspaniałym, niesamowitym wydarzeniu roku, oczywiście. - Oczywiście same wspaniałe, niesamowite wydarzenia.- Mruknął, ciągnąc mnie jednocześnie do ogrodu Neverlandu. Odetchnęłam świeżym powietrzem i nacieszyłam wzrok pięknem zieleni i bogactwem roślinności, rozciągającym się po całej posiadłości. Niesamowite drzewa, które dzielnie dawały kojący cień w gorące dni, łagodnie opuszczały swoje korony ku ziemi. Usiadłam na ławce i westchnęłam. - Zazdroszczę Ci tego. Móc obudzić się rano i wejść w tak wspaniały świat... coś niesamowitego. - Coś bym powiedział, ale boję się że mi przyłożysz.- Mruknął, a ja ze zdziwienia spojrzałam na niego badawczym wzrokiem, jednak moja ciekawość wzięła górę. Wskazałam na niego podbródkiem, by zachęcić go do mówienia. - Obiecuję, że rękoczynów nie będzie. - Chciałem powiedzieć, że od zawsze jest możliwość byś mogła podziwiać ten widok co rano.- Wzruszył ramionami, patrząc na mnie nieziemskim wzrokiem. Przygryzłam wargę, a w głowie zaświtał mi jedna myśl... On nadal myśli o wspólnym mieszkaniu... przecież nawet nie jesteśmy razem! Mimo przerażenia tą myślą, poczułam w sercu miłe ciepło rozchodzące się po całym ciele. - Mike... - Wiem kochanie, wiem. Wszystko przyjdzie w swoim czasie i niech tak pozostanie. Nie chcę Cię do niczego zmuszać, ani naciskać.- Pogłaskał mnie przyjaźnie po ramieniu, a ja głośno wypuściłam powietrze. Co miałam powiedzieć? Co miałam zrobić? Co jest odpowiednie, a co będzie błędem, którego konsekwencje będę odczuwać przez całe moje życie? - Popatrz jak nasze życie dziwnie się poukładało. Kiedyś myślałam, że tak łatwo jest być szczęśliwym... żyć z ukochaną osobą, przyjaciółmi, robić to co się kocha i nie przejmować się tym, co już za nami.- Zapatrzyłam się przed siebie, pozwalając niesfornym kosmykom włosów fruwać, noszone przez wiatr. Mike położył jedną rękę na oparciu ławki, a drugą trzymał blisko mnie. Jego mały palec przyjemnie ocierał się o moją nogę, ciągle dając znak że jest blisko, przy mnie... dla mnie.- Życie wcale nie jest proste... jest tak cholernie skomplikowane i do tego te jego sadystyczne zapędy... - Wszystko jest po coś. Nic nie dzieje się bez przyczyny. Każde wydarzenie odciska w nas niezapomniane piętno... pamiątkę. Zmienia nas, nakierowuje. Być może z nie wszystkim się zgadzamy, a wręcz za pewne rzeczy nienawidzimy życia, lecz po coś to jest. Bóg miał jakiś cel tworząc to wszystko takim jakie jest... nam pozostaje jedynie wierzyć.- W jego głosie można było usłyszeć szczerość i pewność. Wiedział, co mówi bo sam wielokrotnie przechodził przez różne zawirowania, a mimo tego nadal istnieje, nadal żyje z podniesioną głową i stara się by to życie było jak najlepsze. Spojrzałam mu głęboko w oczy, a na ustach pojawił mi się szczery uśmiech. - Ładnie powiedziane. Wiara... masz rację, tylko to nam pozostaje.- Odparłam, a on mnie najzwyczajniej w świecie przytulił. Tak po prostu, bez ceregieli, zbędnych słów i niepotrzebnych zawirowań... Już zapomniałam jakie to jest przyjemne. ... Wpadłam do mieszkania i z pełną czcią i zgodnie z tradycją, rzuciłam swoją torbę na komodę. Jak zawsze grzecznie spoczęła na swoim miejscu, o dziwo nawet nie próbowała spaść, taki bonusowy prezent na lepszy dzień. Wytężyłam słuch. Do moich bębenków słuchowych dotarła dość oryginalna interpretacja utworu „The simply the best", w wykonaniu mojej kochanej siostry. Wetknęłam głowę do kuchni i ujrzałam Carlosa siedzącego przy stole, który jak zaklęty wpatrywał się w pląsającą po całej kuchni Finix. Proszę Państwa, dodajmy że przez „pląsanie" mam na myśli „starała się gotować". Wcale nie przejmowała się moją obecnością, a wręcz śmiem twierdzić że nawet mnie nie zauważyła. Radośnie podśpiewywała pod nosem, wyjmując to nowe rzeczy z lodówki, zapełniając przy tym i tak już dość zapełniony blat przy kuchence. Mimo wszystko bystre oko Carlosa, zdołało mnie dostrzec. Przywitał się kiwnięciem głowy i promiennym uśmiechem. Wskazałam głową na Finix, a on powabnie wzruszył ramionami. Biedaczek nie mógł nadążyć za jej zmianami humorów i ogólnym nastawieniem do życia. Weszłam do środka i chwytając kawałek papryki, usiadłam koło niego. Za chrupałam... - Wygrała w totka, czy co? A może postanowiła zostać nowym Gordonem Ramsey' em?- Kolejne wzruszenie ramionami. - Nie mam zielonego pojęcia. Znalazła mnie w „Edenie", przywlekła mnie tu niemal siłą i posadziła na dupsku. Potem wymamrotała, że mam grzecznie czekać aż skończy i od tamtego czasu lata jak jakaś pieprzona Mary Popins, podśpiewując pod nosem „ This is fainal countain".- Wyjaśnił, nachylając się nade mną, nadal skrupulatnie lustrując swoją dziewczynę wzrokiem. Zmarszczyłam brwi i mlasnęłam z niesmakiem. - Co robiłeś w Edenie?- Spytałam dociekliwym głosem.- A tak na marginesie to jest „The simply the best".- Dodałam, szturchając go delikatnie w ramie. Odwrócił wzrok od ukochanej i spojrzał na mnie, całkowicie zszokowany. - Pieprzysz...- Pokręciłam przecząco głową, a on znów spojrzał na Finix i wypuścił powoli powietrze z płuc.- Muszę jej jakoś delikatnie powiedzieć, że śpiew nie jest je głównym atutem. - Chcesz młodo zginąć?- Rzuciłam, również wpatrując się uparcie w jej dzikie pląsy.- Lepiej wróćmy do poprzedniego pytania.- Zasugerowałam. - Zaszczyt mnie kopnął i szef zadzwonił z płaczem, że im się wakat przy barze zrobił.- Mruknął ociąganym głosem. - Ten sam szef, który niedawno cię zwolnił? - Tak ten sam, pieprzony szef.- Mlasnął i posłał mi zaczepny uśmiech. - Zgodziłeś się? - Niestety nie śpię na kasie, a barmanów na mieście najwyraźniej mają już za dużo, bo od tygodnia szukam roboty.- Przeczesał włosy dłonią.- Schowałem dumę do kieszeni i postanowiłem przyjąć ofertę.- Poklepałam go po ramieniu i odwzajemniłam uśmiech. - Dobrze zrobiłeś wodzu. Duma jest do bani... nią nie zapłacisz rachunków.- Niemal musiałam przekrzyczeć Finix, która wcale nie miała zamiaru się nami przejmować. Zmarszczyłam brwi.- Dobra, asekuruj mnie. Próbuje czegoś się dowiedzieć od niej.- Wstałam i podeszłam do Finix. Carlos odprowadził mnie wzrokiem i pomachał na pożegnanie dłonią. - Byłaś dobrą przyjaciółką. Będę tęsknić.- Mruknął, a ja zdążyłam go jeszcze spiorunować groźnym spojrzeniem. Poczłapałam niepewnym krokiem w stronę Finix i z przekonaniem, że raz się żyje, posłałam kuksańca w biodro mojej drogiej siostry. Podskoczyła niewinnie, po czym szybko spojrzała na mnie, na całe szczęście, przyjaznym wzrokiem. Uf... pierwszy kamień spadł z serca, pora na kolejne. - Ashley!- Przekręciła głowę na bok.- Kiedy przyszłaś? - Ech... jakieś piętnaście minut temu.- Kiedy usłyszała moją odpowiedź, najpierw zakryła ze zdziwienia usta dłonią, po czym machnęła w powietrzu i uśmiechnęła się radośnie. - Jestem dziś taka zabiegana. Muszę zrobić obiad, a do tego ogarnąć ten cały bałagan!- Jej głos był lekki, przyjazny i wręcz nie podobny do jej naturalnego. Był zbyt radosny... i do tego ta wymowa i składnia. Nie tylko biega, ale również gada jak Mary Popins. Pomyślałam w duchu, jednocześnie zastanawiając się, czy już wzywać lekarza, czy może jeszcze trochę poczekać. - Ty i obiad?- Spytałam, przypominając sobie jak każdego popołudnia jak w zegarku Finx dzwoni do Chińczyka za rogiem, zamawia jedzenie i na tym się kończy jej przygotowywanie obiadu. Tak na marginesie ów Chińczyk uznał Finx za swoją honorową klientkę i dał jej parę upustów, w końcu rzadko trafiał się mu tak dochodowy klient. Piękna symbioza... Jak Finix szczęśliwa, to i Chińczyk szczęśliwy. Cing- Ciang ;P - No tak kochana! Koniec z jedzeniem zamawianym z niewiadomych miejsc. Popatrz na niego...- Przekręciła mnie tak bym spojrzała na Carlosa nadal siedzącego przy stole.- Oooo... mój kochany Carlosek jest taki głodny.- O rety... Zmarszczyłam brwi. - Carlosek?- Powtórzyłam, mając szczerą nadzieję, że się przesłyszałam. Opcja by zadzwonić po lekarza, nagle stała się dość bliska i jakże atrakcyjna. Biedny Carlos spojrzał na mnie zmieszanym wzrokiem i wskazał na siebie niepewnie palcem. - Mła?- Pięknie zaakcentował. Przygryzłam wargę, po czym złapałam Finix za łokieć i odciągnęłam ją na bok. - Czy ty aby na pewno dobrze się czujesz? - Wyśmienicie.- Odparła cała w skowronkach. Przybliżyłam twarz do jej twarzy i uważnie lustrowałam jej oczy. -Brałaś coś?- Palnęłam. Naprawdę nie miałam innych pomysłów. - To nielegalne.- Przypomniała mi, robiąc przy tym srogą, ale nadal cholernie radosną minę. - To dlaczego zachowujesz się jak Mary Popins? - Mary Popins? - Ech... Zapomniałam, że twoja edukacja filmowa, nie miała w sobie tak trywialnych filmów jak ten. Zapytaj później Carlosa... to on na to wpadł.- Sapnęłam, pocierając nerwowo kark.- Dlaczego jesteś taka...- Szukałam w myślach odpowiedniego słowa.- ... wesolutka? – Zmrużyła oczy i uśmiechnęła się łagodnie. Ujrzałam w jej oczach spokój i nieukrywana radość, która wypływała z niej litrami. - Ashley...- Mruknęła. Wzrok jej się zaszklił. Wstrzymałam oddech, czekając na absolutnie najgorszą informacje...- Jestem w ciąży. - Co?- Udało mi się wydusić. Finix zacisnęła usta, starając się powstrzymać przed rozbeczeniem na dobre. Jednak najbardziej zadziwiające z tego wszystkiego było to, że jej łzy nie były ze smutku... ona się cieszyła. Roześmiałam się przyjaźnie i widząc jej walkę z własną samokontrolą, szybko przytuliłam ją do siebie. - Kochanie...- Szepnęłam jej do ucha.- Gratuluje... tak cholernie Ci gratuluje. - Nawet nie wiesz jak się cieszę... to jest takie niesamowite uczucie. Jakbym dostała ogromnego kopa, napędzającego mnie do życia.- Ujęłam jej twarz w dłonie i otarłam kciukiem łzy szczęścia, które bezwładnie spływały po jej różowych policzkach. Pociągnęła pociesznie nosem. - Carlos wie?- Wskazałam na niego podbródkiem. Siedział w drugim końcu kuchni przy stole i kontemplował działanie naszej cukiernicy, co jakiś czas spoglądając na nas niepewnym i pytającym wzrokiem. Pokiwała przecząco głową. - Ten obiad... chce mu powiedzieć dzisiaj.- Moje oczy się rozszerzyły, a do mojej pustej głowy dotarł pewien mały, ale jakże znaczący fakt. Klepnęłam się w czoło. - Przeszkadzam Wam, prawda? - To nie...- Nie dałam jej skoczyć. - Już Was kochanie zostawiam samych. Wrócę...- Tu się zatrzymałam. Ile ja miałam im dać czasu?- ...eee kiedy wrócę. Nie śpieszcie się i cieszcie się swoją obecnością. Tylko nie trzymaj go długo w niepewności, bo zapewniam Cię, ale on już powoli zaczyna świrować ze zmartwienia.- Pocałowałam ją w policzek i szybko podbiegłam do Carlosa. Nachyliłam się nad nim i również obdarzyłam go pocałunkiem w policzek. - Ty żyjesz.- Zażartował, uśmiechając się zalotnie pod nosem. - Lepiej żebyś ty jeszcze żył jak wrócę.- Mruknęłam, a kąciki moich ust wygięły się do góry.- Zostawiam Was, mam jeszcze parę spraw do załatwienia na mieście.- Rzuciłam na pożegnanie i pognałam do wyjścia. Jedynie wzięłam po drodze skórzaną kurtkę i torebkę. Po chwili już mnie nie było... ... Ding, dong. Przyjemny dzwonek, rozniósł się na klatce schodowej, a ja grzecznie czekałam aż ktoś mi otworzy, z lenistwa opierając się o imitującą biel ścianę. Stare drzwi zaskrzypiały, a zza nich wychyliła się radosna twarz Shina. - Co tam piękna? - Mam dla Was news' a nie z tej ziemi.- Odparłam, popychając go dłonią do środka i jednocześnie sama wchodząc. - O Ash.- Przywitał mnie ciepły głos Yasu. Siedział przy komputerze i jak zawsze rozwiązywał swoje tajemnicze i bardzo prawnicze zagadki. - Ciągle pracujesz...- Przekręciłam głowę na bok, spoglądając na niego opiekuńczym wzrokiem. - Zostaw tego pracoholika, jemu i tak już nic nie pomoże. Lepiej zdradź mi tą tajemnice!- Niebieskogłowy chwycił mnie za dłoń i pociągnął na kanapę. Zgrabnym ruchem nogi, zrzucił z niej stertę ubrań i posadził mnie na niej, wcale nie przejmując się moimi uprzednimi sprzeciwami. Po sekundzie poległ koło mnie. - Ty naprawdę powinieneś zacząć się liczyć ze zdaniem innych... - Ej... nie chciałaś usiąść?- Mruknął, nachylając się nade mną. Zaśmiałam się, kręcąc głową.- Jestem wybitnie uprzejmy. - Tsa... niczym kat nad trupem. Pytanie kogoś, po fakcie dokonanym jest trochę lipne, wiesz?- Do rozmowy dołączył Japh, który wyłonił się z łazienki. Przewróciłam bezradnie oczami, widząc że jest goły, jedynie biały ręcznik cudem trzyma się na jego biodrach, na całe szczęście zakrywając to co trzeba. - Czepiasz się jak zawsze. Teoretycznie wyświadczyłem jej przysługę, zabierając i rozwiązując zarazem, jeden z jej życiowych problemów. - „Usiąść, czy nie usiąść?! Oto jest pytanie!"- Odparł Yasu, pociągając swojego ulubionego papierosa. - Shin, czy Ty naprawdę tak rozumujesz, czy ty tylko udajesz?- Japh nie mógł wyjść z podziwu. Miał racje... teorie spiskowe i życiowe wysnuwane przez młodego, czasem były zrozumiałe jedynie dla niego. - Moje rozumowanie jest jak najbardziej poprawne i mogę nawet rzec, że idealne.- Wzruszył ramionami i dla demonstracji, chwycił moje nogi i położył je sobie na swoich. Mruknęłam z dezaprobatą.- Widzisz? Następny problem Ashley Fox został rozwiązany. Teraz jest jej wygodnie, a niezręczność jaka by zaistniała podczas pytania mnie czy może, odeszła w niepamięć. Czy to nie cudowne?!- Japh stuknął się dłonią w czoło. - Jesteś przypadkiem beznadziejnym. - I za to mnie kochasz.- Posłał mu całusa. Tamten udał, że uchyla się przed tym i uniósł do góry wargę jak jakiś oprych.- Ash, więc jaki to news masz dla nas? - Myślałam, że już nie spytasz.- Wyszczerzyłam do niego uśmiech i ogarnęłam wszystkich zagadkowym spojrzeniem.- Nie długo będziemy mieli bobasa w paczce!- Odparłam, a szczęki wszystkich opadły na dół. Japh spojrzał na mnie przerażonym wzrokiem. - Kochanie, chyba ty nie... - Zgłupiałeś? Nie mam faceta i nie jestem wiatropylna! To chyba mnie wyklucza, nie uważasz? - Fakt, przez pączkowanie też raczej nie umiesz się rozmnażać.- Mruknął, pocierając kark z wyraźną ulgą.- Więc kto? - Ktoś bliski.- Shin wychylił się zza mnie i spojrzał zaczepnie na Yasu. - Yasu, dlaczego się nie pochwaliłeś! - Wal się niebieski!- Wyszywana poduszka, trafiła Shina prosto w twarz. - Ała!- Sapnął, rozcierając nos.- Nie znasz się na żartach. - Wróćmy do tematu...- Zasugerował Yasu, wyraźnie dumy ze swojej celności. - Szczęśliwą i to bardzo szczęśliwą mamą zostanie Finix.- Wyrzuciłam z siebie, a wszystkich na nowo zatkało. Japh zatrzymał się w połowie ruchu, co spowodowało poważne rozluźnienie wiązania na biodrach. Po sekundzie narastającego napięcia i zapewne z szoku, ręcznik najzwyczajniej w świecie spadł. Wciągnęłam z przejęcia powietrze, a Yasu wypuścił dym z płuc. Shin po chwili niepewności parsknął śmiechem, po czym zakrył mi oczy, chcąc mnie uchronić przed widokiem przyrodzenia własnego brata. Odetchnęłam.- Shin, jestem twoją dłużniczką. - Przyjemność po mojej stronie.- Powstrzymał się przed następną salwą śmiechu. Zabrał dłoń, a ja spojrzałam przed siebie mając nadzieję, że już po wszystkim. Nic bardziej mylnego, mój brat wyszedł z założenie, że Show must go on... Nadal stał dzielnie na środku, jedynie oparł dłonie o biodra i wypiął pierś do przodu. - Ale tu przeciąg.- Mruknął, a wszyscy nie mogliśmy powstrzymać się przed wybuchem obłąkanego śmiechu. Tak... dość niecodzienny obrazek i dość niecodzienna sytuacja... Tak, taka jest moja paczka, paczka przyjaciół... nic się w niej nie ukryje... dosłownie nic :P.
sobota, 28 kwietnia 2012
**************** Kiedyś wspominałam, że poranki zazwyczaj nie należą do rzeczy nazywanych „przyjemnymi". Właśnie... zazwyczaj. Ten poranek był jednak wyjątkowy, jakby wyjęty z filmu. Otworzyłam oczy i poczułam przyjemne ciepło, oraz bliskość drugiej osoby. Ostatni raz czułam się tak dobrze w objęciach Nobu. Uniosłam lekko głowę do góry, by móc dostrzec twarz tego szczęśliwca, który miał okazję trzymać mnie w swoich objęciach. Kompletnie nie miałam pojęcia jakim cudem z przeciwnych biegunów tak ogromnego łóżka, przetransportowaliśmy swoje ciała w to jedno miejsce. Wyraźnie zarysowany podbródek, długie rzęsy, karmelowa karnacja, czarne włosy, niewinnie kręcące się na białej poduszce. Odruch bezwarunkowy... wtuliłam się w jego stabilną klatkę piersiową i po prostu wsłuchiwałam się w stanowcze bicie jego serca. - Już dawno nie miałem takiego miłego poranku...- Nagle z ciszy jaka panowała w pokoju, wyrwał mnie ciepły głos Michaela, który najwyraźniej postanowił się obudzić. Nie wiem dlaczego, ale przestraszyłam się tej całej sytuacji i przez moment miałam nawet poważne plany by wcielić w życie mój mało zgrabny plan ucieczki. Na całe szczęście jego ramiona zacisnęły się na mnie mocniej, co skutecznie uniemożliwiło wyskoczenie z łóżka. Spojrzałam na niego figlarnym wzrokiem i zmarszczyłam brwi. - No patrz... wszyscy będą mi zazdrościć.- Zagwizdałam, przewracając teatralnie oczami.- Obudzić się w ramionach samego Michaela Jacksona, to dopiero gratka.- Odetchnął z ulgą, a na jego twarzy wykwitł zawadiacki uśmiech.- Z czego ta radość? - Ponieważ jeszcze tu jesteś.- Odparł jakby to było oczywistą, oczywistością. - Rozwiń.- Mruknęłam. - Wyobrażałem sobie całkiem inne zakończenie. Np. coś w stylu „ Aaaaa! Muszę już iść! Przepraszam cię!" i takie tam.- Zaśmiał się, a ja szturchnęłam go palcem w klatkę piersiową. Nagle moje oczy przez przypadek najechały na zegarek stojący na szafce obok łóżka. Próba... - Aaaa! Muszę już iść! Przepraszam cię!- Wywinęłam się z jego objęć i pobiegłam pośpiesznie do łazienki. Ubrałam na siebie swoje ciuchy, które na szczęście były już suche, przeczesałam włosy i znów weszłam do sypialni. Mike zdążył już wstać i założyć na siebie szlafrok. - Gdybym wiedział, że weźmiesz moje słowa aż tak poważnie, to nic bym nie mówił.- Spojrzał na mnie zagadkowym wzrokiem, starając się jednocześnie powstrzymać przyjazny śmiech. - Bardzo śmieszne Jackson. Jestem już spóźniona na próbę. Yasu mnie rozszarpie!- Odparłam podchodząc do niego i na pożegnanie pocałowałam go delikatnie w policzek. Mike odchylił lekko głowę do tyłu, po czym spojrzał się na mnie swoim przenikliwym wzrokiem. Z jego twarzy nie schodził blogi uśmiech zadowolenia. - Można się od tego uzależnić.- Mruknął.- Powiem Bille' mu żeby Cię odwiózł.- Zaproponował, a ja kiwnęłam przecząco głową, nie chcąc go wykorzystywać. - Spokojnie rycerzu. Księżniczka umie o siebie zadbać. Taksówka w zupełności wystarczy.- Pogładziłam go delikatnie, po czym chwyciłam torebkę i udałam się do drzwi. Zmierzył mnie od góry do dołu zaczepnym wzrokiem. Przyjazny uśmiech nie schodził mu z twarzy, co przyprawiało mnie o poczucie błogiej satysfakcji. - Niech księżniczka na siebie uważa.- Zaśmiał się.- Spotkamy się później?- Spytał z nadzieją w głosie, a ja nie potrafiłam odpowiedzieć nic innego. - Z wielką przyjemnością.- Odpowiedziałam i wyszłam. To dziwne, ale już po przekroczeniu progu miałam ochotę do niego wrócić... jak przewidywalnie. ... Wysiadłam pośpiesznie z taksówki i już miałam zapłacić, jednak mężczyzna spojrzał na mnie i pokręcił przecząco głową z uśmiechem na ustach. - Już mi zapłacono za kurs i to z nawiązką.- Odparł. Najwyraźniej owa nawiązka była bardzo duża i na tyle wystarczająca by przemilczeć tak drobny szczegół jak to spod czyjego domu musiał mnie zabrać. Zmarszczyłam brwi i zachichotałam. - Skoro tak, to dziękuje.- Zamknęłam drzwi i podbiegłam do wejścia na sale prób. Były już otwarte... czyli chłopacy już są. Spojrzałam nerwowo na zegarek...- Szlag by to trafił. Po dziesiątej, już czuje zaciskające się dłonie Yasu na mojej szyi.- Odetchnęłam głęboko i popchnęłam szklane drzwi. W środku panowała przyjemna atmosfera dzięki klimatyzacji i odpowiedniemu oświetleniu. W porównaniu do naszego starego magazynu, to był luksus z wyższych sfer, jednak jeśli miałabym być szczera wolałabym momentami wrócić do tamtych beztroskich dni i siedzieć tam, ubrana w ciepły sweter, lub ze szklaneczką lemoniady by odpędzić natrętne gorąco. - Ashley, już myślałem że zaginęłaś w akcji!- Mój kochany brat rzucił się na mnie i przytulił do siebie. Poczułam, że tracę oddech. - Zaraz mnie udusisz...- Mruknęłam, jednocześnie czochrając jego niesforne dredy. Gdy tylko udało mi się oswobodzić z uścisków Japha, podpłynęłam zgrabnym ruchem do Yasu i spojrzałam na niego pytająco.- A ty mnie nie udusisz?- Szepnęłam uśmiechając się z ulgą, widząc jego rozluźnioną i przyjazną minę. - Rozmawiałem z Michaelem.- Objął mnie w pasie i spojrzał na mnie dość jednoznacznym wzrokiem. Klepnęłam go w ramię. - Czy coś sugerujesz?- Zaśmiał się. - Nie kochanie, ja tylko wnikliwie analizuje fakty jak przystało na przyszłego prawnika.- Z jego pięknej buźki nie schodził zawadiacki uśmieszek. - No tak, zapomniałam...- Odwzajemniłam uśmiech, po czym gdy tylko udało mi się oswobodzić z jego ciepłego uścisku, zdjęłam kurtkę i chwyciłam mikrofon i kartkę z tekstem do ręki. Ustałam na środku, jednak mój wzrok na moment zatrzymał się na Shinie. Stał z boku i spoglądał na mnie zbitym wzrokiem. Kiedy zauważył że się na niego patrzę, uśmiechnął się nieśmiało i już miał coś powiedzieć, jednak odwróciłam wzrok.- To, co? Zaczynamy próbę?- Spytałam. - Piękna, porywam na moment Japha. Poprosił mnie o poradę... lepiej jak to załatwimy na osobności.- Yasu walnął powabnie łokciem Japha, który nagle skapował że musi potwierdzić te durne kłamstwo, bym choć trochę w to uwierzyła. - Po pierwsze to Ałć...- Mruknął z wyrzutem, spoglądając wściekle na Yasu.- Po drugie mam problem, a Yasu wydaję się być najbardziej zrównoważonym psychicznie człowiekiem na tej sali, by komukolwiek udzielać rad.- Wyjaśnił i musiałam mu to przyznać, że nieźle kombinował. Spojrzałam na nich podejrzliwie, a oni próbowali zrobić najbardziej niewinne miny jakie tylko potrafili z siebie wykrzesać. Po chwili komedii jaką uskuteczniali, spojrzeli na siebie, wzruszyli ramionami, po czym najzwyczajniej w świecie wyszli. Może nie jestem najbystrzejszą osobą na globie, ale dość szybko załapałam o co im chodzi. Mianowicie zostałam sam na sam z niebieskogłowym. - Jak nic ich zabiję...- Warknęłam pod nosem, po czym odłożyłam mikrofon i tekst. Tysiące czynności, by tylko nie zająć się tym co w tym momencie było czymś nieubłaganym. - Ashley...- Nagle Shin dotknął mojego ramienia, a ja odsunęłam się odruchowo. Zauważyłam z bólem, że celowo unikam jego wzroku. - W takim tępię nie uda nam się zebrać materiału na płytę... ciągle przepadają nam próby.- Zaczęłam paplać bezsensu. Włączyło mi się coś na kształt samoobrony, starałam się odciągnąć rozmowę, która jak wszystko na to wskazywało nie będzie przyjemna. - Proszę, porozmawiaj ze mną.- Wręcz zażądał, stając bezpośrednio przede mną bym nie miała żadnej drogi ucieczki. Wypuściłam głośno powietrze i po sekundzie zbierania się w sobie, uniosłam głowę i zmierzyłam się z nim wzrokiem. - To rozmawiajmy.- Mruknęłam przeciągle i z początkową agresją w głosie, jednak gdy jego ciepły, zmartwiony i wyrażający skruchę wzrok wpatrywał się we mnie, poczułam że nie potrafię mówić do niego w tak oschły sposób. - Chcę Cię przeprosić. To co powiedziałem...- Zacisnął pięść, jakby był wściekły na samego siebie.- Ja wiem, że go kochałaś. Cała sobą, niezmiennie, nieprzerwanie... na śmierć i życie. Wiem o tym... - Jednak powiedziałeś coś innego...- Nie potrafiłam odpuścić. Myślę, że ta sprawa była po prostu dla mnie zbyt ważna. Shin momentalnie zbliżył się do mnie. - Proszę Cię... Ash, jesteś dla mnie ważna, ostatnią rzeczą jaką chciałbym zrobić to Cię zranić. Powiedziałem tą głupotę w złości... żałuję tego.- Dotknął mojej dłoni i jakby uśmiechnął się lekko widząc, że nie staram się uciec.- Jeśli chodzi o Ciebie i o Nobu, to wiem najlepiej jak między wami było, co do siebie czuliście... Stawiałem i nadal Was stawiam za wzór, też w przyszłości chciałbym obdarzać się taką miłością jak wy... być tak szczęśliwym.- Nie potrafiłam stać bezczynnie i słuchać tego co mówił. Moje serce ściskało się niesamowicie, a żołądek tańczył jak pijany na dyskotece. Oczy mimowolnie się zaszkliły... Szybko przytuliłam go do siebie i ukryłam swoją twarz w zagłębieniu jego szyi. - Shin...- Wybełkotałam. - Kocham Cię Ash... przepraszam, że przeze mnie cierpiałaś.- Zanurzył się w moje włosy. Po minucie zapomnienia i przebaczenia, zrozumiałam że czas na drugi punkt programu. Rozmowa o Andie... Bałam się tego tematu jak cholera i dobrze wiedziałam, że ten błogi spokój jaki zagościł może za chwilę zniknąć. Odsunęłam się trochę by móc spojrzeć mu w oczy. Kontakt wzrokowy to podstawa... - Chcę Ci coś powiedzieć, tylko obiecaj mi, że się nie obrazisz, nie wkurzysz i przede wszystkim wysłuchasz mnie do końca.- Zrobiłam poważną minę i cierpliwie poczekałam na jego odpowiedź. Trochę mi ulżyło gdy zobaczyłam na jego twarzy lekki uśmiech. Kiwnął twierdzącą głową... to do dzieła. - Chodzi o Andie...- Zaczęłam. Uśmiech spełzł z jego twarzy. Zadrżałam, lecz już nie mogłam się wycofać. Teraz albo nigdy, czas wyłożyć wszystkie karty na stół.- Dobrze wiesz, że jej nie polubiłam, zresztą ona mnie też. I nie wynika to wcale z tej całej afery z narkotykami. Gdyby tyko mówiła szczerze... - A nie mówiła.- Dokończył, jakby sam domyślił się o co chodzi. Pokiwałam twierdząco głową. - Może tego nie widziałeś, ale gdy mówiła o tym że Marihuana była dla jej matki, wysyłała do mnie i do Yasu ironiczne i dość cyniczne uśmieszki. To tak jakby w twarz mi się nabijała, że robi Cię w konia, a ja mogę jej naskoczyć...- Spuściłam głowę w dół.- I po prawdzie miała rację.- Shin delikatnie chwycił mnie za podbródek i zmusił mnie żebym na niego spojrzała. - Nie, nie miała. Rozmawiałem z nią o twoich podejrzeniach. Wściekła się, wyzwała Cię od najgorszych... a później powiedziała że nie chce mnie znać, bo jestem durniem. Durniem, który uwierzył w bajeczkę o mamusi.- W jego oczach był żal połączony z dzikim bólem. Jak ona mogła mu powiedzieć coś takiego? Jak mogła go tak wykorzystać i skrzywdzić? - Dobrze, że poznałeś się na niej teraz... nie wiadomo jak by to się wszystko skończyło, gdybyś nadal jej wierzył.- Pogłaskałam go po policzku i przechyliłam głowę na bok, uśmiechając się do niego z ulgą. Serce mi zadudniło, a na plecach poczułam dreszcz... on również się uśmiechnął. Jest dobrze... będzie dobrze... - To Wy przemówiliście mi do rozumu... i to Wy wtedy przyszliście po mnie do aresztu, nie ona. Jak bym mógł jej wierzyć, a nie Wam?- Mruknął, przygryzając delikatnie wargę, a jego łańcuszek przewieszony od kolczyka na wardze do kolczyka w uchu, zabrzęczał podkreślając każde słowo. Jakoś poszło... Zmrużyłam oczy i poprawiłam mu grzywkę. - Jak się trzymasz? - Jeśli będziecie blisko... to dobrze.- Odparł, uśmiechając się błogo. Zaśmiałam się. - To chyba oczywiste...- Sapnęłam, po czym mlasnęłam z niesmakiem ustami i wskazałam podbródkiem na wcześniej wspomniany łańcuszek.- Czy on jest naprawdę niezbędnym elementem Twojego image? - No jasne!- Pokiwał głową i zrobił uśmiech w rozmiarze XXL.- Dzięki temu kobiety mnie kochają. - Weź... Jak z tym czymś możesz się całować. Kiedyś rozwalisz komuś usta, albo ktoś Tobie.- Zmarszczyłam nos i posłałam mu zaczepnego kuksańca w bok. On uchylił się zgrabnie, po czym przyciągnął mnie do siebie i nachylił nade mną, w pełni gotów do dość szczegółowej prezentacji. - Może Ci pokażę...- Mruknął niczym pierwszorzędny lowelas, a ja spojrzałam na niego z politowaniem. - Błe... to tak jakbym całowała własnego brata.- Zdusiłam ten wspaniały pomysł w zarodku. Na szczęście jego duma podrywacza nie ucierpiała na tym za nadto, ponieważ po chwili kontemplacji mojej miny, buchnął szaleńczym śmiechem i zgrabnym ruchem ustawił mnie w pionie. Bez wahania dołączyłam się do zabawy... - Co tu tak wesoło?- Nagle do sali wparował Japhrimiel, a zaraz za nim Yasu. Spojrzeli na nas obaj badawczym wzrokiem, próbując usilnie zgadnąć, czy Shin może mnie dusi, a może jednak przytula. Na ich twarzach zagościły szerokie uśmiechy... chyba uznali, że druga opcja jest bardziej prawdopodobna. Oderwałam się do niebieskogłowego i złapałam mojego brata za bluzkę. - Może tak zaczniemy próbę? No chyba, że masz jeszcze jakąś, arcyważną sprawę do Yasu?- Łypnęłam na niego oskarżycielskim wzrokiem, a on wyszczerzył do mnie swoje białe ząbki i wzruszył bezradnie ramionami. - To był jego pomysł!- Zaprotestował i wskazał palcem na Yasu.- Dlaczego więc to ja dostaje bęcki? - Bo stoisz najbliżej?- Zasugerował Shin, zaplatając ręce na klatce piersiowej. Yasu tradycyjnie zapalił papierosa i popatrzył na nas z uciechą. - Jasne...- Zamruczał, po czym odwrócił się do naszego lidera.- Już więcej mnie nie wciągniesz w te swoje gierki!- Zaintonował głos, tak jakby mówił do swojej kochanki. Roześmiałam się momentalnie i wspaniałomyślnie puściłam go, by mógł swobodnie hasać między sprzętem. - Yasu nie strugaj niewiniątka, z Tobą też się policzę w swoim czasie.- Wycedziłam przez śmiech, łapiąc całusa którego zdążył mi wysłać w powietrzu. Wszystko się poukładało, wszystko wróciło do normy... Ja i Shin... nawet nie mogłam sobie wyśnić lepszego pojednania... I te ciepłe słowa z jego ust. „ Ashley, kocham Cię". Nic więcej od niego nie potrzebuje... ... Wyciągnęłam się z satysfakcją na ławce i spojrzałam zmrużonymi oczami w niebo. Błękit zabójczo rozlewał się po niebie i jedynie nieliczne, zabłąkane chmurki, gdzieniegdzie fruwały powoli, ospale, bez pośpiechu. Idealny dzień by udać się do parku i spotkać się z kimś miłym... bardzo miłym. Mianowicie tego dnia, umówiłam się z Michaelem. Kiedy tylko wspomniałam mu przez telefon o pojednaniu z Shinem, od razu zażądał bym opowiedziała mu o tym ze szczegółami. Powiem szczerze, że wcale nie miałam nic przeciwko... odpowiadało mi to, że będę miała okazje zamienić z nim parę zdań. Tak więc, siedziałam na ławce, w odległej części parku, gdzie ludzie nie lubili się zapuszczać, a ja z Mikem umiłowaliśmy sobie te miejsce od razu. Cisza... spokój... błogie ciepło słońca otulające moją twarz. Wszystko idealnie... - Nareszcie cię znalazłam!- Niemiły głos, brutalnie przeciął ciszę, zmuszając mnie do wrócenia do rzeczywistości. - A kto mnie...- Zaczęłam, jednak gdy dostrzegłam twarz mojego prześladowcy, wcale nie musiałam się pytać kto to.- Andie... czego chcesz ode mnie? - Jeszcze się pytasz?!- Stanowczo nie przyszła tutaj w pokojowych zamiarach. Ton jej ostrego głosu raczej sugerował, że wolała by mi wybić parę zębów... - Nie jestem wróżką, Andie.- Odwarknęłam, starając się jakoś zachować resztki spokoju i opanowania. Zacisnęła zęby ze złości i zaplotła w piąstki swoje małe dłonie. - Musiałaś się wtrącać?! Przez Ciebie Shin ze mną zerwał!!!- Wrzasnęła jeszcze bardziej głośno i przerażająco. Wzruszyłam bezradnie ramionami i nadymałam zabawnie policzki. - Po pierwsze jak sama dobrze wiesz, doprowadziłaś do tego, że się z nim pokłóciłam, więc nie był pod moim wpływem, a po drugie to chyba miał jakiś powód skoro sam w końcu przejrzał na oczy!? - Przestań pieprzyć!- Popchnęła mnie, jednak nie zrobiło to na mnie najmniejszego wrażenia. - No, powiedz... dlaczego cię rzucił?- Syknęłam, łypiąc na nią groźnym wzrokiem. Nie chciałam się kłócić, jednak nie miałam zamiaru pozostać obojętna na jej jawne prowokacje. - Przez to, że podważyłaś moje słowa, przestał mi wierzyć.- Nie było słychać u niej żalu, lub choćby skruchy... nic.- Będę musiała się zakręcić koło innego idioty, by mi kupował Maryhę.- Zmrużyłam złowieszczo oczy i wstałam z przejęcia. - Shin też był idiotą? - Z choinki się urwałaś? Był mi potrzebny tylko po to, by załatwiać towar... leszcz się na to złapał. Nie moja wina, że jest aż tak głupi.- Nie mogłam uwierzyć jak łatwo przychodziło jej mówienie tak okropnych rzeczy. Stanęłam z nią twarzą w twarz, mierząc groźnym wzrokiem. Nie miałam zamiaru pozwalać jej, by w tak perfidny sposób oczerniała Shina... - To ty jesteś idiotką.- Warknęłam, starając się ze wszystkich sił, by bała się mnie ... miarka się przebrała. W jej oczach ujrzałam nutkę zmieszania i strachu, źrenice jej zadrgały, a wyraz twarzy już nie wyglądał na taki pewny jak na początku.- Straciłaś kogoś takiego jak Shin... kogoś, kto dla Ciebie był gotowy wystawić na szwank relacje ze swoimi najbliższymi, nie zawahał się przed zrobieniem czegoś nielegalnego bo go o to poprosiłaś. Gratulacje... mogłaś mieć wszystko, a zostałaś sama. Sama ze swoim pieprzonym nałogiem, głupotą, ignorancją...- Przygryzła wargę, a jej oczy się zaszkliły. Chciała uciec, lecz przytrzymałam ją za rękę.- Nie zmarnuj następnej szansy jaką da Ci los i nie spieprz sobie do końca życia. Stoczysz się przez prochy i przez swoją arogancje, a wtedy nie będzie żadnego odważnego idioty by ci pomóc. - Ashley...- Naszą rozmowę przerwał Michael. Odwróciłyśmy w jego stronę głowę, a ja kiwnęłam do niego przyjaźnie na powitanie. Nagle poczułam małą dłoń dotykającą mojej... to Andie. Spojrzała na mnie zaszklonym wzrokiem, lecz na jej twarzy pojawił się nikły uśmiech. - Przepraszam... i dziękuje.- Mruknęła, po czym pobiegła alejką zostawiając nas samych. Gdyby nie Michael stałabym tam jak wryta, patrząc przed siebie i analizując to co właśnie miało miejsce. Moje słowa trafiły do niej... być może zrozumiała co zrobiła i ile straciła. - Wszystko w porządku?- Ciepły głos Mike' a wybudził mnie z jakiegoś zamroczenia, w które wpadłam. Pokręciłam twierdząco głową i spojrzałam na niego dziwnym lecz przyjaznym wzrokiem. - Tak. - Kto to był? - To była Andie...- Mój głos nadal był cichy, nieswój jakbym jeszcze nie do końca ogarniała co tu się stało. - Andie? Dziewczyna Shina?- Dotknął mojego ramienia, co bardzo mnie rozluźniło. Pozwoliło odciąć się od przeszłości i wejść w nowy rozdział. - Była dziewczyna...- Poprawiłam go. - Podziękowała Ci. Chyba jest dobrze... - Powiem Ci szczerze, że jeszcze nigdy mnie coś takiego nie spotkało. Najpierw chciała mnie rozszarpać, a parę minut później zmieniła się nie do poznania... podziękowała mi. To tak jakby ktoś jej przeszczepił osobowość... - Myślę, że jej poprzednie zachowanie było maską. Być może wstydziła się siebie, tego jaka jest, myślała że jeśli ktoś odkryje jej prawdziwą twarz, wtedy ją wyśmieje. To taki swoisty sposób ochrony.- Złapał mnie za dłoń i delikatnie pociągnął do ławki. Usiedliśmy blisko siebie, a ja poczułam się lżej wiedząc, że za moment będę mogła powiedzieć mu o wszystkim, co leży mi na duszy... - Mam nadzieję, że odnajdzie szczęście i że wyciągnie jakieś wnioski z tego co się stało. Jeśli będzie postępować tak jak dotąd, w końcowym rozrachunku zostanie sama... a wiem z autopsji, że to nie jest miły stan.- Odparłam, czując na sercu ulgę. Poczułam ciepłą dłoń Michaela na mojej dłoni, oraz ujrzałam pełen uczucia uśmiech na jego twarzy. - Ale ty już nie jesteś sama.- Jego zapewnienie było dla mnie świętością... gwarancją na dobre i złe dni. Pociechą w chwilach zwątpienia, ucieczką i wybawieniem podczas kłopotów. Czego mogłam chcieć więcej. Ich wsparcie i sama obecność motywuje... skłania do działania. To dla nich istnieję i dalej chcę istnieć... na zawsze. Na dzisiaj to już wszystko. Mam nadzieję, że udało mi się Was zatrzymać przy ekranie komputera choć na kilka minut. Ja jak na razie dalej brnę w tych wszystkich sprawach związanych z moją przyszłością... Wrrr... dlaczego pewne rzeczy nie mogą być prostsze? A tam! Szeroki uśmiech na twarzy i do przodu! Pozytywne nastawienie MOI DRODZY!!! Pozdrawiam i zapraszam serdecznie za tydzień ;)
sobota, 21 kwietnia 2012
Czas zacząć kolejną część. Ostatnio mam dziwne poczucie, że gdzieś zanikam. Ja i moje życie… moja twórczość, przyzwyczajenia i małe przyjemności. Wszystko staje się przezroczyste, niezauważalne. Może to głupie, jednak czuję się z tym nieswojo… obco. To co było, staje się wyblakłe, a to co będzie wydaje się niepewne. Może to chwilowa słabość, spadek formy spowodowany nawałem pracy i stresu, jednak ciemność w sercu niebezpiecznie się szerzy i coś trzeba z tym zrobić… stanowczo tak. Ach no cóż… Zapraszam na kolejną część mojego opowiadania. Mam nadzieję, że spodoba się Wam i że sprostałam waszym wymaganiom. ***************
sobota, 14 kwietnia 2012
**************
sobota, 07 kwietnia 2012
Zapraszam Was serdecznie na nową notkę. Mam nadzieję, że i tym razem opowiadanie przypadnie Wam do gustu. Ach jakoś ostatnio mam humor pod psem, zapewne związany z nieubłaganie zbliżającą się maturą i małą sprzeczką z mamą. Życie stało się pokręcone i niemożliwie pod górkę. Marzę by było już po egzaminach i żebym już była pewna gdzie mnie przyjmą… jednak zapowiada się jeszcze długa droga, usłana niekoniecznie różami;) Dobra kończę marudzenie i zapraszam do czytania! Pamiętajcie o pozostawieniu komentarza :P Każde zdanie jest mile widziane!!!:) Pozdrawiam!
sobota, 31 marca 2012
*****************
sobota, 24 marca 2012
Witam Was po raz kolejny na moim blogu. Nie przedłużając i nie pisząc zbędnych słów, które i tak nic nie wniosą, a z całą pewnością nic nie zmienią, zapraszam do zagłębienia się w kolejnej części mojego opowiadania. Mam nadzieję, że i ta część przypadnie Wam do gustu. Zapraszam :D
sobota, 17 marca 2012
***************
niedziela, 11 marca 2012
Czas na kolejną część opowiadania. Przepraszam, że z pewnym poślizgiem, ale wczoraj nie mogłam wstawić:D Ostatnim razem mogliście przeczytać, jak Ashley poznała Nobu, teraz czas na Yasu. Mam nadzieje, że historia się spodoba. Być może trochę to rozjaśni sytuację i pokaże w jakim położeniu znajdowała się Ashley, jeszcze przed poznaniem Michaela. Samemu Michaelowi bardzo odpowiada to, że Ash odkryła mu trochę własnej duszy i uznała go za przyjaciela. Prawdziwego przyjaciela…
sobota, 03 marca 2012
********************
sobota, 25 lutego 2012
Miło mi Was kolejny raz powitać na moim blogu. Jestem szczęśliwa, że znów tu powróciliście aby zagłębić się w kolejnej części tego dość osobliwego opowiadania. Ostatnio dużo rozmyślałam, nad tym w jakim kierunku mam poprowadzić wydarzenia… Wbrew pozorom, wpadnięcie na coś oryginalnego, a zarazem w miarę mądrego, nie jest takie proste. Chciałabym, żebyście czytając moje opowiadanie, mogli choć na chwilę wyrwać się z szarej rzeczywistości i poczuć się częścią wydarzeń w nim zawartych. Ułatwiają mi sprawę Wasze ciepłe komentarze. Czytam je z uwagą i rozmyślam, co mogło by wpłynąć na Waszą wyobraźnię. Ach… Ciężki orzech do zgryzienia, lecz staram się jak mogę. Tak więc zapraszam na kolejną część opowiadania i mam nadzieję, że nie zawiodłam moich drogich czytelników. Pozdrawiam i zapraszam! :D
sobota, 18 lutego 2012
**************
sobota, 11 lutego 2012
Czas mija więc siłą rzeczy wstawiam nową notkę. Najwyższy czas zważywszy na to, że minął już tydzień. Myślę, że warto od czasu do czasu zatrzymać się na trochę i pomyśleć nad tym co nas nurtuje, zachwyca lub przeraża. Ostatnio mam mało czasu na przemyślenia, głównie z powodu zbliżającej się matury. Wiecie jak to jest nauka, nauka i jeszcze raz nauka. Ach jednak czuję, że to nie jest dla mnie najważniejsze… że wcale nie pragnę dostać Nobla( No chyba, że literackiego; ) i nie marzę by odkryć coś nowego. Wolałabym siedzieć w małym domku nad morzem i pisać, rysować i cieszyć się wszystkimi małymi przyjemnościami razem z ukochaną osobą. Czy jest mi do życia potrzebne coś więcej??? Dobra koniec moich smętów na tematy bardzo przyziemne… proponuję znów zagłębić się w kolejnej części opowiadania o Michaelu i Ashley. Serdecznie zapraszam i polecam w zestawieniu z dobrą muzyką :P.
sobota, 04 lutego 2012
*************
sobota, 14 stycznia 2012
Czas wstawić kolejną część opowiadania. Dzisiaj moja studniówka, więc wstawiam to między fryzjerem a kosmetyczką :D Mam nadzieję, że jeszcze znajdujecie czas na wchodzenie na mojego bloga. No dobra nie rozwodzę się nad tym i powiem tylko jedno ZAPRASZAM!!!! ( proszę też o komentarzyk;) ******************* Założyłam szlafrok i pognałam cała w skowronkach do kuchni. Oj nie mylicie się Ashley Fox ma zamiar coś ugotować, a konkretnie jajecznicę. Nobu jeszcze nie zdążył zwlec się z łóżka, a przyjemny chłód poranka owiewał moją szyję. Otwarte okno było błogosławieństwem, dla duszy i ciała. Nalałam czarnego płynu zwanego kawą do dwóch kubków i sprawnym ruchem zamieszałam jajka na patelni. Idealne danie gotowe w zaledwie pięć minut. Czego chcieć więcej??? - Nobu!- Zawyłam nakładając danie i podśpiewując pod nosem. Czułam się wyjątkowo dobrze i najwyraźniej do mojej głowy nie zaczęły jeszcze wpadać realia tego świata. Kłopoty i zmartwienia siedziały na razie gdzieś głęboko zamknięte, a ja cieszyłam się błogim spokojem. Już miałam iść do Nobu i własnoręcznie zwlec go z łóżka, jednak powstrzymał mnie dzwonek do drzwi. Zrobiłam zdziwioną minę i zaczęłam przetwarzać w głowie, kto mógł o tej godzinie tłuc się tu by zobaczyć moją uroczą mordkę. Przesadziłam z tą uroczą mordką… Zresztą nie ważne. Ważne jest to, że w końcu zawlekłam swoje leniwe ciało by otworzyć. Nie pytałam kto to, nie sprawdzałam w Judaszu, kompletne zaufanie. Głupiutka Ashley, a jeśli tam stoi Kuba Rozpruwacz to co zrobisz? Powiesz mu „och skoro już otworzyłam, to proszę wejdź i wypatrosz mnie jak rybę! Czuj się jak u siebie w domu!”. Jakiś głupi głos rozbrzmiał w mojej głowie, a ja fuknęłam na niego złowieszczo.- Kuba Rozpruwacz…- Mruknęłam potrząsając głową ze śmiechu i jednocześnie otwierając drzwi. Ku uciesze mojej wybujałej wyobraźni w drzwiach nie ujrzałam Kuby. Co za szkoda… Głos znów się odezwał lecz szybko go odpędziłam, zajmując się wpatrywaniem w czekoladowo- czekoladowe oczy mojego niespodziewanego gościa. - Dzień dobry Ash.- odparł uwodzicielskim głosem i oparł si o futrynę. Jego biały T-shirt wystawał zalotnie spod czarnej marynarki, a idealna twarz śmiała się do mnie uroczo. Odruchowo odwzajemniłam uśmiech jednocześnie, zakrywając się szczelniej szlafrokiem. O Boże to Michael… Stwierdziłam z rozpaczą przypominając sobie o nagim Nobu pałętającym się po mieszkaniu i tym co się z tym wiązało. - Och…- Wydałam z siebie te mało eleganckie westchnięcie i potargałam dłonią swoje włosy.- Co cię sprowadza?- Sapnęłam jednocześnie obmyślając jak wyjść z tej sytuacji z twarzą. Myśl… Myśl… MYŚL!!! - Nie pamiętasz?- Spytał rozbawionym głosem, a ja otworzyłam szeroko oczy, po czym klepnęłam się z wdziękiem w czoło. - Mieliśmy iść dzisiaj do Liz…- Odparłam odkrywczo, a on zaśmiał się uroczo. Był taki piękny i przystojny, a jego idealne włosy wspaniale układały mu się na głowie. To wcale nie pomagało w skupieniu, ani trochę!!! - Widzę, że dopiero wstałaś. Przepraszam, że jestem tak wcześnie…- Zaczął niewinnie szurać stopą jak mały chłopiec. Był taki swobodny, jakby wszystkie zmartwienia trapiące jego odeszły wraz z otwarciem drzwi do mojego mieszkania. Odetchnęłam głęboko i w końcu zebrałam się w sobie, żeby zaprosić go do środka. Trudno i tak kiedyś się dowie, może i lepiej żeby to było teraz. - Wejdziesz? Przebiorę się w coś bardziej wizytowego i będziemy mogli do niej jechać.- Odsunęłam się na bok robiąc mu miejsce. Wskazałam wejście do kuchni i modliłam się w duchu, by Nobu chociaż trochę wyglądał na ubranego. Ku mojej uciesze siedział nad jajecznicą i miał na sobie swój ulubiony T-shirt z Sex Pistole oraz bokserki. Zawsze lepsze to niż nic i to dosłownie nic. - Nie spodziewałem się maleńka, że umiesz robić tak wyborną jajecznicę! Mi jakimś cudem nigdy nie wychodzi…- Zaczął coś do mnie mówić, gdy nagle spostrzegł Michaela. Mam być szczera… Dobra. Wcale nie wyglądał na szczęśliwego, zresztą na twarzy Michaela również pojawił się lekki grymas.- O kogo to moje piękne oczy widzą…- Mruknął upijając łyk swojej kawy. - Też się cieszę, że Cię widzę…- Mike odpowiedział mu dość sarkastycznym głosem, a ja rozmyślałam jak iść się przygotować do wyjścia, tak by nie zostawić ich samych. Mike i Nobu sam na sam. Dwóch facetów, zakochanych w jednej dziewczynie… Sam na sam. Nie, to się nie może udać. - Wiecie co…- Zaczęłam jednak pustka w głowie wcale nie ustępowała. Tik tak czas leciał, a sytuacja stawała się coraz bardziej… dziwna. Nagle Nobu spojrzał na zegarek i zrobił przerażoną minę. - O rany!- Sapnął i w mgnieniu oka dojadł jajecznicę i dopił kawę. Szybkim ruchem poleciał szybko do pokoju po rzeczy by się ubrać. Dobrze wiedziałam, że Mike zaczął poważnie analizować dlaczego Nobu nie mieszkając tutaj, chodził po domu w samych bokserkach. Czyżby tutaj spał? - Ashley…- Zaczął, a ja pokręciłam przecząco głową. - Proszę Mike później odpowiem na wszystkie twoje zapewne kłopotliwe pytania.- Odparłam uważnie się przyglądając pewnemu blondynowi, który wpadł znów do pokoju i z pełną gracją podszedł do mnie, stając ze mną twarzą w twarz. Jego błękitne oczy wpatrywały się w moje, a kąciki jego smukłych ust uniosły się do góry w uśmiechu. Być może to był uśmiech tryumfu… pięknie. Czułam, że zaraz urządzi tu niezłe przedstawienie… wcale się nie myliłam. Mike przyglądał się nam uważnie i jak na razie wcale nie interweniował. Gdybym nie wiedziała co do mnie czuje, mogłam bym się pokusić o stwierdzenie, że ma z nas niezły ubaw. A może miał? Nobu ujął mój policzek i przechylił niewinnie głowę w bok. - Muszę lecieć słońce. Spóźnię się do pracy, a to nie wróży niczego dobrego…- Mruknął i nachylił się do przodu, a ja nadal jak wryta stałam w osłupieniu. Nobu błagam… Za późno. Jego ciepłe wargi zatopiły się w moich w krótkim, ale bardzo namiętnym pocałunku. Oderwał się w końcu i wyszeptał mi do ucha na pożegnanie: Kocham Cię.- Po chwili już go nie było, a ja nadal stałam. Stałam i błagałam wszystkich świętych by mnie stamtąd zabrali. Bym nie musiała mierzyć się wzrokiem z Michaelem i nie musieć mu tego wszystkiego tłumaczyć. Co do jasnej, ja mam mu powiedzieć? Przespałam się z Nobu, ale nadal nie wiem kogo wybrać? Uzna mnie za idiotkę. Prościej, ja jestem idiotką. Podniosłam głowę do góry i z wielkim wysiłkiem spojrzałam na Michaela. Moja dłoń pogładziła nader spięty kark. Westchnęłam ciężko. - To może się czegoś napijesz?
… Głuche milczenie nie dawało mi spokoju, jedynie mruk luksusowego samochodu Michaela zakłócał tą pustkę. Mike nie mówił nic, nie komentował, nie roztrząsał… Tak jakby tłumił w sobie wszystkie zebrane jak dotąd emocje. Próba rozmowy w mieszkaniu spełzła na niczym… Milczenie mnie przytłaczało, milczenie ściskało moje gardło, milczenie sprawiało że nie potrafiłam zebrać myśli. Kątem oka spojrzałam na jego zamyśloną twarz. Nie wyrażała ona złości, ani żadnych podobnych uczuć. On po prostu myślał. - Nie potrafię tak.- W końcu wypaliłam z siebie zaciskając z przejęcia powieki i pięści.- Zrób cokolwiek! Nawrzeszcz na mnie, wyrzuć z samochodu, powiedz że mnie nienawidzisz, ale na miłość boską NIE MILCZ!- Wrzasnęłam uciszając swoje pogmatwane myśli. Poczułam jak zjeżdża na pobocze, a przed oczami od razu stanęła mi opcja „ wyrzuć z samochodu”. Otworzyłam powoli oczy i przygotowałam się na to psychicznie. Zasłużyłam sobie na to… Nadal milczał, a cisza wierciła mi w głowie ogromną dziurę. Przełknęłam ślinę i chwyciłam swoją torbę, która leżała na tylnym siedzeniu, po czym otworzyłam drzwi by wyjść. Już moja noga ustała na zielonej trawie pobocza, gdy nagle jego ciepła dłoń zacisnęła się na moim łokciu. - Nie idź.- Odparł krótko, a ja potrząsnęłam przecząco głową. - Po co mam zostać? Chyba już dość zrobiłam…- Szepnęłam cierpko. Stałam się bezsilna. Faktem było to, że przespałam się z Nobu, więc jak niby miał to odebrać Mike? Mam wrażenie, że nie potrafię zrezygnować z żadnego z nich. Każdy stoi na równi… To była chwila… nawet nie zdążyłam zamknąć oczu. Szybkim ruchem odwrócił mnie do siebie i naj zwyklej w świecie pocałował mnie. Moje oczy nieznośnie drgały, a żadne konstruktywne zdanie nie chciało przejść przez zaciśnięte gardło. Słodycz jego warg rozeszła się po moim ciele, a zmysłowy dotyk gładził moje ramiona.- Ale… dlaczego? - Bo Cię kocham? Bo nie potrafię być na ciebie zły? A może dlatego, że gdy nie ma Cię przy mnie to wariuję. - Jak to jest możliwe…- Warknęłam przepełniona odrazą do samej siebie. Jeśli miałam odzyskać szacunek do samej siebie, musiałam w końcu zdecydować.- Postawmy sprawę jasno.- Zaczęłam starając się opanować drżenie dłoni i zachować choć pozory stanowczości.- Spałam z Nobu. - Domyśliłem się gdy nazwał Cię kochaniem, oraz zademonstrował swoje umiejętności w całowaniu na moich oczach.- Odparł ironicznie, a ja zmarszczyłam brwi z zakłopotania. Niech to wszystko jasny szlak trafi! Jak byłam sama to przynajmniej nie miałam takich kłopotów jak teraz. Muszę się użerać z dwoma facetami… - Jakiś ty spostrzegawczy.- Oburzyłam się na poważnie widząc z jaką lekkością on do tego podchodzi. Ja tu robię z tego aferę roku, a on rozmawia o tym jak o anegdotce usłyszanej na przyjęciu.- Naprawdę Cię to nie rusza?- Jego wzrok posmutniał, a dłoń lekko zacisnęła się w pięść. Mógł mówić co chciał jednak ja wiedziałam już wszystko. - Jakoś musisz wybrać. - Jakoś… wiesz co? Jedźmy już do Liz, na pewno już się o nas martwi.- Zamknęłam szybko drzwi ze złością i spuszczając wzrok w dół, zaplotłam ręce na klatce piersiowej. - Ashley…- Zaczął ja jednak pokręciłam przecząco głową. Jego pozorna i udawana obojętność na to wszystko co się dzieje sprawiała mi ból. Pozwalał na to wszystko, myśląc że mi ułatwia sprawę. - Nie Michael. Jeśli myślisz, że będąc tak pobłażliwym i obojętnym dla mnie i moich poczynań sprawisz, że ułatwisz mi wybór to się mylisz. Przez to wszystko mam tylko wrażenie że wcale nie jestem dla ciebie ważna… Spałam z Nobu, a ty powiedziałeś, że jakoś muszę wybrać i przyjąłeś to z takim spokojem.- Przełknęłam nerwowo ślinę i zacisnęłam dłoń na ramieniu.- A Nobu przynajmniej się postarał… Zrobił coś bym nie zapomniała o tym że mnie kocha. Jedźmy już.- Mruknęłam, a on nadal wpatrywał się we mnie swoimi czekoladowo- czekoladowymi oczami. Chciał coś powiedzieć jednak spojrzałam na niego smutnie i westchnęłam ciężko.- Proszę jedźmy…- Michael przygryzł nerwowo dolną wargę i po minucie zamyślenia przekręcił kluczyk i ruszyliśmy. Ruszyliśmy w milczeniu i dziwnej zadumie. Skoro przestałam być dla niego ważna to jaki jest sens dalej to ciągnąć? … Dom Elizabeth jak zawsze zapierał dech w piersiach. Piękna posiadłość rozciągająca się po LA zawsze była obiektem westchnień wszystkich przyjezdnych, oraz gwiazd. To Liz udało się zagospodarować tą przestrzeń w taki sposób, że nawet najmniejszy kąt został wygospodarowany do ostatniego centymetra. Piękny ogród dopełniał całości i podkreślał niezwykłość i dostojność domu. Stanęliśmy na progu w milczeniu. Mike bezgłośnie zadzwonił do drzwi, a ja znów posmutniałam. Nie chciałam żeby nasze spotkania, wspólne wyjazdy czy rozmowa tak właśnie wyglądała. Wiedziałam jedno, że nie mogę być z Michaelem dopóki postępuje w taki sposób. Od pozornej obojętności wolę, że by się na mnie złościł, żeby wykrzyczał mi że się nie zgadza, że to z nim mam być. A on co? Biernie przygląda się z boku, uzasadniając tak kolej rzeczy tym że muszę wybrać. Nie, Mike tak to nie działa i z pewnością nie zadziała. Drzwi otworzyły się po paru minutach i ukazała nam się rozradowana mina Elizabeth. Ubrana w kwiecistą sukienkę wyglądała nadzwyczajnie, pogodnie i tak… normalnie. Gdy tylko jej przyjazne oczy spoczęły na mnie od razu włączył mi się dobry humor. Odwzajemniłam uroczy uśmiech i przytuliłam ją szepcząc do ucha. - Przepraszam Liz…- Mruknęłam, a ona poklepała mnie po plecach. - Wiem kochanie, wiem. Nie musisz nic mówić.- Odparła biorąc moją twarz w dłonie. Zaśmiałam się ciepło nie wiedząc jakie znaleźć słowa by określić to co właśnie w tym momencie czułam. Jej migoczący wzrok, przez dłuższą chwilę dodawał mi otuchy, po czym przeniosła go na Michaela. Ten nieśmiało uśmiechnął się do niej i z wdziękiem pocałował w policzek. Zachichotała uroczo i przytuliła go do siebie.- Mój mały Michael…- Mruknęła, a mnie zalała nagła fala ciepła i całkowitego spokoju.- Wejdźcie do środka, herbatka już czeka.- Złapała nas pod ręce i za wlokła niemalże siłą, oczywiście nie przyjmując żadnych sprzeciwów. Przecież Elizabeth Taylor się nie odmawia! Rozejrzałam się po pięknym wnętrzu, zachwycając się nim za każdym razem gdy je widzę. Usiadłam na wiklinowym fotelu, obok Liz, a naprzeciwko Mike. Nalała nam płynnym ruchem herbaty, do niesamowitych filiżanek. Ich drobne zdobienia sprawiały wrażenie niemal że żywych. Przyłożyłam filiżankę do ust i pociągnęłam łyk aromatycznej herbaty. Westchnęłam trochę się rozluźniając. - Brakowało mi takiego spokoju…- Wymamrotałam, podpierając głowę dłonią. Liz uśmiechnęła się przyjaźnie i pogłaskała wolną rękę, sprawiając że od razu poczułam się jeszcze lepiej. - Jak rozumiem, po sprawie z Brooke wszystko się już unormowało…- Odparła spoglądając raz na mnie raz na Mike, który natomiast ciągle próbował złapać kontakt wzrokowy ze mną. Westchnęłam ciężko. - Brooke była tylko wierzchołkiem góry lodowej. Teraz już nic i nikt nie jest takie samo jak było. - Jak mam to rozumieć? Zaraz na Was na krzyczę, ponieważ już o niczym mi nie mówicie.- Skarciła nas pośpiesznie, a ja uśmiechnęłam się ponuro. - O jeden raz za dużo zachowałem się jak idiota, co zaważyło na tym co będzie.- Odezwał się Michael głosem spokojnym, ale przepełnionym żalem. Spojrzał się na mnie przepraszająco lecz spuściłam wzrok. Chyba już zdecydowałam z kim będę… - Być może za bardzo chciałeś być w porządku w stosunku do wszystkich, zapominając o tym co jest najważniejsze.- Sapnęłam nadal nie patrząc mu w oczy. Nie potrafiłam mierzyć się z nim, teraz gdy moje nerwy były na granicy możliwości. Nie chciałam urządzać scen, ani nic z tych rzeczy. - Myślałem, że robię dobrze… że dając wybór i swobodę, uszczęśliwiam tą drugą osobę. - Nie Mike. Ty nie dawałeś wyboru i swobody. Ty stałeś się nie czuły na wszystko co się działo, a wręcz ignorowałeś przeróżne sytuacje, które powinny wzbudzić w tobie złość i zazdrość. Bierność nie jest oznaką uczucia…- Mruknęłam cicho, bawiąc się jak dzieciak dłońmi, kręcąc młynki i co jakiś czas zginając palce. - Czułem się winny całej tej sytuacji. Myślałem, że nie mogę robić uwag, zważywszy na to co zrobiłem sam.- Usprawiedliwił się, a ja zrozumiałam o co mu chodziło. Myślał, że skoro wycierpiałam tyle przez niego, to nie ma prawa mi zwracać uwagi w sprawie Nobu. Nigdy nie zrobił żadnej sceny zazdrości… Liz milczała starając się przeanalizować całą sytuację. Jej oczy przenikliwie wpatrywały się w nas, szukając odpowiedzi na wszystkie nurtujące pytania. Ale ona wiedziała… Nie znała szczegółów, powodów, wyjaśnień… ona po prostu wiedziała…
sobota, 07 stycznia 2012
************ - Mhhhh…- Mruknęłam zjadając ostatni kęs kolacji. Uśmiechnął się do mnie wyraźnie zadowolony i napił się łyk czerwonego wina. Jego niebieskie oczy ani na moment nie spuszczały ze mnie wzroku jednak wcale mi to nie przeszkadzało. Wyjątkowo dobrze się czułam w takiej sytuacji. Moje życie uczuciowe jest pogmatwane jednak od czasu do czasu chciałabym poczuć w nim nutkę romantyczności i tego czegoś.- Kolacja była naprawdę przepyszna. - Cieszę się, ale wieczór trwa dalej. Nie wypuszczę Cię tak łatwo…- Odparł tajemniczo wyginając kąciki ust do góry w bardzo uwodzicielskim i zarazem niezwykle pięknym uśmiechu. Przekręciłam głowę na bok i zmarszczyłam brwi zastanawiając się co on jeszcze mógł wymyśleć. Zachichotałam pod nosem i napiłam się wina, którego przyjemny smak rozszedł się po moich kubkach smakowych w zastraszającym tępię.- Widzę, że ani trochę we mnie nie wierzysz, maleńka.- Mruknął dostrzegając moje lekkie rozbawienie. Potrząsnęłam przecząco głową, a kosmyki moich włosów zabawnie podrygiwały w tą i z powrotem. - Nie no wierze Nobu, wierze.- Powtórzyłam pod nosem. Moje wywody przerwała mi delikatna muzyka, która nagle rozproszyła się po pokoju otaczając mnie z każdej strony. Spojrzałam na niego pytająco, a on nadal z wielkim uśmiechem na ustach wstał i podszedł do mnie. Wyciągnął swoją smukłą rękę, a ja przyglądałam mu się jak zahipnotyzowana. Światło świec migotało, nadając chwili przyjemną atmosferę. - Mogę prosić do tańca?- Spytał powabnym głosem, a ja aż na moment przestałam oddychać. Czy to ten sam Nobu? Nic nie mówiąc położyłam swoją dłoń na jego ciepłej dłoni i dałam się porwać do tańca. Jego delikatny dotyk spoczął na moich biodrach, ja natomiast położyłam dłonie na jego klatce piersiowej. Jego migoczące oczy wpatrywały się w moje nie pozwalając mi bym straciła z nimi kontakt. - Nie poznaję Cię Nobu.- Odparłam po cichu by nie spłoszyć tej wspaniałej chwili. Z moich ust nie znikał uśmiech, a serce miarowo biło do taktu piosenki. - Jestem romantykiem… po prostu nie miałem jeszcze okazji by Ci się pokazać od tej strony.- Przycisnął mnie do siebie, a moje ciało zadrżało. Zalała mnie fala ciepła, a mina wyrażała błogi stan w którym nie wiem co mam robić. Właśnie co mam robić? Dać się porwać chwili, czy może przerwać to? Jakże mam przerywać marzenie? Sen, który śni mi się na jawie? Nie mam odwagi zniszczyć czegoś takiego… Moje myśli błądziły, jednak moja dusza już całkowicie przestała walczyć. Unosiłam się lekko tańcząc w jego ramionach. - Śnię…- Stwierdziłam przymykając delikatnie powiek i mrucząc pod nosem melodię piosenki unoszącej się w powietrzu. Poczułam ciepły oddech na moich policzkach i otworzyłam oczy. Ujrzałam jego twarz tak promienną i czułą. Dotknęłam dłonią jego policzka i uśmiechnęłam się nieśmiało. Ujął moją dłoń swoją i odwzajemnił uśmiech. - Muszę Cię przekonać, że to jednak nie sen.- Mruknął i nachylił się nade mną. Moje ciało przeszedł przyjemny dreszcz, a wargi posmakowały słodyczy jego pocałunku. Nasze pocałunki nie miały końca, a muzyka rozbrzmiewała nadając sytuacji swój własny niepowtarzalny klimat. Mogło by to trwać godzinę lub dwie, lecz mi wydawało się że nasz pocałunek trwał krótko. Z niechęcią odkleiłam się od jego ust i zrobiłam niepocieszoną minę. - Już? Jakoś to do mnie nie trafiło.- Pokręciłam zabawnie głową i zmarszczyłam brwi. Lubiłam się z nim droczyć. Nobu zaśmiał się i ujął moją twarz w dłonie. Jego błękitne oczy nieustannie wpatrywały się we mnie sprawiając, że moje ciało zalewało się przyjemnym dreszczem. - Nawet nie wiesz jak mocno Cię kocham. Po raz pierwszy zrozumiałem to gdy zadzwoniłaś do nas w sprawie reaktywacji BLAST. Ucieszyłem się niezmiernie, a serce zabiło mocniej. Naprawdę jechałem tu z przekonaniem, że wyznam Ci to co czuję.- Znów zachichotał, ja jednak słuchałam tej opowieści w skupieniu. Nigdy mi wcześniej o tym nie mówił, nawet raz… Tłumił w sobie to wszystko po to bym była szczęśliwa…- Jednak gdy przyjechałem… Ujrzałem Ciebie i Michaela, to jak twoje oczy cieszyły się za każdym razem gdy go widziały i to jak byłaś z nim szczęśliwa. Nie potrafiłem zburzyć świata, który udało Ci się tak niedawno zbudować. - Nobu…- Zaczęłam, jednak słowa jak zawsze nie chciały przybrać takiej formy jaką chciałam. - Milczałem… Wmawiałem sobie, że kiedyś mi przejdzie, że to tylko chwilowe. Nawet mi to dobrze wychodziło, jednak… - To nie twoja wina.- Odparłam pośpiesznie widząc jego smutniejący wzrok. Absolutnie nie obwiniałam go za to co czuje.- Nigdy nie miałam Ci za złe, że powiedziałeś mi o tym. Powiem więcej, miałam tylko jedną pretensję do ciebie… - Ash…- Mruknął, a ja uśmiechnęłam się łagodnie. - Byłam zła, że nie wyznałeś mi tego przed moim wyjazdem do LA.- Spojrzał się na mnie ze zdziwieniem, a ja dotknęłam dłonią jego twarzy.- Być może wtedy potoczyło by się to całkiem inaczej… - Przepraszam, że nie miałem odwagi. Bałem się, że zniszczę to co udało nam się stworzyć. Nie chciałem stawiać na szali naszej przyjaźni.- Wtulił twarz w moją dłoń i przez chwile wyglądał tak bezbronnie jak małe dziecko. - Mały Nobu, który zawsze stawia szczęście przyjaciół ponad swoje.- Szepnęłam, kołysząc się w takt piosenki.- Dlatego jesteś wyjątkowy…- Dodałam coraz bardziej zapadając się w całą tą sytuację. Przestawałam myśleć, spekulować, oskarżać, żałować i wycofywać się. Liczyło się to co jest teraz, to że jest mi tak cholernie przyjemnie. Wzruszył zabawnie ramionami, po czym przybliżył swoją twarz do mojej. - Wyjątkowy…- Mruknął słodkim głosem. Długo nie trwało to jak delikatnym ruchem zatopił się w moich ustach. Nasz pocałunek był wyjątkowy i taki jakiego jeszcze nie doświadczyłam. Może to nie odpowiednie w tym momencie porównywać Michaela do Nobu, lecz z Mikem było inaczej. Oczywiście inaczej nie znaczy gorzej… jednak to był inny rodzaj całowania. Pocałunki z Michaelem były dyskretne, zarezerwowane tylko dla nas, całkowicie przesiąknięte namiętnością. Nigdy nie był natarczywy, do niczego mnie nie zmuszał, wręcz zachęcał do rozsmakowywania się. Nobu jest zaczepny i zalotny. Każdy jego pocałunek prowokuje mnie i zachęca do następnego. To on przejmuje inicjatywę, ja mogę tylko posłusznie zatracić się w tym bezmiarze przyjemności. Poczułam jak jego dłonie gładzą moje biodra. Były takie ciepłe i delikatne. Wplotłam palce w jego krótkie włosy i przymknęłam oczy by pozwolić ponieść się chwili. Jego dłoń szybkim ruchem przyciągnęła moje biodra do swojego ciała. Czułam jego bliskość i idealnie napięte ciało. Nagle jego usta przestały całować, co spotkało się z moim niezadowoleniem. Jednak to co się stało później, w znacznym stopniu mi to zrekompensowało. Słodkie pocałunki zasypywały moją szyję. Moje ciało coraz bardziej płonęło, a świadomość z każdym jego dotykiem uciszała się. Z mojego wahania i niepewności nie pozostało nic… A niby jak mam wybrać? Najpierw muszę wypróbować towar, za nim go kupię… Mój mózg podsunął mi te marną wymówkę, jednak zmysły górowały nad rozsądkiem i poczuciem moralności. Po raz kolejny zatopił się w moich ustach, jednocześnie podnosząc mnie do góry. Oplotłam się wokół jego tali nogami. Bezszelestnie zaczęliśmy się przesuwać w stronę mojej sypialni. Położył mnie delikatnie na łóżku, a jego ciało przyległo do mojego. Przejechał dłonią po moich nogach i spojrzał z nieukrywaną przyjemnością na czerwone szpilki. Zamruczał z satysfakcją i zdjął je.- Nie będą nam potrzebne.- Dodał nadał gładząc moje ciało. Dłoń szybko prześlizgnęła się do sukienki. Gdzie on się tak szybko nauczył rozpinać damskie zamki!?- Ona raczej też.- Zdjął ją ze mnie i pozostałam w samej koronkowej bieliźnie. Pożerał mnie wzrokiem nie mogąc się do czekać, gdy znów zatopi się w moich ustach. Odwzajemniłam spojrzenie i uwodzicielskim uśmiechem dałam mu do zrozumienie, że czekam. Przycisnął mnie do siebie namiętnie całując. Każdy kawałek mojego ciała drżał pragnąc jego niesamowitej czułości. Moje ręce błądziły po jego napiętych mięśniach torsu i nagle zapragnęłam pozbyć się jego koszuli. Drobne guziczki odpadły w zastraszającym tępię i moim oczom ukazała się idealna klatka piersiowa. Rzuciłam koszule w kąt i powiem szczerzę, że raczej nie będzie się już do niczego nadawać. Cóż… - Przepraszam za koszulę…- Mruknęłam mu do ucha chichocząc. Na jego twarzy pojawił się nieprzyzwoity uśmiech, a ja aż przygryzłam wargę powstrzymując rozchodzącą się przyjemność. - Jesteś moja… a tej koszuli i tak nie lubiłem.- Odparł, a ja otworzyłam szeroko oczy. Jesteś moja… Te słowa odbijały się w mojej głowie, jednak nie miałam zamiaru akurat w tej chwili roztrząsać ich znaczenia. Gładziłam dłońmi jego plecy przyciągając go do siebie. Nie chciałam już czekać i z czegokolwiek się wycofywać. Jego usta, tak ciepłe i soczyste niemal przesuwały się po moim ciele. Każdy kawałek mógł odczuć uczucie, gdy delikatnie składał na nich pocałunki. Najpierw szyja, dekolt, ramiona, rowek między piersiami, brzucho… Palce u stóp zwijały mi się z przyjemności, a ciało chciało znacznie więcej. Znacznie więcej … Moje dłonie powędrowały w dół i próbowały z taką samą sprawnością jak jego ręce, rozbroić suwak od spodni. Już po chwili leżeliśmy w swoich objęciach w samej bieliźnie, całując się namiętnie i pieszcząc dotykiem. Jego dłonie tak delikatne, dotykały mnie tam gdzie jeszcze nie miały okazji a ja zadrżałam przymykając oczy z rozkoszy. Spojrzał na mnie błękitnym wzrokiem i na chwilę jego mina stała się poważna i stanowcza.- Jesteś pewna? Nie chcę cię do niczego zmuszać…- Odparł, a ja zatopiłam się w jego szczerym spojrzeniu. Ujęłam dłonią jego gładki policzek i zmrużyłam przyjaźnie oczy. - Czy tak twoim zdaniem wygląda kobieta, która jest do czegoś zmuszana?- Spytałam uśmiechając się zalotnie i jednym sprawnym ruchem odpięłam zamek od stanika. Zakryłam gołe piersi i moje policzki zalał niespodziewany rumieniec. Jego oczy zaiskrzyły się połykając mnie żywcem. Teraz to on trzymał moją twarz w ramionach, a usta układały się w dwa znaczące słowa. - Kocham Cię.- Wyszeptał i zanim zdążyłam cokolwiek odpowiedzieć przyłożył swoje miękkie usta do moich. Poczułam rozlewające się ciepło w mojej duszy. To nie pierwszy raz gdy słyszałam z jego ust te stwierdzenie, jednak dopiero dzisiaj sprawiły, że moje serce zaczęło szaleć. Wiedziałam, że za długo byłam sama, wiedziałam że nie potrafię być sama. Wiedziałam również co czuje do Michaela i chyba to mnie najbardziej przerażało. Mimo tego co działo się teraz w tym momencie, nadal nie potrafiłam go wymazać z mojego serca. Nie teraz… nie teraz… Uciszyłam w sobie chęć nagłych rozmyślań. Może zabrzmię samolubnie ale wcale nie chciałam przerywać tej chwili z Nobu. Czułam się jak w niebie i pragnęłam by ta mała chwila zapomnienia trwała przez wieczność. Wbiłam lekko paznokcie w jego skórę, a on zamruczał uwodzicielsko. Przyjęłam do wiadomości, że lubi takie rzeczy więc przyciągnęłam go bliżej siebie. Całowałam go łapczywie i samolubnie, nie chcąc by przestawał. Jego dłonie namiętnie jeździły po moim rozgrzanym ciele szukając dostępu do jego najskrytszych miejsc. I znalazł… wiłam się z przyjemności, a jego słodkie usta pieściły moją szyję. Nie wahałam się i nie bałam… Chciałam z nim to zrobić… Zaplotłam nogi na jego tali a on dotknął dłonią mojego policzka, po czym zaczął mnie całować i konsumować kawałek po kawałku. Jego biodra zaczęły poruszać się miarowo, a ja jakby w odpowiedzi robiłam to samo. Chłonęłam go całego nie zważając na to co przyniesie jutro. Nie zważając na to czy będą mnie nękać wyrzuty sumienia i czy będę potrafiła wybrać jednoznacznie tego jedynego… Nie liczyło się nic tylko ja i Nobu unoszący się w chmurzę namiętności i pożądania i … …. miłości. … Leżałam w objęciach Nobu wtulając się w jego ciepłą klatkę piersiową. Czułam jego miarowy oddech i delikatne bicie serca. Nasze dłonie razem splecione palcami dawały poczucie spokoju i bezpieczeństwa. Uniosłam głowę do góry by spojrzeć na jego przystojną twarz. Blond włosy nieziemsko i całkiem uroczo sterczały w różne strony, tak jakby przed chwilą sam je tak ułożył specjalnie. Oczy lekko uchylone twardo przyglądały się mojej osobie, a usta ułożone w błogi uśmiech satysfakcji i spełnienia, spływał na mnie jak objawienie. Studiowałam jego rysy z zacięciem, a on pogłaskał moje włosy z czułością. - Jesteś tak piękna…- Wydał z siebie przyciszony lecz pełen pewności i uczucia głos. Uśmiechnęłam się anielsko. Nigdy nie lubiłam słuchać komplementów na swój temat jednak w tej chwili postanowiłam całkowicie nie zważać na takie głupotki. - Ten wieczór…- Zaczęłam jednak naprawdę nie wiedziałam co mam powiedzieć. Głupio było powiedzieć oczywistą oczywistość, jednak nic innego nie przychodziło mi do głowy.- Był wspaniały. - Starałem się. Naprawdę nie wiesz jak dobrze jest czuć twoją obecność. Marzyłem o tym od tak dawna… teraz zastanawiam się, czy to aby nie sen…- Mruknął, a ja zrobiłam pełną oburzenia minę. Podniosłam się odrobine by zatopić usta w jego wargach i przekonać go, że jednak nie śni. Odlepiłam się po paru sekundach, a on oblizał wargi i westchnął całkiem rozanielony. - Nadal uważasz, że to sen? - Nie stanowczo nie. Jesteś naprawdę tutaj ze mną i naprawdę mam cię w swoich ramionach. Teraz mam tylko cichą nadzieje, że pozostanie tak na zawsze…- Odparł, a ja nagle posmutniałam. Na zawsze… czy właśnie robiąc to z nim wybrałam po między nim a Michaelem? Czy potrafię powiedzieć z całym przekonaniem w głosie i sercu, że Nobu jest tym z którym chcę spędzić resztę swojego życia? Oparłam policzek o jego klatkę piersiową i na moment zamknęłam oczy rozmyślając. - Nigdy nie spodziewałabym się, że to wszystko się tak potoczy. - Szczerze ja też. Gdy byłem młodszy myślałem, że zawsze będziemy mieszkać w naszym miasteczku. Że nigdy nie przestaniemy trzymać się razem, a nasza przyjaźń będzie umacniana dzięki zespołowi. - Może nie wszystko się zgadza, jednak jest tak jak mówisz. Nadal ty, Yasu, Shin i ja jesteśmy paczką przyjaciół, a nasza przyjaźń jest tym mocniejsza im dłużej ze sobą gramy.- Pogłaskałam jego rozluźniony bark, a on pocałował czubek mojej głowy. - Masz rację.- Przyznał, a ja zachichotałam pod nosem. - Od kiedy jesteś taki potulny?- Mruknęłam zaczepnie. - Od kiedy w moich ramionach leży kobieta moich marzeń. Przy tobie czuję, że potrafię zrobić wszystko. Po co mam grać twardziela i niegrzecznego chłopca…- Zniżył się do mnie, tak że jego twarz zrównała się z moją. Jego czoło oparło się o moje, a błękitne oczy wpatrywały się nie dając mi szans na ucieczkę. Wcale jednak nie chciałam uciekać…- Ty znasz mnie takiego jakim jestem. - Naprawdę chcesz być z taką kobietą jak ja? Mimo tego, że nawet teraz leżąc tu z tobą moje serce jest podzielone?- Posmutniałam nie chcąc go okłamywać. Wiedziałam jak stoi sprawa. Idąc z Nobu do łóżka wcale nie zadecydowałam, że to z nim chce być. To była chwila uniesienia, coś pięknego jednak… gdyby to był Michael nie wydaję mi się, że bym się powstrzymała. Jestem wręcz pewna, że skończyłoby się to tak samo. Poczułam ciepłą dłoń Nobu na piersi w miejscu serca. Spojrzałam się na niego zdziwionym wzrokiem i nie wiedziałam co mam powiedzieć. Błękit jego oczu spoczął na mnie, a mi aż zabrakło tchu. - Wystarczy mi, że choć kawałek twojego pięknego serca mnie kocha.- Wyszeptał, a moje oczy zaszkliły się od łez. Naprawdę mu wystarczy? Pragnęłam usłyszeć takie słowa nie raz… nie dwa… a on mi je dał. Zapewnił mnie, że mnie kocha. Czy powinnam chcieć czegoś więcej?
Co tam u Was? Jak się miewacie??? Mam dużo roboty ostatnio, jednak wieczorkiem usiadłam i napisałam tą część. Może nie ma tu dużo akcji… no cóż tak wyszło. Słowa same się pisały, a pomysł wypłynął z głowy więc nic nie mogłam zrobić. Mam nadzieję, że mimo wszystko przeczytaliście to z miłą chęcią :D Zapraszam serdecznie na nowe notki :DDD POZDRAWIAM!!!!
sobota, 31 grudnia 2011
Po tygodniu znowu wstawiam kolejną notkę i mam nadzieję, że się Wam spodoba. Trochę nad nią siedziałam lecz myślę, że nie żałuję ani jednego słowa w niej napisanego. Co tu dużo pisać, zapraszam do czytania i komentowania! :D
***************
Po chwili otępienia moje ciało nareszcie zaczęło mnie słuchać. Podbiegłam szybko do Michaela, który nadal leżał na podłodze opierając się o kanapę. Wyciągnęłam z kieszeni chusteczkę i przyłożyłam do jego krwawiącego nosa, po czym spojrzałam ze złością w stronę Japhrimiela, który miotał się w uścisku Yasu. - Co Ty robisz?!- Wrzasnęłam, a on przestał się szarpać i pokazał Yasu, że już jest spokojny po czym wskazał oskarżycielsko palcem na Michaela. - Ten gnojek Cię zranił.- Odparł krótko, a ja poczułam nadciągającą migrenę. - O czym ty mówisz? - Yasu mi opowiedział o tej aferze z niejaką Brooke.- Teraz mój wzrok spoczął na Yasu, a ten zrobił przepraszającą minę i od razu przeszedł do wystosowania odpowiedniej mowy obronnej. - Nie zdążyłem dojść do najważniejszego Japh… Brooke wrobiła Michaela i oszukała nas wszystkich. On jest niewinny… - Ale…- Zaczął i spojrzał w moją stronę. Kiwnęłam twierdząco, a jego twarz wyrażała zdziwienie pomieszane z błogim stanem niewiedzy. - Zanim doszedłem do końca wszedł Mike i się na niego rzuciłeś. Na przyszłość kiedy krzyczę „ Japh przestań, nie skończyłem!” to to znaczy dokładnie to co powiedziałem, czyli żebyś PRZESTAŁ!- Rzucił Yasu zapalając papierosa by uspokoić siebie. Westchnęłam, po czym pomogłam wstać Michaelowi. - Kochany braciszku następnym razem daj sobie wszystko do końca wyjaśnić, bo jeszcze kogoś kiedyś niechcąco zabijesz. - Jak usłyszałem o tym wszystkim, to włączyła mi się automatycznie funkcja „starszy brat”. Co ja poradzę, że od razu pięść mi się zacisnęła… no i jakoś tak wyszło…- Spojrzał żałośnie na Mike’a który powoli dochodził do siebie. Pokręciłam z dezaprobatą głową. - Jakoś tak wyszło!- Prychnęłam i podałam Michaelowi drugą chusteczkę. Ten uśmiechnął się przyjaźnie i westchnął rozmasowując zbolały kark. - Dobrze go rozumiem. Bardzo cię kocha więc postanowił bronić cię przed wszelakim złem. Trochę gorzej że tym złem akurat w jego mniemaniu okazałem się ja, no ale cóż. Przynajmniej Nobu się upiekło. - Michael…- Japh zaczął niepewnie lecz gdy tylko dostrzegł przyjazny uśmiech na jego karmelowej twarzy odetchnął z ulgą i podał mu rękę w ramach przeprosin.- Przepraszam za to, że Cię uderzyłem. Następnym razem najpierw pomyślę, a potem coś zrobię… - I tego się trzymaj braciszku!- Poklepałam go po ramieniu, chichotając z ulgą pod nosem. Przestraszyłam się nie na żarty widząc go w tak rozjuszonym stanie i naprawdę po głowie chodziły mi różne makabryczne sceny. Jednak w głębi duszy ucieszyłam się z tego, że mimo wszystko martwi się o mnie. Obróciłam się zawadiacko na pięcie i płynnym ruchem zgarnęłam leżącą na blacie w kuchni kopertę. Obejrzałam jej tył i ujrzałam ręcznie napisane imię i nazwisko.- Elizabeth Taylor…- Przeczytałam na glos i zmarszczyłam ze zdziwienia brwi. Kawał czasu się z nią nie widziałam przez to wszystko co się stało. W duchu sobie powtarzałam, że kiedyś zbiorę w sobie na tyle dużo odwagi by zadzwonić do niej jednak nigdy mi się o nie udało. Chodziły po mojej głowie różne myśli, a ich ostateczna wersja brzmiała, że Liz się na mnie obraziła. Wcale bym się tym nie zdziwiła… - Liz?- Spytał Mike nieznacznie się do mnie zbliżając. Potwierdziłam kiwnięciem głowy i otworzyłam kopertę. - Przyszło to dzisiaj, lecz myślałem że to jakiś żart… Nie wiedziałem, że moja siostra zna Elizabeth Taylor.- Odparł Japh spoglądając mi przez ramię na różową papeterię i piękne pismo na niej. - Jeszcze dużo o mnie nie wiesz…- Mruknęłam i zatopiłam swój wzrok w tym co napisała do mnie Liz.- Droga Ashley…- Zaczęłam czytać na głos.- Pewnie spodziewasz się, że jestem na Ciebie zła lub coś w tym stylu kochaneczka, nic bardziej mylnego! Wiem ile ostatnio przeszłaś i powiem szczerzę, że ja to bym tych dziennikarzy wszystkich co do jednego powybijała… Nie mówiąc już co bym zrobiła z Brook… ale może nie psujmy tego listu tak makabrycznymi obrazami. - Specyficzna kobieta z tej Elizabeth…- Przerwał mi na chwilę Yasu zapalając kolejnego papierosa jednocześnie uśmiechając się pod nosem. Zachichotałam głupio i pokręciłam głową. Cała Liz ona nigdy nie owija w bawełnę. Chce kogoś zabić? Wcale nie będzie się zbytnio z tym kryła. - Długo myślałam nad tym by w jakiś zgrabny sposób przyciągnąć Cię do mnie i w końcu stwierdziłam, że list będzie wystarczający. - I do tego jaka pomysłowa! List! No nigdy bym nie wpadł na to!- Skomentował Japhrimiel najwidoczniej bawiąc się w najlepsze razem z chichoczącym Yasu. Mike spojrzał na nich z ukosa przyjaznym wzrokiem i też wcale się zbytnio nie powstrzymywał przed śmiechem. - Koniecznie i bez żadnych wymówek, zjawiasz się u mnie jutro na długą rozmowę. Achhh… Oczywiście weź ze sobą Michaela skoro już tak stoi i patrzy się na ciebie tymi swoimi maślanymi oczkami. Jeszcze pomyśli, że go zaniedbuje. Michael nie rób takiej zdziwionej miny! - Gdy przeczytałam te słowa poważnie zaczęłam rozważać to, że jesteśmy w ukrytej kamerze. Rozejrzałam się ostrożnie po pomieszczeniu i dostrzegłam pytający wzrok Mike’a. Wzruszyłam ramionami dając mu do zrozumienia, że również nie mam pojęcia o co w tym wszystkim biega. - Ty Yasu ona naprawdę jest niezła!- Japh klepnął Yasu w plecy, a ten aż się zakrztusił. - Jest jasnowidzem, czy co?- Wydukał uderzając się lekko pięścią w klatkę piersiową. - Kończę i nie przyjmuje żadnych sprzeciwów. Ps. Nie byłabym Elizabeth Taylor gdym nie potrafiła takich rzeczy! Całuski kochana!- Skończyłam czytać i schowałam w pełnym osłupieniu różową kartkę do koperty. Ona nigdy nie przestanie mnie zadziwiać. - Widzę, że kwestię jutra mamy już omówioną.- Stwierdził Mike śmiejąc się do mnie zalotnie, a ja pokiwałam twierdząco głową. Wcale, a wcale taki rozwój wypadków mi nie przeszkadzał, a wręcz powiem że spadł mi kamień z serca. Myśl o tym, że Liz jest na mnie zła przyprawiała mnie o ciarki.- Wpadnę po ciebie około południa i razem pojedziemy do niej. Jestem bardzo ciekawy co tym razem wymyśliła!- Podszedł i objął mnie w tali swoją smukłą i przyjazną ręką. Zadrżałam przez chwilę przypominając sobie jego dotyk i czując słodki zapach w nozdrzach, tak charakterystyczny dla jego osoby. Jak naiwna owieczka, bez żadnych oporów poszłam za nim do holu pod pretekstem zwykłego odprowadzenia do drzwi. Oparłam się o ścianę obok nich i zmierzyłam go wzrokiem od góry do dołu. Jak zawsze coraz dłuższe, czarne loki opadały mu zabawnie na twarz, a idealna marynarka okalała jego zgrabne ciało. Na koniuszkach palców miał przylepione białe plastry, które od czasu płyty Bad tak notorycznie zaczął nosić. Sam kreował swój styl i wyznaczał nowe nurty w modzie. Nieraz idąc ulicą widziałam grupki młodzieży w czarnych Fedorach lub w rękawiczkach bez palców. - Dziękuje, że przyszedłeś i jeszcze raz cię przepraszam za Japha. On już taki jest… - Nie przepraszaj, naprawdę nie ma za co. Nos jest cały więc uznajmy, że sprawy nie było.- Zabawnie dotknął nosa i zmarszczył brwi, tak jakby go zabolało. Poklepałam go po ramieniu i zachichotałam radośnie. - Myślę, że jakoś to przeżyjesz.- Odparłam i nawet nie zdążyłam zauważyć jak zbliżył się do mnie tak blisko, że nasze oddechy mieszały się, a spojrzenia wpadały na siebie bezwładnie.- Mike…- Zaczęłam, a on przyłożył palec wskazujący do moich ust i uśmiechnął się uroczo. Nic nie mówiąc przybliżył swoja twarz do mojej i… po prostu mnie pocałował. Tak zwykle, a zarazem nieziemsko, tak pospolicie, a jednak gwiazda. Jego dłoń delikatnie trzymała mnie za podbródek, gdy skończył, a ja oblizałam niepewnie wargi i westchnęłam z ulgą. Dlaczego z ulgą? Dlaczego akurat to uczucie?! - Pamiętaj bądź jutro gotowa.- Szepnął i najzwyczajniej w świecie wyszedł pozostawiając mnie w zupełnym osłupieniu. Stałam tak przez jakiś czas, a kolana ugięły mi się jak wata. - No takiego Jacksona jeszcze nie znałam…- Szepnęłam pod nosem z dziwnym uśmieszkiem na twarzy. Czy nie powinnam być choć troszkę oburzona? … Otworzyłam lodówkę i ujrzałam jedną, wielką pustkę. Białe światło makabrycznie podkreślało ten tragiczny obraz. - Finix!!!- Wrzasnęłam na cały głos. Jej przyjazna głowa wysunęła się zza futryny i spojrzała na mnie zbolałym wzrokiem.- Fi… - Co!?- Uderzyła mnie tym pytaniem, a ja bezradnie wskazałam na naszą WSPÓLNĄ lodówkę. Nie na darmo podkreślam słowo wspólną. - Znów nie zrobiłaś zakupów. Nie wiem jak ty ale ja nie zamierzam przez następne trzy dni żywić się powietrzem!- Wystosowałam to oskarżenie, a ona wzruszyła lekceważąco ramionami i zaczęła się zbierać do wyjścia. Zmierzyłam ją wkurzonym wzrokiem i zatrzymałam łapiąc za skórzaną kurtkę. - Kochanie ty dzisiaj nie będziesz potrzebowała żadnych zakupów. - Jaśniej!- Ponagliłam ją niecierpliwie stukając nogą o podłogę. Finix przewróciła oczami i spojrzała zniecierpliwiona na zegarek. - Jaśniej to jak przyjdzie ten kto ma przyjść i Ci to już tak naprawdę jaśniutko przedstawi.- Odparła a ja aż zapiałam ze złości. - I to twoim zdaniem było jaśniej?- Mruknęłam pocierając czoło z irytacji. Ta mało zwracając na to uwagę uśmiechnęła się do mnie przyjaźnie i miała już coś powiedzieć lecz przerwało jej otwieranie drzwi wejściowych. Domyślałam się, że to któryś z BLAST się tak szamocze ponieważ oni już dawno zapomnieli co to jest dzwonek do drzwi. Dla nich moje mieszkanie było domem otwartym… wcale, a wcale się nie krępowali i dosłownie wpadali o każdej porze dnia i nocy. - No nareszcie!- Usłyszałam dzikie westchnięcie Finix.- To ja Was już zostawiam…- Mruknęła myśląc pewnie, że jej nie słyszę i wyszła. Wychyliłam głowę z kuchni by zobaczyć który z wielkiej trójcy uraczył mnie swoją obecnością. Moje oczy dostrzegły Nobu ubranego w biała poszarpaną koszulę, czarna marynarkę z podgiętymi rękawami i dżinsami z dziarami. Na biodrach zwisał mu pasek dwa razy okręcony dookoła. Oczywiście poza tym jak zawsze towarzyszyła mu punkowa biżuteria i blond włosy postawione na żel. Wyglądał wspaniale, a moje oczy pożerały go kawałek po kawałku. Uśmiechnął się do mnie zalotnie i wepchnął do salonu jakiś wózek. Zmarszczyłam brwi i nie zastanawiając się długo szybko poszłam zobaczyć o co w tym wszystkim chodzi. - Maleńka dziś znów moja kolei.- Odparł słodko i szybkim ruchem zdjął białą chustę zakrywającą to coś co stało na wózku. Wytężyłam wzrok i moim oczom ukazała się pełna kolacja dla dwojga. Wykwintne danie które pachniało niesamowicie, sałatka, czerwone wino, świece, czerwona róża… - Kurczę…- Mruknęłam i podrapałam się po głowie. Powoli domyślałam się intencji mojego drogiego przyjaciela… - Lepiej bym tego nie ujął. Masz maleńka piętnaście minut. Ja tu wszystko przygotuje, a ty idź się przebierz w coś bardziej uroczystego.- Spojrzałam na swój ulubiony sweter i pociągnęłam czarne leginsy.- Wyglądasz prześlicznie jednak doceń to, że wbiłem się w marynarkę i białą koszule. - A powiesz mi o co chodzi? - Dzisiejszy wieczór spędzisz w moim, nie będę ukrywał, wspaniałym towarzystwie. Zapraszam cię na romantyczną kolacje przy świecach i na niezapomniane wrażenia.- Puścił do mnie oczko, a ja wysunęłam głowę do przodu i zachichotałam pod nosem. - Nobu i romantyczna kolacja. Ciekawe zestawienie… - Nie marudź tylko idź się przebrać! Czekam!- Wepchnął mnie do mojej sypialni i zanim zaczęłam protestować zamknął mi drzwi przed oczami. Fuknęłam ze złością i odwróciłam się do szafy. - Bardziej uroczystego?- Mruknęłam otwierając szafę.- Będzie trudno… … Zanim wyszłam ostatni raz spojrzałam w lustro dokładnie się sobie przyglądając. Mała czarna szczelnie przylegająca do mojego ciała, dyskretnie marszczona na bokach z szerokimi ramiączkami, a na nogach wysokie, czerwone szpilki dla przełamania czerni. Westchnęłam ciężko i w końcu zebrałam w sobie na tyle chęci i odwagi by wyjść. Otworzyłam drzwi i ujrzałam Nobu, który stał przy oknie i patrzył się na padający deszcz. Jego twarz była poważna, a błękitne oczy tak słodko rozmarzone. - Przepraszam, że tak długo mi to zajęło…- Odparłam zmieszanym głosem, a on szybko odwrócił się w moją stronę. Po chwili lustrował mnie wzrokiem od góry do dołu, sprawdzając każdy centymetr mojego ciała. Na jego twarzy pojawił się szczery uśmiech. Podszedł do mnie i wyciągnął dłoń, nie zastanawiając się długo postanowiłam ponieść się chwili. Chciałam poczuć się wyjątkowo i chyba tak było… Blask świec zapewniał nastrój i dyskrecję, a jego ciepła dłoń poprowadziła mnie do stołu. - Wyglądasz wspaniale.- Nareszcie się odezwał nie odrywając ode mnie swoich błękitnych oczu. Podziękowałam szerokim i najbardziej dostojnym uśmiechem jaki potrafiłam z siebie wykrzesać. Nobu otworzył wino tak jakby robił to codziennie i nalał mi go do kieliszka. Patrzyłam na jego dłonie i ruchy, które były całkowicie przemyślane. Bardzo starał się i to było widać na pierwszy rzut oka. - Nobu…- Zaczęłam jednak głos nieznośnie uwiązł mi w gardle. - Chcę by dzisiejszy wieczór był idealny. Długo myślałem jak mogę ci pokazać, że nie jestem tylko wiecznie dziecinnym chłopakiem, brzdąkającym na gitarze. Chcę byś zobaczyła, że jestem ciebie wart, że potrafię stanąć w twojej obranie, ale też że potrafię być romantyczny i czuły. - Nigdy nie postrzegałam cię jako jak ty to ująłeś „wiecznie dziecinnego chłopaka, brzdąkającego na gitarze”. Wiele razu już mi pokazałeś, że zawsze mogę na ciebie liczyć.- Słysząc to jego oczy rozszerzyły się w zdziwieniu jednak po minucie znów na jego twarzy pojawił się błogi uśmiech. - Jak widzisz staram się.- Wyszczerzył swoje białe ząbki, a ja zachichotałam pod nosem delikatnie zakrywając usta dłonią. - No właśnie widzę…- Wskazałam podbródkiem na pięknie nakryty stół, a on machnął ręką w powietrzu i pokręcił przecząco głową. - Kochanie to jeszcze nic. Muszę się przyznać, że kolację zamówiłem iż jak wiesz czasami gotowanie mi nie wychodzi… - Nobu ono ci nigdy nie wychodzi.- Wtrąciłam się robiąc bardzo poważną minę. Nadymał śmiesznie policzki, po czym westchnął z ulgą i przygryzł dolną wargę. - Fakt. Potrafię nawet wodę przypalić… - Liczą się intencję. Wszystko wygląda na bardzo smaczne i wcale mi nie przeszkadza to, że to nie ty gotowałeś.- Uśmiechnęłam się nachylając nad daniem i wdychając jego nieziemski zapach. Naprawdę wyglądało smakowicie… - Ashley…- Zaczął podnosząc kieliszek z winem do góry. Spojrzałam mu się głęboko w oczy, które skrzyły się nieznaną mi jak dotąd magią. Jego miękkie rysy, wspaniale wystające kości policzkowe i zmysłowe usta… Wpatrywałam się w jego idealną twarz dobre parę sekund zanim załapałam, że również powinnam podnieść swój kieliszek. Zrobiłam to pośpiesznie, a on zachichotał widząc moją zabłąkaną minę. Nie często miałam okazję brać udział w jakichkolwiek wykwintnych kolacjach, tym bardziej takich przy świecach. Zgromiłam go groźnym wzrokiem. - No co?!- Spytałam niewinnie prostując się jak struna i teatralnie przeciągając swoje ruchy. Nasze kieliszki zetknęły się ze sobą cicho pobrzękując. Jego oczy świdrowały moje i nie potrafiłam już uciec od pułapki jaką na mnie zastawił. Błękit jego oczu zalewał mnie przyjaźnie, dając ukojenie i tak odległy w moim życiu spokój. - Żebyś zawsze pozostała sobą…- Mruknął zalotnie, a ja wpatrywałam się w niego jak w obrazek. Chwila stała się magią, nasze uczucie nicią łączącą serca. - Żebyśmy MY zawsze pozostali sobą…- Poprawiłam go delikatnie, a kąciki jego ust poszybowały powabnie do góry. - Dziękuje…- Odparł, a ja nie wiedziałam za co on mi dziękuje. Wpatrywałam się na tego niezwykłego chłopaka ze wzrokiem pełnym zdziwienia, szukając w myślach choć jednej rzeczy za którą mógłby mi podziękować. Za co? Nobu powiedz mi za co mi dziękujesz? Za to że moje niezdecydowanie i niemoc rozrywa twoje dobre serce na drobne kawałeczki? Czy może za te wszystkie cyrki i wykorzystywanie cię, kiedy jest mi to na rękę? Moje usta lekko się rozchyliły, a zdziwienie nie schodziło z mojej twarzy. Serce krwawiło mi na samą myśl ile przeze mnie przecierpiał…. A on mi dziękuje. Tak po prostu. Dziękuje.
sobota, 24 grudnia 2011
************ Przeciągnęłam się, rozciągając swoje kości i starając doprowadzić się do stanu używalności. Dopiero co zwlekłam się z łóżka zbudzona jak zawsze przeraźliwie głośnym dzwonkiem do drzwi. Poczłapałam by otworzyć i ujrzałam Michaela stojącego na klatce schodowej. Uśmiechnął się niewinnie, a jego czekoladowo- czekoladowe oczy bacznie mnie obserwowały. Nagle zatrzymały się na moich kapciach w kształcie króliczków. Spojrzał się na mnie pytająco, a ja wzruszyłam bezradnie ramionami. - Nie mogłam się powstrzymać by je kupić.- Prychnęłam i odsunęłam się by mógł wejść do środka. Poprowadziłam nas do kuchni i poległam na stoliku usilnie podpierając głowę i co jakiś czas ziewając. - Jak coś to jak uważam, że to bardzo ale to bardzo ładne kapcie.- Wypalił w końcu wywołując u mnie dziki rechot. - I tak trzymaj. Innej odpowiedzi nie uznaje. Jeśli chcesz kawy to za tobą stoi ekspres.- Wskazałam palcem uśmiechając się chytrze. Leniwe ze mnie stworzenie. Mike odwzajemnił uśmiech i nalał do dwóch kubków brunatnego napoju, który zawsze umiał postawić mnie na nogi. - Widzę, że Ashley Fox powinno się budzić dopiero grubo po dwunastej.- Zaśmiał się podając mi kubek. Nasze dłonie przez przypadek się musnęły, a ja aż zadrżałam. Przyłożyłam szybkim ruchem kubek do ust i powoli sączyłam ciepłą kawę. - Wczoraj trochę za długo świętowaliśmy z chłopakami…- Mruknęłam mrużąc oczy z przyjemności ciepła jakie rozchodziło się po moim ciele. - Świętowaliście…- Powtórzył i na chwile spuścił głowę. Nagle znów na mnie spojrzał rozpromienionym wzrokiem, a kąciki jego smukłych ust poszybowały do góry. Pociesznie…- Gratulacje nominacji. - Wiedziałeś? Ty mały oszuście.- Pogroziłam mu zabawnie palcem przed nosem, a on puścił w moją stronę zalotnie oczko. Zachichotałam i postukałam jak zawsze paznokciami w blat wystukując jakiś rytm. - Cieszę się z twojego sukcesu. Naprawdę na to zasłużyłaś. - My wszyscy zasłużyliśmy. Nawet nie wiesz jak ciężko pracowali chłopacy nad naszą płytą. Codzienne próby, nagrania i potem wspaniałe koncerty. Cały BLAST postarał się o to by o nas usłyszeli.- Odparłam spoglądając na niego wzrokiem, który był szczery i taki… spokojny. Naprawdę teraz czułam spokój i szczęście, które wypełniało koniuszki moich palców sprawiając przyjemne mrowienie. - Masz rację… To Wasza ciężka praca. Będziemy mogli już nie długo wszyscy razem spotkać się na gali. - No właśnie. Ty też dostałeś mnóstwo nominacji. Gwiazda Króla Popu nadal świeci. - Mam wrażenie, że już nie tak jasno jak kiedyś. Bad to jednak nie Thriller.- Mruknął trochę smutniejąc. Dobrze go znałam i wiedziałam o co mu chodzi. Michael był perfekcjonistą w każdym calu. Wszystko starał się wykonać jak najlepiej by być jeszcze lepszym niż wcześniej. Marzył o tym by płyta Bad przebiła ogromny sukces Thriller’ a, jednak wiedział że postawił sobie bardzo dużą poprzeczkę. - Ja tam wole Bad… Jest bardziej w moim stylu.- Szturchnęłam go zalotnie wyciągając rękę przez cały blat.- A do tego w tym teledysku wyglądasz…- Zagwizdałam zabawnie i uniosłam lekko brwi do góry.- … no obłędnie. - Hah… Lubisz niegrzecznych chłopców?- Mruknął nachylając się do przodu, a ja prychnęłam lekko się podśmiewując. - Skóra i ćwieki zawsze mnie kręciły…- Szepnęłam i w tym właśnie momencie do kuchni wszedł Japhrimiel w samym dole od piżamy. Potarł zaspane oczy i o dziwo wcale nie zauważył Michaela siedzącego na stołku i badawczo mu się przyglądającego. Podrapał się po głowie i już bez żadnej zapowiedzi przylepił się do mnie od tyłu i przyłożył swój policzek do mojego, nadal przymykając oczy z zaspania. - Ash…- Mruknął i pocałował mnie w policzek, a ja nerwowo postukałam palcami po blacie. Spojrzałam ukradkiem na minę Mike’ a która krótko mówiąc była… Hmmm… Złość, zazdrość i zdziwienie mieszały się na jego twarzy.- Słońce… wybacz mi to co wtedy gadałem. Mówię czasem to co mi ślina na język przyniesie nie licząc się z Twoim delikatnym serduszkiem.- Gdy to usłyszałam zakrztusiłam się kawą. Oj braciszku chyba jeszcze do końca nie wytrzeźwiałeś… Michael spojrzał na mnie pytająco, a ja westchnęłam zagryzając dolną wargę. - Japhrimiel…- Zaczęłam jednak ten jeszcze bardziej się przytulił, jednocześnie znów przylepiając swój policzek do mojego. - Wiem, wiem kochanie… Nie byłem miły, ale Ci to wynagrodzę. Może mały wypad do restauracji? - Ehem…- Dał o sobie znać Michael najwyraźniej mocno zmieszany całą tą sytuacją. Trzeba przyznać była dość dwuznaczna. Jakiś facet, dodajmy pół nagi, całował mnie w policzek, przytulał się, mówił kochanie i wspominał o jakieś randce. - O.- Odparł odkrywczo Japh na moment odklejając się od mojej osoby.- Hejka!- Uniósł przyjaźnie do góry rękę i pomachał radośnie do siedzącego naprzeciwko Mike’a. Ten uśmiechnął się mało szczerze i niepewnie odmachał. Boże co za durna sytuacja!!!!!- Hej… ja Cię chyba skądś znam…- Nagle Japh odparł odkrywczo badawczo gładząc swoją nie ogoloną brodę. Klepnęłam się lekko w czoło w akcie kompletnego załamania i ubolewania nad głupotą mojego brata. Dobra sama też kiedyś nie wiedziałam kim jest Michael Jackson… wspaniałomyślnie odpuszczę mu i przy najbliższej możliwości nie wytknę mu tego. - Dobra koniec tego cyrku.- Zawyłam wstając z przejęcia i stając pomiędzy nimi obok blatu.- Japhrimiel to jest Michael Jackson. Mówi Ci to coś?- Podsunęłam mu podpowiedź, a on zrobił minę w stylu „nagłe oświecenie”. - Aaaaa…- Zawył jednak jego entuzjazm znów opadł, a na twarzy pojawił się tak częsty wyraz niezrozumienia.- Ej, dlaczego Król Popu siedzi w twojej kuchni i popija kawkę?- Spytał całkiem na poważnie. Jejku czy on nie ogląda telewizji?- Słonko?- Dodał, a ja zawarczałam jak pies, którego się drażni łapiąc za ogon. - Kiedyś to ci w szczegółach opowiem, a na razie powiedzmy że jest bardzo dobrym przyjacielem.- Teraz przerzuciłam wzrok na Michaela, który cierpliwie czekał na swoją kolej w wyjaśnieniach.- Mike, to jest Japhrimiel mój starszy brat. - Brat?- Powtórzył tępo, jednak na jego twarzy szybko pojawił się obraz zrozumienia. Co oni dzisiaj tak wolno kapują? A to podobno mężczyźni są mądrzejsi! Taaaa jasne.- Aaaa brat! - Jak z dziećmi.- Mruknęłam i napiłam się ciepłej kawy. Japhrimiel spojrzał się na niego badawczo i zabawnie przekręcił głowę na bok, tak że jego brązowe dredy bezwładnie zwisały w dół. - Michael, a ty przepraszam myślałeś, że kim ja niby jestem?- Spytał marszcząc brwi, a ja już drugi raz dzisiejszego dnia zakrztusiłam się kawą. Jakim cudem on się dostał na studia!!!??? Kapuje wolniej niż Nobu jak się napije. - Wiesz, jak Ci to powiedzieć…- Mike podrapał się w głowę i wzruszył powabnie ramionami. Kąciki jego smukłych ust podniosły się do góry w niepewnym uśmiechu, a ja westchnęłam bezsilnie.- Zdajesz sobie sprawę jak wygląda facet z gołą klatą, klejący się do dziewczyny i mówiący do niej per słonko i kochanie.- Odparł, a ja mimowolnie zachichotałam pod nosem widząc jak mina Japha zmienia się jak w kalejdoskopie. Gdy usłyszał słowa Michaela, obdarzył mnie dziwnym spojrzeniem po czym z wielkim wdziękiem wzdrygnął się wykrzywiając swoją twarz w grymasie obrzydzenia. Odpowiedziałam wzrokiem pełnym oburzenia. - No wiesz co! Dzięki bardzo…- Warknęłam. - Nie bierz tego do siebie siostra, ale wiesz jak to jest… - Nie martw się. Ja też gdy próbuje to sobie zmaterializować w myślach, zalewają mnie dreszcze. Ja i ty parą… - Przyznałam z całkiem poważną miną. Wiecie jak to jest z rodzeństwem :D – Błe. – Dodałam marszcząc nos. Szturchnęłam Japha w bok, a on rzucił się na mnie w akcie zemsty, łaskotając bez jakichkolwiek pohamowań. Śmiałam się jak obłąkana, a Mike patrzył na nas z nieukrywanym uśmiechem. Przypomniało mi się jak kiedyś byłam u niego w rodzinnym domu. Siedzieliśmy w salonie gdy nagle znikąd pojawiła się Janet. Już po paru minutach przekomarzała się z Michaelem tocząc bitwy na kuksańce i łaskotki. Wtedy im bardzo zazdrościłam tych relacji. Miłości i beztroskości jak wypływała z ich pozornie normalnego zachowania. Wiele razy rozmyślałam wtedy gdzie może być Japhrimiel i czy w ogóle o mnie pamięta.- Dobra ja pasuję!- Zaśmiałam się unosząc w geście kapitulacji obie dłonie do góry. Japh łaskawie zaprzestał jakichkolwiek działań i spojrzał się na mnie z nieukrywanym tryumfem w oczach. - Victoria!- Zawył i przeciągnął się naprężając mięśnie. - Raz dam Ci tą satysfakcję.- Prychnęłam i ku zdziwieniu Michaela złapałam go za rękaw satynowej koszuli i delikatnie, ale zarazem stanowczo pociągnęłam go za sobą w stronę mojego pokoju. Chciałam z nim porozmawiać. Wcale tego nie ukrywałam :)- Chcę z nim porozmawiać.- Odparłam więc stanowczo zostawiając Japhrimiel zajadającego ostatniego rogalika z dżemem. Ten obdarzył nas jedynie lekceważącym spojrzeniem i machnął w powietrzu ręką. Weszliśmy do mojego pokoju i z prędkością światła zatrzasnęłam za sobą drzwi by nikt nam nie przeszkadzał. Spojrzałam na Michaela, który przysunął się do mnie zalotnie i szturchnął mnie delikatnie palcem wskazującym w biodro. - Ashley…- Odparł, a ja mimowolnie się zarumieniłam. Moje ciało drżało, a jego bliskość i nieodparty urok osobisty, działał na mnie jak czerwona płachta na byka. - Mike…- Odpowiedziałam durnie, dopiero po sekundzie zdając sobie sprawę z tego jak głupio ta rozmowa wygląda z boku.- Przyszedłeś po coś konkretnego…- Wymamrotałam wreszcie otrząsając się z amoku jego czaru. Czułam w nozdrzach jego słodki zapach, dzięki czemu mogłam choć na chwilę się rozluźnić. - Tak. Janet mnie przysłała.- Odparł przechadzając się lekkim krokiem po sypialni. Zmrużyłam oczy i zmarszczyłam brwi. Janet? O co mogło chodzić tej zwariowanej, w pozytywnym tego słowa znaczeniu, dziewczynie? Nie widziałam się z nią już od bardzo dawna. Boże z Elizabeth też. Jak mogłam aż tak zaniedbać osoby, które od zawsze stoją za mną murem!? Jestem okropna… - Co u niej słychać?- Spytałam z dozą wyrzutów sumienia. Mike uśmiechnął się podnosząc z ziemi starego pluszaka. Nazwijcie mnie dziecinną.. no cóż byłam dzieckiem, zamkniętym w ciele dorosłej kobiety. - Nagrywa swoją płytę. Już nie może się doczekać, by jej klip ukazał się w MTV. - To świetnie!- Rozweseliłam się słysząc tak dobre wieści. Janet naprawdę ma talent i całkowicie popieram ją w tym by zaczęła swoją karierę muzyczną pełną parą. - Jest coś jeszcze…- Zaczął a mnie aż przeszedł zimny dreszcz. Co jak co ale Michael umiał budować napięcie.- Wychodzi za mąż. - CO?- Stęknęłam stojąc w całkowitym usposobieniu.- Chyba nie mówimy o tej samej małej Janet!? - Janet Jackson wychodzi za mąż.- Powtórzył unosząc kąciki swoich smukłych ust do góry. Przekręciłam głowę na bok, a moja grzywka zwisała bezwładnie w dół. Bezlitosna grawitacja działała na nią nieustannie.- Zaprasza Cię na ślub. Oczywiście nie możesz odmówić… - No jasne, że przyjdę!- Wrzasnęłam przytykając dłonie do ust. Nasza mała Janet… Nawet nie zdążyłam zobaczyć jak dorosła. Gdy spotkałam ją pierwszy raz, była rozwrzeszczaną nastolatką o przemiłym i dość nadpobudliwym usposobieniu. Często wtedy z nią rozmawiałam, o mnóstwie rzeczy i dostrzegałam jej niezwykłą osobowość. To niesamowite jak jest podobna do Michaela. Ich rysy, ruchy, reakcje, śmiech, czy momentami nawet głos. Wszystko to łączy się w jedną całość. Są związani nierozerwalną więzią, której im zawsze zazdrościłam.- Powiedz mi tylko jedno… - Tak?- Odparł Michael szczerzę się do mnie uśmiechając. Spuściłam na moment wzrok i westchnęłam ciężko. - Czy ona jest szczęśliwa?- Wypaliłam mając nadzieję, że moje banalne pytanie nie wywoła u niego dzikiego śmiechu z mojej dziecinności. Co mnie obchodziło jak wygląda i kim jest jej ukochany. Mógł być wysoki ale też i niski, mógł mieć czarne, blond ale i rude włosy, nawet jeśli byłby łysy też nie zgłaszałabym żadnych sprzeciwów. Musiał być spełniony tylko jeden warunek… Janet ma być szczęśliwa. Mike przygryzł wargę i przez chwilę zastanawiał się na odpowiednią odpowiedzią. Nareszcie spojrzał się na mnie, a jego usta lekko się rozchyliły, ukazując rząd białych ząbków. - Nigdy nie była szczęśliwsza. Z jej ust nawet na moment nie znika promienny uśmiech, a gdy jest ze swoim ukochanym… Wyglądają na naprawdę szczęśliwych. Uwierz mi. - Jestem spokojna. Możesz przekazać Janet, że na pewno pojawię się na jej ślubie. Nie mogę przepuścić takiej okazji. Janet w sukni ślubnej!- uniosłam do góry ręce i zaśmiałam się szczerze, czując ciepło rozchodzące się po moim ciele. Nagle dobiegł z kuchni dźwięk jakby coś się zbiło. Chwilowy huk, ucichł jednak niepokój pozostał.- Co się tam dzieje…- Mruknęłam i szybkim ruchem popędziłam zobaczyć co się stało. Wbiegłam do kuchni gdzie Yasu stał przy blacie z rozłożonymi dłońmi jakby uspokajał zszarganego nerwami Japhrimiela. Japh stał cały roztrzęsiony i oddychał głęboko i miarowo. Dłonie zaciśnięte w pięść drgały niespokojnie, a pusta skorupa kubka leżała na podłodze.- Co się stało!? - Ash…- Powiedział z lekkim przerażeniem Yasu przenosząc wzrok z Japha na mnie. Za moimi plecami pojawił się Mike. Gdy tylko Japhrimiel go zauważył, warknął niebezpiecznie odwracając się w jego stronę. - Ty…- Zaczął, a jego pięści ciągle drgały. - Japh daj mi to wszystko do końca wytłumaczyć…- Zaczął Yasu jednak tamten zdawał się wcale go nie słuchać. Wściekle łypał wzrokiem na zdezorientowanego Michaela, marszcząc przy tym groźnie nos. - Najpierw Ty a potem Nobu!-Wrzasnął, a ja stałam jak ta idiotka w całkowitym osłupieniu. Wszystko działo się jak w zwolnionym tępię. On biegnący w stronę Mike’a, smukła dłoń Yasu która nie zdążyła go zatrzymać. Pięść Japha musnęła twarz Michaela na tyle mocno by ten padł do tyłu. Mój wzrok wszystko spowalniał, a słowa jakby na złość wydłużały się w nieskończone potoki liter. - Japh!- Wołałam na próżno. I tak uderzył Michaela i jedynie upór i szybka interwencja Yasu powstrzymała go przed kolejnymi ciosami. Nie mogłam uwierzyć w to co właśnie tutaj się stało. Jak do tego doszło? Co miało znaczyć” Najpierw Ty a potem Nobu”?! Myśli kotłowały się w mojej głowie oznajmując przybycie potwornego bólu w czaszce. Co mogłam zrobić? Mogłam dużo. Co zrobiłam? Absolutnie nic. Stałam bezradna jak małe dziecko, przyglądając się wielkimi oczami na to wszystko. Widziałam szarpiącego się Japha z wściekłością wypisaną na twarzy, widziałam Yasu usilnie trzymającego go za ramiona i widziałam Mike’a opierającego się o kanapę i przytykającego dłoń do nosa. Czerwona krew pociekła po jego złocistej skórze kapiąc na koszulę. A ja stałam. Nic innego nie potrafiłam z siebie wykrzesać… Czy jestem aż tak beznadziejna?
Moi drodzy mam nadzieję, że kolejna część przypadła Wam do gustu. Ostatnio mam coraz mniej czasu na pisanie, jednak staram się z tego nie rezygnować. Po prostu nie potrafię odstawić laptopa na półkę! :D Napiszcie w komentarzach co u Was. Jak tam Wasze sprawy, co aktualnie porabiacie, czytacie, oglądacie, słuchacie. Może macie do polecenia coś ciekawego? Podzielcie się ze mną i z innymi swoimi skarbami :D ZAPRASZAM! :D:D:D NO i oczywiście są Święta, a co za tym idzie chcę Wam złożyć serdeczne życzenia: Życzę Wam spełnienia wszystkich marzeń, przychylności wszechświata, siły w ramionach i czystego ognia w sercu, co zapali wszystko wokół Was szczęściem i radością. Niech wszystko czego się dotkniecie, stanie się pomocne w spełnieniu marzeń, a każda najdrobniejsza nawet czynność przybliża Was do bycia najszczęśliwszymi i najbardziej uśmiechniętymi osobami spośród wszystkich ludzi. Z okazji Świąt Bożego Narodzenia oraz Nowego Roku życzę wszystkiego tego, co od Boga pochodzi. Oby skrzydła wiary przykryły kamienie zwątpienia i uniosły serca ponad przemijanie - życzenia.
sobota, 17 grudnia 2011
„ Siedziałam przykuta do biurka, nawałem zadań i testów do przerobienia. Tylko ja i stara lamka, która brzęczała nieznośnie od kiedy pamiętam. Nagle z odmętu bezsilności wyrwało mnie pukanie. - Mogę wejść?- w szparze w drzwiach ukazała się roześmiana głowa z dredami i zielonymi oczami. Odwzajemniłam uśmiech i pokiwałam przyjaźnie głową, zamykając prędko tak znienawidzone podręczniki. - Jasne Japh! Jak zawsze ratujesz mnie przed za uczeniem się na śmierć.- Wymamrotałam przeciągając się i ziewając. Ku mojemu zdumieniu mój brat przyciągnął za rękę do mojego pokoju pewną dziewczynę. Drobna blondyneczka o długich włosach, grzywce na prosto i błękitnych oczach spoglądała na mnie co chwila uśmiechając się przyjaźnie. Jej kwiecista sukienka zdawała się być już stara lecz dziewczyna wyglądała w niej nadzwyczaj olśniewająco. - Szarona nie możesz całego życia spędzić nad książkami, słonko!- Odparł zaczepnie, a ja zrobiłam w jego stronę wzrok zabójcy i trafiłam mu w głowę moim ulubionym Panem Misiem.- Ała!- Stęknął z wyrzutem gładząc się po wyimaginowanym guzie. - Nie rób mi wstydu przy gościu! Nie nazywaj mnie Szarona!- Wrzasnęłam jednocześnie puszczając oczko do nieznajomej. Ona zachichotała słodko i podniosła Pana Misia z podłogi.- Może bądź tak miły i przedstaw nas sobie.- Zasugerowałam Japhrimielowi, który buchał z radości, a duma aż go rozpierała. - Obowiązkowo! Przedstawiam ci drugą, zaraz po tobie kochana siostrzyczko… - Nie podlizuj się.- Warknęłam unosząc kąciki ust ku górze. - Też Ciebie kocham. Drugą zaraz po tobie najważniejszą kobietę w moim życiu.- Wyprostowałam się z przejęcia i związałam włosy gumką.- Ashley to jest Lucy, moja dziewczyna. Lucy to jest Ashley, moja niezastąpiona młodsza siostra. - Miło mi cię poznać.- Zamruczała delikatnym głosikiem i podała mi pewną i silną dłoń. Dłoń, która należała do dziewczyny znającej realia i nie bojącej się ciężkiej pracy. Uśmiechnęłam się i ujęłam jej dłoń swoją dłonią. - Lucy możesz do niej mówić Szarona.- Wtrącił się Japh, a ja zmierzyłam go kolejną serią morderczych spojrzeń. - Zamknij się Japh!- Syknęłam i zwróciłam się do Lucy.- Jak możesz z nim wytrzymywać? Mi się udaje tylko dlatego, że jesteśmy rodziną, a i czasem więzy krwi nawet nie pomagają.- Odparłam szczerząc białe ząbki i wskazując kciukiem na niego. Ona zachichotała zakrywając powabnie usta ręką i poprawiła kwiecistą sukienkę. - Jesteście wspaniałym rodzeństwem… Jestem szczęśliwa, że Japhrimiel ma w Tobie takie wsparcie.- Jej głos zaszumiał mi w głowie, a usta same układały się w uśmiech. Spojrzałam to na Japha to na Lucy i wiecie co? Naprawdę zobaczyłam tą czerwoną nić przeznaczenia pomiędzy tymi dwojga. - Ona go kocha…- Szepnęłam przypatrując się im z boku jak gruchali pod oknem czule szepcąc sobie coś do ucha i przytulając się.- Mój brat się zakochał…- Zachichotałam. Jeszcze nigdy nie widziałam go tak szczęśliwego…” Spojrzałam na jego smutną minę i mimowolnie podeszłam do niego by go przytulić. Objęłam go delikatnie, a na jego twarzy pojawiło się zaskoczenie, które po chwili ustąpiło pierwszeństwa błogiemu uśmiechowi. Poczułam ulgę widząc, że mimo wszystko nadal mogę zobaczyć u niego szczery uśmiech. - Japh…- Zaczęłam jednak ucichłam. Poczułam, że ta cisza wyraża wszystko to co czuję. Nie musiałam obsypywać go bezsensownymi słowami pociechy, które i tak nic w zaistniałej sytuacji by nie zmieniły. Ta cisza mogła by trwać wieczność, wyczuwałam tylko jego płochliwy oddech i delikatne bicie serca. Nagle do mieszkania wpadli jak burza chłopacy, momentalnie rozbiegając się wszędzie oczywiście jakby byli u siebie. Oderwałam się od Japha i otarłam szybko jedną zabłąkaną łzę, która jak zawsze nie mogła się powstrzymać by ukazać się światu. Yasu wszedł pełen spokoju do kuchni i zapalił papierosa jak to miał w swoim zwyczaju. Spojrzał na mnie uśmiechając się przyjaźnie gdy dostrzegł w końcu Japhrimiela dopijającego swoje piwo. - O proszę, a kogo moje stare oczy widzą…- Odparł podchodząc do niego i poklepując go po ramieniu. Japh uśmiechnął się przyjaźnie i podał mu rękę jednocześnie gładząc jego błyszczącą łysą głowę. - Yasu nic się nie zmieniłeś. - No właśnie widzę, że ty też. Mógłbyś łaskawie przestać?- Mruknął strącając jednocześnie jego dłoń.- Co Cię tu sprowadza Japh? - Przyjechałem odwiedzić moją ukochaną siostrzyczkę!- Wskazał w moją stronę podbródkiem, a ja pokręciłam ironicznie głową.- Nie wiedziałem, że jak tu przyjadę to zobaczę ją w takim stanie. - Czyli?- Yasu poprawił czarne okulary i zaciągnął się dymem z papierosa. - Zostawiłem ją jako grzeczną i poukładaną dziewczynkę, a zastałem jako gwiazdę punk- rocka. Przyznasz, że to dość duża zmiana.- Yasu spojrzał na mnie badawczo, jakby dopiero odkrył moją zewnętrzną przeminę. Przywróciłam go szybko do pionu, sprawnym kuksańcem w bok i zarechotałam pod nosem. - Nie jestem obiektem muzealnym, żebyście mogli mnie tak dokładnie oglądać.- Syknęłam zaplatając ręce na piersi. W tej samej chwili do kuchni weszli Nobu i Shin przepychając się od progu. - Shin jak Boga kocham daj mi święty, anielski… o Japhrimiel!- Wrzasnął Nobu stając jak wryty na środku kuchni. Jego twarz wykrzywiła się zapewne w uśmiechu pomieszanym z nutką zdziwienia i błogim stanie ogólnej niewiedzy. Zresztą niebieskogłowy zareagował podobnie, więc miałam w tamtym momencie dwa niesamowite okazy, zdziwionych posągów. Przyłożyłam dłoń do czoła i przymknęłam oczy w geście zażenowania. - Już możecie przestać…- Sapnęłam i usiadłam na krześle kuchennym. - Japhrimiel we własnej osobie! No nie wierzę… co Cię tu przywiało?- Spytał Nobu otrząsając się z letargu zdziwienia. - Przypadek kochany, przypadek. - Tak mianowicie to wpadł na mnie na ulicy.- Odparłam mrużąc zawzięcie oczy. Właśnie sobie coś uświadomiłam.- Ej a ty w ogóle miałeś zamiar odwiedzić siostrę, czy ta wizyta wynika tylko i wyłącznie z owego przypadku? - Ba.. Mhhh… No wiesz. - Nie żadne „Ba..Mhhh” tylko gadaj. - Kiedyś na pewno miałem to w swoich planach.- W końcu z jego ust wypłynęła odpowiedź, która choćbym nie wiem jak się starała, ale mnie nie usatysfakcjonowała. - Miło słyszeć.- Warknęłam gwałtownie wstając i kierując się do drzwi.- No to kwestie rodzinne mamy rozstrzygnięte.- Dodałam i wyszłam by udać się do swojego pokoju, w akcie ogólnego strajku. Mój własny brat nie miał zamiaru mnie odwiedzać, gdy by nie fakt wpadnięcia na mnie przypadkiem. Uroczo. - Słońce ty się tak łatwo nie obrażaj!- Zawył za mną Japh jednak nie zawróciłam. Kości i całe ciało wołało o odpoczynek, a taktyczny odwrót w tym wypadku był najlepszym pomysłem. - Bujaj się…- Mruknęłam jakby sama do siebie i weszłam do mojej sypialni. Tam szybkim ruchem zgarnęłam z łóżka jakieś ciuchy porozrzucane w nieładzie. Jutro będę się o nie martwić. Dzisiaj sen… Sen mi pomoże prawda? Przypomniała mi się dziwna rozmowa z Mike’ m. Kwestia wyboru i domniemane bycie „nagrodą” w boju o moje serce. Chora sytuacja… Położyłam się na łóżku, a moja pozycja była pozbawiona jakiekolwiek gracji czy nawet ciupki stylu. Ledwo przymknęłam oczy, a do pokoju ktoś wszedł. Myśląc, że to Japh rzuciła w stronę drzwi moim ulubionym Jaśkiem. Trzeba było coś poświęcić… sorry Janie padło na ciebie. Spojrzałam ukradkiem na mężczyznę w czarnym garniturze. - Ładnie mnie witasz.- Odparł Yasu odrzucając całkiem zgrabnie poduszkę. Mlasnęłam głośno ustami i znów przyłożyłam głowę do poduszki. - Mogłam przekręcić ten cholerny kluczyk.- Syknęłam zdeformowanym głosem, bowiem miałam przyłożoną twarz do poduszki. - Aż tak Cię wkurzył? - Może w innych okolicznościach, nie podziałało by to tak na mnie, ale nie dzisiaj. Dzisiaj jestem całkowicie wyprana z siły, oczy kleją mi się niemiłosiernie i jestem po ciężkiej rozmowie z Michaelem. Czy mnie wkurzył? Tak. Ma nieludzkie wyczucie czasu, kiedy dolać oliwy do ognia.- By wygłosić ten monolog uniosłam lekko głowę, po czym znów buchnęłam nią na dół. Poczułam rozchodzący się w powietrzu wiśniowy aromat i zamruczałam z ulgą. Jak zawsze ten zapach mnie rozluźniał, znów mogłam poczuć się jak w domu. - Hmmm masz w tym trochę racji.- Stwierdził zaciągając się słodkim dymem. Kolejny raz zastanawiałam się co mogą skrywać te jego czarne okulary. Dobrze znałam każdy milimetr jego twarzy, lecz nie to jak patrzył w danej sytuacji. - Po coś zapewne przyszedłeś.- Przypomniałam grzecznie i usiadłam po turecku, ściskając z całych sił poduszkę. Kąciki jego smukłych ust uniosły się ku górze w miłym uśmiechu satysfakcji. - Rozmawiałem z Motown.- Zaczął tajemniczo sprawiając, że na mojej skórze zagościła gęsia skórka. Wiele myśli przeszło mi w tej chwili przez głowę, jednak jakimś cudem żadna nie miała pozytywnego charakteru. - I?- Ponagliłam go nachylając się subtelnie w jego stronę. Jego pokerowa twarz była przyozdobiona tylko kolejnym uśmieszkiem, a mnie dopadała kolejna porcja irytacji. Tak dla równowagi… - Zostaliśmy nominowani. - Nominowani… Do czego?- Irytacja powoli wzrastała. Nominowali nas do wylania? - Do nagród Grammy Ashley! –Odparł radośnie, a ja przez jeden piekielnie długi moment przetwarzałam wszystkie informacje jakie dostałam w tym krótkim zdaniu. Powoli na mojej twarzy zagościł uśmiech w rozmiarze XXL, a w oczy rozjarzyły się szczęściem. Podskoczyłam z przejęcia, podrzucając do góry jaśka. - Nie, to jest spełnienie marzeń!- Wrzasnęłam tańcząc jakiś głupi taniec radości. - Nawet dwa spełnienia. Mamy dwie nominacje: Najlepszy debiutancki album i najlepszy rockowy zespół roku!- Poprawił mnie łaskawie, a ja myślałam że śnię. Czort niech trafi wygraną, nawet jeśli nie zdobędziemy żadnej statuetki to same nominacje stawiają nas w szeregu najlepszych! W przypływie emocji rzuciłam się na Yasu i razem polegliśmy na łóżku, śmiejąc się i kotłując. - jesteśmy najlepsi!- Wyszeptałam przez zęby zaciśnięte ze śmiechu. Jego czarne okulary zleciały mu z nosa i mogłam spojrzeć prosto w jego przenikliwe oczy. Zaśmiał się pocieszne i objął mnie rękami. Nagle do pokoju wszedł Japhrimiel oczywiście bez pukania i oczywiście w najmniej odpowiednim momencie. Ustał w drzwiach wielce zdziwiony i wytężył swój orli wzrok, bacznie analizując zastałą sytuację. - Eeee… Hmmmm…Tsa.- Wyjąkał i podrapał się po głowie, najwidoczniej coś przetwarzając. Odwrócił się lekko do tyłu.- To w końcu kto z kim jest bo trochę nie kumam. - Tłumaczyłam Ci to bardzo jasno. Czego nie zrozumia…- W drzwiach pojawiła się Finix, która zapewne zdążyła już wrócić z zajęć.- … łeś.- Dokończyła i przekręciła zabawnie głowę na bok.- Shin!- Wrzasnęła i po chwili obok niej stanął niebieskogłowy. - Czego chcesz kobieto. - Wytłumacz mi to proszę…- Wskazała na mnie i na Yasu. Zastygliśmy w bezruchu patrząc z wielką przyjemnością na ten kabaret. Shin zamaszyście odwrócił głowę spodziewając się, że zobaczy coś bardziej normalnego. Jakby to powiedzieć… trochę się zdziwił. - Echhh… No więc…- Zaczął całkiem dobrze, tylko z końcówką mu się trochę nie udało.- Wiesz… Nobu!- Przybył i ostatni z czwórki cyrkowców. Wkraczając przeciągał się ospale i oparł zmęczoną głowę o ramie Shina. Ten szturchnął go łokciem i wskazał na nas brodą. Mina Nobu była bezcenna.- Wytłumacz.- Sapnął Shin spoglądając na niego z ukosa. - Czy tam na łóżku leży Yasu, a na Yasu Ashley, czy mam jakieś zwidy ze zmęczenia?- Znowu ziewnął, a ja razem z Yasu buchnęliśmy śmiechem. Gdy w końcu się uspokoiliśmy, Yasu zgrabnym ruchem posadził mnie na swoich kolanach i już w miarę w pozycji siedzącej znów spojrzeliśmy badawczym wzrokiem na ten cały tłum sterczący w drzwiach mojej sypialni. - O widzisz… No teraz to już na przykład nie leżą.- Stwierdziła Finix potrząsając z uznaniem głową. Przewróciłam oczami i w błagalnym geście podniosłam i upuściłam z klapnięciem rękę. - Jesteście dziwni wiecie?- Mruknęłam ciągle chichocząc pod nosem. Stadko trochę wzburzyło swoje miny, zapewne chcąc okazać oburzenie. - No tak. To my jesteśmy dziwni.- Mlasnął Nobu, a ja wstałam i podeszłam do niego nadal śmiejąc się jak głupi do sera. Ustałam przed nim i spojrzałam prosto w jego niebieskie oczy. Stał jak wryty, a ja miałam dziką radochę z tego faktu. Przejechałam palcem wskazującym po jego barku i westchnęłam. - Powiem tylko jedno.- Nachyliłam się mu do ucha, a jego wzrok wyrażał zdziwienie. Poczułam jego przyśpieszony oddech…- BLAST został nominowany do Grammy. - Co?- Sapnął nadal jeszcze nie dowierzając temu co usłyszał. Shin podskoczył do góry, po czym przybił piątkę z Finix. - Grammy skarbie… docenili nas.- Mruknęłam przyglądając się jak jego kąciki ust powoli szybują do góry. - Grammy!!! JEST!!! Tak, tak, tak!- Zawył podskakując i łapiąc mnie w objęcia. Po paru minutach śmialiśmy się wszyscy i tańczyliśmy świętując tryumf BLAST. To było coś… promyk szczęścia w tym pogmatwanym życiu… Kurde TO naprawdę było coś! Trochę się rozpisałam, ale nie chciałam urywać końcówki, a potem dokańczać jedno czy dwa zdania w następnej części. Więc jest tak jak jest i tak być musi. Albowiem jak to powiedziała Ash „TO naprawdę było coś!” :D Pozdr. i zapraszam do czytania!!!!!!!!!!!!!! ************* Zdawał się być nieobecny, jedynie jego zielony wzrok co jakiś czas szukał mojego spojrzenia by być pewnym, że nadal przy nim jestem. Przechylił niepewnie szklankę i wypił ostatni łyk piwa. Podsunęłam mu pod nos talerz spaghetti i przyjaźnie pociągnęłam za jeden z jego cienkich dredów. Uniósł zalotnie brew i szturchnął mnie delikatnie w biodro. - Jedzeniem się nie bawi…- Odparłam widząc jak niemal wywierca widelcem dziurę w talerzu. - Mówisz jak mama.- Stwierdził uśmiechając się cwaniacko pod nosem. Pokręciłam przecząco głową nalewając sobie piwa i szybko go wypijając. - Nie jestem jak ona.- Syknęłam dobrze wiedząc, że nie przejdzie mi przez usta słowo „mama”. Już dawno moi rodzice pokazali, że mają w życiu znacznie inne priorytety niż inni zwykli rodzice. - Masz rację. Jesteś całkiem inna.- Powiedział przepraszająco nadal bawiąc się widelcem.- Cieszę się, że nie udało im się zepsuć Ci do końca życia… tak jak mojego. - Japh…- Mruknęłam i położyłam delikatnie dłoń na jego ramieniu i uśmiechnęłam się szczerze.- Twoje życie nadal się toczy. Pamiętasz? Obiecałeś, że jak wrócisz to wszystko mi wyjaśnisz… - Obiecałem…- Prychnął pod nosem.- Pamiętasz, gdy chodziłaś jeszcze na studia spotykałem się z pewną dziewczyną. - Zaraz...- Podrapałam się z zamyśleniem po głowie i zmrużyłam oczy. Szukałam w pamięci tego jednego imienia.- Lucy!- Odparłam tryumfalnie, jednak mój zapał ucichł gdy ujrzałam smutniejącą minę Japhrimiela gdy tylko usłyszał jej imię. - Tak, Lucy.- Potwierdził nalewając sobie piwa.- Spotkałem ją w restauracji. Pracowała dorywczo by zarobić na utrzymanie siebie oraz swojej młodszej siostry. Nie przelewało się u niej lecz zawsze pięknie się uśmiechała… Spodobała mi się od pierwszego wrażenia więc postanowiłem do niej zagadać. Na początku myślałem, że mnie spławi lecz ona…- Westchnął, a kąciki jego ust poszybowały w górę.- … ona się uśmiechnęła. Potem wszystko potoczyło się szybko. Zakochałem się w niej bez pamięci… Naprawdę byliśmy szczęśliwi. W końcu oświadczyłem się jej… - Co?- Mruknęłam z niedowierzaniem.- Nic o tym nie wiedziałam. - Bo rodzice postarali się o to by nikt się o tym nie dowiedział.- Syknął ściskając dłoń w pięść i uderzając lekko nią w stół. - Co oni zrobili? - Przyprowadziłem do nich Lucy by mogli ją poznać. To był największy błąd w moim życiu. Nie spodobało się im, że Lucy nie studiuje, że nie ma odpowiedniego pochodzenia… że nie ma rodziny. Wszystko im się nie podobało… Stwierdzili, że nie jest odpowiednią partią dla mnie i zabronili mi się z nią spotykać. Oczywiście nie posłuchałem ich…- Spuścił smętnie wzrok, a ja złapałam go szybko za rękę.- Pewnego dnia jak co dzień poszedłem do Lucy by ją odprowadzić do pracy. Zapukałem, a w drzwiach stanęła jakaś kobieta. Gdy spytałem ją o Lucy… Powiedziała, że wyjechała. Wymówiła najem mieszkania z samego rana i słuch o niej zaginął. - Nie możliwe… Czy ty myślisz, że…- Pokręciłam z niedowierzaniem głową i omal nie strąciłam szklanki ręką. - To oni mieli coś wspólnego ze zniknięciem Lucy. Jestem tego pewien, dlatego też wyjechałem by ją znaleźć. To dlatego tyle czasu mnie nie było…- Odparł smętnie i podparł dłonią głowę. Moje źrenice się powiększyły, a usta uchyliły jak u małego dziecka. Czy rodzice byliby do czegoś takiego zdolni? - Udało ci się?- Spytałam lecz wiedziałam, że to najgłupsze pytanie jakie mogłam zadać. Na pierwszy rzut oka widać było, że Japhrimiel wcale nie wygląda na kogoś kto znalazł swoją ukochaną. Jego smutne oczy mówiły wszystko. - Przepadła… żadnych śladów, nikt nic nie wie lub nie chce wiedzieć. Straciłem ją na zawsze i to tylko przez to, że według nich nie była odpowiednią partią dla mnie.- Wysyczał uderzając ze złością pięścią w stół. Patrzyłam się na mojego brata i czułam się tak beznadziejnie bezradna. Nie mogłam nic zrobić by mu pomóc, ulżyć, by znów na jego twarzy zagościł taki sam uśmiech kiedy przedstawił mi Lucy. Dobrze to pamiętam…
sobota, 10 grudnia 2011
Hejka! Jak tam u Was się wiedzie? U mnie po staremu jednak z dnia na dzień mam coraz więcej do roboty… Mam nadzieję, że jednak będę znajdywać czas na pisanie bo inaczej bez tego sfiksuje! :D Pozdrawiam i zapraszam do czytania i komentowania! :D *********** Jego oczy były tak szczere, pozbawione jakiejkolwiek nienawiści czy pogardy. Stał tak przede mną w całej swojej okazałości i obdarzał mnie czułym uśmiechem zarezerwowanym wyłącznie dla mnie. Fala ciepła rozeszła się po moim ciele, dając mi znak że ten mężczyzna nadal jest dla mnie bardzo ważny. Serce kołatało niespokojnie na samą myśl co będzie dalej. No właśnie co będzie dalej? Czy przetrwamy? To tylko Bóg jeden wie… - Tak się cieszę, że przyszłaś.- Odparł jedwabistym głosem i zrobił jeden krok w moją stronę. Odwzajemniłam niepewnie uśmiech czując, że w tym momencie najchętniej to bym się rozpłakała, jednak to nie wchodziło w grę. - Musimy w końcu sobie wszystko wyjaśnić. Od początku…- Wyrzuciłam z siebie szybko, by nabrać odwagi. Michael spojrzał na mnie czułym wzrokiem i wskazał dłonią na pięknie zdobione krzesło w rogu pokoju. Stało ono przy nieskazitelnie nakrytym stole. Na siedząco będzie łatwiej tego wysłuchać… Pomyślałam i usiadłam ostrożnie by nie wywinąć przypadkiem jakiejś gafy. Znów nasze spojrzenia zetknęły się ze sobą, a ja poczułam jak serce wali mi o wewnętrzną stronę klatki piersiowej.- Więc jak to było z Brooke?- Zapytałam pierwsza by przerwać tą niezręczną cisze, która mogła by skończyć się tylko rzuceniem na siebie. W pozytywnym tego słowa znaczeniu... - Do momentu upicia się, wszystko się zgadza. Naprawdę się wtedy spotkaliśmy i naprawdę za dużo wypiliśmy… a przynajmniej ja. Potem spałem jak zabity, a ona wykorzystując sytuację rozebrała mnie i położyła się obok. Rano powiedziała, że spaliśmy ze sobą, a parę dni później oznajmiła mi że jest w ciąży. Oczywiście wszystko to było kłamstwem. Wszystko się wydało, gdy lekarz nie chciał się zgodzić na to by kłamać. Brook musiała się do wszystkiego przyznać.- Opowiedział mi to wszystko po kolei, a ja przełknęłam nerwowo ślinę i pokręciłam z niedowierzaniem głową. Naprawdę nie mogłam uwierzyć jak można być tak podłym…- Jednak ona nie zamierzała tak łatwo odpuścić i wymyśliła tą rzewną historyjkę dla prasy na temat Ciebie. Ashley jest mi naprawdę głupio, że prze ze mnie musiałaś tyle przejść… - Mike…- Z moich ust jego imię wypadło szybko, jednak dalsze słowa stawały się coraz cięższe i trudniejsze do powiedzenia.- Nie miałeś na to wpływu.- W końcu uporałam się z mętlikiem w głowie starając się mówić poważnie i z dużym przekonaniem. - Mogłem zrobić cokolwiek. Mogłem powiedzieć o wszystkim na samym początku.- Odparł z poczuciem winy przymykając lekko powieki. Jego długie rzęsy niemal spoczęły na policzkach, długie i smukłe. Ściskałam nerwowo dłonią dłoń. Spojrzałam na niego i szybko uciekłam wzrokiem, jakbym bała się jego przenikliwych oczu. - Co teraz z nią będzie? - Wyjechała…- Rzucił oschle, dając mi do zrozumienia że nie chce mieć z nią nic wspólnego.- Naprawdę myślałem, że jesteśmy przyjaciółmi. Znałem ją bardzo długo i to co nas łączyło było wyjątkowe, jednak ona zatraciła się w swoich kłamstwach i dążeniach. Próbowała zdobyć moją miłość za wszelką cenę jednak na koniec straciła mnie całego. Nie potrafię jej już zaufać… -Wiem, że to zabrzmi dziwnie ale potrafię ją zrozumieć.- Wymamrotałam, nieśmiało szukając kontaktu wzrokowego. Jego oczy zrobiły się większe, niemalże pytały mnie „dlaczego?”.- Proszę Cię nie patrz tak na mnie. Kiedy zobaczyłam na dużym ekranie ciebie i Brooke całujących się to mojemu sercu została zadana ogromna rana. Bolało mnie niesamowicie… Rozdzierało od środka, mówiło straciłaś go. Cały świat usunął mi się spod nóg, a najgorsze było to że nic nie mogłam z tym zrobić. Bezczynnie przyglądałam się jak mój ukochany jest z inną i będzie miał z nią dziecko. Pomyśl… skoro ona od samego początku była w tobie zakochana, to jak musiała się czuć za każdym razem gdy widziała cię ze mną?- Odarłam przybliżając twarz w jego stronę. Nie powinnam jej bronić, lecz nie potrafiłam kompletnie zwalić na jej barki całej winy. Na jego twarzy wymalował się cień zakłopotania i poczucia winy. Zrozumiał, że mam rację. Potarł dłonią czoło i przygryzł delikatnie dolną wargę. - Dlaczego nasze życie aż tak się skomplikowało?- Mruknął w końcu podnosząc na mnie wzrok. Wzruszyłam bezradnie ramionami i potarłam koniuszkiem palca skrawek pięknego białego obrusu. - Może dlatego, że było zbyt pięknie? Byliśmy samolubni myśląc, że zawsze wszystko będzie dobrze. Nie jesteśmy wybrańcami Bogów… - Ashley, a co z nami?- Spytał jednocześnie wstając i przybliżając się do mnie. Właśnie, a co z nami?? Czy potrafię po tym wszystkim znów żyć normalnie u boku Michaela? Spojrzałam mu głęboko w oczy i zacisnęłam pięści by zebrać w sobie odwagę. - Muszę Ci coś powiedzieć. O mnie i o Nobu…- Odparłam, a na jego twarzy pojawiło się zrozumienie mimo lekkiego smutku. Jego delikatna dłoń musnęła mój policzek. - On Cię kocha.- Stwierdził jakby to była oczywista oczywistość, która wcale go nie szokuje. Moje oczy zadrgały, a serce znów przyśpieszyło. Jego smukłe nogi nosiły go po pokoju, a czarne loki lekko rozwiewały się na wietrze dochodzącym z otwartego okna. - Dzisiaj…- Zaczęłam, lecz nie wiedziałam jak mam to ubrać w słowa.- … całowaliśmy się. Omal nie wylądowaliśmy w łóżku, jednak przerwałam to. Michael ja nie wiem co mam robić… Moje serce kocha i ciebie i Jego, ja nie potrafię…- Słowa plątały mi się w ustach, a z oczu popłynęły łzy. Mike podszedł do mnie i ujął moją twarz w dłonie. Kciukami starł niesforne krople spływające po moich rozgrzanych policzkach. - Wiem Ash, wiem o tym. To on stał przy Tobie gdy ja nie mogłem i gdy tak strasznie cierpiałaś. - On chciał…- wychlipałam jak małe dziecko starając się ułożyć z porozrzucanych słów jakieś sensowne zdanie.- Chciał przekonać mnie do siebie… Powiedział, że ustaliliście coś pomiędzy sobą… - To prawda. Postanowiliśmy, że pozostawimy wybór tobie. Każdy z nas będzie się starał, aż twoje serce zdecyduje kogo kochasz bardziej…- Zbliżył swoją twarz do mojej, a ja drgnęłam niesfornie nie wiedząc co mam zrobić. Ustalili? Starać się? Kogo kocham bardziej? To tak jakby zapytać się małej dziewczynki: Kogo kochasz bardziej, tatusia czy mamusie? Ciepło jego oczu rozlewało się po moim ciele, a zapach który zapamiętałam znów podrażnił moje nozdrza. Znów był blisko i znów zaczęłam na to reagować. - Mike…- Mruknęłam jednak nic więcej nie zdążyłam powiedzieć. Jego słodkie usta zatopiły się w moich sprawiając, że ciało się rozluźniło a umysł przestał racjonalnie myśleć. Znów to samo… tak samo jak z Nobu. W co oni ze mną pogrywają? Starałam się zebrać w sobie na tyle siły by oderwać się od niego jednak to nie było takie łatwe. Już tak dawno nie czułam delikatności jego skóry oraz jedwabistych włosów dotykających moje ciało. Pragnęłam bliskości… To co nas łączyło nie można było tego określić jednym słowem. Magnetyzm, przyciąganie lub magiczna moc… to nie dość oddaje sens naszej znajomości. Być może byłam żenująca i naiwna myśląc, że miłość jest lekiem na wszystko jednak w tej chwili wcale tak na to nie patrzyłam. Z każdym dotknięciem i pocałunkiem zabierał ze mnie skrępowanie, ból i ciężar. Po moim policzku popłynęła łza odkrywająca moją bezradność i głupotę. Zastanawiałam się gdzie podziała się ta silna dziewczyna z koncertów, która wyje złowieszczo do mikrofonu, prowokuje wyglądem i zachowaniem.- Jestem okropną kobietą…- Szepnęłam, a on otarł łzę. Dostrzegłam jak kąciki jego ust podniosły się do góry w uśmiechu, który szczerzę mnie zdziwił. - Po prostu się zagubiłaś… - Bawię się waszymi uczuciami. Rano Nobu teraz ty… jestem zwykłą…- Uciszył mnie przykładając palec do moich ust, a z jego twarzy zniknął uśmiech. Zastąpiło go poczucie winy i nieskończenie wielka zaduma. - Jeśli ktoś tu się bawi czyimiś uczuciami to ja i Nobu twoimi… Próbujemy Cię uwieść, przekonać do siebie, sprawić byś wybrała któregoś z nas.- Spojrzałam na niego dziwnym wzrokiem i nie mogłam uwierzyć, że doczekam się takich słów z jego ust. Nawet nie wiem kiedy wylądowaliśmy na łóżku zasłanym satynową narzutą. Podniosłam się szybko do pozycji siedzącej czując coś dziwnego w środku. Natychmiast przeszła mi ochota na jakiekolwiek bratanie się w ten czy inny sposób. Wolałam pozostać na dystans… - Uwieść?- Sapnęłam przekrzywiając pozornie zabawnie głowę w bok dla lepszego efektu.- Co się dzieje? Nie poznaje ani ciebie, ani Nobu… Mówicie o moim szczęściu, a tu znów chodzi o was. O to kto wygra. Czy to wy się zmieniliście, czy to ja się cofnęłam?- Dodałam zachrypniętym głosem pełnym niedowierzania i cienkiej nutki ironii. Uśmiechnął się tajemniczo, wstał i usiadł obok mnie. Jego prawa dłoń ubrana w biała rękawiczkę na nadgarstek, bawiła się moim kolanem. - Wygraną jesteś ty. Najważniejsza osoba zarówno dla mnie jak i dla niego. Nie umiemy pogodzić się z faktem gdy cierpisz lub płaczesz, staramy się skleić wszystko na siłę dla twojego i po części naszego dobra. Walka się rozpoczęła.- Odparł dotykając delikatnie mojego policzka. Jego ogromne oczy wpatrywały się bez wytchnienia w moją niezbadaną twarz. Tysiące myśli uderzyło mnie znienacka nie chcąc bym zapomniała o którejkolwiek. Wstałam gwałtownie i podeszłam do drzwi zatrzymując się w połowie. Musiałam to sobie przemyśleć. Przemyśleć te wszystkie słowa, które padły z jego ust… Pokręciłam przecząco głową i odwróciłam ją na chwilę w jego stronę. Nadal siedział na łóżku tak idealny i opanowany. Westchnęłam i spuściłam smutnie wzrok. - Nie wiem czy chcę być nagrodą w jakiejkolwiek walce… Kto ustala zasady? I czy w ogóle będę miała coś do powiedzenia? Zresztą nie ważne…- Mruknęłam i wyszłam rzucając na pożegnanie z zaszklonymi oczami: - Nie chcę kochać na siłę…- Wyszłam szybko kierując się do wyjścia. Nie mogłam dłużej zostać pod czarem Michaela. Będąc pod jego wpływem nie spojrzę na sprawę obiektywnie, co zaowocuje ogólnym nieszczęściem nas wszystkich. To samo tyczy się Nobu i jego prób jak to Mike nazwał „uwodzenia” mnie. To ma być MÓJ wybór… szkoda, że tylko nie wiem co mam robić, a serce w akcie strajku i ogólnej desperacji, podzieliło się na dwie równiutkie części… … Szłam jakąś ulicą, której nazwy nie znałam bo i po co. Po to by zaprzątać moją i waszą głowę? No właśnie… bezsensu. Ruch był tam nie duży, a ludzie przemykali po niej jak cienie nie chcąc nawet spojrzeć sobie w twarz. Odpowiadał mi taki obrót spraw… Zero krzywych spojrzeń i bezsensownego mierzenia się w nadnaturalnym starciu. Każdy pozostawał ze swoimi i tak już dość skomplikowanymi myślami. Wiatr lekko rozwiewał moją grzywkę, chłodząc rozgrzaną skórę i uspakajając. Nagle w zamyśleniu i być może nieuwadze wpadłam na jakiegoś mężczyznę. Jego długie dredy spięte w kucyk spływały mu po ramionach. Przyjrzałam się uważnie i ujrzałam chłopaka ubranego al’ a Bob Marley ogólnie na luzie. Nasze przepraszające spojrzenia zbiegły się ze sobą i gdy dostrzegłam jego smukłą twarz i zielone oczy, moje serce zabiło, a chwilowe otępienie spłynęło nieubłaganie na napięte ciało. - Japhrimiel?- Spytałam tępo przecierając delikatnie oko, na tyle by nie rozmazać makijażu ale by polepszyć jakość widzenia. Jego spojrzenie przeleciało szybko po mojej twarzy. Źrenice rozszerzyły się, a twarz przybliżyła w moją stronę. Przyglądał mi się… - Nie możliwe…- Wydyszał z siebie nadal analizując mój wygląd.- Ashley? Gdzie ty masz włosy? A ten makijaż?- Zalał mnie potokiem pytań, a moje oczy zaszkliły się mimowolnie. Zabiję sukinsyna… Bez odpowiedzi na żadne zadane pytanie z jego strony, rzuciłam się w jego objęcia. Przytulił mnie z ulgą przymykając lekko oczy. - Dlaczego się nie odzywałeś!- Wrzasnęłam odklejając się i ocierając jedną jedyną łzę. Wzruszył bezradnie ramionami i westchnął wymigując się od odpowiedzi. - Musiałem się zmyć inaczej nie dali by mi spokoju. To był jedyny sensowny sposób… - Ale ja się martwiłam…- Warknęłam z wyrzutem.- Mógłbyś od czasu do czasu dać znać swojej młodszej siostrze, że żyjesz. - Wiem, ale to nie było takie proste. Dużo by opowiadać. Zresztą widzę, że ty też się nieźle zmieniłaś.- Wskazał na poszarpane dżinsy i skórzaną kurtkę po czym przyjaźnie poczochrał mnie po włosach.- Ty! Punkówą jesteś.- Stwierdził po sekundzie tentegowania w głowie. Tupnęłam dla lepszego efektu ciężkim, czarnym buciorem. - Bardziej teraz pasuję do mojego zespołu… - Ten sam stary, dobry BLAST? - Czy ty nie oglądasz telewizji? Jesteśmy gwiazdami.- Odparłam z oburzeniem, ale również z nieukrywaną dumą. - Ostatnio nie mam czasu na takie głupotki. A Yasu się na to zgodził? Na ten cały cyrk z podbijaniem list i pokazywaniem się w TV? - O dziwo tak.- Powiedziałam z zamyśleniem na twarzy. To dlaczego Yasu zawiesił karierę prawniczą na rzecz zespołu, nadal było dla mnie niewiadomą.- Jestem im wdzięczna, że na jeden mój telefon rzucili wszystko i przyjechali. - Rzucili? Nie mów, że Nobu i Shin też się w to zaangażowali!- Prychnął obejmując mnie gdy szliśmy ulicą, oświetloną jedynie słabymi latarniami. Jednak przy moim bracie czułam się bezpiecznie…- Widzę, że dużo się pozmieniało.- Stwierdził, a ja spojrzałam na niego podejrzliwie. - Co się dzieje?- Rzuciłam krótko, jednak nie spodziewałam się szybkiej odpowiedzi. Japhrimiela trudno było przekonać do szczerej rozmowy. Musiałam się nieźle kiedyś napocić, żeby zaufał mi i zrozumiał, że zawsze stoję za nim murem. Wzruszył płynnie ramionami i puścił do mnie przyjaźnie oczko.- Jeśli myślisz, że się wywiniesz od odpowiedzi to się grubo mylisz. Właśnie w tym momencie zdecydowałam za ciebie, że idziesz do mnie. Dodam, że nie przyjmuje żadnych sprzeciwów i jęków. - A jednak, aż tak się nie zmieniłaś.- Skwitował moje zachowanie podśmiechując pod nosem. - Pogadamy na spokojnie przy herbatce lub czymś mocniejszym. - Jeśli chcesz ze mnie wyciągnąć cokolwiek, to stanowczo przy czymś mocniejszym. - Widzisz, ty też się nie zmieniłeś.- Odparłam ciągnąc go za sobą w stronę mojego małego, ale własnego mieszkanka.- Aż tak…- Dodałam odwzajemniając uśmiech. Widząc go całego i zdrowego, poczułam ogromną ulgę. Zniknął zaraz po tym jak oświadczyłam rodzicom, że nie chcę mieć z nimi nic wspólnego. Długo myślałam, że to przeze mnie wyjechał, jednak uspokoił mnie jednym krótkim listem bez adresu zwrotnego: „ Szarona( tak mnie nazywał, strasznie nie znosiłam tego przezwiska), Znając twoją skomplikowana psychikę myślisz, że to przez ciebie wyjechałem. Rozczaruję Cię ale nie. Ta decyzja dużo mnie kosztowała, a złożyło się na nią wiele czynników. Kiedyś Ci o tym opowiem. A co do rodziców… wiesz, że zawsze jestem za tobą. Teraz też. Uważaj na siebie. Jak wrócę masz być jeszcze żywa. Najlepiej w jednym kawałku, nie mam zamiaru potem wszędzie szukać twoich części. Taki żart… Wiem, niezbyt wyszukany. Czekaj na mnie, wszystko Ci wytłumaczę… Japhrimiel PS. No wiesz…( w ten oto nie skomplikowany sposób, mój ukochany brat powiedział, a raczej napisał, że mnie kocha).”
Tylko tyle… Jeden list i zero wieści przez długi czas, który zdawał się być wiecznością. Obiecałam sobie wtedy w duchu, że jak wróci to skopię mu tyłek. Głównie z tego powodu zaprosiłam go do mieszkania… Na ulicy przecież tego nie zrobię. Uśmiechnął się po raz kolejny, pokazując szereg białych ząbków, a ja układałam w głowie plan co zrobić by ode chciało mu się znikać bez słowa, na następne kilkaset lat. Japh jak dobrze, że jesteś… nareszcie.
sobota, 03 grudnia 2011
************** - Mogłem przewidzieć, że prędzej czy później Cię tu przywieję…- Mruknął sarkastycznie odwracając się i stając oko w oko z Michaelem. Ich idealnie naprężone postawy dawały znać o nici rywalizacji przewieszonej pomiędzy nimi. Zrobiłam krok do przodu, lecz dłoń Nobu zatrzymała mnie lekko. Dobrze wiedziałam o co chodzi. Chcą to załatwić między sobą, ale przecież też jestem w to wmieszana! Nie mogą decydować za mnie… już nikt nigdy nie będzie za mnie decydować… - Jak zamierzasz teraz rozwiązać tą sytuację? Narobiłeś jeszcze większego bałaganu niż był…- Michael podsumował jego zachowanie dość oschle, co jakiś czas spoglądając w moją stronę. Jego czekoladowo-czekoladowe oczy pieszczotliwie śmiały się do mnie. - A co miałem stać i patrzeć jak ją obrażają? Sam słyszałeś jakie głupoty gadali… Ta twoja Brook nieźle obrobiła Ashley tyłek, przypinając jej łatkę zazdrośnicy, która za wszelką cenę chcę odbić swojego byłego chłopaka. - Z Brooke już dawno nic mnie nie łączy…- Odparł spuszczając lekko głowę, a jego idealny kosmyk włosów opadł niewinnie na twarz. Moje oczy zrobiły się ogromne. Przyglądałam się temu co się działo, a serce krajało na samą myśl jak to może się skończyć.- Już udzieliłem wywiadu w którym wyjaśniam całą sytuację, oczyszczając Ashley z zarzutów. - Tak łatwo się tego nie załatwi. Mówiłem Ci już wcześniej, że nie pozwolę znów jej skrzywdzić…- Wskazał na mnie palcem. Moje nogi stały się miękkie, nieznośnie drążyły i uginały się pode mną. - Zachowujesz się tak jakby to tylko tobie na niej zależało!- Uniósł głos Mike rozkładając gwałtownie ręce i ostrożnie się zbliżając w moją stronę.- Nie jesteś sam w tym by ją chronić… Jest Yasu, Shin, Finix i przede wszystkim ja! - No ty to akurat już pokazałeś, jak ją potrafisz chronić.- Syknął sarkastycznie przygryzając dolną wargę z przejęcia. Potrząsnęłam z niedowierzaniem głową… Miałam jeden wielki mętlik w głowie, a jedyne uczucie jakie z minuty na minutę potęgowało się w mojej głowie była wściekłość. Wściekłość na tych dwóch idiotów, którzy w odmęcie kłótni zapomnieli dawno o mnie. Miałam wrażenie, że tu najważniejsze było udowodnienie swojej racji, a nie jak to na pierwszy rzut oka wyglądało, by mnie na siłę uszczęśliwić. Nie mogłam tak… - A ty znów to samo!- Mike uniósł do góry dłonie i teatralnie je opuścił.- Nie masz prawa się w to wtrącać… Nie wiesz jak jest… - Dobrze wiem. Może i jej nie zdradziłeś, ale dopuściłeś do tego durnego programu i do tego by Brooke kłamała w żywe oczy! Ze strachu nawet jej nie wspomniałeś o zaistniałej sytuacji, mimo tego że dzwoniłeś do niej przed programem! - Nie wiedziałem, że to wyciągną w programie na żywo. Chciałem jej powiedzieć po wszystkim…- Bronił zawzięcie swojego zdania, a mnie już normalnie zalewała krew. Dłonie mimowolnie zacisnęły się z przejęcia, a grzywka opadła bezwiednie na moją twarz. - To przecież media człowieku! Oni wszystko wyciągną! - DOSYĆ!- Wrzasnęłam na cały głos, zmuszając ich by się zamknęli i na moment posłuchali dla odmiany, co ja mam do powiedzenia. Ich oczy spoczęły na mnie. Wzięłam parę głębszych oddechów dla odwagi i lepszego efektu.- Mam tego serdecznie dość. Wam wcale nie chodzi o moje dobro, szczęście czy co tam paplaliście przez ten cały czas. Dla Was najważniejsza jest idiotyczna wygrana… Rzucacie w siebie oskarżeniami usilnie chcąc udowodnić winę tego drugiego, a tu nie o to tak naprawdę chodzi! Nie obchodzi mnie czyja to wina… Przez kogo płakałam…- Tu spojrzałam na Michaela.- … i przez kogo nie mogłam spać w noc zżerana przez okropne wyrzuty sumienia.- Mój wzrok przeniósł się na Nobu.- Dajcie mi święty spokój…- Mruknęłam już nieco ciszej. - Ash...- Zaczął Nobu. a Michael jak wierszyk powtórzył zaraz za nim. - Ashley… - Idźcie już sobie oboje. Zostawcie mnie…- Warknęłam kierując się do swojego ukochanego pokoju. Pokoju, który był moją fortecą, w której nikt mi nie miał prawa przeszkadzać i w której czułam się naprawdę bezpieczna. Przeszłam przez salon omijając Shina, Finix i Yasu trwających w poważnym osłupieniu. Nawet nie łudziłam się, że nic nie słyszeli. Ta cienka ściana dzieląca przedpokój od salonu ani trochę nie stanowi przeszkody dla dźwięków. Spojrzałam na nich z ukosa i prychnęłam lekceważąco, po czym weszłam do pokoju i trzasnęłam drzwiami. Chwyciłam klamkę mocno od drugiej strony i przekręciłam kluczyk z breloczkiem „I LOVE NY”. Odbijał się przez chwilę od drzwi dając tępy stukot, który jednocześnie wymierzał bicie mojego serca. Bam… Bam… Bam… Wypuściłam powoli powietrze z płuc i rzuciłam się na swoje niezasłane łóżko. Przed wyjazdem do Stonebridge nawet nie zawracałam sobie głowy tym by go posłać czy coś w tym stylu. Zresztą jakie to miało teraz znaczenie? Myślenie o takiej błahostce jest zwykłym zapychaczem myśli… Gdy nie chcesz o czymś myśleć, to zaczynasz analizować największe pierdółki. A że łóżko nie zasłane, a że piesek sobie biegnie i że merda ogonkiem! Wszystko jest lepsze niż roztrząsanie tego co sprawiało, sprawia i będzie sprawiać ból. Przymknęłam zmęczone oczy, przed którymi pojawiła się ciemność, która niestety nie dała takiej ulgi jakiej oczekiwałam otrzymać. Nic jej nie dawało…- Życie naprawdę mnie nie lubi…- Mruknęłam pod nosem sama do siebie… Sama dla własnej nic nie znaczącej satysfakcji. … - Chyba wczoraj dość wyraźnie się wyraziłam…- Warknęłam do siedzącego przy stole kuchennym Nobu. Spojrzał na mnie smętnym wzrokiem, a ja szybko odwróciłam wzrok. Nie ma mowy… żadnej litości.- Jackson widzę zrozumiał. - Musiał iść bo ma dzisiaj nagranie… - A Ty nie masz? Nic? Żadnego małego nagranka? Nie? Jaka szkoda…- Wymamrotałam dziwnie oschle i całkiem nie podobnie do siebie. Naprawdę nie wiedziałam co mam począć ze swoim i tak już pogmatwanym życiem, a oni mi tu kłótnie będą urządzać! Nalałam sobie zielonej herbaty do kubka, tak dla uspokojenia zszarganych nerwów. - Ashley wiesz, że to wcale nie chodzi o to kto wygra…- Odezwał się nieśmiało ale pewnie, pisząc coś bezsensu palcem na blacie. - Dobrze wiecie, że kłótnią nic nie zdziałacie… Mam teraz jeden wielki mętlik w głowie i nie wiem co mam robić.- Spuściłam smętny wzrok i westchnęłam ciężko, czując jak żołądek fika mi koziołki w brzuchu. - Nie naciskamy.- Odparł bawiąc się swoimi pierścionkami na smukłych palcach. Jego poszarpana bluzka podkreślała jego buntowniczość, a ciężkie skórzane buty wybijały klasyczny rytm 4/4.- Wiem, że nadal coś do niego czujesz… - Wiesz jak to jest…- Mruknęłam zaczepnie.- Nie jest tak łatwo wyleczyć się z miłości. - Podstawowe pytanie jest całkiem oczywiste. Czy nadal chcesz ciągnąć znajomość z Michaelem?- Spytał, a ja całkiem niekontrolowanie otworzyłam usta z przejęcia. Kurde… czy ja tego chcę? Michael jest dla mnie ważny, ale jednak część mojego serca należy również do Nobu. Czy można kochać dwoje mężczyzn na raz? - Nie potrafię sobie odpowiedzieć.- Z moich ust wydobyły się te durne słowa, a oczy zaszkliły się sprawiając, że obraz przede mną rozmył się nieubłaganie. Poczułam ciepłą dłoń dotykającą mojego policzka. Mrugnęłam przywracając ostrość widzenia i ujrzałam przyjazną twarz Nobu przede mną. Wypuściłam powoli powietrze z płuc. - Dzisiaj to moja kolej żeby Cię przekonać do siebie… - Zrobiłeś sobie z Michaelem rozpiskę?- Mruknęłam lekko unosząc kąciki ust do góry. On prychnął przyjaźnie, a jego kciuk rytmicznie głaskał mój rozgrzany policzek. - Można tak powiedzieć.- Odparł lekko i zawadiacko. Moje ciało zaczęło się rozpływać, a umysł stawał się coraz bardziej spokojny. - I w tym momencie powinnam się zdenerwować…- Stwierdziłam przymykając do połowy oczy. Jego twarz zbliżyła się jeszcze bardziej do mojej. Teraz nasze oddechy razem wiły się po naszej skórze, a spojrzenia wbijały się w siebie nawzajem. Nie miałam siły by się opierać przed jego czarem i subtelnym uwodzeniem. Jego delikatne wargi musnęły moje sprawiając, że zapomniałam o jakichkolwiek oporach na ten moment. Dzisiaj jego kolej… Pomyślałam zatapiając się dogłębnie w nieskończonej liczbie pocałunków. Jedna jego ręka błądziła po mojej tali, a druga nadal dotykała mój policzek. Moje palce wczepiły się w jego blond włosy, łapiąc je delikatnie w prowokacyjny sposób. Namiętność i to coś unosiło się w powietrzu, pchając nasze ciała ku sobie. Siedziałam na krześle a on jednym ruchem ręki zmusił by moje drobne nogi zaplotły się wokół jego talii. Uniósł mnie do góry i przeniósł do salonu, ciągle nie przestając namiętnie całować. Robił to łapczywie, tak jakby bał się że zaraz mu ucieknę lub obudzi się z tego dość nieprawdopodobnego snu. Położył mnie na kanapę. Jego ciało przylegało do mojego, a silna dłoń pewnie trzymała moje biodro. Oddychaliśmy szybko i zdawkowo czując swoją bliskość i rodzące się pożądanie. Nagle w mojej głowie odezwał się wszechobecny glos sumienia… Przymknęłam lekko oczy i odwróciłam głowę na bok by nie mógł mnie całować. Zagryzłam dolną wargę, a po moim policzku popłynęła jedna łza. Tylko jedna…- Nobu nie możemy.- Szepnęłam, a on zawisł nade mną patrząc się ciepłym wzrokiem. Wcale się nie zdenerwował ani nie zirytował. Na jego twarzy pojawił się delikatny uśmiech poparty zrozumieniem w błękicie oczu. - Wiem maleńka.- Odparł wstając i siadając obok mnie, gdy ja leżałam nadal wbijając w niego wzrok. Zachował się naprawdę w porządku, umacniając pokładane w nim uczucie.- Wiem, że najpierw musisz sobie to wszystko poukładać. - Dopóki definitywnie nie zerwę z którymś z was to nie zasługuję, na żaden pocałunek ani uścisk z waszej strony. Nie chcę Was zranić… Jesteście dla mnie za ważni.- Wymamrotałam powoli podciągając się do pionu i opuszczając zawiniętą bluzkę. Jego westchnięcie było śpiewem w moich uszach. Dawało mi ulgę i zapewnienie. Zapewnienie, że mnie rozumie i że będzie czekał aż nadejdzie odpowiedni moment. - Tylko dobrze to przemyśl… Tu nie chodzi o to, żebyśmy my byli szczęśliwi…- Mruknął ostatni raz nachylając się nade mną.-… tu chodzi o to żebyś TY była szczęśliwa.- Dodał po czym pocałował mnie na do widzenia i łapiąc po drodze skórzaną kurtkę wyszedł. Siedziałam patrząc na białą ścianę wzrokiem jakże obojętnym i smutnym. - Ale jakim kosztem…- Odparłam sama do siebie. Mętlik w głowie urósł do zastraszających rozmiarów. Objawiał się nieznośnym kołataniem serca i częstymi migrenami. Chęć rozwiązania problemu tak, żeby wszyscy byli szczęśliwi była bardzo trudna, a nawet jak by to niektórzy powiedzieli niewykonalna. Ostatnio mało co w moim życiu się udawało. Szczęście rozsypywało się jak domek z kart, a miłość dawała znacząco w kość. Mnóstwo ludzi czekało, aż tylko podwinie mi się noga i nareszcie wpadnę w czeluści zapomnienia. Starałam się jak mogłam… Powoli moje marzenia zaczynały się spełniać. Wspaniali fani, którzy na każdym możliwym kroku dawali mi powód do dalszej walki oraz rozkręcająca się kariera jak z bajki. Jak to w bajkach bywa pojawił się książę… Jakże ja z tym księciem byłam szczęśliwa. Było na tyle idealnie, że nawet przez myśl by mi nie przeszło, że coś może się zepsuć, a mogło. Mogło i to na wiele paskudnych sposobów. Czas na rozmowę w cztery oczy… Czas to wszystko sobie wyjaśnić. … Przedarłam się niepostrzeżenie pod tylną bramę Neverlandu. Rozejrzałam się skrupulatnie szukając choć cienia fotoreporterów. Byli oni ostatnią rzeczą jakiej teraz potrzebowałam. Nacisnęłam na mały, biały guzik intercomu, a w moich uszach rozległ się brzęczący syk urządzenia. - Posiadłość Michaela Jacksona, o co chodzi?- Gruby, donośny głos strzelił we mnie pytaniem, sprawiając że na moment odebrało mi mowę. Przywróciłam się do porządku wmawiając sobie, że po drugiej stronie siedzi dobry, stary Billy. On tylko tak strasznie wygląda… Pomyślałam i przełknęłam cały strach i niepewność. - To ja Ashley…- Wymamrotałam podpierając białą ściankę ramieniem. Coś zatrzeszczało i sprawiło wrażenie poruszenia. - Już ci otwieram. Wejdź Ash.- Odparł, a ja już na sto procent byłam pewna, że to Billy. Bardzo rzadko nazywano mnie Ash. Robili to tylko ludzie do których miałam absolutne zaufanie. Usłyszałam długi brzdęk, a brama zaczęła się otwierać. Westchnęłam dodając sobie jednocześnie trochę więcej odwagi i za nim brama otworzyła się do końca, wsunęłam się przez powstałą przestrzeń i pobiegłam do tylnych drzwi. Tam czekał na mnie już wielki i czarnoskóry mężczyzna ubrany w dobrze skrojony garnitur. Omiótł wzrokiem wszystko dookoła mnie ostrym wzrokiem, który po paru sekundach spoczął na mnie. Jego oczy na powrót zrobiły się przyjazne i tak znajome.- Dawno Cię u nas nie było. - Nie było okazji…- Odparłam uśmiechając się do niego przyjaźnie. On odwzajemnił ten zwykły gest sprawiając, że moje ciało choć na chwilę się rozluźniło. Otworzył drzwi i zaprosił mnie do środka. Wnętrze wyglądało tak jak zawsze… Tak jak to zapamiętałam. Bogato ale ze smakiem, odpowiednio dla Króla Popu. - Mike jest w swojej sypialni. Raczej wiesz gdzie to jest…- Szturchnął mnie zalotnie, a ja mimowolnie się zarumieniłam. Nie byłam w jego domu od tego czasu gdy zrobiliśmy to, choć wtedy zadowoliliśmy się salonem. Odchrząknęłam znacząco i łypnęłam na niego odwzajemniającym zaczepkę wzrokiem. - Bardzo śmieszne Billy… powinnam trafić.- Rzuciłam na pożegnanie i wbiegłam na ogromne schody prowadzące na górę. Złota poręcz wiła się jak wąż, a czerwony dywan sprawił że poczułam się wyjątkowo. Ten dom był prawdziwym pałacem, który zapierał dech w piersiach. Każda jego część była dokładnie przemyślana i dopracowana, nie pozwolono sobie na jakąkolwiek niedoskonałość lub pomyłkę. Idealna perfekcja sama w sobie. Stanęłam przed wielkimi drewnianymi drzwiami, które jakby zapraszały mnie do środka swoją smukłą rzeźbą i ciepłym kolorem dębu. Przymknęłam lekko oczy i wzięłam głęboki oddech. Nie miałam pojęcia co mu powiem, co zdecyduje i jak to się skończy. W mojej głowie był ogromny mętlik, który nie pozwalał na skonstruowanie choćby najmniejszego planu działania. Położyłam dłoń na klamce i nacisnęłam ją otwierając drzwi. Zrobiłam to szybko za nim mój umysł zaczął by zgłaszać jakiekolwiek sprzeciwy. Weszłam niepewnie do środka. Rozejrzałam się i spostrzegłam Michaela leżącego na łóżku. Jedna ręka bezwładnie zwisała mu w dół, a druga zakrywała niezbadaną twarz. Czarne loki układały się idealnie na pościeli, a czerwień koszuli kontrastowała z karmelowym odcieniem jego skóry. O wiele bledszym niż jak go poznałam, przez chorobę zmieniał się. Przez moment przyglądał się mu jak zahipnotyzowana, a jego niepowtarzalny zapach otoczył mnie miło. Dopadły mnie wyrzuty sumienia z powodu tego, że byłam zmuszona do przerwania tej chwili. Odchrząknęłam nieznacznie dając o sobie znać i uśmiechnęłam się z czułością. Jego czekoladowe oczy wyłoniły się spod smukłego przedramienia. Gdy dostrzegł moje spojrzenie i ciepły uśmiech, zerwał się natychmiast na równe nogi i obdarzył mnie tym czego brakowało mi najbardziej. Kąciki jego idealnych ust uniosły się do góry, a oczy rozpromieniły się w niezbadanym szczęściu którego przez moment nie pojmowałam. - Ashley…- Mruknął robiąc krok w moją stronę, a ja spuściłam wzrok nie wiedząc co mam zrobić. Nasza rozmowa… Na czym ma ona polegać? Mam na niego nakrzyczeć, mam go przeprosić, mam mu powiedzieć co zaszło między mną a Nobu? Może najlepiej zacząć od początku? Jakiś głosik rozbrzmiał w mojej głowie, a ja westchnęłam z ulgą. - Tak od początku…- Wyszeptałam pod nosem, ledwo słyszalnie dla jego uszu. Ta chwila była dla nas. To od niej zależało to co będzie dalej, zależała nasza przyszłość i to czy w ogóle jakakolwiek wspólna przyszłość nas czeka… wszystko na jedną kartę… Czas rozegrać tą ostatnią partię i nie ma szans na pas.
Witam serdecznie. Mam nadzieję, że u Was wszystko w porządku? Jak sobie radzicie i co myślicie o kolejnej części? Piszcie o sobie, o tym co czujecie i o tym co byście chcieli poczytać. Na wszystkie pytania odpowiem. ZAPRASZAM do odwiedzania mojego skromnego świata, w który możecie choć na chwilę zapomnieć o szarości życia ;D Zapraszam.
sobota, 19 listopada 2011
*************** Ile czasu potrzeba by uleczyć złamane serce? Sekundy, minuty, godziny, dni, miesiące, lata? Czas jest pojęciem względnym i nigdy nie jest taki jaki się wydaje. Mówią, że nigdy się nie zapomina zdrady, ani jej się nie wybacza. Zapomina się o niej chwilowo, by wyciągnąć ją jako argument w najmniej odpowiednim momencie. Siedziałam na starej drewniane altanie przed domem, okryta szczelnie starym kocem w kratę i sącząc ciepłą herbatę z kubka. Wdychałam nozdrzami świeże powietrze tego miejsca, czując drobną ulgę jaka stępowała na moje serce. W głowie analizowałam wszystkie wydarzenia związane z Michaelem. Jego słowa „Będę o Ciebie walczył, to już niedługo się skończy…”. Czy to jest możliwe, czy naprawdę istnieje jakakolwiek szansa na to by było tak jak wcześniej? Tak bardzo chciałam czuć jego ciepły dotyk i delikatne wargi na moich policzkach. Tęskniłam za nim i to było faktem, który nie chciał ustąpić. Być może gdybym zapomniała, gdybym spróbowała żyć bez niego to wtedy to coś w środku przestałoby tak cholernie boleć. Znów zaciągnęłam się nieskazitelnym powietrzem lasu, jednocześnie czując lekko przebijającą się woń wiśniowego dymu. Jak cień, cicho i bez zbędnych słów mężczyzna w czarnej marynarce i w czarnych okularach usiadł koło mnie. Przytuliłam się do jego boku czując ciepło od niego płynące. - Jak tam maleńka?- Spytał tajemniczo patrząc przed siebie. Jego wzrok był dla wszystkich zagadką, mało kto przecież miała zaszczyt ujrzeć jego oczy. Zawsze czerń okularów i papieros w ustach. Ja jednak znałam go na wskroś… Zaczęłam bawić się jego srebrnym sygnetem oddychając miarowo i uciszając swoje zbłąkane myśli. - Dobrze…- Skłamałam dobrze wiedząc, że on w to nie uwierzy. Kąciki jego smukłych ust delikatnie wygięły się w nieznacznym uśmieszku. - Muszę Ci o czymś powiedzieć. - Wal Yasu, już nic mnie nie zaskoczy. - Rozmawiałem z Michaelem.- Odparł poważnym tonem spoglądając na mnie z ukosa. Przymknęłam delikatnie oczy i westchnęłam przełykając ciężko ślinę. - Po co?- Wydyszałam beznamiętnie. - To on chciał rozmawiać. Prosił mnie żebym się tobą zaopiekował, dopóki nie wyjaśni tej sprawy. - Zaopiekował?- Prychnęłam poprawiając głowę na jego miękkim, ale stabilnym ramieniu.- Przecież ty zawsze to robisz… - Nie potrafię inaczej. Mówił, żebyś nie przestała w niego wierzyć.- Mruknął wsuwając ramię za plecy i obejmując mnie. - A czym jest wiara?- Spytałam tak jakby samą siebie.- Jak długo mam wierzyć, w to że to jakaś pieprzona pomyłka? - Mówił dość sensownie… - Wierzysz mu? O czym mówił tak sensownie?- Wyrwałam się z jego objęć i otworzyłam szeroko oczy. - Coraz bardziej skłaniam się do jego wersji, jednak na razie nie mogę Ci jej przedstawić.- Odparł zduszonym głosem. - On też tak mówił… Yasu i ty też chcesz mieć przede mną tajemnicę? - Tu nie o to chodzi słonko…- Wymamrotał odkręcając się w moją stronę.- Wszystko może się wymknąć z pod kontroli… Pozostaw na razie wszystko takie jak jest… - I tak nie miałam zamiaru robić cokolwiek. To jest sprawa Michaela i to on powinien ją załatwić.- Stwierdziłam upijając jeden ale za to porządny łyk napoju, który rozgrzewał moje zbolałe kości.- Co on musiał Ci powiedzieć, że tak nagle zmieniłeś zdanie w tej sprawie?- Mruknęłam poprawiając koc, który niefortunnie zsunął się z moich nóg narażając je na przerażające zimno. - Udowodnił mi, że jesteś dla niego tak samo ważna jak dla mnie.- Potarł z zakłopotaniem czoło jakby ciężkość tych słów była nie do zniesienia. Mimo wszystko na jego przyjaznej twarzy zagościł nieśmiały uśmiech skierowany tylko dla mnie. - Kocham Cię ty mój osobisty aniele stróżu…- Wyszeptałam wykrzesując z siebie jak najbardziej miły i szczery uśmiech.- Chodź do środka, bo któreś z nas zamarznie. Nie chcę wskazywać palcem, ale raczej to będę ja!- Dodałam wstając jednocześnie ciągnąc go za czarną marynarkę. - Też Ciebie kocham maleńka.- Mrukną po cichu wchodząc za mną do środka domku. Być może nie chciał bym to usłyszała jednak mój słuch wyłapał te ciepłe słowa. W środku Shin i Nobu siedzieli przy stole grając w Makao, krzycząc i machając rękami jakby bili się o życie. Włączony odbiornik telewizyjny syczał w tle, a Finix krzątała się po kuchni robiąc obiad. Tak nie mylicie się… Punk’ ówa w czarnej bluzce i różowej spódniczce, spiętych do tyłu dredach i ciężkich buciorach na nogach. Dość niecodzienny widok… - Shin na natychmiast masz przestać oszukiwać!- Wrzasnął wściekły Nobu rzucając swoje nieciekawe karty na stół. Niebiesko-włosy zrobił wielce oburzoną minę i pokręcił przecząco głową, tak że jego łańcuszek przewieszony od ucha aż do wargi, zadyndał złowieszczo. - Nie oszukuje! To ty nie umiesz przegrywać z godnością!- Wypalił tasując ponownie talię kart. Nobu prychnął lekceważąco i szybkim ruchem wyrwał mu karty oglądając je uważnie z każdej strony. Zapewne sprawdzał swoją teorię… Rozsiadłam się na kanapie i wlepiłam wzrok w zmieniające się na ekranie obrazki. Jakaś panienka zapowiadała pogodę, oraz zapraszająca na program rozrywkowy o gwiazdach. Mlasnęłam z niesmakiem i już miałam przełączyć kanał, nie chcąc widzieć żadnych durnych materiałów na mój temat, jednak mój palec zawisł w powietrzu. Jaskrawo ubrana blondyneczka na tle zdjęcia Michaela zaświergotała radośnie nowinkę ze świata gwiazd. - Moi mili sielanka zaczyna się psuć, a zupa była zasłona.- Wysunęła te dość kwieciste porównanie, a mną aż wzdrygnęło na samą myśl o jej głupocie. Głosy chłopaków ucichły i po minucie już wszyscy wpatrywali się w odbiornik.- Nowo upieczona narzeczona Jacksona z tragiczną miną wyjechała z Neverland’ u oświadczając chwilowy brak pożycia. - Nie no jak ona nie zacznie normalnie mówić to jej przyłożę…- Warknęłam czochrając swoje krótkie włosy. Brooke wjechała… co do jasnej cholery to miało znaczyć? - Z pewnych źródeł wiadomo, że Jackson rozstał się w dość kontrowersyjny sposób z… - Proszę tylko tego nie mów…- Mruknęłam złowieszczo marszcząc brwi. - … Ashley Fox, a dokładnie przez program telewizyjny na oczach milionów, po czym oświadczył się Brooke! Szalony!- Odparła przesadnie przewracając oczami i gestykulując znacząco. Blond fale podskakiwały jej na głowie, a kusa spódniczka jak na złość za bardzo podwijała się jej do góry. -… no i powiedziała!- Syknęłam zakrywając dłonią oczy i oddychając głęboko. Super, jeśli jakimś cudem wszyscy już zapomnieli o moim telewizyjnym praniu brudów, to ta wesoła turkaweczka szybko im o tym przypomniała. Shin szybko zareagował za nim zdążyłam rozwalić telewizor na strzępy i zamaszystym ruchem wyłączył go. Wszystkie oczy znajdujące się w pokoju spoczęły na mnie, błagalnie prosząc bym wygłosiła jakieś podniosłe orędzie. Nadymałam policzki powietrzem i zaczęłam bawić się swoimi smukłymi palcami. Brooke wyjechała… Ta myśl latała mi po głowie z kąta w kąt nie dając spokoju. Nie możliwe by Mike wyrzucił ją lub coś w tym stylu. Może za bardzo chciał wyjaśnić tą całą sprawę, co poskutkowało tym że się obraziła. Jak na razie mogłam jedynie snuć pokrętne przypuszczenia… przez moment nawet zaczęłam pluć sobie w twarz, że mam na tyle mało odwagi by zadzwonić do Michaela i wyjaśnić tą sytuację. W ostatniej chwili się powstrzymałam przed tym pomysłem… w końcu przyjechałam tu by odciąć swój umysł od tego co było tam. Od całej tej absurdalnej sytuacji i od tego tępego bólu w klatce piersiowej.- Koniec przedstawienia.- Odparłam wstając i kierując się do kuchni po jakiś procentowy umilacz, by jakoś poszło. - Ta prezenterka miała stanowczo za krótką spódniczkę.- Stwierdziła Finix po minucie bardzo zastanawiającej ciszy. Zachichotałam żałośnie pod nosem, wyjmując puszkę mojego ulubionego piwa Rafinee. - Zauważyliście, że ciągle miała taki nerwowy tik…- Zawył Nobu demonstrując go na sobie. Zapewne chciał ukazać jak ta dziwna dziewczyna ciągle obciągała kusy pasek materiału usilnie udający spódniczkę. - Czepiacie się jej… Miała na pewno jakiś atut…- Zaoponował Yasu, a wszyscy spojrzeli się na niego dziwnym wzrokiem. - Tsa, a niby jaki?- Spytała się sarkastycznie Finix. - Bogate słownictwo i barwne przenośnie? - Jasne „Moi mili sielanka zaczyna się psuć” i najlepsze : „ a zupa była zasłona.”!- Odparł Nobu starannie akcentując te kwieciste wypowiedzi. Wypiłam porządny łyk napoju i znów poległam na niewygodnej kanapie cioci Nobu. Moje kości zaczęły poważnie tęsknić za naszą, starą poczciwą kanapą. Po moich kubkach smakowych rozszedł się cierpki smak po chwili mile rozluźniając zmęczone ciało. Kąciki moich ust wygięły się w błogim uśmiechu, który nawet nie wiem skąd się u mnie wziął. Ostatnio rzadko gościł na mojej twarzy, a jeśli już to nie był szczery, a wręcz wymuszony. - Wiecie co? Coś jest ze mną nie tak…- Mruknęłam, bezsilnie bawiąc się puszką. Finix poległa koło mnie, a chłopcy zmarszczyli jednocześnie brwi wyrażając swoje zdziwienie. - Coś nie tak?- Powtórzył tępo Yasu i opuścił okulary na chwilę na koniec nosa. Jego przenikliwe i wielkie oczy badały mnie zawzięcie. - Moje serce przestało czuć… Ten cyrk w telewizji powinien wywołać u mnie jakiekolwiek uczucie. Strach, niepewność, złość lub choćby nadzieję. Kompletna pustka, równie dobrze mogli mówić o promocji w supermarkecie.- Stwierdziłam dopijając piwo i wstając by włączyć jakąś muzykę. Muzyka lekiem na wszystko… ta głucha cisza przyprawiała mnie o ból głowy i ciągle irytowała. - Kompletna pustka mówisz?- Odparł Yasu zapalając z powagą papierosa i spoglądając z ukosa na mnie.- To dlaczego twoje dłonie są mocno zaciśnięte w pięść? Tak mocno, że aż paznokcie wbijają ci się w skórę, a ręka drży?- Dodał, a ja spojrzałam w dół by ujrzeć trzęsące się jak osika dłonie zaciśnięte do granic możliwości. - Chcesz być silna, to fajnie…- Wtrącił się Shin przymykając lekko oczy i nachylając się nad stołem. Jego zapalniczka zawieszona na szyi, zabrzęczała głucho przerywając tą nieznośną ciszę.- Jednak nie możesz tłumić w sobie uczuć. W końcu zeżrą cię od środka i zostanie tylko pusta skorupa na zewnątrz.- Podszedł do mnie i wziął moje dłonie w swoje, ciepłe i tak kojące. Jednym ruchem, powoli rozplątał zaciśnięte palce po czym przyciągnął do siebie moje bezwładne ciało i przytulił. Westchnęłam cicho, dając mu do zrozumienia że ma absolutną rację. Dotarło do mnie, że nie można przestać czuć. Uczucia są częścią naszego życia i bez nich nie można było by normalnie funkcjonować. Uczucie miłości to najpiękniejsze jakie możesz odczuć, ale też i zdrada jest częścią składową twojej osobowości. To one kształtują nasz charakter i osobowość. Nie mogłam odciąć się od tego ciepła rozchodzącego się po moim sercu gdy myślałam o Michaelu, Nobu, Finix, Yasu czy Shinie. Nawet te złe uczucia, które powodowały ból robiły to po coś. Robiły to po to bym się czegoś nauczyła, bym została zmotywowana do pracy, bym wstała. Dotąd leżałam… Leżałam i odcięłam się od całego świata. Coś się działo wokół mnie, a ja przyglądałam się temu biernie myśląc, że to mój koniec. Wtedy dostałam kopa w postaci Brook, która raczyła mnie odwiedzić. Przyznam, że jeszcze nigdy nie czułam się tak źle jak po spotkaniu z nią, lecz dzięki temu w mojej głowie zagościła nikła nadzieja i chęć do dalszego życia. Może była spowodowana chęcią zrobienia jej na złość ale zawsze to było coś. - Od kiedy ty tak mądrze mówisz?- Mruknęłam jak mały kotek, który prosi o trochę mleka. Być może to było żałosne, ale rozczuliło mojego niebieskogłowego przyjaciela. Przekręcił z zadumą głowę na bok i przymknął jedno oko. - Od kiedy pamiętam, tylko stanowczo za rzadko mnie słuchacie.- Odpowiedział, gdy wysłałam mu zalotnego kuksańca w bok. Roześmiał się słodko, a jego młodzieńcza ale już dosyć przystojna twarz rozpromieniała. - Ale ckliwe przedstawienie.- Skwitowała nasze dość dziwne zachowanie Finix, patrząc na to wszystko z boku. Dodam, że ciągle chichotała i spoglądała porozumiewawczym wzrokiem na Nobu i Yasu. - Bardzo śmieszne…- Syknęłam siadając przy stole i chwytając za karty. Zupełnie nie umiałam tasować, jedynie przekładałam je w dłoniach dla własnej niepojętej satysfakcji. - Wiesz, że Jackson prawie odkrył co tak naprawdę się stało.- Rzucił Yasu, najwyraźniej nie mogąc się powstrzymać. - A co tu jest do odkrywania Yasu?- Warknął Nobu czochrając niepokorne włosy. - Jest i to dużo. Nie bądź dla niego aż tak krytyczny… -A jaki mam być? Zdradził ją, a ona przez to wylała tyle niepotrzebnych łez. To jest wystarczający powód bym go nie lubił.- Stwierdził spoglądając na mnie z ukosa. Spuściłam wzrok, czując zażenowanie i wyrzuty sumienia. Co ja mogłam mu dać? Co mogłam zrobić, by znów zaczął się śmiać, a nie tak cholernie się martwić o mnie? - Ważne jest by poznać wszystkie fakty, przed osądem.- Wyjaśnił Yasu zapalając kolejnego papierosa. Shin rozłożył się na kanapie i przymknął lekko oczy, kręcąc głową. Rozmowa coraz mniej była przyjazna. - I kto to mówi. Na samym początku sam go oceniłeś. Nie pozostawiłeś na nim suchej nitki, a teraz gadasz takie głupoty.- Syknął smutniejąc, a jego wzrok błądził by spotkać się z moim. I spotkał… Wpatrywałam się w te niebieskie oczy widząc w nich współczucie, smutek i miłość. - Wiem i teraz się tego wstydzę. - Nie mówcie już o tym…- Poprosiłam uśmiechając tępo jakby to miało by coś zmienić. Nie chciałam, żeby z mojego powodu dwaj najlepsi przyjaciele skakali sobie do gardeł.- Czy to teraz jest ważne? Przyjechaliśmy tu by zapomnieć… a przynajmniej ja po to tu przyjechałam. Zróbcie coś by to się udało, bo jak na razie rozmawiając o tym tylko mi przypominacie…- Przełknęłam ślinę i spojrzałam niepewnie na ich twarzy. Spodziewałam się absolutnie każdej reakcji od okropnego wrzasku aż po dziki śmiech. I na moje szczęście doczekałam się tego drugiego. Cała trójka wybuchła obłędnym rechotem, który sprawił że z mojego serca spadł jakiś wielki kamień. Znów było dobrze, znów wszyscy się śmieli, znów mogłam odetchnąć. - Nie bój się nie tak łatwo jest nas skłócić.- Odparł Yasu i uśmiechnął się szczerze pod nosem. Chyba domyślił się o co się tak bałam. Wzruszyłam niewinnie ramionami czując narastający spokój w mojej zbolałej duszy. To co na ten moment w moim życiu było najważniejsze to byli oni. Herosi, którzy zawsze stali za mną murem, którzy śmieli się ze mną i podtrzymywali gdy płakałam. Zawsze mogę na nich liczyć. Jednak w moim sercu jest miejsce jeszcze dla jednej osoby. Mimo tego co się stało i mimo tego jak bardzo zabolała mnie jego zdrada, to on liczy się z nim prawie na równi. Może nie wpisują się w te same kategorie, a ich charaktery w niczym siebie nie przypominają, ale kocham ich na równi i nie potrafię żadnego wykreślić z mojego życia. Czterej najważniejsi faceci w moim dość nietypowym życiu. Czwórka wspaniałych, którzy mnie naprawdę kochają… mimo wszystkich wad jakie w sobie posiadam. Yasu, Nobu, Shin i mimo wszystko Michael.
Naprawdę, ale to naprawdę z głębi serducha dziękuję Wszystkim, którzy pozostawili po sobie ślad w postaci tak wspaniałych komentarzy. Wasze słowa motywują mnie do działania i wiem, że robię to dla kogoś a nie tylko dla własnego widzi mi się :D Dziękuje stałym czytelnikom, którzy zawsze pamiętają o moim blogu. Zapraszam do czytania!
sobota, 12 listopada 2011
Hejka! Uffff jakoś się uwinęłam. Nie było łatwo to prawda, bo ostatnio cierpię na poważny brak czasu. Spokojnie nie zapomnę o Was! :D Zapraszam! :P *************** Siedziałam na ławce w parku ubrana w strój w którym wystąpiłam na dzisiejszym koncercie. Pełen punk- rockowy makijaż i potargana fryzura. Mój wzrok był utkwiony w bliżej nieokreślony punkt w przestrzeni, a ręka mimowolnie bawiła się łańcuszkiem w kształcie serca zawieszonym na szyi. Tym samym, który dostałam tej magicznej nocy od najważniejszej osoby w moim życiu. Od osoby którą moje serce mimo tego co zrobił nadal szaleńczo kocha i potrzebuje. Wtedy czułam się jak w niebie, nic się nie liczyło oprócz nas. Przymknęłam delikatnie powieki i przywróciłam w pamięci tamten moment. Minuta po minucie… „- Zamknij oczy…- Powiedział, a ja po prostu posłuchałam. Zapiął na mojej szyi piękny wisiorek w kształcie serca. Spojrzałam na niego, ściskając jedną ręką wspaniały prezent. - Jest piękny. Dziękuje… - Za co?! Za to, że Cię kocham? Za to, że nie mogę bez Ciebie wytrzymać? To ja ci powinienem dziękować…- Odparł nachylając się nade mną.- Dziękuje, że jesteś…- Szepnął, a moje niesforne łzy znów napłynęły mi do oczu. Szybko usiadłam do niego tyłem. Nigdy nie lubiłam, żeby ktoś mnie widział jak płaczę. On widząc to uśmiechnął się przyjaźnie zbliżając się do moich pleców. Jego smukłe palce jeździły po moim obojczyku, a słodkie wargi muskały moją szyję.” Po policzku spłynęła mi łza gorzko przypominając o rzeczywistości. Nie ma już nas szczęśliwie taplających się w swoich objęciach i pocałunkach. Wiatr lekko wiejący roznosił nasze niespełnione uczucia i żal po tym co minęło i po tym co już nie wróci. - Cieszę się, że przyszłaś.- W odmęcie swoich poronionych myśli usłyszałam głos Michaela. Na początku zdał mi się zjawą, wytworem mojej chorej wyobraźni. Postać uśmiechnęła się do mnie czule, a ja zrozumiałam że to naprawdę on. Odpowiedziałam smutnym uśmiechem i pogłaskałam miejsce obok siebie. Usiadł milcząc i pocierając dłoń o dłoń tak jak zawsze to robił przed trudną rozmową. Ostatnio nasze rozmowy zaliczają się tylko do takich. - I tak miałam do ciebie zadzwonić. Chciałabym Ci o czymś powiedzieć…- Mój głos wcale nie przypominał tego silnego i wyrazistego głosu, którym śpiewałam podczas koncertu. Teraz był słaby, ochrypły, ledwo słyszalny. Złamany na pól jak zapałka. - Zawsze Cię wysłucham.- Odparł z nutką nadziei i miłości w głosie, a moje serce pękało kawałek po kawałku. Jego bliskość i zapach nęciły mnie niebezpiecznie, a dłonie rozpaczliwie błagały o choć jeden mały dotyk. Jednak rozum dobrze wiedział, że to błąd… brutalnie uświadamiał mnie, a moja dusza łkała z tego powodu. - Wyjeżdżam…- Mruknęłam, krótko i zwięźle jakby to cokolwiek miało ułatwić. Jego oczy powiększyły się niesamowicie, a twarz przybrała przerażony wyraz. Pokręcił z niedowierzaniem głową. - Aschley nie możesz…- Wydobył z siebie skruszony głos. - Nie bój się nie na zawsze, wrócę.- Uspokoiłam go, co trochę poskutkowało. Spuściłam wzrok nie mogąc patrzeć na jego smutne czekoladowo- czekoladowe oczy pełne żalu i miłości jaką do mnie żywił.- Ciocia Nobu ma domek w Stonebridge. Jedziemy tam dziś wieczorem całą paczką.- Uśmiechnęłam się, a kąciki moich ust nieznośnie drgały. - Na długo? - Nie wiem Mike. Musze sobie to wszystko przemyśleć, odpocząć, zrozumieć. Tutaj wszystko mi przypomina o tym co się stało i …- Wzięłam głęboki wdech świeżego powietrza.- … nie daję sobie już rady. - Ashley…- Wyciągnął dłoń by dotknąć mojego ramienia lecz sprawnie się odsunęłam. Nie mogłam poczuć jego ciepłego dotyku, bo to by było jak reakcja łańcuchowa. Nie mogłabym się powstrzymać by pójść dalej w tym kierunku, a nie mogłam… do jasnej…! Nie mogłam! - Co tam u Elizabeth?- Wypaliłam pośpiesznie by jakoś powstrzymać swoje zszargane uczucia i utrzymać je na wodzy. Kąciki jego idealnych ust wykrzywiły się w nieznacznym uśmiechu. Westchnął. - Tęskni za tobą… Gdy ostatnio z nią rozmawiałem narzekała, że w ogóle o niej zapomniałaś. Jak zwykle dużo jęczała…- Zażartował, a ja zachichotałam na samo wspomnienie tej wspaniałej kobiety. Burza włosów na głowie, ogromny zasób energii i dobrego humoru… - Tak jakoś wyszło.- Odparłam niewinnie głosem zabarwionym wyrzutem sumienia.- Zadzwonię do niej bo jeszcze pomyśli, że się na nią obraziłam, czy coś. - Ona przepada za tobą i po prostu martwi się o Ciebie.- Powiedział to z takim uczuciem i prawdą w głosie, że moje serce zalało się żalem i miłością. Miłością do niego, a żalem bo nie mogłam być z nim. Jego czarne loki falowały po cichu na niespokojnym wietrze, a po alejkach rozchodziły się nasze uczucia, niepewności i smutek.- Jestem coraz bliżej odkrycia prawdy.- Wypalił po dziwnej minucie ciszy, przerywanej jękiem starego drzewa za nami. - Prawdy?- Spytałam lekko przymykając oczy. - Tego co tak naprawdę się stało. Na razie nie mogę dużo o tym mówić, ale obiecuję ci, że to niedługo się skończy. - Nawet nie wiesz jak tego chcę…- Wymamrotałam zwracając zgaszony wzrok w jego stronę.- Michael… czy uda nam się to wszystko posklejać? - Kocham Cię Ashley Fox. Uda nam się to przetrwać… Musi się nam udać, bo taka miłość zdarza się raz w życiu, tylko raz. Bez Ciebie czuję się jakby moje serce zostało wyrwane i ukryte. Dopóki nie będziesz moja, dopóty będę żyć bez niego. Ale co to za życie…- Jego źrenice przejmująco drgały, a dłoń powędrowałam do mojego policzka. Tym razem nic nie zrobiłam, wczułam się jedynie w jego ciepłą skórę i delikatny dotyk. Oblizałam zeschnięte usta i otworzyłam je chcąc coś powiedzieć jednak się wycofałam. Westchnęłam i wstałam powoli poprawiając kołnierz od skórzanej kurtki. Jego ręka opadła w dół. - Muszę już iść.- Szepnęłam i podążyłam przed siebie. Serce krwawiło mi niesamowicie, a część mnie kazała mi się odwrócić. Zrobiłam to i stanęłam na chwilę wpatrując się w niego smutnym wzrokiem.-… ja też cię kocham.- Dodałam i ruszyłam korytarzem zieleni, przed siebie. Dalej by uciec, dalej by zapomnieć, dalej by uleczyć ciało i duszę. … Trzasnęłam drzwiami i ustałam w drzwiach, przypatrując się jak Finix krząta się z kąta w kąt i próbuje upchnąć do walizy stos niepotrzebnych rzeczy. Westchnęłam po cichu, a ona spojrzała się na mnie przenikliwym wzrokiem przyjaciółki i siostry. - Jak rozmowa?- Spytała przerywając pakowanie. - Nieźle… mimo wszystko. - Nie musiałaś mu mówić, że wyjeżdżasz. Po co to sobie robisz Ashley? Po co się z nim spotkałaś? - Nie mogłam wyjechać tak bez słowa.- Zaoponowałam robiąc jeden krok do przodu. Moje ciało jednak zrozumiało, że nie ma racji i jakakolwiek siła wyparowała z niego bez powrotu. Osunęłam się na fotel i wypuściłam z rąk swoją torbę. - Twoim problemem jest to, że mimo tego co ci zrobił nie umiesz się od niego odciąć, uwolnić. - Nie potrafię… To nie jest tak łatwo powiedzieć sobie „nie kochaj go!”. To tak nie działa.- Warknęłam zdejmując ciężkie buciory i kładąc nogi na stół. Szlak by trafił jakiekolwiek maniery i dobre wychowanie. - Może ten wyjazd pomoże ci o nim zapomnieć. Zauważyłam coś…- Mruknęła patrząc na mnie z ukosa jednocześnie zapinając ostatnią walizkę. Usiadła naprzeciwko mnie i założyła nogę na nogę czochrając się po stojących na boki włosach. - Co?- Zapytałam czysto z grzeczności wcale nie chcąc wiedzieć co takiego zauważyła. - Hah…- Zaśmiała się, a ja aż się wyprostowałam.- Ty już dawno zauważyłaś, prawda? - Możesz jaśniej?- Usiadłam po turecku i chwyciłam kostkę Rubika by zająć czymś zbolałe ręce. - Nobu…- Powiedziała tylko to jedno imię, a ja już wiedziałam. Wiedziałam o czym chce ze mną rozmawiać i czego zaczęła się domyślać. Myślałam, że moje oczy nie mogą już bardziej posmutnieć jednak się pomyliłam. Smutek i poczucie winy zalało moje ciało, a dusza waliła w klatkę piersiową karząc mnie za moje grzeszki. Za to, że ranię mojego przyjaciela. Lecz co mam zrobić by był szczęśliwy? Przyłożyłam dłoń do czoła i przymknęłam czerwone oczy od łez wylanych poprzedniej nocy. – On coś do ciebie czuje. - Wiem… sam mi o tym powiedział. Od początku był ze mną szczery i nie wtrącał się do mojego związku z Michaelem. - To dobry chłopak, naprawdę się stara. - Pewnego razu obiecał mi, że jeśli Mike mnie zrani to wtedy on wkroczy do akcji.- Spuściłam wzrok do dołu, a Finix przyglądała mi się badawczo. - Naprawdę? Ja cię… ja tu myślę, że Amerykę odkryłam, a tu widzę że już o wszystkim wiesz. Czujesz coś do niego?- Nagle wystosowała pytanie, którego bałam się sama sobie zadać. Nigdy nie próbowałam określić rodzaju uczucia jakim darze Nobu. Z boku wszystko wyglądało normalnie, dwójka dobrych przyjaciół, którzy wskoczą za sobą w ogień. Jednak jak jest naprawdę? - To trudne pytanie…- Podrapałam się po głowie i westchnęłam po cichu.- Kocham go… - Kochasz?- Wybałuszyła na mnie oczy, a ja pokręciłam głową żeby nie wyciągała z tej wypowiedzi zbyt pochopnych wniosków. - Kocham jak brata. Nie wiem czy czuje coś więcej bo nigdy nie próbowałam myśleć o nim jak o kimś z kim mogłabym być. Gdy mieszkałam jeszcze w naszym rodzinnym mieście, nie miałam czasu na chłopaków i na miłość. Liczyła się nauka i po godzinach zespół. Teraz gdy znalazłam czas w swoim życiu na szukanie drugiej połówki to pojawił się Michael, a Nobu zjawił się ze swoimi uczuciami trochę po fakcie. Wiem, że to nie jego wina ale moje serce zaczęło bić bardziej do Mike’ a. - Wszystko jasne. Teraz musisz zacząć uważać go za kandydata na chłopaka!- Wrzasnęła łapiąc mnie za ramiona i unosząc kąciki ust, zabawnie do góry. - Myślisz, że to będzie fair? Mam użyć go jako pocieszenie mimo tego, że nadal czuję coś do Michaela? - Nie o to mi chodziło…- Jej głos posmutniał, a wzrok spoczął na drewnianej podłodze.- Być może Nobu da ci to czego Jackson nie potrafił. - Nie wiem Finix co o tym myśleć. Ta cała sytuacja mnie przerasta.- Mruknęłam czując, że cokolwiek nie zrobię to i tak wyjdę na skończoną idiotkę. Stałam między młotem a kowadłem w stanie beznadziejnego zawieszenia. Z jednej strony Nobu, z drugiej Michael. Żadne rozwiązanie nie będzie dobre, a każde z pewnością kogoś zrani, a to było by ostatnią rzeczą jaką chciałam uczynić. - Na razie nić nie myśl. Po prostu pojedziemy do Stonebridge i odpoczniesz tam. Zobaczymy jak sytuacja się rozwinie i wtedy zadecydujesz, co dalej z tym zrobić. - Masz rację. Im więcej o tym myślę tym mniej z tego myślenia wynika. - Wreszcie jakaś konstruktywne przemyślenie z twojej strony. Sensei mówi… - Zachowaj dla siebie słowa tego twojego sensei’ a.- Warknęłam groźnie dając jej do zrozumienia, żeby mnie nie wkurzała bardziej niż to konieczne. Naszą rozmowę przerwał dzwonek do drzwi. Nawet nie fatygowałyśmy się by otworzyć ponieważ goście szybko sami weszli informując głośnym śmiechem o swoim przybyciu. - Hejka piękne!- Zawył uradowany Shin wpadając do mieszkania jak burza. Zakręcił się jak baletnica na jednej nodze i poległ na kanapie spoglądając na wielkie walizy.- Widzę, że gotowe. - No jasne, że tak. Jakieś aluzje w naszą stronę?- Syknęła podejrzliwie Finix zbliżając nos w jego stronę. - Nie, no po prostu Shin myślał że laski pakują się minimum dwa dni.- Oświecił nas Nobu łapiąc za jedną z walizek.- Ale ciężkie! - Ha ha ha Nobu. Nie rób ze mnie takiego seksisty. Zrób lepiej to do czego jesteś stworzony i zanieś te bagaże do samochodu Yasu. - Morda…- Syknął pod nosem biorąc pod pachę mały kuferek na kosmetyki Finix. - O Yasu…- Odparłam rozmarzonym głosem.- Właśnie gdzie on jest? - Siedzi na dole w tym swoim cacuszku. Musimy już jechać, żeby udało się nam dotrzeć przed nocą.- Mruknął puszczając do mnie oczko. Wstałam i chwyciła za resztę bagaży, których chłopcy nie zdołali wziąć. Ustałam na środku i dziwnym wzrokiem rozejrzałam się po mieszkaniu. Przez moją głowę przebiegły tysiące wspomnień i przez jeden parszywy moment poczułam się jakbym już nigdy nie miała tu wrócić. - Idziesz?- Nobu wyłonił się zza futryny. W mieszkaniu zostaliśmy tylko my, a on zdążył być już na dole i zostawić pakunki, które miał w rękach. Podszedł do mnie i delikatnie wyjął mi z dłoni resztę walizek, które kurczowa zaciskałam palcami.- W końcu ja tu jestem mężczyzną. - Bez wątpienia.- Mruknęłam lekko rozbawionym głosem lecz przesiąkniętym w znacznej części strasznym zmęczeniem. - Maleńka wszystko będzie dobrze. - Wiem o tym. Innej opcji nie przyjmuję do swojej świadomości. - I prawidłowo. – Szepnął uśmiechając się w moją stronę tak szczerze i niesamowicie uroczo. Jego blond włosy zabawnie sterczały postawione na żel, a poszarpana bluzka falowała na wietrze niosącym się od drzwi wejściowych.- Już ja się postaram by na tej pięknej buźce znów zagościł uśmiech.- Dodał jeszcze ciszej, a moje serce zabiło mocniej. Odwzajemniłam spojrzenie i przekręciłam głowę na bok. Grzywka delikatnie opadła na bok, a makijaż nie nadawał się już do niczego. Przynajmniej ja tak uważałam. - Powiedz mi Nobu, kiedy zdążyłam się aż tak zmienić. Czasami chciałabym wrócić do tych beztroskich chwil podczas prób lub kiedy siedzieliśmy nad rzeką gadając bezsensu. Dlaczego już nie potrafię być taka jak kiedyś? - Wydoroślałaś Ash. Tak samo i my, lecz nadal trzymamy się razem. I to jest tu najważniejsze… Bo dopóki tam w środku będziesz tą samą Ashley to wszystko będzie dobrze.- Odparł łapiąc mnie delikatnie za ramiona. Walizki poszły w zapomnienie, a chwila jakby zatrzymała się w miejscu. Moją głowę rozsadzały różne myśli i tysiące analiz tego co się do tej pory stało. Wmawianie sobie, że wszystko będzie dobrze tylko po części załatwiało sprawę. Kawałek mnie wiedział, że wcale tak nie będzie. Będzie beznadziejnie, a nawet tragicznie. Co ja pocznę bez Michaela, kim się stanę bez jego miłości i czułości? - Ja nie chcę…- Sapnęłam zaciskając oczy by nie dopuścić łez.- Nie chcę dorośleć. Chcę by było tak jak przedtem. Mimo wszystko było nam wtedy dobrze, prawda? - Teraz też będzie… Tylko pozwól by to szczęście zaczęło działać. Na razie może nie widzisz go, ale to kwestia czasu kiedy znów do ciebie zapuka. Pamiętaj by być wtedy na to gotowa… - Tylko niech nie zwleka, zbyt długo z tym pukaniem…- Syknęłam i chwyciłam klucze leżące na stole w salonie.- Czekają na nas…- Dodałam kierując się do drzwi. Przekręciłam klucz i zamknęłam część swojego życia. Zostawiłam za drzwiami problemy, ból, złość i irytację. Jednak pewna doza smutku pozostała… Michael nadal pozostał mi w głowie jawiąc się jako niespełniona miłość, wypychająca desperacko resztki nadziei na wierzch. Nie umiałam pozostawić go za drzwiami… Pragnęłam go nadal. UWAGA!!! Ława podjęła werdykt ws. Murraya. "Winny nieumyślnego spowodowania śmierci".
"Winnym nieumyślnego spowodowania śmierci". |
Archiwum
Ostatnie wpisy
![]() Make your own banner at MyBannerMaker.com!
@@@@@@@@@@@@@@@@@
|